Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Rowerem na Jurze Krakowsko - Częstochowskiej


Warszawskie Napieraczki na pielgrzymce do Częstochowy, czyli ojej tu wcale nie jest płasko – rowerowym szlakiem Orlich Gniazd


Motto:
Nie w karbonie i, nie w kredzie ale w jurze najlepiej jest modelować pośladki !

16 sierpnia 2012 (czwartek)


Warszawa – Kraków godz. 20:15  – 23:14 , pociąg (koszt na osobę 50,10 zł)

Nasz pociąg ma odjechać o 18:50, jest to Interregio, kupiłyśmy tanie bilety, bo dla 3 osób jest zniżka. Spotykamy się na stacji o 18:30 (ja i Arletta na Centralnym, a Jola na Wschodnim). Gdy tylko przyjeżdżamy dowiadujemy się, że nasz pociąg (który jedzie z Warszawy !) ma 60 min opóźnienia, które szybko przechodzi na 80 min….. Arletta idzie zrobić jeszcze rowerowy shopping w Złotych Tarasach – zapomniała zapięcia do roweru. Jola sama czeka na Wschodnim. W końcu ogłaszają, ze można wsiadać do TLK, które jest o 20:15 i bilety będą uznawane. Na to się decydujemy, uznając, że spóźniony IR będzie tylko zwiększał opóźnienie. I tak w Krakowie będziemy tak późno, że martwimy się, czy będzie jeszcze jakiś autobus/tramwaj na Hutę.

TLK okazuje się luksusowym wydaniem. Jola już czeka na nas obok toalety. Ładujemy się i całą drogą obserwujemy jak ludzie nie umieją się zamknąć w tej elektronicznej toalecie (zablokować). Co jakis czas, ktoś komuś wchodzi w trakcie – śmiechu, że hej. I przychodzą do nas panowie, kolarze kiedyś , dziś raczej piwkarze… jeden pan tak jeździł na kolarzówce, że aż go podwiewało!

Cudem łapiemy ostatni tramwaj w Krakowie na hutę – biletów nie udaje się kupić, ale za to spotykamy wesołego kolegę, który dużo mówi i dużo na rowerze jeździ. Odbieramy od cioci klucze i jedziemy do mieszkania babci, gdzie sobie nocujemy. Jutro mamy o 9tej być na przystanku, by oddać klucze.

17 sierpnia 2012 (piatek)


Kraków Huta - IKEA godz. 9:15  – 9:40 , (autobus 172 , bilet 3,20)
IKEA – Bronowice Małe godz. 10:30 – 11:30
Bronowice Małe – Kraków-Mydlniki - Szczyglice - Brzoskwinia godz. 11:30 – 14:00 (20 km)
Brzoskwinia – zamek Tenczyn w Rudnie godz. 14:00-15:30 (12,8 km)
zamek Tenczyn w Rudnie – Krzeszowice - klasztor w Czernej godz.16:00 – 18:00 (11,2 km)

O 9tej jesteśmy na przystanku i oddajemy klucze, wsiadamy do autobusu, żeby wyjechać na początek szlaku. Ale pojawia się opcja taniej kawy w IKEI, więc decydujemy wysiąść wcześniej i napić się kawy, a potem dopiero ruszyć. W IKEI w ogóle okazuje się, że kawa do 10:00 jest za darmo J więc siedząc pod sklepem się delektujemy J

Potem okazuje się, że nie potrafimy dojechać do początku szlaku, gubimy się , kombinujemy, w końcu się udaje, ale już wcale nie jest wcześnie. Trasa zaczyna się po chwili zaskakująco pod górę – nie da rady czasem nawet pchać roweru. To nie na naszą kondycję, daleko nie zajedziemy, jak będzie tak cały czas. Uda puchną że hej. W ogóle marnie nam idzie. Tempo mamy jak na warszawianki przystało. W Brzoskwini na chwilę się zatrzymujemy, a potem w kierunku pierwszego zamku na naszej drodze. Pod zamkiem Tenczyn jest w prawdzie napisane, że poleca się wejście pieszo, ale my postanawiamy wprowadzić rowery. Błąd! Jest stromo, nie na nasze siły, wchodzimy ledwo żywe. A tam trwa budowanie zamku (konserwacja) i nigdzie nie można wejść. Odpoczywamy chwilę i zjeżdżamy na około na dół (nie tą samą drogą).

W Krzeszowicach zakupy, bo już dzień się kończy, jest plan nocować z Czernej. Zaczepia nas niewidomy pan i daje kontakt do swoich znajomych w Czernej, żeby nam się pozwolili rozbić. Ale miejscowość Czerna trochę nie po drodze, postanawiamy rozbić się obok klasztoru.

Do klasztoru dojeżdżamy o 18:00, widzimy parking z wc, więc wygląda na niezłą opcję namiotową. Ale trzeba się braci zakonników zapytać. A tam trwa spotkanie młodych, tłum młodzieży. Gdy pytamy się jednego brata o możliwość rozbicia namiotu, on nas pyta gdzie jedziemy. A my zgodnie z prawdą, że do Częstochowy… „czyli pielgrzymujecie!” no w sumie…. Zaprasza nas na kolację, spotykamy się z przeorem, który pokazuje nam gdzie możemy się rozbić (pozwala też u nich w ogrodzie, ale wolimy poza murami klasztoru). Rowery nam chowają i zapraszają na mszę…. W końcu pielgrzymujemy….

Na kolacji (bułka z serem i ogórkiem + herbata) zaczepia nas dwóch braci i ostro przepytuje, też opowiadając o sobie. Za miesiąc złożą śluby. Proszą o odmówienie zdrowaśki za nich na Jasnej Górze… Trudno nam wierzyć w to co się dzieje…. Msza jest o 19:30 i mimo, że jesteśmy padnięte, to dajemy rade, bo jest naprawdę super przygotowana, oprawa muzyczna, kazanie jest wraz z inscenizacją teatralną. Choć sytuacja jest kosmiczna, to fajnie, że się załapałyśmy.

Zaczynają się ogłoszenia, jest już 21, a my nie mamy wciąż rozłożonego namiotu. Wymykamy się z kościoła, ale przy wejściu łapie nas brat nasz opiekun i zdziwiony pyta, czy nie idziemy na procesje…. Chyba mam niezłą minę jak to słyszę… ledwo na nogach stoję… Ale dodaje, że jak pójdziemy z procesją to będziemy mogły wziąć prysznic u sióstr (procesja przenosi najświętszy sakrament od braci do sióstr) – nie da rady zrezygnować… Dostajemy pochodnie i idziemy. Niezły klimat, noc, pochodnie, świece, śpiewy. Znów nie wierze, że to się dzieje naprawdę… Procesja się kończy, zostajemy wyłapane i zaprowadzone do łazienki. Szybki prysznic i bieg powrotem, bo klasztor zamykają o 22, a już jest 22:15… Udaje się, czekają na nas. Bierzemy swoje rzeczy i rozbijamy namiot. Pozostaje tylko otworzyć piwko… Co za wieczór!

18 sierpnia 2012 (sobota)


klasztor w Czernej –Dolina Eliaszówki - Paczółtowice godz.9:40 – 10:15 (4 km)
Paczółtowice – Racławice godz. 10:30 – 11:15 (3 km)
Racławice – Zawada – Zimnodół – Osiek – Olkusz godz. 11:15 – 13:00 (14 km)
Olkusz - Olkusz Słowiki - zamek w Rabsztynie – Jaroszowiec  godz. 14:30 – 16:00 (5,5 km)
Jaroszowiec  –zamek w Bydlinie godz. 16:00-16: 50 (7,5km)
zamek w Bydlinie – zamek w Smoleniu – Smoleń godz. 17:15 – 19:30 (12km)
Smoleń – Złożeniec ok. 20:00 (3 km)

Rano nie idziemy już na jutrznię i śniadanie, na które tez mamy zaproszenie. Ogarniamy się same i zjeżdżamy w trasę. Oglądamy na dole most pokutniczy i źródło Eliasza. Szybko dojeżdżamy do Paczółtowic, gdzie jest stary (XVI w.) drewniany kościółek. Niestety nie można wejść do środka. W Racławicach tez jest, ale już w ogóle zamknięty na trzy spusty.

Przy drodze na Zawadę jest jakieś dziwne oznaczenie szlaku, zupełnie nie zgadza się z mapą. Na szczęście ogarniamy i jedziemy zgodnie z mapą, z czasem okazuje się, że i tam szlak jest. To nie pierwszy raz, szlak jest czasem dziwnie oznaczony, albo są jakieś inne szlaki, trzeba mapę kontrolować cały czas.

Wjeżdżamy do Olkusza i uderzamy do knajpy na rynku, który jest całkowicie w remoncie. Mocną stroną knajpy nie jest obsługa klienta… długo się czeka na jedzenie i na podejście kelnerki, ale… jedzenie jest świeżutkie – dostałam świeżo zrobione pierogi! Potem jeszcze oglądamy bazylikę w Olkuszu – cudna! Bardzo warto!

Zamek w Rabsztynie tylko mijamy i dojeżdżamy do Jaroszowca – tam przystanek w sklepie. Chcemy jechać dalej na szlak, ale nas zatrzymują ludzie! Podobno szlak jest nieprzejezdny, była burza, jest mnóstwo zwalonych drzew i nigdzie nie dojedziemy. No więc decyzja jechać asfaltem – to się dopiero pruje do przodu!

Zamek w Bydlinie oglądamy, bez problemu można wyjechać rowerem na górę. Chwila przerwy i dalej już szlakiem w kierunku zamku w Smoleniu. Droga wiedzie przez las, jola ma wypadek i nadziewa się na podtrzymadełko na aparat. Myśli, ze będzie szycie, ale nie zalała się krwią. Przed wyjazdem na Smoleń jest jaskinia, którą oglądamy, za dużo nie ma co oglądać, tym bardziej, że jakaś rodzinka chyba ją trochę demoluje (jaskinia jest zamknięta). Ja wypatruje na mapie miejsca na nocleg – jest pole namiotowe z Złożeńcu!!! Uratowane, bo do Ogrodzieńca nie dojedziemy dziś… jest już późno, trzeba by zahaczyć o sklep. Niestety nie ma w Smoleniu… Zbaczamy z trasy na chwile i podjeżdżamy do Strzegowej. I teraz znów czeka nas podjazd… A w Złożeńcu okazało się, też jest sklep… Joli rower się psuje, i ma z nas najgorzej jechać…

Szukamy pola namiotowego i się okazuje, że … było 10 lat temu! Od dawna nie ma! Ratuje nas pani sołtys, która zgadza się, żebyśmy się rozbiły w ogrodzie, bo jest już późno. I z prysznica korzystamy i herbata – znów luksusy, a miało być hardcorowo! Jemy kolacyjkę przy świecach, i ognisko jest z letnikiem i jego dziewczynkami.

19 sierpnia 2012 (niedziela)


Złożeniec –Ryczów – zamek Ogrodzieniec godz. 10:00 – 10:45 (11 km)
zamek Ogrodzieniec – Skarżyce – zamek w Morsku godz. 12:15 – 14:00 (16km)
zamek w Morsku – Morsko – Skarżyce - Zawiercie godz. 14:30 – 16:15 (ok. 12 km)
Zawiercie – Warszawa 17:35 – 23:45 (PKP, opóźnienie 3h45min, cena 59,10 zł)

Rano herbata z termosa, śniadanie, i naprawa lekka roweru joli i jedziemy! W Ogrodzieńcu jesteśmy super szybko, dziś tam jest turniej rycerski – niestety o 15tej. Ale są tłumy ludzi, dzieci, oglądamy ogromny zamek na zmianę, więc trochę czasu schodzi (ktoś musi pilnować rowerów). Ogólnie jest jeden wielki festyn. Kupuje ekstremalnie wielkie lody, bo myślę, że ludzie przede mną kupują duże i chce takie same, a to są małe.

Jest szansa dojechać do zamku wMorsku, więc ruszamy. Znów jest zmyłka szlaku i Arletta musi sporo wracać pod górę… Spotykamy dwie dziewczyny z Warszawy, też tylko tu po 3 dniach zajechały… A my się martwiłyśmy, że ten szlak jest rozpisany, że w 3 dni do Częstochowy się dojedzie i że nie dajemy rady. Widać mamy takie warszawskie tempo J

 Zamek w Morsku jest zamknięty, ale można go obejść. Obok jest knajpeczka, gdzie serwujemy sobie mrożoną kawę, bo dzisiaj upał jest niesamowity, skwar wręcz. Zamek w Morsku w ogromnej ilości zamieszkują mrówki!

Teraz już kierunek Zawiercie PKP… Zjeżdżamy innym szlakiem niż wjechałyśmy na zamek. To jakiś inny szlak rowerowy i prowadzi do Zawiercia – od Skarżyc pokrywa się z niebieskim pieszym. Po drodze nie ma gdzie kupić wody, a my wyschnięte – włazimy po prośbie do gospodarstwa po wodę… w tym upale ten smak jest niesamowity… zimna… cudna!

Dojeżdżamy do opłotków Zawiercia i zupełnie nie wiemy gdzie jechać, gubimy szlak. Zagadujemy chłopaczka na rowerze, a on nam, że nas podprowadzi, bo właśnie wyszedł pojeździć z kolega na rowerze! My to mamy fart! Jak strzały pędzimy dokładnie w kierunku dworca, bez zatrzymywania na szukanie drogi! Jesteśmy godzinę przed pociągiem.

Na nasz pociąg nie ma już miejsc, więc dostajemy bilety bez miejscówek – znaczy będzie tłum. W lidlu robimy jeszcze zakupy i wsiadamy do zawalonego pociągu, gdzie miejsc na rowery jest kilka. Przebieramy się w pociągowej toalecie, siadamy na ziemi by rozpocząć piknik i za Włoszczową, jak ujechaliśmy z godzinę stajemy… Jakiś facet rzucił się pod nasz pociąg… Masakra. My w pierwszym wagonie.

Ludzie wyłażą na pole i czekamy na prokuratora, ma to trwać od 2-3h… Ładnie, a miałyśmy być wcześnie w wawie. Na karimatce piknikujemy przy torach, poznajemy miła panią z synkiem z Małkini. Po godzinie siedzenia jest info, że można będzie się przesiąść do ekspresu z Krakowa do Warszawy. Ale my nie damy rady z rowerami. Ludzi w pociągu jest około 700, większość chce się przesiąść. Pozostaje czekać… Ludzie łażą po torach, zaraz będzie kolejna tragedia – myślenia brak.

Ruszamy po ponad 3h, w Warszawie jesteśmy zamiast o 20:00 o 23:45 … Dojeżdżam nieżywa do domu. Co za pielgrzymka!


poniedziałek, 16 lipca 2012

Spływ kajakowy Krutynią


Galerianki na Krutyni, czyli emeryckie spływanie

Wyjazd organizowany przez towarzystwo Asi :) Moją partnerką w kajaku i w namiocie była Jola, jak za starych dobrych czasów.

13 lipca 2012 (piątek)


Warszawa  - Spychowo 19:30 – ok. 22:30 (samochód)

Spotykamy się na dworcu Wschodnim i razem w dwa samochody jedziemy do Spychowa. Reszta ekipy jedzie różnie, jedni wcześniej, inni później, jedni też samochodami, inni pksem. Spotykamy się na miejscu.

Klimat miejsca bardzo PRLowski J: Stanica Spychowo (http://www.stanicaspychowo.pl/). My się rozbijamy w namiocie, pozostali w domkach. Koszt naszego noclegu to 28zł (2 os+namiot). Ognisko już jest rozpalone (koszt ogniska 60zł), pieczemy kiełby i od czasu do czasu chronimy głowy przed deszczem. Jest nas w sumie 20 osób, niezła ilość.

14 lipca 2012 (sobota)


Spychowo – Zgon 14:00 – 16:30 (10 km kajakiem)

Rano wstajemy bez stresu, bo dziś jest mało do przepłynięcia. Kierowcy jadą po kajaki do Krutyni: http://www.splywy.pl/ (koszt 20zł/kajak/dzień, 15 zł fartuch/2 dni, 5zł transport/os).

Reszta w dużej części idzie na park linowy (koszt 25zł), ja rezygnuje. W parku każdego dopada jakiś inny strach do czegoś innego. J W sumie startujemy ze spływaniem o 14tej. Właściwie spływamy, a nie wiosłujemy J Bardzo relaksacyjnie, niestety pogoda nie jest betonowa. Czasem słońce, czasem deszcz, upału brak.

Do Zgonu przypływamy wcześnie, rozładowujemy się i rozbijamy (koszt noclegu za 2 os. + namiot 30 zł): http://www.wodan.orangespace.pl/ PTTKowski Ośrodek wypoczynkowy "WODAN" J.

Wszyscy straszliwie głodni, uderzamy do smażalni ryb, którą widzieliśmy z brzegu płynąc. Okazuje się lekko obskurnym miejscem, z niemiłym panem, ale ryby się wybiera palcem i smażą (szczupak 8zł/100g). W końcu część osób zamawia, część wraca do mijanej knajpy w Zgonie. Ryba jest ok., ale klimat średni. Wracamy po zjedzeniu do reszty w tej knajpie. Ich strzał był strzałem w dziesiątkę! Restauracja Kos (http://pensjonat-kos.prv.pl/) – przepyszne żarcie! Duży wybór! A naleśniki z jagodami to są warte grzechu… Znów jemy….
Po totalnym obżarciu idziemy na ognisko (koszt: 50zł), ale są tez tacy, którzy z przejedzenia zasypiają i już się nie budzą…

15 lipca 2012 (niedziela)


Zgon – Krutyń 10:30 - 14:30 (13 km kajakiem)
Krutyń – Rosocha – Ukta 15:30 – 16:30 – 18:30 (13 km kajakiem)
Krutyń – Warszawa 19:30 – 22:30 (samochód)

Zaliczam rano kąpiel w jeziorze, ale nie jest to pogoda na kąpiel…. Choć jest przyjemnie.
Dziś jest więcej pływania, więc staramy się rano zebrać, w sumie to wychodzi 10:30, jak nie zdążymy można wcześniej skończyć. Najpóźniej wypływa Dori, sporo po nas, nigdy nas nie dogania i kończy spływ w Krutyni.

Pierwsza część to wiosłowanie przez jezioro, gdzie fale jak na Bałtyku… po 2h mordowania dopływamy do rzeki! Z radości urządzamy kąpiel, co mnie masakruje termicznie! Za chwile jest mała przenoska i dalej już rzeką. Pojawiają się inni spływowicze… Jak dotychczas było ich na szlaku mało.

Dopływamy do miejscowości Krutyń, tam witają nas bary z brzegu. Idziemy do knajpy gdzie jest fenomenalna zupa kurkowa i do tego oczywiście naleśniki czy pierogi z jagodami. Już nasza grupa się podzieliła, jedni płyną sporo z przodu, Dori z Marleną pozostały daleko w tyle. Mają tu skończyć spływ i oddać kajaki.

My umawiamy się przodownikami spływania w miejscowości Rosocha, że tam zdecydujemy czy płyniemy do Ukty czy nie. Oni są na tyle wcześnie, ze już jak my przyjeżdżamy to chcą wracać do Wawy. Umawiają sobie transport, a reszta kajaków płynie do Ukty. Niestety nie spróbowałam placków ziemniaczanych w tamtejszym barze – podobno najlepsze na świecie J

Do Ukty dopływamy o 18:30, mocno juz zmachani i zmęczeni. Teraz tylko powrót do domu.




poniedziałek, 21 maja 2012

Pasmo Radziejowej i Małe Pieniny


Weekendowe wczasy starszych pań - a zakwasy leczyłam dwa dni















18 maja 2012 (piątek)


Warszawa – Kraków godz. 15:00 – 19:30 , samochód
Kraków – Szczawnica godz. 20:10 – 22:00, bus, ok. 15 zł
Szczawnica – Jaworki godz. 22.00 – 22:30 taksówka, 30zł

Spotykamy się około 15tej w miejscu gdzie Monia ma szkolenie i stamtąd wyjeżdżamy do Krakowa. Następnie busem http://diditrans.pl/ do Szczawnicy. Wszystko idzie sprawnie, w busie tłoku nie ma, spokojnie siadamy i jedziemy. Wysiadamy na końcu i próbujemy się dowiedzieć o jakiś dojazd do Jaworek. Monia zagaduje kierowcę, żeby może podjechał, ale nie da rady J hehe ale dzwoni do kolegi taksiarza, który ma podjechać. W tym czasie oferuje podwózkę chłopak, który ostał się z nami w autokarze… ale niestety, samochód który po niego wyjechał nie ma wolnych miejsc. Pozostaje taksa, bo żadne busy nie jeżdżą o tej porze. Taksiarz jest mega nieuprzejmy, nie chce się targować, ale dowozi nas na miejsce.

Nocleg mamy w Pensjonacie Koliba pod Kozińcem  (http://www.pensjonatkoliba.pl/o_nas.php), cena za nocleg 45zł, pokój z łazienką , dostęp do kuchni, ogólnie full wypas, do którego nie przywykłyśmy, ale z wiekiem trzeba się przyzwyczajać J

Zjadamy kolację i zasiadamy przed telewizorem fundując sobie bardzo optymistyczny i relaksacyjny film – Plac Zbawiciela… nie ma jak wczasy, ech…

19 maja 2012 (sobota)


Jaworki -  Czerwona Młaka [974 m]  (szlak czerwony)
Czerwona Młaka [974 m]- Wielki Rogacz [1182 m] (szlak niebieski)
Wielki Rogacz [1182 m] - Radziejowa [1266 m] - Przehyba [1175 m] (szlak czerwony)
Przehyba [1175 m] - Kiczora [1024 m] (drogą)
Kiczora [1024 m] - Dolina Starego Potoku - Jaworki (droga)

Wstaję rano, bo na 9tą mam jazdę konną, koszt 40zł za godzinę. Stadnina mieści się naprzeciwko kwatery, wiec super pod nosem J www.stadninarajd.pl/ tel. +48 18 262 16 00, kom. +48 607 47 88 50, biuro@stadninarajd.pl. Jedziemy we trójkę, ale obie osoby poza mną to są z tej stajni, hehehe. Czyli praktycznie prywatna jazda J Jest cudnie, widoki są obłędne, galop po łąka też. Koń mój dobrze ułożony, jest ok. Wracamy rezerwatem Biała Woda i jesteśmy atrakcją dla turystów J Super rozpoczęty dzień. 

Monia miała przyjść mi zrobić zdjęcia, ale jazda okazała się 45 min a nie 1h, wiec nic nie udało się uchwycić.
Dzień jest cudny, pogoda marzenie, trochę leniwie wyruszamy w trasę. Zaraz po skręcie od wejścia do rezerwatu Biała Woda, po wspięciu się na górę zahaczamy o wiatę z oscypkami. A tam weseli panowie, pochodzą z Starachowic (!) opowiadają nam o wyrobie oscypków i wypasie owiec, a ogólnie to cały dzień leżą na trawie i nic im się nie chce. Zakupujemy oscypki wielgaśne i idziemy dalej pod górę.

Cudowne widoki rozpoczynają się już przed wejściem na Mały Rogacz – obłęd , całe tatry stoją jak na dłoni, ogromne. Zapiera dech, ale z czasem się przyzwyczaimy, bo pogoda się nie zmienia J Słońce, około 20 st, przejrzyste niebo… marzenie.

Dochodzimy na Radziejową, a tam wielka wieża, na którą można wyleźć, jak się nie ma leków żadnych. Ja trochę mam, bo schody tak strome, że masakra…

Następnie marsz do schroniska, gdzie wszamamy żurek i zbiegamy na dół, bo nam się śpieszy na koncert w Muzycznej Owczarni. Schodzimy nie szlakiem tylko drogą (szlak narciarski w dół), a następnie skręcamy w lewo w wielką drogę, normalnie bitą, która prowadzi do Jaworek. Mamy nawet jeszcze chwilę czasu na prysznic J

Do Muzycznej Owczarni idziemy na koncert na 20:00 - trzech chłopaków przystojniaków gra utwory A. Piazzolli (Janusz Wawrowski – skrzypce, Jan Kalinowski – wiolonczela, Bartłomiej Kominek – fortepian) – argentyńskie tanga. Jest mega klimatycznie, siedzimy, pijemy piwko, każdy ma swoje miejsce przy stole. Koszt biletu 50zł. Warto.

20 maja 2012 (niedziela)


Jaworki - rezerwat Biała Woda – Przełęcz Rozdziela [802 m] (żółty szlak)
Przełęcz Rozdziela [802 m] - Wysoka [1050m] - Durbaszka [942 m] - Cyrhle [774 m] (niebieski szlak)
Cyrhle [774 m] - Szczawnica Zawodzie (żółty szlak rowerowy)
Szczawnica – Kraków 17:10 – 19:40 (PKS, cena ok. 15 zł)
Kraków – Warszawa 20:50 – 23:50 (PKP, opóźnienie 1h, cena 56 zł)

Rano w ogóle nie chce nam się zbierać J Jest cudowna pogoda i śniadaniujemy na tarasie J W końcu wychodzimy, z plecorami i ruszamy najpierw rezerwatem Biała Woda szukając jakiegoś znaku do bacówki. Chcemy kupić bundz a on jest tylko rano. Wychodzimy wysoko i kupujemy chyba po kilogramie, tak żeby lżej było iść. Na szlaku jest sporo ludzi, idąc dalej też można kupić sery… Ale najtaniej było wczoraj.

Jest słonecznie, widoki wokół, stada owiec i sympatyczni ludzie na szlaku (głównie miejscowi turyści z okolic).

W końcu dochodzimy do podejścia pod wysoką – tam jest tłum ludzi. Ja ledwo włażę w upale po tych schodach – przechodzący ksiądz komentuje, że musiałam w życiu wiele nagrzeszyć, że taki garb ciągnę na górę… hehehe. Ale widoki na szczycie to rekompensują – OBŁĘD! Pogoda to beton, widoczność cudna, widać tatry , Babia Górę i ma się wrażenie, że Bieszczady ;) kto wie… hehehe

Dalej idziemy, ale ja to już ledwo. Mam takie zakwasy, chyba po tych koniach… No masakra… Robi się coraz później, a ostatni autobus o 17:10, jak się spóźnimy to mogiła. Już wiemy, ze do Szczawnicy szlakiem niebieskim do Szafranówki  nie dojdziemy… Myślimy o zejściu do Szlachtowej i podjechaniu stopem. Ale wtedy ryzyko, że stopa nie złapiemy… Spotykamy po drodze rowerzystę, który poleca nam zejście szlakiem rowerowym i wtedy schodzimy na początku Szczawnicy. Na to się decydujemy. Szlak rowerowy często idzie potokiem małym, da się iść J A i schłodzić też się da.

Dostajemy się do Szczawnicy i okazuje się, że właśnie zaraz na początku jest początek trasy pksu, już stoi, mimo, że pół godziny do odjazdu. Przebieramy się na przystanku i zasiadamy w autokarze. Okazuje się to zrządzeniem losu! Kilka minut przed odjazdem już prawie wszystkie miejsca siedzące są zajęte. Jak podjeżdżamy na przystanek główny w Szczawnicy (tu byśmy doszły z Szafranówki żółtym szlakiem) to już wszystkie miejsca stojące się zapełniają…. W Krościenku nad Dunajcem już tylko jest dopychanie, nie wszyscy się mieszczą… a to ostatni PKS tego dnia! Na przystankach późniejszych nawet się nie zatrzymuje i tylko widzimy twarze zawiedzionych turystów…. My to mamy szczęście! Z obolałymi nogami cieszę się niezmiernie, że siedzę.

PKS przez to upychanie ma spore spóźnienie, a my się śpieszymy na pociąg! Wpadamy w ostatniej chwili, a pociąg ma godzinę spóźnienia…. W Warszawie, umęczone jesteśmy o 24tej. To były dopiero wczasy!