poniedziałek, 16 lipca 2012

Spływ kajakowy Krutynią


Galerianki na Krutyni, czyli emeryckie spływanie

Wyjazd organizowany przez towarzystwo Asi :) Moją partnerką w kajaku i w namiocie była Jola, jak za starych dobrych czasów.

13 lipca 2012 (piątek)


Warszawa  - Spychowo 19:30 – ok. 22:30 (samochód)

Spotykamy się na dworcu Wschodnim i razem w dwa samochody jedziemy do Spychowa. Reszta ekipy jedzie różnie, jedni wcześniej, inni później, jedni też samochodami, inni pksem. Spotykamy się na miejscu.

Klimat miejsca bardzo PRLowski J: Stanica Spychowo (http://www.stanicaspychowo.pl/). My się rozbijamy w namiocie, pozostali w domkach. Koszt naszego noclegu to 28zł (2 os+namiot). Ognisko już jest rozpalone (koszt ogniska 60zł), pieczemy kiełby i od czasu do czasu chronimy głowy przed deszczem. Jest nas w sumie 20 osób, niezła ilość.

14 lipca 2012 (sobota)


Spychowo – Zgon 14:00 – 16:30 (10 km kajakiem)

Rano wstajemy bez stresu, bo dziś jest mało do przepłynięcia. Kierowcy jadą po kajaki do Krutyni: http://www.splywy.pl/ (koszt 20zł/kajak/dzień, 15 zł fartuch/2 dni, 5zł transport/os).

Reszta w dużej części idzie na park linowy (koszt 25zł), ja rezygnuje. W parku każdego dopada jakiś inny strach do czegoś innego. J W sumie startujemy ze spływaniem o 14tej. Właściwie spływamy, a nie wiosłujemy J Bardzo relaksacyjnie, niestety pogoda nie jest betonowa. Czasem słońce, czasem deszcz, upału brak.

Do Zgonu przypływamy wcześnie, rozładowujemy się i rozbijamy (koszt noclegu za 2 os. + namiot 30 zł): http://www.wodan.orangespace.pl/ PTTKowski Ośrodek wypoczynkowy "WODAN" J.

Wszyscy straszliwie głodni, uderzamy do smażalni ryb, którą widzieliśmy z brzegu płynąc. Okazuje się lekko obskurnym miejscem, z niemiłym panem, ale ryby się wybiera palcem i smażą (szczupak 8zł/100g). W końcu część osób zamawia, część wraca do mijanej knajpy w Zgonie. Ryba jest ok., ale klimat średni. Wracamy po zjedzeniu do reszty w tej knajpie. Ich strzał był strzałem w dziesiątkę! Restauracja Kos (http://pensjonat-kos.prv.pl/) – przepyszne żarcie! Duży wybór! A naleśniki z jagodami to są warte grzechu… Znów jemy….
Po totalnym obżarciu idziemy na ognisko (koszt: 50zł), ale są tez tacy, którzy z przejedzenia zasypiają i już się nie budzą…

15 lipca 2012 (niedziela)


Zgon – Krutyń 10:30 - 14:30 (13 km kajakiem)
Krutyń – Rosocha – Ukta 15:30 – 16:30 – 18:30 (13 km kajakiem)
Krutyń – Warszawa 19:30 – 22:30 (samochód)

Zaliczam rano kąpiel w jeziorze, ale nie jest to pogoda na kąpiel…. Choć jest przyjemnie.
Dziś jest więcej pływania, więc staramy się rano zebrać, w sumie to wychodzi 10:30, jak nie zdążymy można wcześniej skończyć. Najpóźniej wypływa Dori, sporo po nas, nigdy nas nie dogania i kończy spływ w Krutyni.

Pierwsza część to wiosłowanie przez jezioro, gdzie fale jak na Bałtyku… po 2h mordowania dopływamy do rzeki! Z radości urządzamy kąpiel, co mnie masakruje termicznie! Za chwile jest mała przenoska i dalej już rzeką. Pojawiają się inni spływowicze… Jak dotychczas było ich na szlaku mało.

Dopływamy do miejscowości Krutyń, tam witają nas bary z brzegu. Idziemy do knajpy gdzie jest fenomenalna zupa kurkowa i do tego oczywiście naleśniki czy pierogi z jagodami. Już nasza grupa się podzieliła, jedni płyną sporo z przodu, Dori z Marleną pozostały daleko w tyle. Mają tu skończyć spływ i oddać kajaki.

My umawiamy się przodownikami spływania w miejscowości Rosocha, że tam zdecydujemy czy płyniemy do Ukty czy nie. Oni są na tyle wcześnie, ze już jak my przyjeżdżamy to chcą wracać do Wawy. Umawiają sobie transport, a reszta kajaków płynie do Ukty. Niestety nie spróbowałam placków ziemniaczanych w tamtejszym barze – podobno najlepsze na świecie J

Do Ukty dopływamy o 18:30, mocno juz zmachani i zmęczeni. Teraz tylko powrót do domu.




poniedziałek, 9 lipca 2012

Tratwą na Biebrzy


Oj tam Oj tam czyli tratwa na Biebrzy jako sposób na upały

Przedłużony weekend na tratwach dwóch, w czasie kiedy w Polsce szaleją upały – tylko dla tych którzy nie boją się much :)

6-8 lipca 2012 (piątek-niedziela)


Dojazd samochodem – wyjeżdżamy z Warszawy około 17tej w czwartek, przyjeżdżamy około 20tej do Hamulki, skąd wypożyczamy tratwy: http://hamulka.pl/ , http://tratwy.eu/ . na miejscu łapiemy się jeszcze na pieczenie sękacza – możemy przylukać jak to się robi J

Tratwy wodujemy w Sztabinie, odbiór za 3 dni w Jagłowie (ok. 14 km), tratwą płynie się z 1 km/h podobno, wiec daleko się nie upłynie.

Od miejsca wodowania spływamy krótką chwilę, żeby nie nocować obok innych tratw i przy brzegu. Mamy odrobinę intymności, hehe. Jest nas po 4 os na tratwę i to jest ok., jesteśmy połączeni we dwie tratwy to b. optymalna opcja.

Wieczorem jest impreza, choć ja słabo w niej uczestniczę i idę spać, reszta bawi się do rana.

Pierwszy dzień spływania to bardzo bardzo mało zrobionych kilometrów. Ja nie uczestniczę w sile napędowej, ale podobno to ciężko jest strasznie, hehehe. Co chwila sie zatrzymujemy na kąpiel, bo temperatury są nieziemskie. Tratwa to dobry sposób na upał hehe, a właściwie rzeka na której tratwa jest.
Jak zasypiam z Wojtkiem i Grześkiem na jednej tratwie, to nas zostawiają i odpływają drugą. Niestety, jest nam tak wszystko jedno, ze jak się budzimy to i tak idziemy spać dalej. Musza po nas wrócić i nas budzić z brzegu, hehe.

Mijają nas kajakarze i tratwiarze, dla wszystkich jesteśmy bardzo gościnni i serwujemy co mamy z pokładu J

Pierwszy nocleg mamy całkiem niedaleko od startu, na jakiejś łączce. Za to rano budzi nas niezłe chrapanie – chyba ze 3 osoby dają czadu na maxa. Zawijamy się z karimatami i idziemy łąką od brzegu, tak daleko, żeby nie było słychać – to wcale blisko nie jest, nieźle niesie… hehe

Drugi dzień to już więcej płynięcia, też żar i pełno gzów i much. Królem Much jest Grzegorz – niezłą ma armię poddanych… Robert walczy z muchami strzelając w nie gumką – ma wyniki!

Wędkarze próbują łowić, ale nic z tego. Choć gadżety mają fajowe i robale też J a ryby nawet do koszyczka nie dają rady wskoczyć.

Kąpiel jest co chwila, bo inaczej nie da rady żyć.

Wieczorem znów lądujemy przy łące, na którą zostaniemy wysłani na wieczorny romantyczny spacer przez Adama. Zaś w nocy postanawiamy jednak odpłynąć, bo mają tu przyjść wędkarze z rana. Więc płyniemy nocą i śpiewamy kolędy. Całkiem przypadkiem tworzymy tez krematorium dla meszek i komarów…

Na trzeci dzień pozostało już bardzo niewiele do płynięcia, a upał jest tak nieziemski, że daje w kość chłopakom… Dopływamy do Jagłowa, a potem jeszcze długo płyniemy do mostu przez całą wieś. Około 14-15 jesteśmy na miejscu. Pan Kułak po nas przyjeżdża, pakujemy się i zaraz startujemy z podróżą do Warszawy. W międzyczasie zatrzymujemy się, aby kupić ser koryciński – zaraz przy drodze jest gospodarstwo Skindzierz 18 (Sery Korycińskie - tradycyjny Ser Swojski – Jolanta i Wiesław Głęboccy). Kupujemy wędzony, śmietankowy i z orzechami – pycha!

W domu jesteśmy około 19tej, trochę było korków, ale bez tragedii. Spaleni słońcem, wyglądamy jak raczki :D



poniedziałek, 11 czerwca 2012

Beskid Niski


Na końcu świata....z plecakiem 

Niewiele w Polsce jest miejsc, w których można łazić przez 4 dni a komórka nie złapie zasięgu :)))

6 czerwca 2012 (środa)


Warszawa   - Kraków  godz. 14:45 – 17:47 (pociąg, 56zł)
Kraków  - Krynica Zdrój godz. 18:30 – 21:30 (PKS, 24zł)
Krynica Zdrój – Jakubik (okolice) 21:30 – 22:30

Wyjazd pociągiem bez problemu, nawet mieliśmy miejsca siedzące J . Natomiast już gorzej z PKS, zdążyliśmy na wcześniejszy o 18:00 (jest tez tańszy), ale nie zmieściliśmy się. Za to do następnego udało się wejść na początku i siedzimy (marnie byłoby 3h stać). Jest trochę korków, ale daje rade. W Krynicy jesteśmy z opóźnieniem, ale najważniejsze, że jesteśmy J Nie udało nam się wysiąść wcześniej, przed Krynicą, był taki wstępny plan i tam uderzyć na nocleg, wiec idziemy przez Krynicę. Pusto że hej. Idziemy w kierunku Jakubika, żeby gdzieś po drodze rozbić namiot. Ciemno, więc czołówki w ruch. Nie jest łatwo znaleźć miejsce, ale w końcu rozbijamy się w lesie. Jest już późno więc nie ma co kombinować.

7 czerwca 2012 (czwartek)


Jakubik  - Huzary - Tylicz  (żółty - czarny szlak)
Tylicz    – Lackowa [997m] (czerwony szlak)
Lackowa – Ostry Wierch – Ropki (czerwony – żółty szlak)

Rano wstajemy i uderzamy w kierunku Tylicza. Jest tam cerkiew, niestety zamknięta. Jest około południa jak tam dochodzimy. Zatrzymujemy się chwilę a potem idziemy bez szlaku tak, aby dojść do czerwonego idącego granicą. Trafiamy! Jest bardzo ładnie, słońce, niegorąco i niezłe widoki. Wiemy, że na Lackową jest jakieś straszliwe podejście, więc ja już się boję od rana… hehe. Jest podejście, trochę się człowiek zmacha, ale da rade wejść, skoro ja dałam.
Na szczycie siedzimy chwilę, zajadając kanapki i dochodzi para, która wylazła tu z pieskiem, jestem pełna podziwu dla jamnika, który dał rade się wdrapać na swoich krótkich nóżkach J My wyglądamy na umęczonych a oni wszyscy tacy świeży J
Już wiemy, ze nie damy rady przed zmrokiem dojść do Wysowej, idziemy na Ostry wierch i tam będziemy decydować, czy schodzić żółtym szlakiem i gdzieś w dole zanocować. Schodzimy do rozstaju szlaków, tam stoi ogromny dom, w którym jest jakaś impreza, pełno ludzi – no w końcu Boże Ciało.
Przechodzimy przez Ropki – niezwykle urodziwie położona wioska i decydujemy się na nocleg po przejściu wsi idziemy w lewo jak szlak prowadzi w prawo i zaraz się rozbijamy. Mamy niesamowity widok z namiotu… ech. Spotykamy przejeżdżającą koleżankę Izę, jest na rajdzie rowerowym – niesamowite, że się spotkaliśmy tak na drodze J

8 czerwca 2012 (piątek)


Ropki – Hańczowa – Kozie Żebro [847m] – Regietów (czerwony szlak)
Regietów – Rotunda [771m] (czerwony szlak)
Rotunda – Zdynia (czerwony szlak)
Zdynia – Radocyna (częściowo stopem)

Schodzimy do Hańczowej, gdzie udaje nam się zwiedzić cerkiew. Jest w remoncie od zewnątrz, ale w środku już wyremontowana. Normalnie jest zamknięta, ale po chwili pojawia się pan z kluczami. Bardzo sympatyczny. Znów spotykamy Izę. Śmiesznie, że tak akurat ona przejeżdża a my idziemy i się mijamy, do tego trzeba nawet nie trochę szczęścia, hehe
Ładujemy się na Kozie Żebro i tam spotykamy Adama i Zdzicha – jeszcze ich dziś nie raz spotkamy J Też idą czerwonym szlakiem. Zejście z Koziego Żebra do Regietowa trwa chwilę (ok. 30 min), kompletnie nie pokrywa się z podawanymi czasami. Jednakże fakt, jest mocno stromo. Zatrzymujemy się na chwilę w bazie SKPB Warszawa w Regietowie, ale jest zamknięta, nic się nie dzieje, nikogo nie ma, dopiero od 1 lipca będzie otwarta – jest słabo położona, jednak dobrze, że tu wczoraj nie doszliśmy, bo nas dzisiejszy nocleg to było widokowe miodzio. Znów dochodzą do nas Adam i Zdzichu, hehe.
Oni zostają na obiad w wiacie bazy, a my uderzamy na Rotundę. Jest tam cmentarz – zgodnie z notatkami: cmentarz wojskowy nr 51, z okresu I wojny światowej, jeden z kilkuset tego typu obiektów wzniesionych w latach 1915-18 na terenie Galicji przez władze austriackie.
Zaczyna lekko kropić, najpierw chowamy się pod daszkiem jednej z wieży, ale zaczyna padać coraz bardziej. Wypatruję, że za murem cmentarza leżą deski przykryte płachtą i da się tam wejść. Lecimy więc. I to jest dodatkowy plus, że cmentarz jest/był remontowany ostatnio J Siedzimy a tu zaczyna naprawdę nieźle lać! Dobiegają zmoknięci Adam i Zdzichu, i dołączają do nas J Rozpoczyna się prawdziwe oberwanie chmury. Woda spływa po pniach drzew jak z wodospadów…. Niesamowite. Nasza miejscówka, może nie do końca szczelna jest, ale na pewno lepiej niż pod drzewem J W każdym razie jest wesoło bardzo. Siedzimy jak zmokłe kury na grzędzie.
Dochodzą Dwie Twardzielki i  Pies, im deszcz nie straszny. Pies (wilczur) może by chciał , żeby się nad nim zlitować, ale Twardzielki zdecydowanie oponują nad litowaniem się, bo im się zbuntuje i nie pójdzie J.
Siedzimy na grzędzie ponad godzinę, płachta już nieźle przecieka, ale trochę chroni. Pod koniec ulewy przychodzi na górę Zmoczeniec – który, jak to określił, ma wodę nawet w dwunastnicy J
Schodzimy mokrym lasem , ścieżka często płyną małe potoki, mamy wszystko przemoczone (ja buty też) do wsi Zdynia – tam trafiamy akurat na przerwę w meczu otwarcia Euro 2012 – przed przerwą wieś totalnie wyludniona.
Lekko się buntuje iść dalej czerwonym szlakiem górami, bo mam juz dość wody, z resztą nie wiadomo, czy zaraz nie będzie znów padać. Mimo przekonywań Adama i Zdzicha, jestem niezłomna. Hehe. Idziemy więc drogą (najpierw asfaltową, potem bitą) w kierunku opuszczonej wsi Lipna, mamy plan tam się rozbić. Droga prowadzi obok terenów festiwalowych festiwalu Łemkowska Watra – teraz nic tam nie ma.
Czasem znów pada, czasem jest słońce, więc pojawia się piękna tęcza – jest więc nadzieja! Nagle na drodze pojawia się samochód! Macham, zatrzymuje się i nas bierze. To rodzina z dzieckiem przyjechali na rowery, we wsi Radocyna jest baza rowerzystów (rajd) i tam mogą nas podwieźć – cudnie!
W Radocynie nie ma nic oprócz ośrodka http://radocyna.eu/ – można tam zjeść , przespać niestety nie, bo cale pole namiotowe zarezerwowane dla rajdu, miejsca są we wspólnej sali (koszt 18zl/os). Ale pani nam mówi, ze namiot możemy rozbić w studenckiej bazie (prowadzona przez Oddział Akademicki PTTK w Krakowie,  http://bazaradocyna.blogspot.com/ ). Idziemy tam, baza jest jeszcze nieczynna. Robi się już ciemno powoli. Na środku stoi chatka, która… nie jest zamknięta… Nie możemy sobie odmówić noclegu pod dachem i przesuszenia wszystkich rzeczy – to się nazywa szczęście! Po ogarnięciu idziemy jeszcze na piwko do ośrodka, można tez obejrzeć drugi mecz mistrzostw.

9 czerwca 2012 (sobota)


Radocyna  - Nieznajowa – Rozstajne - Żydowskie – Ciechania – Huta Polańska

W tej okolicy znajduje się dużo wysiedlonych łemkowskich  wsi, w tym najbardziej znana Nieznajowa. W tym dniu też wielokrotnie przyjdzie nam przekraczać potoki, bo nie ma żadnych kładek J
Oglądamy cmentarz w Radocynie, idziemy następnie do byłej wsi Długie (też cmentarz), a następnie w kierunku Nieznajowej. Przy skręcie do wsi Czarne  widzimy trojkę ludzi na koniach. Okazuje się, ze jest tu możliwość jazdy konnej a także warsztaty ceramiczne: http://jurekszczepkowski.blogspot.com/ .
Nim dojdziemy do Nieznajowej trzy razy przejdziemy przez rzekę J czasem się nawet nie opłaca butów zakładać, hehe. Na szczęście jest ciepło i słonecznie. W Nieznajowej oglądamy cmentarz, a także jest (znów po przekroczeniu rzeki) tablica informacyjna, na której przeczytać można o historii tego miejsca.
Następnie drogą wzdłuż rzeki idziemy do byłej wsi Rostajne, przebiega przez nią całkiem ruchliwa asfaltówka. Szukamy drogi w lewo przez góry do byłej wsi Żydowskie. Zanosi się na burze, szybko chowamy się w wiacie i tam przeczekujemy w obawie, czy nie zajrzy do nas Niedźwiedź (widać tablice ostrzegawcze, że tu grasują, hehehe). Znów czekamy chyba z godzinę.
Droga przez góry okazuje się wcale nie drogą tylko śladem po maszynach do wyrębu drzew… gubimy się i łazimy po przepięknych dzikich chaszczach, jarach… Ale ku przestrodze, drogi widocznej na mapie nie ma, dawno zarośnięta. Śledząc wskazania kompasu dochodzimy tam gdzie trzeba.
Już jest późno, ale nie ma wyjścia, jesteśmy w Parku Narodowym, nie możemy biwakować. Idziemy drogą asfaltową w kierunku Ożennej (czasem słońce, czasem deszcz). Na drodze nic nie jeździ, ogólnie nikogo tam nie ma, jakieś stare poPGRowskie budynki.
Dochodzimy do drogi prowadzącej do stacji terenowej Magurskiego Parku Narodowego (przez byłą wieś Ciechania). Niestety droga jest zamknięta, jest zakaz wstępu także pieszo i informacja o monitoringu… My jesteśmy w sytuacji bez wyjścia, jest 20:00, robi się ciemno, tak czy siak złamiemy przepisy PN, albo przez biwakowanie, albo przez wejście na zamkniętą drogę. Wybieramy to drugie, jesteśmy przemoczeni, ta droga prowadzi na legalny kemping w Hucie Polańskiej (http://www.hutapolanska.krak.pl/).
Droga jest nawet przejezdna dla samochodu aż do stacji terenowej. Stacja jest zamknięta na cztery spusty (nawet mieliśmy pomysł, żeby tam może przenocować), bo jesteśmy przemoknięci do suchej nitki. Ścieżka która wiedzie do Huty Polańskiej jest bardzo wyraźna, widać, ze uczęszczana, nawet rowerem. Znów ze 2-3 razy przechodzimy rzekę, całkiem rwącą przez te burze. Trochę strachu jest, i robi się coraz ciemniej. W sumie idziemy ponad godzinę, może nawet 1,5h.
Dochodzimy do ośrodka, miejsc nie ma w pokojach, musimy rozbić namiot (10zł/os). Ale można korzystać z SUCHEJ kuchni J W telewizorze mecz. I nagle znów spotykamy znajomą, właściwie znajomą znajomej, ale znaną J Przyjechali tu na rowery… Kto by pomyślał, ze w Beskidzie Niskim, gdzie turystów najmniej ze wszystkich gór , tylu znajomych można spotkać J
Biorę ciepły prysznic – pierwszy raz od wyjazdu z Warszawy….orgazm!

10 czerwca 2012 (niedziela)


Huta Polańska – Polany
Polany – Dukla (stopem)
Dukla – Miasto Piastowe (bus, 3zł/os)
Miasto Piastowe – Rymanów (stopem)
Rymanów – Rymanów Zdrój (spacer, ok. 30 min.)
Rymanów Zdrój – Warszawa  godz. 16:05 - 23:00 (pks, cena 70zł/os.)

Ruszamy z rana, dziś nasz cel to być na 16:00 w Rymanowie Zdroju na autobus do Warszawy. Trochę późno wychodzimy, bo zakładamy, ze idziemy tylko do Polan a potem stopem. Nie jest to najatrakcyjniejszy wybór, potem stwierdzamy, że lepiej byłoby wcześniej wstać i przejść przez Olchowiec do Tylawy. Ale to następnym razem.
Stajemy na stopa we wsi Polany na drodze w kierunku Mszany, a tu zero, nikt nie jedzie… nie wygląda to kolorowo… Stąd decyzja, żeby iść ta drogą, najwyżej przejdziemy na piechotę i potem będziemy próbować na główniejszej drodze.
Ale po jakiejś dłuższej chwili marszu coś jedzie i nas zabierają J jada do Dukli – tez nam pasuje J Przynajmniej jakaś cywilizacja. W Dukli za chwilę jest bus do Miejsca Piastowego (jest koło 13tej). W Miejscu Piastowym stajemy na przystanku i czekamy na PKS do Rymanowa, równocześnie machając na przejeżdżające samochody. Na przystanku jest wesoły starszy pan, który jedzie w Bieszczady – zazdrościmy mu straszliwie! Zatrzymuje się pan jadący tez w Bieszczady, tez mu zazdrościmy, a on nas podrzuca do Rymanowa. Jest około 14:30.
Na PKS do Warszawy trzeba telefonicznie zarezerwować miejsce, dzwonię i rezerwuje dwa miejsca, specjalnie się jeszcze upewniam, że to będą dwa miejsca…
Spacer do Rymanowa Zdój nie jest jakoś nadzwyczaj przyjemny, ale sama miejscowość całkiem, całkiem. Może następnym razem będziemy startować z Rymanowa i przejdziemy wschodnią część Beskidu Niskiego, bo wrócić to koniecznie musimy.
W Rymanowie Zdroju klimaty sanatoryjne, zjadamy pstrąga w przydrożnym barze, gdy przyjeżdża nasz wypasiony autobus to się okazuje, że mają dla nas tylko jedno miejsce…. Jak tu się nie zirytować! Na szczęście biorą nas oboje….
W drodze mamy przygodę z trzema dziewczętami, które wsiadają do tego samego autobusu w różnych miejscowościach, i trzeciej się nie udaje wsiąść (autobus nie podjeżdża), a jada wspólnie na wakacje i mają samolot. Dziewczyna goni autobus taksówką i udaje się J Niezłego stresa miały…
My lądujemy około 23:00 pod dworcem centralnym, koniec naszej podróży. A co nam zgotowała Tywka, która została na 4 dni sama w domu… to już niech pozostanie tajemnicą… kto zna złośliwość kotów ten się domyśli….



poniedziałek, 21 maja 2012

Pasmo Radziejowej i Małe Pieniny


Weekendowe wczasy starszych pań - a zakwasy leczyłam dwa dni















18 maja 2012 (piątek)


Warszawa – Kraków godz. 15:00 – 19:30 , samochód
Kraków – Szczawnica godz. 20:10 – 22:00, bus, ok. 15 zł
Szczawnica – Jaworki godz. 22.00 – 22:30 taksówka, 30zł

Spotykamy się około 15tej w miejscu gdzie Monia ma szkolenie i stamtąd wyjeżdżamy do Krakowa. Następnie busem http://diditrans.pl/ do Szczawnicy. Wszystko idzie sprawnie, w busie tłoku nie ma, spokojnie siadamy i jedziemy. Wysiadamy na końcu i próbujemy się dowiedzieć o jakiś dojazd do Jaworek. Monia zagaduje kierowcę, żeby może podjechał, ale nie da rady J hehe ale dzwoni do kolegi taksiarza, który ma podjechać. W tym czasie oferuje podwózkę chłopak, który ostał się z nami w autokarze… ale niestety, samochód który po niego wyjechał nie ma wolnych miejsc. Pozostaje taksa, bo żadne busy nie jeżdżą o tej porze. Taksiarz jest mega nieuprzejmy, nie chce się targować, ale dowozi nas na miejsce.

Nocleg mamy w Pensjonacie Koliba pod Kozińcem  (http://www.pensjonatkoliba.pl/o_nas.php), cena za nocleg 45zł, pokój z łazienką , dostęp do kuchni, ogólnie full wypas, do którego nie przywykłyśmy, ale z wiekiem trzeba się przyzwyczajać J

Zjadamy kolację i zasiadamy przed telewizorem fundując sobie bardzo optymistyczny i relaksacyjny film – Plac Zbawiciela… nie ma jak wczasy, ech…

19 maja 2012 (sobota)


Jaworki -  Czerwona Młaka [974 m]  (szlak czerwony)
Czerwona Młaka [974 m]- Wielki Rogacz [1182 m] (szlak niebieski)
Wielki Rogacz [1182 m] - Radziejowa [1266 m] - Przehyba [1175 m] (szlak czerwony)
Przehyba [1175 m] - Kiczora [1024 m] (drogą)
Kiczora [1024 m] - Dolina Starego Potoku - Jaworki (droga)

Wstaję rano, bo na 9tą mam jazdę konną, koszt 40zł za godzinę. Stadnina mieści się naprzeciwko kwatery, wiec super pod nosem J www.stadninarajd.pl/ tel. +48 18 262 16 00, kom. +48 607 47 88 50, biuro@stadninarajd.pl. Jedziemy we trójkę, ale obie osoby poza mną to są z tej stajni, hehehe. Czyli praktycznie prywatna jazda J Jest cudnie, widoki są obłędne, galop po łąka też. Koń mój dobrze ułożony, jest ok. Wracamy rezerwatem Biała Woda i jesteśmy atrakcją dla turystów J Super rozpoczęty dzień. 

Monia miała przyjść mi zrobić zdjęcia, ale jazda okazała się 45 min a nie 1h, wiec nic nie udało się uchwycić.
Dzień jest cudny, pogoda marzenie, trochę leniwie wyruszamy w trasę. Zaraz po skręcie od wejścia do rezerwatu Biała Woda, po wspięciu się na górę zahaczamy o wiatę z oscypkami. A tam weseli panowie, pochodzą z Starachowic (!) opowiadają nam o wyrobie oscypków i wypasie owiec, a ogólnie to cały dzień leżą na trawie i nic im się nie chce. Zakupujemy oscypki wielgaśne i idziemy dalej pod górę.

Cudowne widoki rozpoczynają się już przed wejściem na Mały Rogacz – obłęd , całe tatry stoją jak na dłoni, ogromne. Zapiera dech, ale z czasem się przyzwyczaimy, bo pogoda się nie zmienia J Słońce, około 20 st, przejrzyste niebo… marzenie.

Dochodzimy na Radziejową, a tam wielka wieża, na którą można wyleźć, jak się nie ma leków żadnych. Ja trochę mam, bo schody tak strome, że masakra…

Następnie marsz do schroniska, gdzie wszamamy żurek i zbiegamy na dół, bo nam się śpieszy na koncert w Muzycznej Owczarni. Schodzimy nie szlakiem tylko drogą (szlak narciarski w dół), a następnie skręcamy w lewo w wielką drogę, normalnie bitą, która prowadzi do Jaworek. Mamy nawet jeszcze chwilę czasu na prysznic J

Do Muzycznej Owczarni idziemy na koncert na 20:00 - trzech chłopaków przystojniaków gra utwory A. Piazzolli (Janusz Wawrowski – skrzypce, Jan Kalinowski – wiolonczela, Bartłomiej Kominek – fortepian) – argentyńskie tanga. Jest mega klimatycznie, siedzimy, pijemy piwko, każdy ma swoje miejsce przy stole. Koszt biletu 50zł. Warto.

20 maja 2012 (niedziela)


Jaworki - rezerwat Biała Woda – Przełęcz Rozdziela [802 m] (żółty szlak)
Przełęcz Rozdziela [802 m] - Wysoka [1050m] - Durbaszka [942 m] - Cyrhle [774 m] (niebieski szlak)
Cyrhle [774 m] - Szczawnica Zawodzie (żółty szlak rowerowy)
Szczawnica – Kraków 17:10 – 19:40 (PKS, cena ok. 15 zł)
Kraków – Warszawa 20:50 – 23:50 (PKP, opóźnienie 1h, cena 56 zł)

Rano w ogóle nie chce nam się zbierać J Jest cudowna pogoda i śniadaniujemy na tarasie J W końcu wychodzimy, z plecorami i ruszamy najpierw rezerwatem Biała Woda szukając jakiegoś znaku do bacówki. Chcemy kupić bundz a on jest tylko rano. Wychodzimy wysoko i kupujemy chyba po kilogramie, tak żeby lżej było iść. Na szlaku jest sporo ludzi, idąc dalej też można kupić sery… Ale najtaniej było wczoraj.

Jest słonecznie, widoki wokół, stada owiec i sympatyczni ludzie na szlaku (głównie miejscowi turyści z okolic).

W końcu dochodzimy do podejścia pod wysoką – tam jest tłum ludzi. Ja ledwo włażę w upale po tych schodach – przechodzący ksiądz komentuje, że musiałam w życiu wiele nagrzeszyć, że taki garb ciągnę na górę… hehehe. Ale widoki na szczycie to rekompensują – OBŁĘD! Pogoda to beton, widoczność cudna, widać tatry , Babia Górę i ma się wrażenie, że Bieszczady ;) kto wie… hehehe

Dalej idziemy, ale ja to już ledwo. Mam takie zakwasy, chyba po tych koniach… No masakra… Robi się coraz później, a ostatni autobus o 17:10, jak się spóźnimy to mogiła. Już wiemy, ze do Szczawnicy szlakiem niebieskim do Szafranówki  nie dojdziemy… Myślimy o zejściu do Szlachtowej i podjechaniu stopem. Ale wtedy ryzyko, że stopa nie złapiemy… Spotykamy po drodze rowerzystę, który poleca nam zejście szlakiem rowerowym i wtedy schodzimy na początku Szczawnicy. Na to się decydujemy. Szlak rowerowy często idzie potokiem małym, da się iść J A i schłodzić też się da.

Dostajemy się do Szczawnicy i okazuje się, że właśnie zaraz na początku jest początek trasy pksu, już stoi, mimo, że pół godziny do odjazdu. Przebieramy się na przystanku i zasiadamy w autokarze. Okazuje się to zrządzeniem losu! Kilka minut przed odjazdem już prawie wszystkie miejsca siedzące są zajęte. Jak podjeżdżamy na przystanek główny w Szczawnicy (tu byśmy doszły z Szafranówki żółtym szlakiem) to już wszystkie miejsca stojące się zapełniają…. W Krościenku nad Dunajcem już tylko jest dopychanie, nie wszyscy się mieszczą… a to ostatni PKS tego dnia! Na przystankach późniejszych nawet się nie zatrzymuje i tylko widzimy twarze zawiedzionych turystów…. My to mamy szczęście! Z obolałymi nogami cieszę się niezmiernie, że siedzę.

PKS przez to upychanie ma spore spóźnienie, a my się śpieszymy na pociąg! Wpadamy w ostatniej chwili, a pociąg ma godzinę spóźnienia…. W Warszawie, umęczone jesteśmy o 24tej. To były dopiero wczasy!



czwartek, 26 kwietnia 2012

Argentyna, Paragwaj, Brazylia


Wczasy seniorów, czyli nocowanie w autobusach :)

Motto:
„Jak łatwo stać się seniorem lub seniorą – wystarczy równik przekroczyć”
Kursy walut (orientacyjnie):

Argentyna
1 USD =  4,38 ARS
Paragwaj
1 USD = 4255 PYG
Brazylia
1 USD = 1,83 BRL

1 USD = 3,19 PLN
1 EUR = 4,16 PLN = 1,31 USD

5/6 kwietnia 2012 (czwartek/piątek)


Warszawa (Metro Wilanowska stanowisko 14) – Berlin ZOB godz. 23:00 – godz. 9:20 (Polski Bus)
Przelot:
Berlin (TXL) - Madrid (MAD) godz. 12:35 – godz. 15:40 [6/4/2012]

Polskim Busem odjeżdżamy z Metra Wilanowska o 23:00.Zgodnie z planem. Autobus pełny, komfort średni, ale czysto J Taki autobusowy Ryanair J Nie zatrzymuje się na wc. Zatrzymuje jedynie w Łodzi i Poznaniu. Za granicą (około 7:30) zatrzymują nas jakieś „dziady” i sprawdzają paszporty. Kto to, co to, nie wiadomo, nie przedstawiają się. Spać praktycznie nie spałam.

W Berlinie jesteśmy przed czasem, o 9:10. Następnie autobusami, zgodnie z rozpiską jedziemy na lotnisko. Koszt biletu 2,30 €. Najpierw autobusem M49 z przystanku Messedamm/ZOB/ICC (kierunek: S+U Zoologischer Garten) do przystanku Kaiser-Friedrich-Str./Kantstr., a potem przesiadka do autobusu 109 (kierunek Flughafen Tegel Airport ) na lotnisku jesteśmy po około 30 min. o 10tej (połaczenia dostępne na www.bvg.de ).

Lotnisko stare, ale da radę się ogarnąć. Jak się rozpoczyna check-in – korzystamy. Strafy bezcłowej praktycznie nie ma.

Wsiadamy w samolot do Madrytu i …. ku naszemu zaskoczeniu nie dostajemy nawet krakersa. Można jedynie kupić jedzenie. Na szczęście są moje kanapki i drożdżówki.

W Madrycie trochę się motamy po lotnisku – „nie ufaj strzałkom!!! To nie Frankfurt!!!” hehehe

W informacji turystycznej każą nam jechać kolejką podmiejską (2,15€/os), bo metro 2,50€/os… Tylko kolejka rzadziej jeździ. Czekamy ponad 20 min. Lądujemy w centrum Madrytu. Wysiadamy i idziemy na spacer. W centrum tłumy. Widzimy Puerta de Sol. Głodni siadamy w knajpce z własnym browarem – pyszne piwo!! Wydajemy ok. 30€ za tortille, mięso/wędlinę i piwo. Następnie ruszamy dalej spacerować. Jest dziki tłum, chyba Czekaja na drogę krzyżową ulicami miasta – my nie mamy siły czekać. Przebijamy się. Oglądamy stary market – dziś oszklony. Potem kierunek – Pałac Królewski (tu tłum zelżał), a następnie powrotem i tym razem metrem na lotnisko.

Samolot odlatuje o 0:40. Ciężko się czeka, bo spać się chce. Wreszcie wpuszczają nas do samolotu!

7 kwietnia 2012 (sobota)


Madrid (MAD) -  Sao Paulo (GRU) godz. 00:40 – godz. 6:30

W samolocie śmiejemy się, że nie dostaniemy nic do jedzenia J Ja uderzam w kimę, ale jedzenie jest. Przesypiam całą drogę, budzę się rano tuż przed podaniem śniadania. W Sao Paulo jesteśmy trochę po czasie, choć ciągle nie kumam która jest godzina J

Przeżywam stres, że nasze bagaże nie dojadą, bo mega długo trwa nim się pojawiają. Przez celników przechodzimy bez zatrzymywania, mimo, że wcześniej wypełniliśmy papiery spowiadając się, że nic nie mamy (narkotyków, broni itp.) nikt tych papierów nie chce oglądać.

Na lotnisku dowiadujemy się w IT jak tanio dojechać do centrum: bus 4,30 BRL/os do metra, a potem metrem 3 BRL/os. Bus specjalny lotnisko-centrum to koszt ok. 40BRL/os. W IT mówi nam Pani, że z innego dworca niż mamy w przewodniku jeżdżą autobusy do Foz Iguazu (dworzec Barafunda).

Druga zaskoczka – totalnie nie opłaca się wymieniać pieniędzy w kantorach – ogromne prowizje. Bierzemy 400 BRL z bankomatu.

Znajdujemy autobus i dojeżdżamy do metra, a potem do dworca autobusowego. Bilet do Foz Iguazu okazuje się dużo tańszy niż myśleliśmy – 70 BRL/os i jest o 20:15

Mamy cały dzień na zwiedzanie Sao Paulo. Bagaże zostawiamy w skrytce na dworcu autobusowym (duża 18 BRL).

Zwiedzamy Sao Paulo zgodnie z trasą „wal king tour” z loney planet. Miasto dziwne, i bogate klimaty i równocześnie pełno ćpunów i bezdomnych śpiących całymi rodzinami na ulicach.

Zatrzymujemy się w knajpce na lody i piwo (ok. 30 BRL). Następnie znów łazimy.  Na lancz późny idziemy do knajpki bardziej lokalnej za 30 BRL objadamy się niesamowicie J

Gdy już się ściemnia robi się już w ogóle nie fajnie – wracamy na dworzec. Tam wsiadamy do autobusu – standard bez rewelacji, bardzo mało osób. Po chwili każą nam się przesiadać do innego. Dalej mało osób, ale trochę więcej (łączą firmy przejazdy jak jest mało osób). Podróż ma trwać 15h.

8 kwietnia 2012 (niedziela)


Sao Paulo – Foz Iguazu godz. 20:15 [6/04/2012] – godz. 12:00 (autobus, 70 BRL/os)
PN Iguaçu – Puerto Iguazu

Jazdę przesypiam, choć to moja trzecia noc w podróży i już lekko tracę kontakt z rzeczywistością. Autobus rano zatrzymuje się na śniadanie. A tak wcześniej pędził jak oszalały… Pogoda ładne i bardzo ciepło J

Około 12tej dojeżdżamy do Foz Iguazu. Jesteśmy na dworcu międzynarodowym – musimy się przenieść na lokalny. Jedziemy autobusem – koszt 2,65 BRL/os – jak się przesiadamy na dworcu lokalnym to nie płacimy za kolejny przejazd. Orientujemy się w autobusach (godziny): do Parku Narodowego Iguaçu (Brazil), do elektrowni Itapu i do Argentyny.

Wojtek chce bardzo do elektrowni, wsiadamy w autobus i za 15 min. jesteśmy w centrum turystycznym elektrowni Itapu. Wykupujemy wycieczkę najkrótszą (tylko oglądanie) – koszt 22 BRL/os. Najpierw oglądamy film (30 min.) potem 1h jeździmy i oglądamy elektrownię największą na świecie po chińskiej – wybudowaną przez dwa kraje (Brazylia i Paragwaj). Robi wrażenie, choć raczej przygnębiające. Wycieczka to totalna komercja i dużo propagandy.

Gdy wracamy to ucieka nam autobus do  centrum, czekamy 20 min. Robi się późno, ale jedziemy na wodospady Igazu od strony brazylijskiej. Autobus jedzie ok. 45 min, Koszt wejścia 41 BRL/os (brakuje nam kasy, Wojtek wyciąga jeszcze z bankomatu 50 BRL). Jedziemy parkowym busem do startu zwiedzania – park narodowy jest duży, więc właśnie tak to rozwiązali. Bagaże pozostawiamy w skrytce (8BRL).

Przechodzimy szlak patrząc na wodospady z daleka. Jest mało wody, ale i tak widać, że spore to jest. Wszędzie biegają dziwne zwierzęta - koati. Cała trasa przejścia to niecałe 1h. Inne szlaki są dodatkowo płatne.

Łapiemy bus parkowy i w ostatniej chwili autobus do Foz Iguazu (ok. 18tej). Ale my wysiadamy wcześniej, by na drodze do Argentyny złapać bus tam jadący (bez szans jest złapać go na dworcu). Niestety dupa – ucieka nam. Idziemy z buta z plecakami, najpierw przechodzimy granicę brazylijską, a potem długo ulicą, po ciemaku, do granicy Argentyny ok. 1h. Ja to mam kryzys… Masakra…

Na granicy Argentyny podobno są busy „collectiva” do centrum Puerto Iguazu. Ale nie możemy się doczekać. Bierzemy taxi do hotelu (20 ARS). Hostel jest drogi (240 ASR/2os). Wojtek idzie szukać tańszych opcji. Trudno jest, w końcu znajduje ok. nocleg za 200 ARS/2os. Drogo. Hostel nazywa się Los Rios

Wreszcie prysznic, nowe ubrania – po 3 dniach! I łóżko. Ale wpierw knajpa. Klimatyczna, ale jedzenie marne. Wydajemy 150 ARS. Noc trochę głośna (obok nas dworzec autobusowy), ale wreszcie w łóżku.

9 kwietnia 2012 (poniedziałek)


Puerto Iguazu

Zapomniałam, ze to lany poniedziałek! Wstajemy na 8 na śniadanie, a potem plan to wodospady. I to jest plan na cały dzień!

Jedziemy autobusem z dworca do parku narodowego Iguazú (strona argentyńska oczywiście) – koszt 10 ARS/os/przejazd.

Park kosztuje 100ARS/os. Jest sporo chodzenia i oglądania, choć wodospady niektóre wyschły (za mało wody jest teraz). Najpierw robimy górną pętlę (upper circut), potem dolną (lower circut) + wyspa San Martin, a na końcu docieramy kolejką do „Gardła Diabła” – głównego wodospadu.

Dużo łażenia i oglądania, trochę za duża komercja i tłumy. Na wyspę dostajemy się łódką. Tam na brzegu robimy spóźnione świąteczne śniadanie. W końcu jest Wielkanoc.

Łażenia jest na cały dzień – ogromne wrażenie robi główny wodospad – niezła masa wody! Niestety nie ma słońca, więc nie ma tęczy. Ale są glonojady J! Żyją sobie w tej rzece, jak w naszych akwariach.

Wracamy do Puerto Iguazu na wieczór. Dopytujemy się o autobus na jutrzejszą trasę na misje do San Ignacio. Najtaniej jest o 7:30.

Po krótkiej wizycie w hotelu idziemy na punkt styku trzech granic – Argentyny, Paragwaju i Brazylii. Jest ciemno, więc trochę widoków tracimy. Ale rzeki widać. Wracając wchodzimy do polecanej w Loney Planet knajpy – i to był strzał w dziesiątkę! Dostajemy przepysznego steka!!! Zamawiamy lomo i bife de chorrizo, bo nie kumamy różnicy. Lomo jest bomba – takiego steku nie jadłam jeszcze! Wracamy do hotelu. Raz trochę wcześniej – może się wyśpimy…

10 kwietnia 2012 (wtorek)


Puerto Iguazu – San Ignacio godz. 7:30- godz. 12:30 (autobus, 48 ARS/os)
San Ignacio – Posadas ok. 1h (autobus, 15 ARS/os)
Posadas – Encarnación (autobus, 6  ARS)
Encarnación – Trinidad (autobus, 14 tys. PYG/2os.)

Zaczynamy dzień od „perfect timing” J o 7:30 mamy autobus, zdążamy jeszcze zjeść śniadanie, które niby jest o 7:30 J Autobus odjeżdża punktualnie, my wpadamy w ostatniej minucie. Koszt biletu – tanio – 48 ARS/os (wszędzie w innych miejscach mówią 67…) Jedziemy małymi wioseczkami, ale jest ok. Do San Ignacio dojeżdżamy około 12:30. Do misji trzeba dojść z niecałe 10 min.

Wcześniej zgarniamy mapki w IT. Koszt wstępu do ruin po jezuickich misjach San Ignacio Mini to 60 ARS/os. Najpierw jest muzeum i film – bardzo ok., można się sporo dowiedzieć o misjach, jak działały, historię jezuickich redukcji– bardzo ciekawe. Potem zwiedzamy ruiny – jest możliwość słuchania „audio guide”. Ruiny są ogromne. Robią wrażenie, jak takie misje wyglądały – spędzamy tam ok. 2h. Potężna dawka historii i informacji (podobno w Paragwaju nie ma tak pełnej informacji). Ciekawe, ze nawracali poprzez sztukę (muzykę, rzeźby, malarstwo). Niestety dużo się nie zachowało. Może więcej zobaczymy w Paragwaju.

Wracamy na przystanek autobusowy, zostawiliśmy bagaże za 5 ARS/os. Autobus przyjeżdża za kilka minut. Koszt dojazdu do Posadas 15 ARS/os, jedziemy ok. 1h, niestety nie ma miejsc siedzących.

Wychodzimy z autobusu i zaraz wsiadamy do autobusu do Paragwaju – na tym samym dworcu (zupełnie inaczej niż w przewodniku). Za 6 ARS jedziemy na granicę. Tam po stronie paragwajskiej chwilę trwa, więc autobus odjeżdża. Mamy bilety ze starego, więc wsiadamy w kolejny. W tym czasie wymieniamy kasę 100 USD (kurs słaby 4200 PYG, ale nie będzie czasu gdzie wymieniać.

Wysiadamy na dworcu (trochę się jedzie) I zaraz wsiadamy do Trinidadu. Encarnacion to okropna przygraniczna miejscowość. Ale my jesteśmy tylko kilka minut na dworcu. Do Trinidadu jedziemy za 14tys.PYG/2 os (a wcześniej mówią 8tys./os – czyli zaczyna się ściemnianie…) Czas się zmienia jest 1h wcześniej. Jesteśmy na miejscu o 18tej. To raczej zadupie. Jest jeden hotel pod ruinami za 200 tys.PYG/pokój (po chwili 150 tys. ) prowadzony przez niemieckojęzycznych. Ale Wojtek zagaduje w informacji turystycznej ruin i okazuje się, że kemping jest za darmo. I prysznice i łazienki też.

Rozbijamy się i idziemy do hotelu na kolację(83 tys.). A  w hotelu był wielki Murzyn z Holandii (właściciel), a pani obsługująca nie mówiła po angielsku tylko po niemiecku!

W namiocie super, tylko ptaki za głośno śpiewały nad ranem J

11 kwietnia 2012 (środa)


Trinidad - Encarnación (autobus, 7tys. PYG/os.)
Encarnación – Asunción godz. 13:00- godz. 19:00 (autobus, 50 tys. PYG/os.)

Wojtas wstaje oszalały przed 6:30 rano – mi nie jest tak łatwo wstać J. W końcu koło 8mej idziemy na śniadanie. Pogoda gorąca i słoneczna. Śniadanie marne kosztuje 15 tys./os.

Bilet na ruiny jezuickich misji (wszystkie trzy w okolicy) kosztuje 60 tys./os.

Zwiedzamy najpierw ruiny misji w Trinidad obok których spaliśmy. Robią wrażenie, są bardzo dobrze zachowane. Można Łazic po murach. Zachowało się trochę rzeźb. Ułożenie budynków na misjach wszystkich jest mniej więcej takie same, więc juz wiemy które ruiny to co J Bardzo mało turystów , ale są. Podobno to najrzadziej odwiedzany zabytek UNESCO. Zwiedzanie zabiera nam 1,5h.

Pakujemy się, składamy namiot (Wojtes) i idziemy szukać transportu do drugich ruin de Jesus de Tavarangué . Taxi stoi przy głównej drodze. Za 40 tys. pojedziemy w obie strony i na nas poczeka. To ok. 12 km. Na zwiedzanie mamy 30 min. i to starcza, gdyż zachował się praktycznie tylko kościół. Oglądamy i wracamy.

Od razu podjeżdża autobus do Encarnación (7 tys./os.). Na terminalu po dojeździe od razu nas wyłapują, wsiadamy do autobusu do Asunción (50 tys./os.) i po 15 min. ruszamy. Podróż trwa 6h – wyjeżdżamy o 13:00 i jesteśmy o 19:00.

O tym mieście nie mamy info (nie mamy przewodnika po Paragwaju), więc idziemy do informacji turystycznej, gdzie teraz jechać z głównego terminala Asunción. Dostajemy mapkę i wskazówkę, którym autobusem (nr 38, 8), szubko znajdujemy i odjeżdżamy (2300/os.). Na terminalu są kantory – bardzo słaby kurs. Nie wymieniamy. Wysiadamy w starym centrum i …. Za bardzo nie wiemy gdzie szukać hoteli. Widać tylko te na które nas nie stać. Zagaduje nas pani i prowadzi do hotelu Black Cat – zupełnie nieoznaczonego.

Koszt pokoju bez łazienki 170 tys. Bardzo miła pani prowadząca hostel – daje nam mnóstwo info, nawet gdzie zjeść. W knajpie (Bolsi) objadamy się niemiłosiernie – rachunek 83 tys. Okazuje się, ze w knajpie mają bardzo korzystny kurs wymiany $ (4300) – dajemy 100$ i resztę dostajemy w guarani. Dodatkowy bonus dobrego jedzenia, bo kantory już dawno zamknięte…. Wracamy do hotelu.

12 kwietnia 2012 (czwartek)


Asunción

Wstajemy rano (jest śniadanie!) i od rana do południa próbujemy zaplanować „co dalej” Dzwoni Wojtek nawet do agencji turystycznej w Filadelfii z pytaniem o możliwość zorganizowania wycieczki po Chaco.

Okazuje się, że marnie, bo jest powódź, wszystko zalane. Mimo wszystko decydujemy się jechać do Filadelfii. W IT babka mówi, że tam można jechać tylko nocą. Więc szybko wracamy do hotelu i pakujemy się i dajemy znać, że nie zostajemy na drugą noc. Jedziemy na dworzec autobusowy (bilet 2300) i kupujemy bilety na nocny autobus, na godz. 23:00 (90 tys./os.).

Jest już koło 14tej i dopiero wracamy do centrum zwiedzać. Upał i słońce niemiłosierne. Więc zaczynamy od knajpy polecanej przez hostel z paragwajskim jedzeniem. Zamawiamy coś w rodzaju zupy (ja rybną, Wojtek mięsną). Knajpa nazywa się Na Enstaquia.

Ruszamy z mapką zwiedzać. Oglądamy port i inne zabytki w tym starą kolej, która dawno nie jeździ, ale dworzec i perony zostały. Ogólnie nie ma w mieście tym dużo do zobaczenia, turystów tez jest mało.

Chodzimy to do knajpy to do hotelu, bo czas trzeba zużyć. Na koniec idziemy do Bolsi raz jeszcze (znów „wymieniamy” pieniądze). A tam trwa mecz… niestety Paragwaj przegrywa. W hotelu bierzemy prysznic, pijemy herbatę i ruszamy na dworzec. Punktualnie o 23:00 wyruszamy, autobus jest pełen.

13 kwietnia 2012 (piątek)


Asunción – Filadelfia godz. 23:00 – godz. 6:00 (autobus, 90 tys.PYG/os.)

Około 5 rano kierowca budzi i prawie wszyscy wysiadają. To jeszcze nie Filadelfia… hmmm… Ok. 6 rano docieramy, w autobusie są dwie osoby oprócz nas. Czy przyjechaliśmy do jakiejś kompletnej dziury ?? Stajemy pod hotelem Florida, tam dostajemy pokój za 50tys./os. Bez łazienki i jakiejkolwiek klimy. Idziemy spać.

Budzimy się i okazuje się, że jest już za późno na śniadanie. Wszyscy mówią po niemiecku… Dostajemy śniadanie mimo spóźnienia. W hotelu jest rozpiska, że IT i Muzeum są otwarte do 11:30. Jest już po 10tej wiec lecimy. Skwar jest niemiłosierny i słońce także.

W IT przesympatyczna pani opowiada nam całą historię osiadłych tu niemieckojęzycznych Menonitów… niesamowite… Kiedyś byli w Prusach, potem Ukrainie, następnie Kanadzie, a ostatnio przyjął ich Paragwaj (lata 30te XX w.) – żeby zasiedlili nieosiedlone tereny. Dostali ziemię i nie musieli (warunek ich wiary) służyć w wojsku. Osiedlili się i żyją w społeczności w dużej mierze niezależni od administracji państwowej. Babka jest cudowna. Dzwoni do znajomej czy przyjmie nas do estancji do siebie na nocleg (koszt 35$). Decydujemy się, mimo, ze mamy zabukowany nocleg w hotelu. Umawiamy się na 16:30, ze po nas przyjedzie. Koszt dojazdu (w obie strony) – 100 tys.

Idziemy połazić po mieście. Jest skwar niesamowity, sjesta, wszystko pozamykane. Szerokie, nieasfaltowe ulice i domki. Dowiadujemy się, że możemy dojechać do Boliwii przesiadając się w mieście niedaleko ( do niego dojeżdżamy za 20 tys.) o 21:00. Autobus nocny do Santa Cruz jest ok. 1-2 w nocy, ale inna firma ma bilety.

Umęczeni łażeniem idziemy do hotelu i korzystamy z basenu. Bomba. Następnie idziemy dowiedzieć się o koszt autokaru i jest zaporowy – 220 tys. Chyba trzeba zrezygnować… Wojtkowi pojawia się pomysł jechania do Boliwii autostopem. Idziemy na pocztę i kupuję pamiątki (kolczyki 15 tys., kubek 33 tys.+ rurka do mate 22 tys.).

Przyjeżdża po nas pani by zawieść nas na ranczo. Wymeldowując się z hotelu, okazuje się, że liczą nam 2 doby, bo przyjechaliśmy przed check-in timem…. Ale dają zniżkę i płacimy za jeden nocleg. I tak czujemy się zrobieni w bambuko, bo nikt nam nie powiedział wpuszczając nas rano do pokoju.

Jedziemy na tereny Chaco na ranczo – obłęd tereny niczego. Mamy super pokoik, a przed pokoikiem stoi traktor. Poznajemy pracujących na farmie ludzi – jutro z nimi mamy doglądać bydła. Wszędzie jest pełno ptaków, owadów (komary) i robaków. Widać, że przyroda!

Oglądamy film o zwierzętach Chaco. Jutro mamy wstać o 6:00 – 6:30 śniadanie.

14 kwietnia 2012 (sobota)


okolice Filadelfii
Filadelfia – Asunción godz. 22:00 – 6:00 [15/04/2012] (autobus, 90 tys./os.)

Wstajemy zgodnie z planem o 6 rano i na 6:30 jesteśmy na śniadaniu. Gadamy z babeczką i jak wychodzimy to konie już stoją osiodłane, a pracownicy pojechali. Na szczęście wracają. Wsiadamy na konie i jedziemy. Jest super, wczesny ranek, mnóstwo ptaków, nawet sarna przebiega, tereny trawiaste.

Zaganiamy krowy do zagrody i pracownicy łapią je lasso i dają szczepionki (bo są ranne). Super klimat. Potem wracamy i pijemy tereré – mate na zimno – typowe dla Paragwaju. Następnie znów jedziemy do innego stada, tam podobnie, choć też dodatkowo kastrują młode byczki – psy tylko czekają na świeże jąderka J

Wracamy ok. 12:00. Koszt tej atrakcji to 50 tys./os. Dostajemy lancz i gadamy z Merlin (właścicielką). Rozliczamy się: 70$/2os, 100 tys. przejazd, 100 tys. konie, 20 tys. lancz i jeszcze kilka tys. za piwo i wodę.
Idziemy jeszcze połazić i o 15:00 mąż Merlin nas zabiera do Filadelfii.

Zaczyna lać, więc do autobusu o 22:00 (90tys./os.) siedzimy na przystanku wśród tłumów owadów – ilość komarów jest porażająca. Wokół robi się mega błoto. Autobus odjeżdża punktualnie. Uderzamy w kimę przyzwyczajeni powoli do wypoczynku w takich warunkach.

15 kwietnia 2012 (niedziela)


Asuncióngranica z Argentyną godz. 7:00 – 7:30 (autobus, 6$/os + 6$/2 bagaże)
granica z Argentyną – Clorinda ok. godz. 8:30 taksi, 20 ARS
Clorinda – Resistencia godz. 10:30 – godz. 15:00 (autobus, 80 ARS/os)
Resistencia – Capitan Solari godz. 15:30 – 18:00 (autobus, 30 ARS/os.)

Dziań pod hasłem „autobusy”. W Asunción jesteśmy około 6 rano. Nie ma autobusu do Clorida, dopiero o 9tej. Siedzimy godzinę, kiedy dowiadujemy się, że można miejskim autobusem dojechać do granicy z Argentyną. Podróż kosztuje nas 6$/os + 6$/2 bagaże. Autobusy odjeżdżają sprzed dworca. Po ponad 30 min. jesteśmy na granicy. Przechodzimy bez problemu przez granicę, bagaże prześwietlają, pies też nas wącha, hehe. Narkotyków brak.

Po stronie argentyńskiej bierzemy taksi za 20 ARS do dworca autobusowego w Clorindzie, gdzie odjeżdżają busy do Resistencji. Musimy znów trochę poczekać (ok. 1h) i o 10:30 (jest +1h do czasu paragwajskiego) wsiadamy do autobusu – koszt 80 ARS.

W Resistencji jesteśmy przed 15:00. Wszystko zamknięte, bo niedziela. Pijemy strasznie drogą kawę (24 ARS/2 os.) i o 15:30 wsiadamy do autobusu do Capitan Solari – koszt 30 ARS/os., jedziemy ok. 2,5h – przez totalne zadupia. Lądujemy w prawdziwej dziurze – ledwo kupujemy coś w sklepie – stare bułki, jajka, puszkę tuńczyka.

Do kempingu parku narodowego Chaco jest 5 km, już się ściemnia. Bez szans na taksi, ani żadne info. Idziemy więc …. Ale po chwili jedzie samochód! Zabiera nas bardzo niedaleko parku. Jak dochodzimy to jest już ciemno, las, a tu nagle wchodzimy w full wypas kemping i wszystko za darmo. Nawet miejsce na grilla i drewno jest! Szok! A przyroda czuć , że inna jakość. Przed zachodem słońca to ptaki oszalały – takie śpiewy!

Rozbijamy namiot, prysznic ciepła woda… Wojtek rozpala ogień i  jajka ratują wieczór. I ciepła herbata jest. Cudnie. Środek niczego. Na kempingu są jeszcze Szwajcarzy w kamperze.

16 kwietnia 2012 (poniedziałek)


Capitan Solari – droga na Saltę godz. 16:50 – 17:50 (autobus, 12 ARS/os.)
Skrzyżowanie droga na Saltę – skrzyżowanie na Saez Pena godz. 18:00 – 19:00 (autostop)
skrzyżowanie na Saez Pena – Saez Pena ok. godz. 19:30 – 20:00 (autobus, 2,5 ARS/os.)
Saez Pena – Salta  godz. 21:30 – godz. 7:00 [17/04/2012] (autobus, 248 ARS/os.)

Budzi mnie szaleństwo ptaków, ale nie mam siły wstać … Jesteśmy w naturze J Wstajemy i zaczyna się skwar. Wojtas szuka Internetu- bez rezultatu. Śniadanie – bułki i ciepła herbata.

Wypożyczamy rowery i jedziemy na dwie pętle zobaczyć laguny. Rowery to graty, ledwo jedziemy, a skwar niemiłosierny. Mniejsza pętla to ok. 5 km w jedną stronę, duża to 9 km w jedną (jest niby zamknięta, ale rowerem da się przejechać), Godzina i temperatura są takie, że ptaków brak. Widzimy węża (duży 1,5-2 m) i sarenkę i trochę drapali. Na kempingu przebiega nam przed nosem lis. Ptaki latają, ale widać, że się pochowały w południe. To nie jest najlepsza pora…

Skatowani po 3h wracamy i idziemy jeszcze jedną pętlę pieszą wzdłuż rzeki Negro. Robi się późno a o 16:50 mamy autobus do głównej drogi z Capitan Solari (a jeszcze 5 km w skwarze w marszu).

Zwijamy się i ruszamy. Jest ciężko. Niczego i nikogo na drodze. W końcu pod koniec się udaje złapać furmankę (tylko dzięki niej zdążamy na autobus!)

Dojeżdżamy do głównej drogi na Saltę (bilet 12 ARS/os.) i stajemy łapać stopa. Jest przed 18:00, więc plan jest dojechać do Seaz Pena i stamtąd nocnym busem do Salty. Łapiemy okazję po 10 min. Zawozi nas do skrzyżowania na Saez Pena – z nami wysiada jeszcze jeden koleś, który także chce się dostać na dworzec autobusowy. Pokazuje nam przystanek lokalnego busu, który za 2,5 ARS/os. Zawozi nas na terminal. Jest 20:00.

Autobusy do Salty są koszmarnie drogie. Mamy o 21:30 za 248 ARS/os. Zjadamy na kolację chipsy i w autobusie uderzamy w kimę – powoli nabieram umiejętności spania w tych autobusach. Dostajemy posiłek w ramach biletu (kanapka + cola).

17 kwietnia 2012 (wtorek)


Salta

Dojeżdżamy na 7 rano. Ruszamy szukać hotelu – jest ich sporo, ale drogie (ok. 200 ARS/2 os.). W końcu znajdujemy fajny za 140 peso/2 os ze śniadaniem. Śniadanie dziś możemy wykupić za 10 ARS/os. Pokój jest bez łazienki.

W hotelu można załatwić samochód (maja jakąś firmę zaprzyjaźnioną). Koszt 300 ARS/dzień bez limitu km. Gwarancja to karta kredytowa. Płacimy zaliczkę (300 peso) i umawiamy się na jutro na 9:00 rano. W hostelu jest Internet – ogarniam maile J

W hostelu wymieniamy 100$ - kurs 4,37 ARS. Idziemy zwiedzać Saltę. Zaczynamy od placu 9 lipca, a następnie do leżącego przy tym placu Muzeum MAAM – gdzie znajdują się mumie znalezione na  wulkanie Llullaillaco 6,700 m, złożone przez Inków. Wstęp kosztował 40 ARS/os. Bardzo warto. Dużo można poczytać (po angielsku) o tradycji Inków, rytuałach i wierzeniach oraz co tam znaleźli przy tych mumiach. Mumie są wystawione na pokaz na zmianę. My widzimy chłopca. Niesamowity – zachowany jak śpiący. Dzieci były z arystokratycznych rodów, różnych części kraju Inków (ten zwyczaj też miał spajać kraj) odurzone alkoholem, wyniesione na wysokość 6700, najpewniej po prostu się nie budziły.

Po muzeum chcemy wymienić kasę, ale jest sjesta. Wszystko zamknięte, więc idziemy na plac Belgrano i zajadamy się winogronami. Ruszamy na kolejkę na wzgórze, bo do 17tej nic nie zwiedzimy. Wyjeżdżamy na górę (15ARS/os.), a schodzimy pieszo. Są widoki, ale bez rewelacji. Jest dość gorąco.

Na dole oglądamy po drodze klasztor karmelitów (z zewnątrz) i bardzo starą oryginalną bramę. Wojtek kupuje butlę z gazem (38 ARS). Oglądamy kolejny kościół i wracamy do placu, bo katedra jest już otwarta.
Pieniądze wymieniamy (z pewną obawą) u konika, ale kurs jest zachęcający – 4,70 ARS za 1$! Łazimy po deptaku, kupujemy lody (6ARS/os.). Wcześniej spałaszowalismy frytki w frytkowym barze za 6 ARS.

Wracamy do hotelu. Jesteśmy padnięci, ale w końcu decydujemy się iść do knajpy gdzie jest pokaz tańca peña – tradycyjnego dla tego regionu. Knajpka jest w miejscu gdzie był i mieszkał generał Güemes – są liczne pamiątki.

Jesteśmy pierwsi, ale schodzą się ludzie. Show zaczyna się ok. 21-22. Tańczy pani z dwoma gauchami (raz ze starym, potem młodym), a jeden facet śpiewa. Potem każdy stolik ma powiedzieć skąd jest – robimy furorę, że jesteśmy z Polski. Potem wyciągają do tańca. Wojtas tańczy i nieźle sobie radzi. Kolacja (stek, a Wojtas locro – tradycyjna potrawa z kukurydzy, mięso, krew) płacimy 150 ARS

Idziemy do hotelu – od jutra przygoda samochodowa!

18 kwietnia 2012 (środa)


Salta – Quebrada de Cafayate – Cafayate - Cachi

Rano wstajemy na śniadanie i zaraz przyjeżdża nasz pan z samochodem. Płacimy pozostałe 600 ARS, za hotel 180 ARS i ładujemy się! Ruszamy do supermarketu – robimy zapasy jedzenia, żeby mieć i nie chodzić do kanjp. Płacimy rachunek ponad 200 ARS. Nie możemy kupić piwa, bo nie mamy butelki na zamianę!????? Wyjeżdżając z miasta tankujemy 48l za 320 ARS (benzyna 6,69 ARS/l).

Ruszamy do Cafayate  (ok. 200 km) przez Quebrada de Cafayate – niesamowite widoki, zatrzymujemy się przy Gargata del Diablo – wdrapujemy się trochę oraz przy Amfiteatrze – niezła akustyka! Wszystko 100% naturalne J czyli stworzone przez naturę. Ponadto fotografujemy niesamowite widoki i „rzeźby”.

Cafayate jest uroczą miejscowością, gdzie produkują wino (zwiedzamy dwie winiarnie). Produkują cabernet sauvignon, malec i tannat, ale sławni są z białego torrontés. Zwiedzanie gratis. Jest bardzo miła informacja turystyczna. Bardzo dużo sklepików z tanimi, ładnymi pamiątkami: wiszące dzbaneczki 18 ARS, obrazek 27 ARS, wisiorek 15 ARS – można się targować. Turystów mało. W Cafayate jest hotel Ruta 40 – bardzo istotne dla Wojtka. Oglądamy malowidła na murach – nie wiemy dokładnie o co chodzi, ale są. Wyjeżdżając zahaczamy o lody z wina – pyszne, a sprzedaje bardzo sędziwy wesoły pan – Heladeria Miranda. Miasteczko robi super wrażenie, ale decydujemy się jechać dalej. Minus, że jest już późno…

Szukamy noclegu po drodze (kempingu w Agnosco), ale nie ma, więc już po ciemaku około 21 jesteśmy na kempingu miejskim w Cachi. Koszt noclegu 30 ARS/2 os.

Gotujemy sos, makaron i parówki i idziemy spać. Na kempingu są prysznice i łazienki. Z prysznicy nie korzystamy, bo tylko zimna woda.:) W nocy jest trochę zimno ( w końcu to 2280 m n.p.m.), a Wojtas się wypina i nie chce mnie grzać – potem ratuje mnie i zmienia zdanie J

19 kwietnia 2012 (czwartek)


Cachi - San Antonio de los Cobres – wiadukt La Polvorilla

Wstaje nam się trudno i potem śniadaniujemy do 10tej. Idziemy zwiedzać Cachi. Ma miły ryneczek ze skromnym kościółkiem (kościół San Jose), w którym wszystko (wyposażenie) jest zrobione z drewna kaktusa - kardon.

Potem Wojtek rozgaduje się w ITnt widocznej z Catchi góry Nevado de Cachi (6380 m). W  knajpie Oliver jest jej zdjęcie. Podjeżdżamy też do Todo lo Nuestro – reprodukcje domów z historii doliny – wstęp 15ARS, ale nie korzystamy – brak czasu.

Jedziemy do San Antonio de los Cobres, ale drogą najpierw na Saltę. Do rozjazdu na Salte bierzemy z Cachi dwie francuskie studentki autostopowiczki. Droga prowadzi przez park narodowy Los Cardones – są setki kaktusów, które wyglądają jak armia i że zaraz zaatakują.

Jedziemy do San Antonio, jest już wysoko, przekraczamy przełęcz 4050 m n.p.m. Jedziemy wzdłuż kolejki Tren a las Nubes. Droga jest bardzo widokowa. Dojeżdżamy do San Antonio de los Cobres i zaczyna zachodzić słońce. Czytam w przewodniku, że warto zobaczyć zachód słońca na wiadukcie kolejowym 16 km od San Antonio de los Cobres. Jedziemy tam. Docieramy niestety za późno. Wiadukt nazywa się La Polvorilla i jest na wysokości 4200 m. Jest rzeka, więc postanawiamy biwakować na dziko. Gotujemy i obalamy wino+ sery i oliwki (wino to trochę głupota na tej wysokości). Na wiadukt weszliśmy wieczorem, ale nic nie widać. Trzeba będzie powtórzyć rano.

20 kwietnia 2012 (piątek)


wiadukt La Polvorilla - San Antonio de los Cobres – Purmamarca - Humahuaca – Purmamarca (Cerro de Siete Colores) - Salta

Noc mija średnio. Wojtka boli brzuch. Mnie rano też. Czymś się struliśmy. Ponadto czuć trochę wysokość. W nocy było tak zimno, że woda w rzece zamarzła trochę… Ładnie. Rezygnujemy ze śniadania i wychodzimy na wiadukt skąd jest niesamowity widok. Wiadukt powstał w latach 1930-32. Robi wrażenie!
Zwijamy się do San Antonio de los Cobres. Tam tankujemy (13 litrów, 100 ARS). Jedziemy bardzo widokowa drogą – środek niczego, pustynia. Widzimy guanako, ale też niestety nieżywe zabite przez samochód. Kierujemy się na Salinas Grandessolniska, salary. Salary dla mnie są kłamstwem dla mózgu – on ciągle odbiera, ze to zamarznięte jeziora J pokryte warstwą śniegu. Ale to sól. Kupuje słoną lamę za 10 ARS.

Jedziemy do Purmamarca przez przełęcz 4170 m (na przełęczy organizujemy sobie śniadanie) i wielkimi długimi serpentynami zjeżdżamy na dół. Nie  zatrzymujemy się w Purmamarce tylko od razu jedziemy do Humahuaca – Wojtek szuka tam jakiejś pięknej góry. Dojeżdżamy do Humahuaca 60 km, a góry brak… W IT dowiadujemy się, że góra jest w … Purmamarce…. 120 km w plecy, czas i benzyna…

Wracamy i oglądamy – rzeczywiście jest to góra Siedmiu Kolorów - Cerro de Siete Colores. Piękna jest.
Mamy już niebyt dużo czasu i benzyny – jedziemy w kierunku Jujuy (San Salvador de Jujuy). A tu do Jujuy brak stacji benzynowej – na szczęście jest z górki, więc toczymy się jak rower i dojeżdżamy na oparach. Tankujemy 6 litrów (40ARS) – mamy około 65 km do Salty – wybieramy krótszą drogę (nie autostradę). I to się okazuje kolejną wtopą dzisiejszego dnia. Droga jest krótsza, ale nie szybsza. Bardzo wąska, serpentyny, po górach. Nie da rady szybciej niż 30-40 km/h. Mamy „przyjaciela”, który nas prowadzi – poza nim nikogo na tej drodze. Znów pojawia się wizja, że braknie benzyny… A wtedy już mega dupa, bo jesteśmy w lesie, w górach.

Do Salty do hotelu dojeżdżamy na 21 (godzinę spóźnieni). Facet kasuje nas 40 ARS za mycie samochodu (a my myliśmy trochę rzece, hehe) Przejechaliśmy 1150 km! Kapiemy się i uderzamy na dworzec autobusowy, bo czekają nas dwie kolejne noce w autobusach. Biletów na tani przejazd już nie ma. Czyżby kolejna dupa dzisiejszego dnia ?! 9innych autobusów już nie ma o tej porze) W końcu jakieś bilety się znajdują. Jeden za 265 ARS (stałe miejsce na całą podróż) i za 331 – miejscówka tyko na poszczególne fragmenty – trzeba się przesiadać. No i nie siedzimy razem.

Ale przynajmniej ruszamy do Cordoby! Autobus odjeżdża o 23:30. Najpierw po 40 min. musimy zmieniać autobus – ale potem już jadę. Wyciągam śpiwór i idę w kimę.

21 kwietnia 2012 (sobota)


Salta - Cordoba godz. 23:30 [20/04/2012] – godz. 13:00 (autobus, 265 ARS/os.)
Cordoba – Buenos Aires godz. 22:30– godz. 8:00 [22/04/2012] (autobus, 250 ARS/os.)

Około 13tej jesteśmy w Cordobie. Jest zimno!!!! I pochmurno. Kupujemy bilety na autobus do Buenos Aires na 22:30 (250 ARS/os). Zostawiamy bagaże (5ARS/os) i idziemy na miasto.

Na głównym placu San Martin w Cordobie jemy śniadanie J Potem dowiadujemy się, co można zobaczyć. Zaglądamy do budynku Rady Miejskiej (wejście gratis). Jest sjesta, więc wszystko zamknięte. Na ulicach pustki. Dopiero od 16:30 otwierają katedrę – bez rewelacji, zbitka różnych stylów bo bardzo długo ją budowali. Idziemy do Manzana Jesuítica. Oglądamy (bez zwiedzania) uniwersytet Universidad Nacional de Córdoba – jest tam podobno biblioteka pozostawiona przez jezuitów. Wstęp 10 ARS (nie korzystamy). Obok kościół de La Compañia de Jesus – bardzo ładny – dach jak dół łódki. Reszta zabytków jezuickich zamknięta. Krypty w ogóle w weekendy zamknięte. Podobnie jak Muzeum Pamięci – dot. ofiar okresu dyktatury wojskowej.

Idziemy na lody 6,50 ARS/os., a jak się robi ciemno na pokaz fontann „światło i muzyka”.

Cordoba nie zrobiła na nas wrażenia – ruszamy do Buenos. Toaleta na dworcu i do autobusu na około 10 godzin.

22 kwietnia 2012 (niedziela)

Buenos Aires

Do Buenos przyjeżdżamy rano około 7-8 i od razu ruszamy w poszukiwaniu hotelu. Jest zimno! Znów.
Hostel jest bardzo trudno znaleźć, wszystkie wymienione w przewodniku LP (tanie) są pełne. Znajdujemy hostel, którego w LP nie ma i on ma miejsca. Pokój dwuosobowy to 270 ARS, dormitorium 70ARS/os. Bierzemy dormitorium. Ale check-in dopiero o 14tej.

Bierzemy prysznic – cudowny, gorący! Zostawiamy bagaże i idziemy zwiedzać. Ruszamy na plac de Mayo i zwiedzamy pałac prezydencki – Casa Rosada (udostępniony w weekendy, za darmo) Tylko my bez wchodzenia z grupą – wtedy trzeba sporo czekać.

Przy tym samym placu katedra, w której jest grobowiec San Martina. Następnie idziemy do Obelisku – wybudowany w 400tną rocznicę osiedlenia sie pierwszych hiszpańskich osadników. Obelisk stoi na bardzo szerokiej ulicy 9 lipca „Avenida 9 de Julio” (podobno nawet 16 pasów w jedną stronę może być – ja się doliczam 10).

Kolejny punkt programu to plac Dwóch Kongresów – z Kongresem i pomnikiem dwóch kongresów, które były, żeby Argentyna była niepodległa (1810 i 1816).

Wracając do hostelu mijamy włoski festyn – zjadamy kiełbę i oglądamy produkty regionalne na nim sprzedawane. Jest muzyka, prawdziwy festyn.

Po krótkiej przerwie w zwiedzaniu w hostelu idziemy dalej na market, który akurat dziś się odbywa – dzikie tłumy ludzi sprzedających najdziwniejsze rękodzieła (np. robione z puszek po piwie, monet itp.).

Robi się ciemno, ale idziemy na La Boca – dzielnicę portową z pomalowanymi, kolorowymi budynkami. To miejsce, gdzie też są knajpy z tangiem itp. Ale jest tylko jedna z muzyką na żywo, reszta pusta i pozamykana…..?

Po tym wszystkim idziemy na ostatniego steka. Wchodzimy do fajnej knajpy, gdzie zjadamy nawet dobrego lomo i bife de chorizo, ale jest zonk jak przychodzi do płacenia. Rachunek jest na 170 ARS, ale jest tam uwzględnione coś takiego jak „cubierto” – dowiadujemy się, że jest to opłata za talerz i sztućce! Jakaś paranoja! W karcie, rzeczywiście na ostatniej stronie jest małym drukiem napisane, że cubierto jest 9 ARS/os. Płacimy, ale uznajemy, ze to jest napiwek, hehe.

W hotelu jak padam na łóżko tak odlatuję i przesypiam noc i nie budzą mnie sąsiedzi – w pokoju jest 7 osób razem z nami.

23 kwietnia 2012 (poniedziałek)


Buenos Aires

Nawet się wysypiam. Nie budzą mnie kolejni współspacze J Śniadaniujemy 2h, a następnie ruszamy oglądać port w Buenos. Jest to teraz ekskluzywna dzielnica. Park, którym można pochodzić jest w poniedziałki zamknięty – pech! Łazimy, oglądamy jachty. Zwiedzamy tez żaglowiec szkoleniowy z końca XIX w (pływał głównie 1899-1936), wstęp 2 ARS/os. Fajowy. Nazywa się ARA Presidente Sarmiento. Można połazić i po oglądać.

Robimy ostatnie zdjęcia przed Casa Rosada  na placu de Mayo, potem spacer ulicą Florida – wielkim turystycznym deptakiem (ale my i tak już bez kasy). Dochodzimy do pl. San Martin, gdzie jest pomnik poległych w wojnie o Falklandy – dziwnym trafem przewodnik LP w ogóle o tym nie wspomina…

Wracamy do hostelu około 16tej – prysznic, konsumpcja, bo po 17tej musimy iść na autobus. Autobus na lotnisko jest bardzo tani, kosztuje 2 ARS/os., ale jedzie ponad 2h. Bilety można kupić tylko za monety w automacie w autobusie.

Po ponad 2h jeździe, a nawet 2,5h, bo korki były, jesteśmy na lotnisku. Jazda była przygodą, tłumy ludzi i bardzo nieturystyczne już dzielnice.

Na lotnisku dowiadujemy się, że nasz samolot jest opóźniony, co więcej, gdy dostajemy boarding passy, to połączenie do Berlina jest 4h później. Nawet nie ma szans, że zdążymy na bus do warszawy – Będziemy o 22:40 w Berlinie!!!! Dupa! O tej porze nie ma już żadnych połączeń autobusowych i pociągowych do Warszawy, żeby być na środę rano.

Kupujemy Internet za 5ARS/30 min i szukamy połączeń. Próbujemy też coś wywalczyć w Iberii, ale bezskutecznie. Mamy jakieś opcje połączeń pociągami rano, Polski bus jedzie dopiero o 10:30 i jest późno wieczorem w środę w Wawie.

Trochę stresu jest, ale musimy lecieć na nasz samolot. Sprawnie idzie odprawa i zaraz jesteśmy w samolocie. Nie mamy miejsc obok siebie, ale na szczęście chłopak się przesiada i siedzimy razem. Obsługa w samolocie fatalna, ale jeść dostajemy. Uderzam w kimę i przesypiam lot.

24 kwietnia 2012 (wtorek)


Buenos Aires (EZE) - Madrid (MAD) godz. 21:35 [23/04/2012](jest 1h opóźnienia) - godz. 15:30
Madrid (MAD)   - Berlin (TXL)  godz. 19:45 – godz. 22:40

Dolatujemy do Madrytu o 15:45 czasu w Hiszpanii. Samolot nasz jest o 19:45 – mamy więc kupę czasu. Za 2€ wykupujemy 30 min. Internetu i sprawdzamy kolejne opcje powrotu do Polski. Mamy już pewien plan. Może udać się być na 14tą w wawie. Kto wie J

Samolot jest punktualnie, ja przesypiam cały lot. W Berlinie jesteśmy o 22:45 (zgodnie z planem) i po 15 min. mamy już bagaże.

Jedziemy autobusem do HBF – bilet 2,30 €/os. Na dworcu znów rozpoznajemy  temat biletów i dojazdu. Ale może zdecydujemy się jechać za 50€/os. EC i będziemy na 11tą w wawie. Bo różnica nie jest znacząca raczej. Ale biletów nie można kupić automacie, tylko w pociągu. Dziwne. Ale tak mówi pan w informacji.

Idziemy na kebaba pod dworcem J Fajny klimat u Turka. Wracamy na dworzec i siadamy w McDonaldzie – jedyny otwarty, można siedzieć i spać (jak wszyscy wokół) i skorzystać z toalety. Gramy na kartce w piłkę nożną, niestety przegrywam L Ratuje nas jet lag – dla nas jest 5h wcześniej, więc nie ma kryzysu ze spaniem. Jest luz.

25kwietnia 2012 (środa)


Berlin Hbf – Warszawa Centralna  godz. 4:28 – godz. 10:55 (pociąg, 45,60€)

Wsiadamy w nocny ekspres do Warszawy, kupujemy bilety u konduktora – tylko 45€! I idziemy w kimę. Dojeżdżamy o 11tej… Nareszcie w domu…