środa, 20 października 2010

Nepal - trekking wokół Annapurny


Wczasy odchudzające, lekko modelujące sylwetkę

Motto: 

Why like this ? 

Maybe not the strongest, but the fittest and best prepared (“disable people”) in Himalaya


więcej zdjęć

Kursy walut (orientacyjnie)
1 USD = 70 NPR = 3,97 PLN
1 EUR = 99 NPR = 2,85 PLN










30-31 października 2010 (sobota-niedziela)

Przelot:
Warszawa (WAW)  - Moskwa (SVO)  godz. 16:00- 20:05 [30/10/2010]
Moskwa (SVO)  – Delhi (DEL) godz. 22:20 - 5:45
Delhi (DEL)Kathmandu (KTM) godz.: 13:30 - 15:25 [31/10/2010]

Podróżowanie. Z Monią lecimy z warszawy i wciąż główną zagwostką jest nadanie bagażu w Delhi. Na Okęciu spotykamy ekipę: Jacka i Jędrzeja z tatą, którzy nas namawiaj na nadanie bagażu jedynie do Delhi, a potem do Katmandu. Rzeczywiście po przylocie do Delhi (6 rano) w tranzycie bardzo zorganizowana pani każe nam czekać i następnie na podstawie świstka bagażowego przepisuje nasz bagaż do Katmandu (bagażu nie widzimyJ ) nie dostajemy żadnego kwitka, czyli wszystko oparte na zaufaniu…
Chłopcy z Polski okazują się mieć wspólnych znajomych z Monią (Jacek). Jędrzej jest z Zakopanego i ma park linowy koło ZOO w Warszawie.
W samolocie z Moskwy nie dość, że nie serwują alkoholu to nie wolno pić swojego (choć chłopaki po licealnemu piją z ukrytej butelki) Na lotnisku w Delhi czekamy 6-7h – są leżaki, można się przekimać. Mi się nie udaje, ale Moni nieźle idzie. Spotykamy Christiana, który nie nadał w ogóle bagażu – spryciarz. Zazdrościmy.
Czekając przy gejcie na lot do Katmandu spotykamy dziewczyny, które są po pełnym wrażeń dniu w Delhi – b. dużo udało im się zobaczyć.
Dolatujemy do Katmandu, a tam małe syfne lotnisko. Trzeba wypełnić formalności wizowe (40 USD, zdjęcie). Zdjęcie, jak ktoś nie ma, można zrobić na miejscu.
Po wyjściu z lotniska spotykamy znajomego Joli, który pomaga nam z aranżacją hotelu, co okazuje się katastrofą. Jedziemy na Themel.  Kolesie są niesłowni, nie udaje się z nimi nic uzgodnić, tracimy tylko czas na dyskusje. Jest trudno znaleźć miejsce w hotelu, wszędzie pełno lub drogo.
W końcu nocujemy w Rosebud Hotel, Thamel, Chhetrapati-17, www.rosebudhotel.com. Za naszą szóstkę płacimy 2000 NPR (ok. 29 USD). Jest ok. pokoje z łazienką, ale bez rewelacji.
Mamy problemy decyzyjne dot. naszych planów dalej. Dziewczyny chcą kupić sprzęt. Ja zakupuje czapkę (180 NPR – 2,6 USD) – drogo, ale u bardzo miłej pani J. Idziemy do knajpy (już jest późno), miejsce fajne, zjadłam pierożki momo, średnio smaczne. Rachunek za kolację dla 6 osób : 900 NPR (13 USD).
Ciągle dyskutujemy co jutro… W hotelu spotykamy faceta z agencji, który oferuje nam załatwienie TIMS, biletów wstępu, biletu na autobus i dojazd do autobusu. Nieźle z nas zdziera: 63 USD/os (29USD bilet, TIMS 20 USD – i tak kupił taki za 10, czyli TIMS niebieski a nie zielony).
Decydujemy się, bo zdajemy sobie sprawę, że sami nie załatwimy tego w jeden dzień, a tak to pojutrze już rozpoczniemy trekking. Nie zgadzamy się dać mu gotówki, więc ja z Monią decydujemy się spotkać z nim wcześnie rano w biurze.

1 listopada 2010 (poniedziałek)


Katmandu - Basishahar

Jesteśmy umówione z gościem w hotelu o 7.40. Jest na czas. Idziemy z Monią do jego biura. Reszta ma czas do 10.00. Biuro jest ok.: Himalayan Spirit Adventure, www.himalayanspiritadventure.com. Daje nam rachunek. My kumamy na czym polega jego biznes – sprzedaje nam TIMSy jako agencja (po 10 USD) a od nas bierze tak jakbyśmy zapłacili indywidualnie (20 USD), 10 od łebka jest dla niego, ale my nic nie tracimy.
Idę z Monią na śniadanie w jakiejś obskurnej malej knajpce. Dziewczyny zakupiły kurtki puchowe Nordface za 2200 NPR (31 USD)
O 10tej jest już zestresowany koleś, że nasz autobus odjeżdża… Daje nam wszystkie pozwolenia. Ale nie ma Christiana… W stresie nie wiemy co robić i podejmujemy decyzję, że jedziemy, a Christian będzie nas jakoś gonił – skoro go nie ma. Ruszamy spóźnieni w kierunku autobusu, który łapiemy już na wyjeździe z dworca. Jest pusty, władowujemy się i czekamy na Christiana. Na szczęście już jedzie. Nasz opiekun z biura jest w ciągłym kontakcie z hotelem.
Jedziemy do Besishahar. Podróż jest całkiem ok., nie ma jakiś chorych tłumów, no ale nie można tej podróży zaliczyć do komfortowych. Raz stajemy w korku godzinę, bo był wypadek.
Do Basishahar dojeżdżamy już po zmroku, ale od razu atakują nas hotelarze. Podobno standard niektórych to karaluchy i brak podłogi (haha, przynajmniej karaluchy wtedy nie biegają po podłodze… hihihi). My wybieramy bardzo przyjemny, za 80NPR/os z super restauracyjką, gdzie się żywimy (jedzenie jest stanowczo droższe, nie wszyscy jedzą, ale wydajemy 1400NPR na cały rachunek za obiad.
Asia nie zgadza się na wspólną kasę i rozliczanie, w związku z tym będzie liczyć kto co zjadł i ile zapłacił – nasza wyjazdowa księgowa! Szacun!
Rozkręca się impreza taneczna, ale ja nie idę – podobno dziewczyny uczą się tańców hinduskich.
Prysznic zimny, ale da radę. Ciepłej wody mimo zapewnień nie ma.

2 listopada 2010 (wtorek)


Basisahar [820 m] – Synge [1140m] (jeep)
Synge [1140m] – Jagat [1340m] (2h)

Po obfitym śniadaniu idziemy w poszukiwaniu jeepa, który dowiezie nas do Synge. Trzeba przejść całą wioskę – aż do check pointu (stemplują nam TIMSy) potem w dół. Tam jest budka w której sprzedają bilety (500NPR/os) i czekamy na zapełnienie jeepa (zapełnienie to ok. 14 osóbJ). Czekamy w sumie 2h – około 12tej ruszamy. Byłoby szybciej gdybyśmy przyszli wcześniej, jeepy jeżdżą głównie rano. Jest ok., droga nie jest jakaś fatalna, a kierowca dobry J W przepaść nie wpadamy! Spotykamy po drodze ludzi, którzy idą a nie jadą ten odcinek. Myślę, że gdybyśmy wyszli rano to doszlibyśmy to co ujechaliśmy.
Zatrzymujemy się przy wejściu do parku narodowego – zabierają nam bilety i je kasują. W budce jest informacja, gdzie można kupić wodę uzdatnioną (żeby nie kupować butelkowanej), warto spisać.
Jeep się potem kilkakrotnie psuje, raz naprawia go mały mechanik, chłopiec lat ok. 10ciu, czym zawstydza kierowców, jest dużo śmiechu. My już mamy trochę dość podróży, a ona się trochę wydłuża. Około 15:30 lądujemy pod Synge – około 5 minut trzeba dojść do wioski. My idziemy dalej. Chcemy dojść do wioski Jagat – wędrujemy ok. 2h. Droga jest ok., ale ledwo zdążamy przed ciemną nocą. Nocujemy w pierwszym Gesthausie. Cena noclegu 100NPR/os – pokoje 2-osobowe, niestety blisko toalety więc śmierdzi. Umowa jest też taka, że u nich się stołujemy – ceny dość wysokie, ale trzeba się przyzwyczajać, będą coraz wyższe J W sumie za 6 osób za nocleg, obiad i śniadanie płacimy 4800 NPR (ok. 68USD).
Już koło 20-21 jesteśmy mega śpiący, z resztą wszyscy naokoło idą spać. W nocy tłuczenie się nocą sąsiadów nie daje spać innym, a dziewczętom smród z toalety. Dla mnie jest git! J

3 listopada 2010 (środa)


Jagat [1340m] 8:30 -> Tal [1680m] 13:00 (4,5h)
Tal [1680m] 14:30 -> Dharapani [1905m] 18:00 (3,5h)

Idziemy wolno – 100 tys. zdjęć na minutę…. Jesteśmy sporo do tyłu z czasem. Dochodzimy do Chanche (spotykam panią z takim samym plecakiem jak mój, straszliwie nim zachwyconą J Za Chanche przechodzimy przez most i „wspinamy się” w upale. Jest mega gorąco. Widoki ekstra, choć jeszcze nie widać wysokich gór. Trochę różnimy się tempem, więc się rozdzielamy, ja idę pierwsza – umawiamy się w Talu na obiedzie.
Idę więc sama, mijam bazę wojskową, a potem przez rzekę aż do Talu. W talu jest stacja uzdatniania wody: 40NPR/litr. Knajpkę wybieram, po tym gdzie siedzą ludzie – knajpka Monalisa obok punktu z wodą z super przemiłą panią J jedzenie przepyszne. Wydaliśmy 2300NPR/6os – ale było warto.
Następnie idziemy wzdłuż rzeki zakosami i przechodzimy mostami. W wiosce Kherte robi się prawie ciemno, ale decydujemy się iść do Dharapani – i rozpoczynamy praktycznie bieg – w 30 min dobiegamy do celu. W międzyczasie Christian się zagubił (zaczyna to być tradycją J ) w Kherte, Monia na niego czeka, marznie, potem biegną wspólnie do nas. Powoli sobie chłopak grabi…
Lądujemy w hoteliku, który ma piekarnię, ale kibelek na zewnątrz i prysznic. Za pokoje nic nie płacimy (2 x trójka), ale ceny za jedzenie –horrendalne – za obiad i śniadanie płacimy 5500NPR/6os.
Spotykamy innych turystów, których potem wielokrotnie będziemy spotykać na szlaku.
Śniadanie umawiamy na 6:30 rano.

4 listopada 2010 (czwartek)


Dharapani [1905m] 7:40 -> Dhanagyu [2290m]10:00 (2h 20 min.)
Dhanagyu [2290m] 10:00 -> Thanchok 12:00 (2h)
Thanchok [2480m] 14:40 -> Chame [2680m] 17:00 (2h 20 min.)

Rano Asia ma biegunkę  (tu rozpocznie się neverendingstory) lecz decyduje się iść bez tragarza. Wyruszamy wcale nie ostatni!!! Długo stoimy na check pointcie. Jest już chłodno w cieniu, ale w słońcu wciąż ciepło. Jednak większość trasy jest w cieniu. Idziemy, ale widać rozbicie grupy. Z Monią idę na początku, reszta za nami.
W Dhanagyu przy młynkach czekamy, jednak bezskutecznie, a robi się zimno, więc idziemy. Droga prowadzi ostrym podejściem, które zwala nas z nóg. Na górze czekamy na resztę. Gdy już zamarzamy, widzimy Jolę i Arlettę. Okazuje się, że Asia idzie bardzo wolno, ale czuje się ok. i kazała dziewczynom iść.
My spotykamy kolejny raz znajomych ze szlaku – opowiadając nam o jakimś cudzie, który ultrafioletem oczyszcza wodę (SteriPEN).
Postanawiamy zaczekać na Christiana i Asię na lunchu. Idziemy już drogą dość łatwą, jednak zmęczenie wychodzi. Dochodzimy do wioski Thanchok (właściwie zaskoczone jesteśmy, że to już ta wioska). Na ogromnej polanie jest knajpka z tarasem z widokiem na Manaslu – BOMBA!
Siadamy z Monią i po 15 min dochodzi Arletta i Jola. Zamawiamy jedzenie, na które czekamy ponad godzinę, ale jest pyszne. Przechodzący ludzie przynoszą nam informacje o Asi i Christianie – Asia źle się poczuła na podejściu, nie może iść, mają sobie załatwić tragarza. Więc wciąż czekamy z straszliwie wypełnionymi brzuchami (trochę wstyd…).
Dochodzą, Asia ma swojego przyjaciela, który niesie jej plecak. Ruszamy w drogę, jest łatwo. Idę z Monią na początku – pojawia się Annapurna – niezły widok! Robi się już zimno – dochodzimy do Koto (wioska przed Chame). Tam atakują nas dzieciaki – mnie upatrzył sobie Specjalista Od Zamykania Plecaków J Wzbudzają ciekawość także krótkie spodenki (naszyte na nich kwiatki). Dochodzi reszta (Asia, Arletta, Jola i Christian). Zaliczamy check point, gdzie przez 10 min opieprza nas żołnierz, że nie zalogowaliśmy się od razu, tylko chcieliśmy przejść. Podobno wtedy na następnym check poincie mielibyśmy problemy.
Cały dzień zastanawiamy się jak rozwiązać problem różnego rozkładu sił w grupie… Dyskutujemy co dalej – trudno znaleźć rozwiązanie.
W Chame jest wiele GH, ale strasznie nas olewają, robią sobie żarty – dziwne… Wchodzimy do GH z przemiłą panią, która jedyna nas zaprasza. Jest złota kobita. Nie ma ciepłego prysznica, ale grzeje wodę. Zaprasza nas do kuchni (jest ciepło tam) – widzimy jak od zera przygotowują nam posiłek.
Mam zasięg (era) jako jedyna. Podobno jest też internet…

5 listopada 2010 (piątek)

Chame [2680m] 9:15 –> Bhratang [2900m] 11:45 (2,5h)
Bhratang[2900m] 13:00 –> Dhikur Pokhari [3180m] 15:00 (2h)
Dhikur Pokhari [3180m]  15:15 –> Lower Pisang [3200m] 16:30 (1h 15 min.)

Wstajemy rano na śniadanie. Asia czuje się wciąż nie ok., więc ma wziąć tragarza. W Chame są sklepiki, Monia zakupuje puchową kamizelkę (1900NPR).
Spotykamy Asię, która znalazła tragarza (800NPR/dzień), ale nie możemy się doczekać reszty. Decyzja, że ja idę z Asią, a Monia ogarnie pozostałych.
Idziemy do Bhratang – droga bardzo wygodna, nie męcząca, raczej płasko, choć zdarza się podejść. W Bhratangu (b. mała miejscowość) jemy obiad – zamawiamy dla wszystkich i akurat dochodzą jak stawiają przed nami ryż z warzywami – widoki i pogoda przepiękne. Następnie znów umawiamy się w kolejnej wiosce. Maszeruję przodem, znów idę sama. Droga jest szeroka, jeżdżą nawet rowerami i motorami. Widzimy Swargadwari Danda – niesamowita góra, jakby płasko pionowo wypolerowana. Idę lasem iglastym, spotykam kilka kramików po drodze.
Czekam w Dhikur Pokhari na całą resztę. Następnie już idziemy do Pisang Lower – dziwna miejscowość – ludzie jakby pijani….
Znajdujemy uroczy hotelik 50NPR/os. Potem jeszcze spacer – odwiedzamy pocztę, która właściwie pocztą nie jest J Mamy dzień irytacji na niemieckiego kolegę… W hoteliku spotykamy chłopaka ze Szczecina – jego dziewczyna już choruje wysokościowo. My decydujemy się na dwa warianty drogi do Manang na dzień następny – trudniejszy i łatwiejszy – nastąpi pewnie podział w grupie.
Po kolacji, jak należy , około godziny 20tej idziemy w kimę J W te wakacje można się wyspać! Nocleg + wyżywienie kosztuje nas 5200NPR/6 os.

6 listopada 2010 (sobota)


Lower Pisang [3200m] 8:00 ->Upper Pisang 8:15 (15 min.)
Upper Pisang [3300m] 8:15 -> młynki przed podejściem 9:30 (1h 15 min.)
młynki przed podejściem 9:30 - >Gyaru [3670m] 10:45 (1h 15 min.)
Gyaru [3670m] 10:45 -> Ngawal [3657m] 13:00 (2h 15 min.)
Ngawal [3657m] 15:00 -> Manang [3540m] 17:30 (2,5h)

Drużyna twardzieli to Monia, Jola i ja, reszta idzie dołem. Słyszymy, że ta trasa trwa 6-7h, czyli szykuje się długi dzień. Droga jest piękna. Jedyny trudny odcinek to ponad godzinne podejście do Gyaru – ok. 370m przewyższenia. Ale widok rekompensuje zmęczenie. Pogoda jest jak beton.
Potem trasa bardzo długo prowadzi już łagodnie w górę lub w dół, ale długo. Słońce i co chwila zapierające dech widoki na całą dolinę oraz Tilitsho Peak (7132m), Annapurna III (7555m), też Annapurna IV (7525m).
Spotykamy sporo ludzi, już znajomych na trasie. Każdy z nich ma inną rozpiskę tej trasy i inne czasy przejść. Idziemy b. długo. Z Jolą raz się gubimy, co jeszcze wydłuża naszą wędrówkę. Ostatnimi siłami dochodzimy do Manang … już nam przychodzą do głowy pomysły, żeby wesprzeć się konnym transportem J
W Manang byłyśmy umówione z drugą częścią brygady przy punkcie ACAP – ACAP jest zamknięty, ale zobaczyłyśmy ich na drodze.
Okazuje się, że w Manang przez 3 dni nie będzie prądu. Hotel ok.
Znów dyskusja co dalej – staje na wycieczce nad jezioro Tilicho – trudna i wysoko, ale widoki podobno niesamowite.

7 listopada 2010 (niedziela)


Manang [3540m]  12:00 ->Kyangshar [3750m] 15:00 (3h)

Leniwy dzień. Śpimy ile trzeba, potem znów dyskusja czy na pewno Tilicho – jest 3/3 (Asia, Arletta i ja za jeziorem; Monia, Christian, Jola za zostaniem w Manangu i robieniem wypadów jednodniowych aklimatyzacyjnych). W tej sytuacji decyzja, że jednak Tilicho. To znaczy, że musimy się ogarnąć z hotelu i maszerować do Kyangshar.
W Manangu jest telefon i Internet. ACAP nie działa, nie możemy zdobyć pieczątek.
W Manang jest pełno piekarni z obłędnymi ciastkami – serwuję sobie czekoladowe ciastko z kawą….rarytas.
W hotelu przed wyjściem spotykamy super sympatyczną parę, która wyruszyła w podróż po Azji „przed dzieckiem” J
Droga do Kyangshar spokojna, dochodzimy do hotelu z przemiłą obsługą, która musi nam wystarczyć, bo ani wody ani prądu nie ma J Idziemy jeszcze na spacer – ja z Monią dochodzimy do gompy Tahrap (zamknięta)[4000m]. Spotykamy ludzi idących z kierunku Tilicho – sprzeczne informacje dotyczące czasów przejścia. Para francuzów zrobiła w dzień (9h) Kyangshar – Tilicho – Kyangshar… wydaje się nierealne, choć jak na nich spojrzeć… to może J
Kolację zjadamy w kuchni u gospodyni, bo wszędzie jest zimno. Decyzję o planie jak idziemy podejmują dziewczęta (ja z Monią zdajemy się na nie), ponieważ im się idzie ciężej niż nam.
Hotel – nocleg za free, jedzenie 4500 NPR/6 os

8 listopada 2010 (poniedziałek)

Kyangshar [3750m] 7:30 -> Tilicho Peak Lounge [ok. 4100 m] 9:15 (1h 45 min.) w tym zwiedzanie gompy Tahrap
Tilicho Peak Lounge [ok. 4100 m] 10:30 -> Tilicho Base Camp [4300m] 13:45 (3h 15 min.)

Wyruszamy i od razu dzielimy się na dwie grupy. Idąc swoim tempem – ostatnio chodzę sama… Zwiedzamy gompe Tahrap – jest super, stara, klimatyczna, opiekun rozpala świeczki.
Dochodzimy do hotelu Tilicho Peak Lounge – hotelik w stylu alpejskim, się śmiejemy – widok do pozazdroszczenia. Rezerwujemy miejsca na następną noc (dwie trójki 100NPR/os) i zostawiamy część rzeczy, by iść na Tilicho trochę na lekko.
Ruszam przodem, by zatrzymać się przed rozejściem szlaków (dwie ścieżki) – jedna w dół, druga nie. Stoimy zgłupiali i pytamy przechodzących – każdy mówi co innego… w końcu ustalam jak jest: ścieżka dolna łączy się z średnią, ale średnia nie traci się na wysokości. W miejscu złączenia jest odejście do szlaku górnego (przez wysoką przełęcz). Szlak górny (upper) jest niebezpieczniejszy – podchodzi się wysoko do przełęczy (ok. 4800m), a potem schodzi ostro piargiem – widzimy później (z Tilicho B.C.), że wygląda niefajnie. Szlak niższy jest dłuższy i bezpieczniejszy – są do niego dwie drogi (od tego rozstaju koło hotelu) – wyższa to trasa średnia (medium), niższa to niższa (lower). Idziemy medium – na początku jest nietajny fragment, ale do ogarnięcia.
Droga jest b. przyjemna, świetnie się mi idzie, zostawiam grupę w tyle. Przechodzi się przez sypkie piargi, ale do ogarnięcia, potrafią tam konno jeździć, choć podobno od czasu do czasu ktoś spada. Trzeba uważać, ale poza tym ok., droga wyraźna. Monia widzi błękitne owce i kozice.
W schronisku Tilicho Base Camp jestem o 13.45 (Monia 25 min później, pozostali 1h później). To prawdziwe schronisko – są duże sale, bierzemy całą dla 6 osób (160NPR/os). B. drogie jedzenie, choć to nie dziwne.
Z Monią robię spacer aklimatyzacyjny w stronę jeziora. Już czuć wysokość. Wracamy na kolację. Rachunek na nocleg i jedzenie – 9000NPR/6 os.

9 listopada 2010 (wtorek)


Tilicho Base Camp [4300m] 7:45 -> Tilicho Lake [5100m] 10.45 (3h)
Tilicho Lake [5100m] 12:30 -> Tilicho Base Camp [4300m] 14:30 (2h)
Tilicho Base Camp [4300m] 15:15 -> Tilicho Peak Hotel[ok. 4100 m] 18:00 (2h 45 min.)

Wychodzimy ze schroniska po bardzo długiej nocy – dla Moni bezsennej, dla mnie super ciepłej J Jola chrapie jak stary dziad – hahaha J Ale wieczór była jednopiosenkowa impreza z reflektorami.
Marsz do jeziora idzie mi bardzo łatwo, nie mam żadnych problemów wysokościowych, a trzeba sporo podejść – przełęcz nad jeziorem to 5100 m.
Jezioro piękne… Ale już wybudowali budkę z herbatą i jedzeniem, choć toalety brak… na razie. Widoki obłędne – już wysokogórskie – lodowce, lawiny. Lodowiec schodzi do jeziora.
Monia dochodzi do mnie po pół godziny, czekamy sporo na naszą lazy team – docierają o 12:30 (1h45min po mnie). Jak przychodzą wyglądają śpiewająco J Mamy dość napięty plan na dziś, więc decyduję się już z Monią schodzić, żeby za dnia dotrzeć do hotelu. Rozdzielamy się.
Z Monia schodzę do Tilicho B.C. – tam szybki lunch i przepakowanie się. Jesteśmy wykończone, ale trzeba iść. Idziemy, powoli się już ściemnia…. Mnie się w drodze robi słabo, boli głowa – dlaczego przy schodzeniu?? Spotykamy znajomego Anglika i Izraelczyków – hehe, jestem już sławna jeśli chodzi o podejście na Tilicho – że weszłam świeża i czekałam 2h na resztę znajomych – ale teraz świeżo to nie wyglądam J
Pokoje w hotelu nowe, super. Czekamy na resztę, ale się nie doczekałyśmy – o 19.30 już byłyśmy w łóżkach.

10 listopada 2010 (środa)


Tilicho Peak Hotel [ok. 4100 m] 11:30 -> Yak Kharka [4150m] 17:30 (6h)

Czekamy z Monią na resztę grupy – przychodzą o godz. 10:00 – spali w Tilicho B.C. – w ogóle nie wyruszyli wczoraj, bo byli za późno, tylko dziś rano bardzo sprawnie.
Za to my z Monią miałyśmy bardzo relaksujący poranek – delektowałyśmy się śniadaniem, gadając z Belgami o trakach i wyciągając informacje potrzebne w dalszej części wyjazdu.
Idziemy do Yak Kharki  szlakiem nieopisanym w przewodniku Kurczaba – jest to droga sezonowa – strzałka przy drodze do hotelu Tilicho Peak z gompy. Dochodzimy do opustoszałej osady pasterskiej – obserwujemy tłumy orłów latających nad głowami. No i jaki są też J
Od osady droga nie jest opisana – trzeba iść w dół w prawo trawersem przez zbocze wzdłuż kamiennych murków. Wychodzi się wysoko, żeby następnie zejść ostro w dół po zimnej ocienionej stronie wzgórza. Jest zimno, ślisko, droga oblodzona.
Schodzimy do potoku (mijamy stragan z herbatą i gadżetami). Następnie ostro w górę i aż na samą górę (trochę w lewo bardziej), aż zobaczy się drogę z Manangu – teraz już prosto do Yak Kharki.
Idę z Jolą raczej bliżej końca grupy niż początku – Jola przejęła biegunkę Asi.
Lądujemy w hotelu Gangapurna, gdzie są już nasi znajomi z poprzedniego dnia. Super żarcie – obłędny yak-burger ratuje mi życie i spełnia marzenie o mięsie… Nigdy nie zapomnę tego smaku J Pierwsze mięso od początku trekkingu! W hotelu jest fajny klimat, wspólna sala, jedzenie jest fenomenalne, ale może też jesteśmy wygłodniali J. Zamawiamy ciepły kubeł wody i robimy sobie prysznic… pierwszy od kilku ładnych dni (nie będę pisać ilu, bo nie ma się czym chwalić ;)

11 listopada 2010 (czwartek)


Yak Kharka [4150m] 9:00 - > Churi Lattar [4250m] 10:00 (1h)
Churi Lattar [4250m] 11:30 -> Thorung Phedi B.C. [4550m] 14:00 (2,5h)

Zaczynamy od śniadania przy ciepłym stole (ogrzewanie pod stołem). Następnie maszerujemy – droga jest łatwa, lekko w górę – dochodzimy do zabudowań Lattar – tam zatrzymujemy się na kawę i ciastko. Christian się rozkręca i rozmawia z innymi – ON MÓWI!!!!
Dalsza droga to już trochę podejść i zejść. Nie należy kierować się przewodnikiem, bo droga idzie inaczej (przez osuwiska) – szczególne podejście po zejściu do rzeki i przejściu na drugą stronę rzeki. Na górze jest tea-hause – można się napić i kupić batony.
Stąd już niedaleko do Thorung Phedi Base Camp – hotel jest duży, sporo miejsc, toaleta na zewnątrz, zimna sala jadalna, ale przepyszna kuchnia.
Siedzimy, jemy i się relaksujemy. Odkrywamy talenty naszego rodzynka – ON GRA NA GITARZE!

12 listopada 2010 (piątek)


Thorung Phedi B.C. [4550m] 5:40 –> Thorung Phedi High Camp [4800m] 6:50  (1h 10 min.)
Thorung Phedi H.C. [4800m] 7:00 -> tea hause [5100m] 8:00 (1h)
tea hause [5100m] 8:00 -> Thorung La [5416m] 9:40 (1h 40 min.)
Thorung La [5416m] 10:40 -> Chabarbon [ok 4200m] 14:10 (3,5h)
Chabarbon [ok 4200m] 16:20 -> Muktinath [3800m] 17:20 (1h)

Wstajemy rano, żeby wyjść wcześnie (między 5-6tą). Okazało się, że zapomnieli o naszym śniadaniu. Nie jest zimno bardzo – bez przesady, da się żyć. Niektórzy wychodzą b. wcześnie, lecz podobno lekarz w Manangu nie zalecał wychodzenia przed 5tą.
Pierwsze podejście jest b. strome, mnie się idzie ciężko (kaszka ze śniadania jak kamień na żołądku + okres). Szybko robi się na tyle jasno, ze nie potrzeba już czołówek (wychodzimy jak jest zupełnie ciemno).
Od H.C. idzie mi się zdecydowanie lepiej, są ciągle podejścia, ale i też zejścia. Nie ma śniegu ani lodu – pogoda beton. Dość dużo ludzi na szlaku, ciągle się kogoś mija. Słońce jest bardzo ostre – nie do wytrzymania bez okularów. Spotykamy się w tea hausie – niektórym idzie słabo. Dziewczyny idą bez plecaków a i tak im ciężko. Monia zaciska zęby, ale plecak ciąży jej znacznie. Christian został tak w tyle, że go nie widziałam (nasz the fittest….).
Kolejny odcinek to niekończące się pagórki, za którymi ciągle się wydaje, że zaraz będzie przełęcz. Idzie mi się super, nie czuje wysokości ani plecaka. Dochodzę na przełęcz, pełno chorągiewek, bardzo dobra widoczność, choć widoki bez porównania z Tilicho.
Czekam na Arlettę – przychodzi po ok. 15-20 min., potem (40 min) przychodzi Monia, Asia i Jola – ledwo żywe, ale szczęśliwe, że się udało. Nie czekam na Christiana, bo umieram z zimna (przychodzi podobno po kolejnej godzinie)
Teraz zaczyna się najgorsza masakra –schodzenie… Przez ładnych kilka godzin ostro w dół. Schodzę sama, co chwila mijam się z różnymi znajomymi ze szlaku. Ciężko.
Dochodzę do restauracyjki w Chabarbon – nie tak długo czekam na resztę. Główne schodzenie za nami, po obiedzie idziemy do Muktinath. Tam w hotelu Bob Marley spotykamy wszystkich znajomych. Jak na nazwę hotelu przystało, wieczór kończy się imprezowo i b. wesoło – wreszcie prawdziwe wakacje. Wszyscy świętują udane przejście przez przełęcz.

13 listopada 2010 (sobota)

Muktinath [3800m] 11:30 -> Kagbeni [ok. 3000m] 14.30 (3h)
Kagbeni [ok. 3000m] 16:00 -> Jomson [2713m] (jeep)

Budzimy się i z Monią idę na śniadanie, gdzie spotykamy Christiana i ustalamy, że widzimy się w sanktuarium.
Zwiedzamy sanktuarium Muktinath, a Christian przebiega pod 108 źródłami lodowatej wody – musi być bardzo zdeterminowany, żeby mu się jakieś życzenie spełniło. My wchodzimy do świątyni i zostajemy pobłogosławione – mamy teraz czerwone kropki na czole i mnich daje nam jakąś wodę do picia (ciekawe czy sraczka będzie..?). Łazimy trochę po kompleksie, są świątynie i buddyjskie i hinduistyczne. Wszędzie pełno modlących się pielgrzymów.
Jesteśmy umówieni z dziewczętami, że o 11tej ruszamy do Jomson. Z Monią jesteśmy na czas po krótkich zakupach, a Christiana nie ma. Wraca spóźniony i nie jest jeszcze spakowany. W efekcie czekamy na niego pół godziny i czara się przelewa, następuje konfrontacja i awantura. Christian jest zawiedziony naszą grupą, że nie jesteśmy zgraną grupą, a przede wszystkim, że się NIM NIE OPIEKUJEMY! Dla nas szok. Wygarniamy sobie, ale chłopak nie kuma i tylko ma pretensje. Od tej chwili wszyscy czekamy, aż nasze drogi się rozejdą.
Idziemy drogą do Kagbeni, są liczne skróty, które czasem okazują się nie do przejścia. Docieramy do Kagbeni i nie możemy się tam ogarnąć co tam jest do zobaczenia. Jest już tak późno, ze decydujemy się dojechać do Jomson jeepem. Okazuje się, że ostatni odjeżdża o 16:00 (koszt chyba 300NPR). Umawiamy się na niego i idziemy zwiedzać.
Ale nie wiemy co jest do zwiedzania i w efekcie kręcimy się po mieście jak smród po gaciach, miasteczko jest rzeczywiście nie z tego świata. Nie udaje nam się znaleźć świątyni, a trzeba iść na jeepa. W sklepie kupujemy super ser z jaka (120NPR/100g) – bomba! Jeep jest punktualny – jedziemy często korytem rzeki. Nie dalibyśmy rady tego przejść dzisiaj.
Jomson okazuje się niezbyt przyjaznym miejscem, trudno nam znaleźć hotel, podobno wszystkie bilety w kierunku Pokhary zostały wykupione… Znajdujemy hotel 300NPR/pokój. Dowiadujemy się w hotelu, że z biletami Jomson -> Beni -> Pokhara nie będzie problemu. O 6 rano otwierają sprzedaż biletów, o 6:30 jest pierwszy bus. Christian dowiaduje się o loty Jomson – Pokhara (koszt 66USD), samolot dziś nie odleciał ze względu na pogodę, co będzie jutro niewiadomo. Bilety są wyprzedane, ale jak będziemy chcieli to odmówią Nepalczykom, bo oni mniej płacą – nie podoba nam się takie podejście… Nie chcemy być Białymi Z Dolarami. Decydujemy, ze jednak bus.
Wieczorem idziemy z izraelitami ;) na imprezę w lokalnym barze – mega klimat, sami Nepalczycy. Rozkręcamy imprezę – taneczny szał, wężyk między stolikami. Wracamy o 1 w nocy – już jest zamknięty hotel. Z rozpaczą ;) się żegnamy. Mnie (lidera, hehehe) przez cały wieczór chłopaki przekonują, abyśmy z nimi jechały do Tatopani. Królem wieczoru jest Jezus, a właściwie Super JezusJ

14 listopada 2010 (niedziela)


Jomson ->Ghasa (jeep, 3h) 600NPR/os
Ghasa -> Beni (bus, 4h) 700NPR/os
Beni -> Pokhara (bus, 4,5h) 200 NPR/os

Wstajemy rano na busa, ale okazuje się, że nie ma biletów… Ale się nie poddajemy i siedzimy pod budką z biletami. No i organizują nam jeepa do Ghasa. Potem mamy się przesiąść do Beni, a następnie do Pokhary. Wydaje się ryzykowne, ale wyszło bardzo sprawnie.
Droga jeepem dostarcza super widoków – klimat jest tropikalny, zjeżdżamy intensywnie w dół. Czasem jedziemy korytem rzeki Kali Gandaki. W Ghasie jest check-point. Bardzo sprawnie przesiadamy się do lokalnego busa (mega mało miejsca – niezły koszmar). Na postoju w Tatopani spotykamy naszych kolegów J jazda autobusem dostarcza niezłych emocji – centymetry dzielą nas od przepaści… Kompletnie brak widoków – jest bardzo mgliście.
Umęczeni podróżą lądujemy w Beni. Próbujemy znaleźć ekspres bus do Pokhary (żeby być choć trochę wcześniej) – niestety niby ekspres bus, ale jedzie tyle samo (ta sama cena) – siadamy z przodu, więc mamy trochę miejsca na nogi – uff.
Wjeżdżając do Pokhary każą nam dopłacić 100NPR/os za dowiezienie do lakeside (obszar turystyczny) – wkurzamy się… i….zostajemy wyrzuceni tylko my (inni turyści dopłacają). Jest ciemno i nie wiadomo gdzie iść. Na szczęście podjeżdża kolejny autobus, z którego wyrzucone zostają dwie dziewczyny – oczywiście z Polski! Mówią, że do lakeside jest  około 20 min pieszo. Pytamy ludzi i rzeczywiście dochodzimy w 15 min. choć nie jest przyjemnie, bo nie ma prądu w całym mieście i panują ciemności że hej.
Długo szukamy hotelu (brak miejsc). Znajdujemy w końcu całkiem sympatyczny, tylko niestety okaże się, że portier to zboczeniec. Cena za trzy pokoje (3,2,1-osobowe) to 2000NPR, po wyjeździe Christiana za 2 i 3-osobowy 1500NPR

15 listopada 2010 (poniedziałek)


Pokhara

Pokara to super miasto – spokojne, pełne sklepików – idziemy na shopping! Ma to być dzień relaksu.
Na śniadanie idziemy nad jezioro, a potem płyniemy łódeczką na wyspę zobaczyć świątynię Warahy (koszt małej łódki 300NPR – w obie strony) – wiosłuje pani, gdyż my jesteśmy wszystkie dziewczyny J (Christian już żyje własnym życiem). Na wyspie jesteśmy atrakcją dla szkolnych dzieci, które proszą nas o robienie sobie z nimi zdjęć. Z resztą nie tylko dzieci… Zwiedzanie nie trwa nawet pół godziny. Wszędzie gołębie obsrańce…
Wracamy na ląd i znów shopping – dwa tygodnie w górach daje o sobie znać J Ogarnia nas małe szaleństwo, dziewczęta kupują miliony spodni. I tak do wieczora.
Na wieczór jesteśmy umówione z chłopakami izraelitami do knajpy Busy Bee – w knajpie marna muzyka, ale pizza dobra! Nawet Christiana z nami przyszła i się upiła. Trochę tańczymy – spotykamy znajomych Hiszpanów z imprezy z Jomson. Ale o 22 impreza się kończy! Wychodzimy i okazuje się, że miasto wymarło o tej godzinie… Decyzja więc, że kupujemy piwo w budzie i idziemy do chłopaków, a dokładnie do Jesusa… Wychodzimy szybko, bo impreza jakoś się nie rozkręciła…

16 listopada 2010 (wtorek)

Pokhara

Ten dzień chcemy poświęcić w większym stopniu na zwiedzanie Pokhary – zaczynamy od wycieczki do pagody Pokoju. Mnie już się zaczynają przygody jelitowe – to początek sagi….
Płyniemy pod pagodę łódką (300NPR/łódź) i wchodzimy na górę około godziny. Pagoda została wybudowana jako jedna z wielu pagód w różnych krajach, które mają przypominać o pokoju jako wartości (pomysł zrodził się po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki). Na szczycie może być obłędny widok na góry, jednak wciąż nie dopisuje pogoda i jest mgliście, widoczność żadna. Następnie schodzimy do miasta bezpośrednio. Droga prowadzi przez dżunglowe klimaty, udaje nam się zobaczyć stado małp. Potem jeszcze długo idziemy przez miasto oglądając jego mniej turystyczną część jak i tą super turystyczną.
Ciągle zatrzymujemy się na kolejne zakupy (jak to baby). Christina już odłączyła (bez słowa pożegnania… smutek) i pojechała na wycieczkę do parku narodowego Chitwan.
Robimy zakupy w fair-tradedowym markecie, który jeszcze nie został otwarty J W ogóle w Pokharze jest sporo sklepików fair-tradedowych lub sprzedających produkty powstałe w wyniku jakiegoś programu rozwoju.
Dopiero wieczorem dochodzimy do hotelu. Idziemy do włoskiej knajpy MammaMia – ja myślę, że już po moim zatruciu – ale to dopiero początek… Monia rzyga w drodze do knajpy, potem całą noc kolejne dziewuchy wywracają żołądek na lewą stronę. Ja nad ranem.
Na następy dzień kupiłyśmy bilet do Katmandu (na placu autobusowym, ale można też w agencjach – koszt 450NPR/os. Wszystkie autobusy odjeżdżają rano (7:30).

17 listopada 2010 (środa)


Pokhara 7:30 -> Katmandu 15:00 (autobus)

Wszystkie z wyjątkiem Joli mamy wirusa (Jola -> kto pije i pali ten nie ma robali!) ledwo dojeżdżamy na autobus (trzeba być na 7:00). Wszystkie zielone.
Na szczęście autobus okazuje się super komfortowy w porównaniu z poprzednimi naszymi doświadczeniami. Są numerowane miejsca nawet i rozkładane siedzenia. W naszym autobusie nie ma żadnych turystów. W tym samym czasie odjeżdża kilkanaście, jak nie więcej autobusów do Katmandu.
Podróż jest małym koszmarem, ze względu na zatrucie i chorobę lokomocyjną – dla mnie. Ponadto nasz kierowca to prawdziwy rajdowiec, uwielbia swoją pracę, uwielbia prędkość i wyprzedzanie => nie wiem co ze sobą robić…
Podróż trwa do ok. 15:00, jest przerwa na lunch. W Katmandu wyrzuca nas w najbardziej dogodnym dla nas miejscu – prosimy o takie najbliżej dzielnicy Thamel. Potem znów poszukiwanie hotelu – nie jest łatwo z miejscami znów. W efekcie lądujemy ponownie w Rosebad Hotel (cena 1200NPR/ 5 os – w tym jedno miejsce na materacu na podłodze).
Przez cały dzień nic nie jem, na wieczór idziemy z Jolą i Monią do knajpy (w moim przypadku gotowany ryż). Zaliczam kolejne zakupy – puchówka (4000NPR).

18 listopada 2010 (czwartek)

Katmandu

Mamy w planie zwiedzanie Katmandu. Jedziemy do Bhaktapur (cena taxi 600NPR/5os, powrotem do Durbar Square 500NPR/5os, w agencji 750NPR/os(!) )
Bhaktapur zwiedzamy z przewodnikiem z ulicy (200NPR), jest ok. nie narzucający się. Bardzo fajna atmosfera – stare świątynie, budynki – wstęp 750NPR/os, dobrze się też robi zakupy, więc dalej szalejemy… Szale, figurki, obrazki…
Spędzamy tam ok. 2-3h, choć można mniej, ale to bardzo przyjemne miejsce.
Około 13:00 bierzemy taksówkę na Durbar Square (wstęp 300NPR/os). Tu mieszka Kumari – żywa bogini – dziewczynka, która do utraty pierwszej krwi jest czczona jako bogini. Oglądamy świątynie i już mamy dość zwiedzania. Wracamy na piechotę na Thamel, gdzie dobijamy kolejnych zakupów, mając poważne obawy jak to wszystko przywieziemy i zmieścimy się w 20 kg limitu bagażu. Kompletne szaleństwo – dobrze że już wyjeżdżamy – to nas powstrzyma J

19 listopada 2010 (piątek)


Powrót:
Kathmandu (KTM) -Delhi (DEL)  godz: 16:35 PM - 18:00 PM (19/11/2010)
Delhi (DEL) - Moskwa (SVO)  –godz. 2:15 - 6:15 [20/11/2010]
Moskwa (SVO) - Warszawa (WAW)  godz. 10:15- 10:25 [20/11/2010]

Dzień powrotu. Pakujemy się, idziemy na śniadanie. Dziewczęta robią ostatnie zakupy. Wydajemy ostatnie pieniądze. Spotykamy Christinę, ale znów się na nas wkurza. Tradycja.
Około 13tej bierzemy taxi na lotnisko (300NPR). Lądujemy na lotnisku (ogromna kolejka do wejścia, trzeba być wcześniej, bo overbooking jest standardem i można się nie zmieścić do samolotu). Zaczynamy naszą podróż back Home. Na lotnisku w Katmandu przechodzimy milion przeszukiwań, security check itp…



poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Maroko


Jedno oko na maroko a drugie na kaukaz


Motto:Trzy Gazele w ciągłym poszukiwaniu biegunki: 

„Biegunka dogania tych którzy przed nią uciekają, a ucieka tym którzy ją gonią!”


Herb wyjazdu to gazela.

Kursy walut (orientacyjnie)
1 EUR = 11,20 Dh = 3,89 PLN
1 PLN = 2,87 Dh

27 marca 2010 (sobota)


Przelot:
Warszawa (WAW)  - Paryż (CDG)  godz. 7:05- 9:30
Paryż (CDG)    – Casablanca (CMN) godz. 15:25 - 17:25

Nauka dnia: Podnoszone zagłówki w siedzeniach w samolocie oraz cieliste rajstopy dla Murzynek

Przelot błysk mimo 5h oczekiwania w Paryżu. Casablanca – pogoda urocza 21st. Powitał nas miauczący Kot, który przekroczył granicę bez paszportu.
Celnik przepytał mnie ze znajomości stolicy Maroka – oblałam. Ale on nie znał stolicy Polski, więc jesteśmy kwita.

Specjalizujemy się językowo: Gosia – arabski, Monia – francuski, Winnie – język ciała J Jesteśmy więc mistrz drużyna.

Wypłacamy z Monią pieniądze w bankomacie – po 2000Dh.
Przemiły pan daje nam pełne info jak dojechać na dworzec autobusowy CTM (Marokańskie przedsiębiorstwo transportowe CTM - la Compagnie de Transport et de Tourisme du Maroc). Pociągiem Aeroport 40 min. -> Casa AIN SBEAA -> zmieniamy pociąg -> Casa Port (10 min.) Stamtąd ma być 200 m do dworca CTM. Koszt biletu 40Dh/os. Kupujemy bilet. Na lotnisku pustki, chyba mało kto korzysta z pociągu a nie taksówki.

Mamy wrażenie, ze Marokańczycy cały czas się z nas śmieją. Jakbyśmy strasznie zabawne były.

W oczekiwaniu na pociąg poznajemy Koreankę z Kanady, która podaje nam adres jakiegoś hotelu (bo my nie mamy żadnego). Spotykamy też Senegalczyka z Francji, który przyjechał na konferencję o AIDS i HIV.
Na dworcu CTM do którego trafiłyśmy po licznych wskazówkach bardzo uczynnych Marokańczyków okazało się, że biletów na dziś nie ma. To wymagało zmiany planów – trochę pomotałyśmy się między dworcem kolejowym (dojazd do Agadiru z przesiadką w Marakeszu 185Dh/os) a CTM.

Decydujemy się na spędzenie dnia w Casablance i kupujemy bilet na CTM na następną noc (190Dh, odjazd 23.15).

Jedziemy petit taxi do hotelu, gdzie nie ma miejsc, ale polecają nam hotel gdzie są J - hotel Victorie Koszt noclegu 60Dh/os. Łazienka i prysznic na zewnątrz.

Spalamy grzałkę i z tego powodu mam w nocy koszmary J


28 marca 2010 (niedziela)


Casablanca

Bladym świtem budzi nas śpiewający muezzin – czyli jesteśmy na wakacjach! Od rana słychać liczne głosy i smarkania nosa – łatwo się nie śpi, hehe

Ogarniamy się bardzo powoli, plecaki zostawiamy u miłego pana właściciela i ruszamy na medynę. Tam targ, sklepiki, ale zero nachalności – jesteśmy zauroczone, ale to dopiero początek…

Chcemy kupić grzałkę… jeden chłopiec każe nam 15 min poczekać to poszuka i zabiera naszą starą. Po 15 min. wraca z IDENTYCZNĄ! Jesteśmy urzeczone! Koszt 20Dh (jeden wcześniej oferował nam za 240Dh grzałkę gigant). Ogólnie na targu jest wszystko do dostania…

Siadamy na kawę i herbatę obserwując męska modę na ulicy (bo co nas obchodzi damska…).

Ruszamy piechotą do meczetu Hasana II, który robi niesamowite wrażenie, a oprowadza nas przeurocza Marokanka (meczet można zwiedzać tylko w grupie z przewodnikiem). Na zwiedzanie wchodzimy jako studentki ;) 60Dh/os. Prawie cały meczet zrobiony jest z marokańskich surowców. Otwierany dach też może robić niesamowite wrażenie. Wszędzie pełna elektronika, tytanowe drzwi i przepych na maxa. Ale warto było. Gdyby nasza Świątynia Opatrzności Bożej tak wyglądała…hehehe. W ogóle wizyta w meczecie natchnęła nas, że chcemy Licheń obejrzeć…hihi

Na ogromnym placu przed meczetem kwitnie życie towarzyskie – całe rodziny przesiadują, bawią się.

Następnie spacer po targu w drodze do informacji turystycznej, która nie działa. Zero zaczepiania, czujemy się mega swobodnie, co wciąż niezmiernie nas zadziwia. Po spacerze lądujemy w mocno europejskiej knajpie, ale wciąż wizja sraczki w CTM odstrasza nas od poużywania sobie żywieniowo…J Podobno ona każdego zawsze w Maroku dopada… więc obiecujemy sobie, że od jutra (skoro i tak nie można jej uniknąć, hehe)

W centrum telefonicznym zostajemy oświecone o tajemniczych prefiksach, dzięki którym można dzwonić J Trzeba dodać prefiks „05” do numerów stacjonarnych, a „06” do komórkowych. Mając tą tajemną wiedzę, Monia, nasza mistrzyni, dzwoni i rezerwuje hotel w Agadirze, hotel Canaria, cena 160Dh/3os.

Wieczór spędzamy siedząc na ławeczce, która już stała się „nasza” oraz w knajpie gdzie oczywiście brak jest innych kobiet, a faceci oglądają mecz. Zapoznajemy dziewczynkę, którą strasznie śmieszy nasz pobyt tam. A facet kelner jest mega zakłopotany jak chce do WC – wpuszcza mnie do służbowej, wcześniej sprawdzając czy jest ok. J

Odbieramy bagaż z hotelu i lecimy na dworzec CTM. Tam trochę wszyscy nieprzytomni – mało kto co wie, jaki autobus, kiedy i gdzie. Poznajemy Berberyjkę, która strasznie nas zaczepia. Pochodzi z Agadiru. Najpierw okazuje się, ze ma bilet na inny bus niż my (z resztą chyba nie umie czytać), ale ostatecznie ląduje w tym samym – kto to wie… bagaż trzeba nadać jak na lotnisku, koszt 5Dh/szt. W autobusie znów zawierucha z numerami siedzeń, ale znajduje się samozwańczy organizator, który wszystkich usadza.

Ja siedzę z takim panem lekko starszym, dziewczęta razem. Gosia ma spięcie z panią z tyłu, która nie pozwala jej, z niewiadomych przyczyn, rozłożyć siedzenia. Nie wiadomo jak – pani znika w ciągu godziny….

Po raz kolejny doświadczamy uprzejmości Marokańczyków, a to Monia się zgubi, a to coś którejś spadnie. Turystów innych totalnie brak.


29 marca 2010 (poniedziałek)


Agadir

Odkrycie dnia: Zakutane panie kryją pod kolorowymi szmatami człowieka np. w garsonce.

Mamy w nocy jeden postój, a następny to już na miejscu. Jest 7:30 my kompletnie nieprzytomne. Jesteśmy na dworcu w Agadirze. Bierzemy petit taxi do hotelu, który okazuje się b. przyjemny i tani (jednak 140Dh/3os). Logujemy się, niektórzy się kąpią, inni pozostają mniej wykąpani i idziemy na śniadanie.

Wychodzi słońce, pan w knajpce uroczy, śniadanie jest ogromne (15Dh), co nas wprowadza w osłupienie.

Idziemy szukać informacji turystycznej – i to jest prawdziwa wyprawa! Każdy gdzieś nas kieruje, ale nie wie gdzie J Łazimy, łazimy, aż nastroje w grupie skierowały się w kierunku głębokiego zwątpienia w sukces naszej wyprawy… Ale udało się! W IT dostajemy jakieś info, może niezbyt pełne, ale daje możliwość zaplanowania kolejnych dni.

Trafiamy na plażę, gdzie pełno nie tylko białych , ale też Marokańczyków, zarówno zakutanych jak i rozebranych, a wszystkiemu towarzyszą koparki, które układają piasek, żeby ładnie leżał… Ogólnie koszmar – zastanawiamy się, jak się żyje w Agadirze „All inclusive”… i maszerujemy. Słońce jest niemiłosierne. W oddali widzimy plażę, która wygląda, że śmieci na niej brak. To daje nam siłę i energię by do niej dojść i spełnić urlopowe marzenie o plażowaniu. Docieramy z obolałymi na maxa nogami, a tam strażnik i wejść nie pozwala! Otóż mamy iście królewski gust – plaża jest własnością króla i wchodzić nie wolno. Ale po krótkiej pogawędce strażnicy wpuszczają nas byśmy sobie zdjęcia porobiły.

Wracamy na plażę tych, którzy królami nie są i zasypiamy momentalnie. Budzimy się kompletnie nieprzytomne, zmęczone, umordowane słońcem, trochę podpalone. Teraz już wiemy, ze „All inclusive” to mega męczący urlop - co za twardziele się decydują!?

Wracamy plażą, a przy wyjściu zaczepiają nas półnadzy przystojniacy oferując wycieczkę po okolicy! Oh yeah! Już się martwiłyśmy, tyle się mówi o sex-biznesie w kurortach arabskich, że starsze panie mają wzięcie, a tu nikt na nas nie zwraca uwagi – że taki marny z nas sort…. Zadowalamy się samą propozycja, nie korzystamy J

Umordowane, w upale szukamy muzeum. Nie jest łatwo, znajdujemy drugą IT z przemiłą panią, a i muzeum w końcu. W muzeum jazda na maxa, dostajemy głupawki na widok berberyjskich naszyjników, kolczyków i klamr do pasków. Odjazd na maxa… hehehehe jesteśmy jedynymi z Polski turystami od 2 lat – za nami wchodzą jacyś turyście – chyba naganiamy klientów J Koszt biletu 20Dh

Już ledwo żyjemy, ale jeszcze supermarket, bo wodę trzeba kupić. Gosia woli dostać udaru niż kupić małą wodę za 10Dh (dużą 15Dh) w przydrożny6m kiosku. W supermarkecie Uniprix – woda 1,5l – 3,5Dh! Obkupujemy się trochę też prezentowo olejowo – ceny stałe, więc odchodzi uciążliwość targowania sięJ
Byłyśmy jeszcze w ptasim zoo, i kozy i lamy jeszcze były – masakra, żal się zwierząt robi zamkniętych w małych klatkach. Choć Gosia, która się na zwierzętach zna jak nikt, twierdzi, ze są tam szczęśliwe.

Jesteśmy żywymi trupami, nogi - stopy moje – zakwasy na maxa, ledwo łażę. Idziemy na expres prysznic i obiad na placyku obok hotelu. Uroczy kelner i mega dobre jedzenie. Ja biorę sałatkę marokańską (pomidor, ogórek, cebula , pomarańcza). Dziewczęta zupę – harira. Na drugie każda bierze tadżina: Gosia z jagnięciną, Monia z ryba ja z kebabem. Obłęd, pyszne, a może my takie głodne J - bardziej niż koty na placyku, żebraki… Ale to nie jest koniec dnia…

Ponieważ za mało żeśmy dzisiaj wędrowały, ruszamy jeszcze na spacer w poszukiwaniu przystanku autobusu na jutro oraz plaża nocą. Nocna plaża to plaża oświecona reflektorami… Zero klimatu, uciekamy szybko. Ludzi raczej mało jest, spodziewałyśmy się więcej.

Wracamy obok banku, gdzie z bankomatu brałyśmy pieniądze (ja 1300Dh, Monia 1200Dh), a tam alarm na maxa! Wracamy zdechłe tak, że czujemy, że to urlop…


30 marca 2010 (wtorek)


Agadir – Park Narodowy Sus Massa

Dzisiejszy plan to park Narodowy Sus Massa, podobno raj dla ornitologów. My postanawiamy tam dotrzeć lokalnymi autobusami. I jest to nie lada wyzwanie, bo nie ma ani rozkładów , ani tras. Wiemy tyle, że busem numer 25,28,45 z Agadiru jedziemy do Inezgane. Tam przesiadamy się do numeru 17 firmy GAB. Udaje nam się to dzięki licznej pomocy lokalsów. W autobusach nie podróżują żadni turyści. Babeczki są zakutane na maxa. Dzieciaczki się nam przyglądają. Ale wszyscy bardzo uprzejmi. Pan konduktor również. System jest taki, że po wejściu podchodzi pan i sprzedaje bilet. A w trakcie jazdy wsiadają kontrolerzy kontrolera i sprawdzają czy wszyscy mają bilety.

Koszt Agadir – Inezgane 4Dh/os, Inezgane – Messa 10Dh/os. Co w porównaniu z grand taxi za 500Dh jest ceną obłędną. Czasowo wyszło około 3h do Messa. Ciężko się połapać, ale da radę. Lądujemy na końcu trasy 17tki w Massa i teraz ruszamy asfaltem piechotą do parku. Oczywiście wszyscy chcą nam zorganizować taxe.

Maszerujemy 1,5 km i natrafiamy na skautów pod drzewem, którzy twierdzą, że wynajęcie przewodnika jest obowiązkowe – koszt 150 Dh. Idziemy z dowcipnym acz o ciętym języku chłopcem. Dość gadatliwym. Spacer z nim trwa ok. 1h. Okazuje się, że w parku nie ma ptaków (!), bo ze względu na opady i powódź została przerwana laguna przy ujściu rzeki i morze wdarło się i powstała mega duża cofka. Więc zamiast słodkiej wody jest słona i dupa, ptaki poleciały…. Ale widoki cudne, szczególnie ujście rzeki. Pozbywamy się przewodnika i maszerujemy brzegiem i wydmami, drżąc z przerażenia na widok licznych śladów żmij na piasku (hehehehe).

Siadamy na urwistym brzegu, dokładnie na granicy morze/rzeka. Ja idę w kimę. Jest upał nieziemski. Budzę się, a tu dziewczęta już są adorowane przez jakiegoś śniadego przystojniaka. Okazuje się, że ma na imię Lohsen i wcale nie adoruje obu dziewcząt – to Gosia staje się jego wybranką. Będzie noszona na rękach i obsypywana kwiatami. Zaprasza nas do siebie na herbatę. Zajmuje się wynajmowaniem pokoi. Ja go nie polubiłam , więc więcej nie napisze.

Dostajemy kontakt do jakiejś kwatery w Tafraoute. Domek jest mocno na modłę europejską – plastikowe meble ogrodowe, ale i zagroda z kozami i osłem. Robi się późno, więc ruszamy powrotem. Podziwiamy widoki – obłędne. Podobno Niemcy wykupują tu ziemię i stawiają dacze na lato.
Wracamy i spotykamy panów na osiołkach. Chłopiec jeden straszliwie się popisuje, a osiołek biega jak modelka na wybiegu J

Gdy dochodzimy do wsi, widzimy autobus – cudem udaje nam się go zatrzymać, żeby Gosia doszła. Powrót trwa 2 razy krócej, bo kierowca jest rajdowcem. W Inezgane próbujemy się dowiedzieć o autobusy do Tafraoute – CTM jest z Agadiru ok. 15.45 – trochę późno. Idziemy na dworzec prywatnych autobusów – tam info, ze odchodzą o 6,7 rano oraz 23. Pozostaje nam opcja 7 rano….. wakacje….

Wracamy do Agadiru, zmęczone, ze olewamy dalsze planowanie podróży i decydujemy się na próbę dostanie się do Inezgane na 7 rano.

Lądujemy w naszej uroczej knajpce, tej co wczoraj, z tym samym uroczym kelnerem. Zjadamy wielbłąda J Nie jest zły, ale bez rewelacji. Ja dobijam się czekoladowym musem.

Pan nam tłumaczy, że dojazd grand taxi nie musi być tak horrendalnie drogi. Jeśli pójdziemy na dworzec, to zamiast 300Dh, powinnyśmy zapłacić 5 Dh/os. Na to się decydujemy – jutro czeka nas przygoda z dużą taksówką – biały mercedes J

W pokoju po raz kolejny przekonuję się , że jestem dzieckiem szczęścia. Znajduje w plecaku szwajcarski scyzoryk i kłódkę do plecaka – ktoś mi przez pomyłkę wrzucił, a ja właśnie marzyłam o scyzoryku J Gdzie , kiedy i jak to się stało pozostanie na zawsze tajemnicą…

Aaa! Zapomniałam dodać, że cały dzień chodziłam z zarostem na twarzy, hehehe (piasek). Motto Moni – kompletnie goła siedzi a wokół mężczyźni łażą. Naga nie była, ale się czuła w krótkich spodenkach.

Gosia: Kiepsko było z tymi endemitami dzisiaj… Trzeba sprawdzić łyżko dziobowego ptaka, który jest bardzo znany i wstyd go nie znać. A ciekawe czy nasz przewodnik zapamiętał nazwę ptaków: łyska (whisky) oraz żuraw (żiraf).

Koszt noclegu 140Dh/3os.

31 marca 2010 (środa)


Agadir–> Inezgane 6:00 - 6:30 (grand taxi)
Inezgane ->Tafraoute 7:30  - 12:00 (bus)

Myśl dnia:  „Cały autobus rzygających Marokańczyków i my twarde laski z Polski”


Plan wcześnie-ranny całkiem nam wyszedł. Wstałyśmy jak porządny muzułmanin – tuż przed muezzinem – 5 rano. Przed 6 łapiemy pepitka i jedziemy do dworca grand taxi. Tam doznajemy olśnienia jak działa system grand taxi – „collectiva” – płacimy 6Dh za dojazd do Inezgane. Tylko jeden facet jest z nami (po 4 Dh byłoby, gdybyśmy czekały na jeszcze 3 osoby więcej).

Na dworcu w Inezgane kupujemy bilet za 50 DH – autobus ma być o 7:00 (jest 6:30). Życie na dworcu autobusowym to dopiero jazda. Były i bójki i policja, i nawoływanie, i handlowanie, jeden wielki gwar. My siedzimy i czekamy. Cytat z Gosi „Na takim targu w ciągu godziny dzieje się więcej niż na nie jednej polskiej wiosce przez rok”.

Koło 7:30 podjeżdża autobus. Jest niezłe zamieszanie, ale my ogarnięte rezerwujemy sobie miejsca siedzące. Facet za bagaż chce od nas 20 DH, nie mamy siły się kłócić, tym bardziej, że on jest przekonany, że mamy 2 plecaki. Czasem trzeba się poddać dla świętego spokoju.

Wsiadamy i wciąż trwa handel – banany, płyty, kasety (z możliwością odsłuchania), historie życia, żebracy – wszyscy przechodzą przez nasz autobus. Ruszamy koło 8 rano, czyli tylko godzinne opóźnienie.

Jedziemy często stając na całkiem długo. Zasada jest taka, że każdego zabierają, nawet jak miejsca nie ma, część osób stoi.

W końcu wjeżdżamy w góry – wtedy pan konduktor chodzi i rozdaje woreczki na rzyganie. Widoki niesamowite, serpentyny… A koleś obok nas zielony z workiem przy ustach. Jest jazda. My twarde, niewzruszone, wspominamy taką jedną koleżankę… J

Lądujemy w gwarnym Tafraoute, jest 12ta. Szukamy hotelu, oczywiście te wymienione w Loney Planet są w pełni zablokowane. Oglądamy dwa gdzie są miejsca. Jeden luksusowy, nowy, za 200Dh/3os Drugi mega obskurny na 120DH/3os, ale z przemiłym panem, który przyniósł nam stół do pokoju. Urzekał nas. Bierzemy ten cudnie obskurny, bo jest uroczy i klimatyczny. Monia została przegłosowana (chciała luksusu), dlatego dostała podwójne łóżko – niech sobie dziewczyna kogoś sprowadzi na noc, ma warunki J hehehehe

Dziewczęta umierają z głodu, bo tylko ja wtranżoliłam kaszkę ranoJ Idziemy do polecanej w przewodniku knajpy, licząc, ze historia z Agadiru się powtórzy i będzie to strzał w dziesiątkę. Niestety tragedia – czekamy ponad godzinę na jedzenie, które jest niedobre. Ja dostaję zamiast soku koktajl bananowy z mlekiem, wiec oczekuję sraczki.

Idziemy zebrać info o autobusach – nie ma bezpośredniego do Warzazat, musimy jechać przez Agadir.
Ruszamy na spacer dolina w poszukiwaniu gazeli (namalowanych rytów naskalnych prehistorycznych chyba). Przepiękna okolica, wszystko intensywnie zielone w dolinie a wokół góry – jak usypane kamienie. Łazimy sobie tu i ówdzie.

A mnie sraczka nie dopada, za to puszczam bąka nie jak pensjonarka, to był bąk pewnej siebie silnej kobiety, heheheh, ale mamy Brecht.

Docieramy do wioski, a tam nagabuje nas pan, który chce nam pokazać ta namalowaną gazele. Jednak upiera się przy przeciwnym kierunku niż to opisane w naszym przewodniku, więc go olewamy. Szukamy na własną rękę, włazimy w wąskie klimatyczne uliczki wioski. Jednakże nie znajdujemy gazeli, tylko dwie pary starszych Niemców, którzy proponują, żebyśmy zapłaciły dzieciakom to nam gazele pokażą. My odmawiamy, co ich dość irytuje.

Ubolewamy trochę z dwoma lokalnymi chłopcami  nad losem małego pieska, którego mama nie chce karmić. Schodzimy szukać gazel tam gdzie wskazał nam pan wcześniej, oraz para francuzów (szok – ona w samym staniku i szortach… w muzułmańskiej wiosce!).

Słuchamy muezzinów, bo oni jakby ze sobą gadali, bo jest ich dwóch. Zastanawiamy się o czym rozmawiają i co teraz robią – znów pojawia się temat biegunki na którą tak czekamy.

Znajdujemy ścieżkę, która być może wiedzie do gazeli. Ale jest tak pięknie, że siadamy na kamieniach i podziwiamy widoki, a ja pisze co tu pisze, Monia kartki, a  Gosia sobie zdjęcia żuczkowi i niebu.

Gazela odnaleziona! Yeah! Tylko jeśli chodzi o prehistorię to chyba w Maroku była 30 lat temu max. Mimo zapewnień w obu przewodnikach, trudno nam uwierzyć w wiek tych rytów. Ale spotykamy psa na dole, i choć nie jest prehistoryczny to warto było tu przyjeść , hehe. Widzimy, że można się wdrapać na samą górę tych kamieni (na których jest gazela), ale robi się późno i zimno.

Maszerujemy ścieżynką do miasteczka mijając zakutane panie – tu wszystkie są na czarno i zarzucają chusty sobie na twarz jak nas widzą. Ciekawe dlaczego? Może myślą że jesteśmy facetami – i tu licytacja czy wszystkie? Skąd mogą wiedzieć, że jestem leniem…? Hehehe

Lądujemy w kolejnej knajpie – lecz niestety znów porażka. Stare frytki obrzydliwe. Znów obiecujemy sobie, że nigdy więcej tu nie przyjdziemy J

Zaczepia nas pan od rowerów, ale nic nie wiem, bo to dziewuchy z nim gadały. Wracamy do domu. Ja zostaje, a dziewczęta wynajdują kiosk CTM, więc będziemy mogły zaplanować swoją podróż dalszą. Wielki Brat czuwa – to hasło dla dziewuch – chodzi o ksero, które miały zrobić, a szybciej nasz pan gospodarz zrobił …. czyli mówisz masz.

1 kwietnia 2010 (czwartek)


Tafraoute – trekking na Jebel El Kest

Myśl dnia: Trzeba mieć cel, nawet jak się okaże, że ten cel to nie ten cel!:)

Wstajemy o 8, a muezzina w ogóle nie słyszałyśmy. Gosia miała psie koszmary, ale jej psu nie wypadły zęby i jest ok. Idziemy na śniadanie berberyjskie – omlety z pomidorowym sosem – ekstra. Idziemy sprawdzić CTM, ale biuro zamknięte. Spotkałyśmy Japończyka, który robi spóźniony (?) wolontariat w Maroku.

Próbujemy znaleźć taxi, by zawiozła nas w góry, ale się nie udaje… Idziemy więc łapać stopa… no i po jakimś czasie niedługim łapiemy. Kolesie wiozą nas obłędnymi serpentynami do samej wioski wysoko w górach. Potem chcą 150Dh. Stargujemy do 100Dh. Ale odległość ogromna, więc cieszymy się z podwózki, chcemy wyjść na Jebel El Kest (2359m). We wsi Anergui spotykamy bardzo konkretnego pana, który tłumaczy nam drogę, tak przejrzyście, że pewne siebie ruszamy w górę.
Źródło: Climbing in the Moroccan Anti-Atlas: Tafroute and Jebel El Kest, Claude Davies 

Podchodzimy na przełęcz, w pocie czoła i skwaru. Po 45 min. dochodzimy. Gosia postanawia zostać, a ja z Monią ruszamy dalej. Za ok. 2h powinnyśmy być na szczycie. Niestety nie mamy dobrej mapy. Jest pusto, pięknie, powietrze przejrzyste, cicho, widoki obłędne. Ale też jest maksymalny skwar.

Spotykamy grupę Francuzów, oni nic nie wiedzą, gdzie byli i gdzie idą, bo są prowadzeni przez Berbera. Wiedzą tylko , że już idą 5h. My wciąż wypatrujemy kopczyków i punktów opisanych przez pana ze wsi… Dochodzimy do polany/przełęczy ze studnią. Moni wg mapy wydaje się, że trzeba iść w prawo, włazić, ale ścieżka i kopczyki wskazują lewy szczyt. Decydujemy się na lewo i wbiegamy na górę. Już wiemy, ze nie zdążymy zejść do Gosi na 16tą, jak się umówiłyśmy. Ale szczyt jest tak blisko. Włazimy, jest cudnie, widoki obłędne – widać aż Atlas!

Trzeba się zbierać w dół. Ale nie tak łatwo znaleźć ścieżkę w dół. Trochę się gubimy, ale w końcu dajemy radę. Biegniemy do Gosi i już z nią na dół.

Czeka nas jeszcze marsz drogą, bo nikt nas nie odwiezie, a stopa można złapać tylko na dole… idzie się mi super. W wiosce spotykamy naszego pana, który nam tłumaczył trasę. Okazuje się, że jednak nie weszłyśmy na Jebel El Kest…. Niestety….

Idziemy drogą serpentynami w dół. Gosi idzie się bardzo marnie. Po 2 godzinach robi się kompletnie ciemno, idziemy razem. Nie widać żadnych samochodów, więc marne szanse na stopa…. Wtem nagle wyłaniają się światła!!!! Trochę strach machać, ale nie mamy wyjścia… Machamy. A tam trzech Arabów, czystych, pachnących, ubranych na biało w mercu w skórze,,, Ładujemy się, z nadzieją, ze to nie są marokańscy gwałciciele J jedziemy w ciemną noc.

Chłopaki okazują się bardzo sympatyczni, pochodzą z Casablanki i przyjechali na urlop świąteczny. Zostaje nagrany film z nami w roli głównej (brudne, śmierdzące Polki z gór z czystymi pachnącymi chłopakami w mercu J podwożą nas pod hotel, nie chcą od nas żadnej kasy. To się nazywa szczęście J

Idziemy na kolację i określamy się co kto ma: ja – dysgrafię, Gosia – lateralizację skrzyżowaną, Monia – lateralizację rzepek.

Zrobimy drużynę i Monia będzie naszym hersztem

2 kwietnia 2010 (piątek)


Tafraoute – wycieczka rowerowa

Plan na dziś to rowery! W nocy jednak Monia przeżywa atak Krwiożerczych Komarów (KK), które nie dają jej spać.

Z rańca znów pędzimy do CTMu, który na szczęście jest otwarty – właśnie odjeżdża bus do Agadiru. Dowiadujemy się o połączenia. Mamy o 8:00 połączenie do Inezgane. Mamy też połączenie Tinghir – Marakesz o 8:45, ale to dalsze plany.

Po krótkiej dyskusji decydujemy, że zostajemy tu do jutra i kupujemy bilet na jutro. Zjadamy śniadanie i jest już koło 11:00, kiedy wypożyczamy rowery. Bo wcześniej wchodzimy do sklepu z pamiątkami i oczywiście robimy zakupy – ja dwie pary kolczyków i spełniam swoje marzenie z dzieciństwa kupując nóż do papieru.
Rowery są git, bez amortyzacji po 50Dh/dzień, z amortyzacją 80Dh/dzień.

Ruszamy więc, chcemy objechać dolinę Ameln. Jedziemy, jest gorąco, ale super, piękne widoki, ale skumałyśmy się, że źle pojechałyśmy, i jedziemy trochę polną drogą. Są super formacje skalne, ta droga to wyzwanie! Dojeżdżamy do niebieskich skał - głazy w roku 1984 zostały pomalowane na niebiesko przez pochodzącego z Belgii artystę Jean’a Verame’a. Kompletny kicz – koszmar jakiś, ale fotografujemy, może nie jesteśmy dość wrażliwe na sztukę…

Dalej ruszamy dróżką, część drogi prowadząc rowery, bo jest za stromo. Jest wiele kierunkowskazów, no i oczywiście mylimy drogę i lądujemy powrotem na drodze, gdzie już byłyśmy J.

To już wracamy do Tafraoute idziemy na sok i jeszcze raz rozpoczynamy wycieczkę. Jest trochę górek po przejechaniu których walimy się na zieloną trawkę i podziwiamy skowronki.

Mamy plan dojechać do Tahala i wrócić powrotem (ok. 14 km). Droga potem to jeden wielki obłędny zjazd w dół! A widoki! Szok – bardzo zielono, intensywnie na tle gołych suchych gór. Zachwycone, decydujemy się w wiosce Tahala nie wracać tylko zrobić pętle doliną Ameln (ok. 26 km). Jest sporo ostrych podjazdów, ale i zjazdów w dół, przecinamy też potoki.

Jesteśmy już zmęczone, goni nas czas, jeśli chcemy wrócić przed zmrokiem, ale widoki rekompensują to wszystko. Z czasem teren się wyrównuje, a nam i tak coraz trudniej pedałować.

Mijamy wioski i mamy już naprawdę dość pedałowania. Strach nas ogarnia nieprzenikniony, że ostatnie 4 km do Tafraoute będzie pod górę – na szczęście to pomyłka! Dajemy rade przed zmrokiem – 19:00.  W sumie jedziemy te 26 km ok. 2,5h.

Tyłek to bym sobie najchętniej amputowała – niezły ukrop! Ledwo  idziemy, ale zachodzimy do sklepu z arganowymi gadżetami i się obkupujemy – ja mydełka. Po ekspresowym prysznicu – nieprzytomne, głodne, zmęczone, czyli jak to na urlopie – lądujemy w knajpie, gdzie rzucamy się na suchy chleb. Kelner przynosi nam jedzenie i my się tym jedzeniem kompletnie nokautujemy.

3 kwietnia 2010 (sobota)


Tafraoute -> Inezgane 8:00 -12:30 (bus, 50Dh/os)
Inezgane -> Warzazat 16:00 - 22:00 (bus, 100Dh/os)

Dziś czeka nas cały dzień w podróży. Mamy plan przemieścić się z Tafraoute do Warzazat. Bilet na poranny CTM do Inezgane mamy już, godz. 8:00, cena 50Dh.

Rano śniadanie i jedziemy! Autobus jest pusty dość, ale nam się trafia rzygające dziecko przed (które jak się okaże zarzyga mi plecak…)

Jedziemy nad przepaściami, ale Gosia mnie przekonuje, że jak spadniemy autokarem w przepaść to mamy zerowe szanse na przeżycie – uff nie będę kaleką… A na tych serpentynach roboty drogowe i ciężki sprzęt J

Lądujemy w Inezgane ok. 12:30. Dziewczęta szukają połączeń do Warzazat. Okazuje się, że albo 15:30 i dojazd na 23:00 albo 16:00 i o 21:00 jesteśmy. Cena różni się o 10 Dh. Kupujemy wersję późniejszą, ale szybszą i droższą – 100 Dh/os.

Łazimy chwilę po suku (targu), dziewczęta kupują ładowarkę do noki, którą Gosia dzień wcześniej umiejętnie połamała (jak widać wszystko jest do kupienia od ręki). Mamy dużo czasu, więc idziemy usiąść gdzieś na soku, równocześnie rozważając rozluźniające efekty picia soku – ile go trzeba wypić, żeby poczuć. Wciąż gonimy biegunkę bez sukcesu….

W knajpce zaczepia nas pan, który twierdzi, że nie ma szans dojechać w 5h do Warzazat… Ale też twierdzi, ze jest fanem Manchester United, po czym Gosia przepytuje go o bramkarza i ten polega nie mając pojęcia, ze to Polak.

Siedzimy i prowadzimy też dyskusje o walorach urody Marokańczyków, ale żaden nie proponuje nam małżeństwa – to nas trochę niepokoi… wg przewodnika powinnyśmy się  „stykać z nagłymi propozycjami zamążpójścia”. Jedynie pocieszające wytłumaczenie to, ze biorą nas za studentki, bo propozycje (zgodnie z przewodnikiem) składają jedynie kobietom po 25tym roku życia (starym pannom). Tym się musimy pocieszać … ech….

Jedziemy na dworzec autobusowy szukać miejsca gdzie można zjeść harrire – w końcu znajdujemy. Już wszyscy na placu wiedzą, że jedziemy do Warzazat o 16:00. J

Autobus jest wcześnie podstawiony, wygląda ekstra, w przeciwieństwie do tego tańszego o 15:30 – tamten masakryczny rzęch – byłoby przeżycie!

A nasz luksus, pan niemiły, ale konkretny, kasuje nas 10Dh od bagażu. Ruszamy punktualnie i grzejemy ostro. Jest kilka przystanków, w tym jeden na wieczorną modlitwę. W autobusie towarzyszy nam Pan Chrapacz, który chrapie pełnym gardłem J Na miejscu jesteśmy o 22:00.

Idziemy na dworzec spisać autobusy w różnych kierunkach, a tam dopada nas chłopiec  i proponuje hotel. Jest dziwny, ale się decydujemy zobaczyć. Uznaje, że jestem szefem grupy i pewnie znam arabski lub berberyjski – wszystko przez moją etiopską chustę na głowie. Zaprowadza nas do hotelu, który ma być po 150Dh/3os, pokój jest super. Upewniamy się o ceny i chłopiec nam potwierdza, wtedy przychodzi właściciel hotelu i mówi, że cena to 200Dh/3os – wkurzamy się i wychodzimy!

Idziemy do hotelu z loney planet. Po drodze widzimy rowerzystów – pewno tez jadą do tego samego hotelu, ale my jesteśmy pierwsze. Dostajemy ostatni pokój z wc i łazienką za 235Dh/3os + śniadanie.

Koleś zagaduje Manię i wycieczki organizowane. Na 3 dni na Merzugę, Dades, Todra i cały inny full wypas to 100 Euro. Po dyskusji postanawiamy się zdecydować.

Druga część naszego urlopu szykuje się bardzo na luzie czasowo i bez stresu organizacyjnego. Ale to się jeszcze okaże….

4 kwietnia 2010 (niedziela)

Warzazat - Ajt Bin Haddu

Wielkanocna niedziela rozpoczęła się bardzo rano – nasz pokój jest na rogu dwóch ulic – mam poczucie jakbym leżała na ulicy, a ciężarówki nade mną przejeżdżały. Masakra.

Ale okazuje się, że jest możliwość zmiany pokoju, co tez czynimy. Gadamy też o wycieczce 3-dniowej, wygląda ok., choć jeśli chodzi o cenę to robią nas na pewno.

Idziemy na grand taxi i pod dłuższym targowaniu facet schodzi z ceny 150Dh na 90Dh za kurs do Ajt Bin Haddu. Jedziemy przez pustynię, mijamy studia filmowe (tu kręcili Gladiatora, Kleopatrę, Asterixa…).

Dojeżdżamy do kazby – fortyfikacji z gliny z VIII-XI w. Aby do niej się dostać trza przejść boso przez rzekę J Jest sporo turystów, ale mieszkańców brak, miasteczko jest praktycznie wyludnione – można chodzić po pustych domach. Wstęp kosztuje 10 Dh.

Jest trochę Pustyny klimat, szczególnie jak się wylezie na samą górę. Siedzimy tam z Monią obserwując jakieś Piaskowe Gryzonie. Widać niesamowicie kontrast zielonej doliny rzecznej z okolicznymi suchymi wzgórzami. Była tu niedawno powódź – wciąż widać ślady.

Obserwujemy też jak tworzą „cegły” z tej gliny do budowy – twierdza musi być bardzo często reperowana, bo materiał nie jest trwały.

W trakcie naszego spaceru Gosia zaprzyjaźnia się z lokalsami, ponieważ 9 rodzin wciąż żyje w tej twierdzy i zarabiają na turystach (przyjeżdża ich ok. 150-200 dziennie w szczycie sezonu).  Lądujemy na lunchu i delektujemy się widokami.

Potem wyzwanie – trzeba znaleźć transport powrotny. Cena jest 150Dh – my nie chcemy więcej niż 90Dh. Stajemy więc na stopie, bo taksiarze nie godzą się na taką cenę. Zatrzymują się dwaj Arabowie – a podobno trudno złapać stopa i odradza się samotnym kobietom. My oferujemy 90Dh i mamy transport pod hotel. Choć trochę wyglądali na zdezorientowanych naszym odważnym wtargnięciem do samochodu.

Odpoczywamy chwilę w hotelu, po czym oczywiście nie robimy zbyt dużego relaksu tylko ruszamy na spacer (bierzemy czołówki jak zawsze J ). Dochodzimy do placu, gdzie cudowny pan, za grosze, sprzedaje nam przyprawy. Jesteśmy urzeczone jego uczciwością , że nas nie naciąga. Kupujemy miętę, kumin oraz cynamon i małe ceramiczne  tadżinki (ceny przypraw za 100g – 10Dh, mięta 20Dh, tadżin 12Dh).

Na spacer idziemy dalej, do twierdzy, a potem lądujemy w super knajpie, gdzie za 70Dh (!cena normalna posiłku to ok. 30-40Dh) – Pastilla – tak się nazywa potrawa, ale nie jest z gołębia tylko z kurczaka – pyszna.

A dnia dzisiejszego kupiłam też sobie kolejny świecznik, bo się zauroczyłam – 25Dh.

Ważnie! Wymyśliłyśmy logo Polski: brzuchaty pan z wąsem w podciągniętych białych skarpetkach, w sandałach i w swetrze w serek J

5 kwietnia 2010 (poniedziałek)


Warzazat – Skoura – Dolina Róż – wąwóz Dades

Dziś startujemy z wycieczką. Na śniadanie obstawiamy, która to para z nami jedzie. Ja jedną obstawiam, ale dziewczyny twierdzą, że nie wyglądają na Holendrów (a mają być Holendrzy). Potem okazuje się, że wszystkie miałyśmy racje – oni z nami jadą, ale są to Niemcy J Laura i Sebastian.

Busik jest bardzo komfortowy, mamy mega dużo miejsca. W hotelu zostawiłyśmy ceramiczne zakupy.

Jedziemy przez chwilę i następnie zostajemy wysadzeni w miejscowości Skoura – tam krótki spacer i oglądami kazbę po drugiej stronie rzeki. Cały spacer trwał 25 minut….

Jedziemy dalej i znów kierowca wyrzuca nas przy jakiś kamieniach, dając chwilę tylko żeby wejść i zobaczyć z góry Dolinę Róż w której jesteśmy. Dolina słynie z hodowli róż i festiwalu, który jest w maju.

Powinniśmy mieć spacer w Dolinie Róż około 1 h. Już jesteśmy lekko zirytowane, gdy okazuje się, że jest przewodnik i będzie spacer (Monia pyta kierowcę czy przewodnik jest w ramach wycieczki – kierowca potwierdza). Idziemy, a nasz przewodnik mówiący jedynie po francusku pokazuje nam krzaczki róż , na których są pączki. Wmawia nam też, że głóg to też róża, więc potem nabijamy się, żę jest figowa róża, porzeczkowa róża i inne (donkey rose – lucerna).

Odwiedzamy jedno gospodarstwo, w którym na pytanie ilu ludzi w nim mieszkanie jest odpowiedź – 3! U nas konsternacja… Okazuje się, że liczą tylko dorosłych mężczyzn….

Monia nawiązuje płomienny romans z kilkuletnim arabskim chłopcem. ;) Gospodarstwo jest ogromne i wszędzie są ołtarzyki obecnego i poprzedniego króla. Serwują nam herbatę, orzechy i daktyle oraz największe wyzwanie – kwaśne mleko (może wreszcie czas na biegunkę…?). Najdzielniej wyzwaniu stawiła czoła Gosia, ja za nią, a Monia wymiękła  - będzie nas do kibla prowadzić … hehehe. Ale biegunkę trzeba gonić, żeby nam uciekła. Ach ta biegunka, jak miłość.

Nic nie płacimy za poczęstunek – miło, że nie chcą nas robić. Pokazują nam krowy, bo Laura się pytała, hehe. A Monia poszła za swoją miłością i się zgubiła.

Wracamy do busika, a tam kierowca twierdzi, że powinniśmy za wycieczkę zapłacić (!!!?). Ale nasz przewodnika jakby nie nalega, dajemy mu 50Dh od grupy.

Potem wysadzeni zostajemy na lunch. Nasi towarzysze okazują się bardzo sympatyczni. W ogóle wycieczka to niezły odpoczynek – zero myślenia organizacyjnego.

Wjeżdżamy w wąwóz Dades – robi niesamowite wrażenie – skały plastyczne, wyglądają jak flaki. Robimy jakieś zdjęcia, ale pewnie nie oddadzą tych wysokości i przestrzeni. Dojeżdżamy do końca wąwozu i wracamy. Zatrzymujemy się w hoteliku, w którym będziemy nocować, w środku wąwozu. Bardzo przyjemy i klimatyczny, nazywa się La Vallee des Figues. Mamy pokój z balkonem, widokiem, prysznic, wc.

Dostajemy pół godziny przed dwugodzinnym spacerem z przewodnikiem po wąwozie.

Przewodnik to miły młody chłopiec, ale znów mówi tylko po francusku. Opowiada o zniszczeniach spowodowanych przez powódź, która tez tu była miesiąc temu. Rzeka jest bardzo wartka – dziewczęta marzą o spływie – byłby pierwsze, bo tu nikt tego nie robi.

Wchodzimy w wąwóz i zaczyna być ciekawie. Czasem idziemy wodą, czasem trzeba się wspinać. Ja biję rekord wspinaczki stosując styl robaczkowy, co wszystkich doprowadza do łez. Dziewczyny mają buty trekkingowi – jest im łatwiej. Ja tylko sandały. Laura i Sebo też bez treków. Jest naprawdę fajnie, wybieramy coraz trudniejsze trasy (gdy pyta nas przewodnik). Nasi niemieccy towarzysze okazują się naprawdę super z dużym poczuciem humoru – mamy ciągły brecht.

Łazimy około 2h, potem jeszcze powrót, razem chyba ponad 2,5 h. Super wycieczka, na pewno nie do zorganizowania samemu – trzeba znać trasę i pogubić się łatwo. Dziwne, że żaden przewodnik (książkowy) nie poleca tego typu rozrywki… Widoki obłędne. Bajeczne.

Gosia dostaje smsy i z Monią strasznie jej zazdrościmy! Planuje ślub na przyszły rok, hehe? Bo oświadczyny dostała. Musi jednak przeanalizować grafik, czy ma jakieś wolne soboty , hihihi J

Czekając na obiad czytamy o targu małżeńskim – to jest dla nas szansa (!) Może ktoś da jakąś znośną cenę ….hehehe

Aaaa! Jako etatowa szczęściara znalazłam w różanej dolinie przynoszącą szczęście podkowę osła. I będę ją targać do Polski.

6 kwietnia 2010 (wtorek)


wąwóz Todra – Merzuga (wielbłądy, nocleg w berberyjskiej osadzie)

Cały dzień to właściwie podróż do Sahary na wielbłądy. Budzimy się w naszym uroczym hoteliku – wczoraj padłyśmy jak zawsze wcześnie, po skonsumowaniu kolacji, na którą oprócz kuskusa dali nam, jak twierdzi Gosia, brukiew – kto wie? Nikt wcześniej brukwi nie jadł.

Na śniadaniu rozbawiamy naszych Niemców opowiadając im o kawie ince – straszliwie ich bawi opcja kawy z cykorii J

Ruszamy dalej i kolejny postój mamy w wąwozie Todra. Znów decydujemy się na dłuższą trasę, jedynie Gosia zostaje. Mamy iść wzdłuż rzeki, jak twierdzi nasz kierowca, co okazuje się nie takie proste. Często gubimy ścieżkę i musimy przekraczać potok. Ale to jest super, że nie starają się nas za rękę prowadzić i dają dużo swobody – mimo zorganizowanej wycieczki.

Pod koniec droga w wąwozie wiedzie ulicą. Ściany wąwozu robią wrażenie, szczególnie, że gdzieś wysoko widać wspinaczy. Podobno jest tu 150 tras wspinaczkowych. Robi naprawdę wrażenie.

Idziemy do końca wąwozu – można z niego wyjść – wszędzie pełno straganów z chustami.

Znów musimy wsiąść do busika i jechać dalej. Co jakiś czas jesteśmy wysadzani na zdjęcia, ale tak to cały czas jedziemy i jak nie śpimy to oglądamy pustynię z za okna.

Lądujemy w małej knajpce przydrożnej na lunch. Tam zaprzyjaźniam się z małym kotkiem. Włazi mi na kolana i swoją porcję głaskania odbiera. Więc gdy zostaje przyniesione jedzenie idzie prosić gdzieś indziej. J
Koło 17:00 dojeżdżamy do pustynnych  wydm Merzugi – robią wrażenie – ogromne góry piasku. Jest masa jeepów, ludzi i wielbłądów. Nie będziemy na pewno sami. Wsiadamy na wielbłądy i ruszamy. Jest to frajda, trochę podobne do koni, jednak trochę tracie klimat przez ilość ludzi, a także jeżdżące po wydmach motory – beznadzieja.

Ja mam przemiłego wielbłąda. Za mną jest Laura, a jej wielbłąd ciągle mojego skubie i podchodzi super blisko – poza tym cały czas beka, co nas nieźle rozbawia.

Do osady dojeżdżamy już po zmroku. Czekają na nas gotowe stoły ze świeczkami – jest klimatycznie. Mimo, że ludzi sporo, jakoś tak to organizują, że bardzo się tego nie czuje.

A! zapomniałam dodać, że zatrzymaliśmy się w toalecie nomadów – w trakcie podróży do Merzugi. Tam było pełno białych kopców.

W nocy ja z Gosią to dajemy radę, ale Monia ma przygody z Berberem, który nie daje jej spać, ani w spokoju wysikać. W końcu rezygnuje z noclegu na zewnątrz i idzie do laury i Sebastiana.

7 kwietnia 2010 (środa)


Merzuga – rzeka Draa - Warzazat

Budzimy się o 5:30, żeby iść na wschód słońca na wydmy. Nikt nas nie budzi, same z Monią wstajemy, ogarniamy się i idziemy na ogromną piaskową górę, która jest za obozem. Ledwo daje się wejść.

Niestety jest pochmurno, powietrze nie jest przejrzyste, więc marnie ten wschód słońca wychodzi. Ale widoki z góry – obłędne! Tylko nie ma się gdzie wysikać, hehehe W końcu znajdujemy jakąś marną kępkę traw.

Zbiegamy z góry na śniadanie, które do dobrych nie należy. Ja zaprzyjaźniłam się z kolejnym kotem. Nasi koledzy z obozu to grupa Francuzów oraz włoska akrobatyczna rodzina.

Ogarniamy się i na wielbłądy! Jest klimat, robi się powoli gorąco, wszystkim humory dopisują, akrobatyczne dzieciaki robią cuda na wielbłądach. Jesteśmy jedną wielką karawaną. Łapiemy jaszczurkę, którą każdy dostaje do ręki – niezła trauma dla niej.

Dojeżdżamy do miejsca startu – wszyscy jak jeden mąż rezygnujemy z prysznica, wsiadamy do busa, gdzie równo odpływamy. Jest gorąco, a my totalnie wykończeni – totalna zwała. Jedziemy tak prawie cały dzień.
Na lunch wypuszcza nas nasz kierowca w jakimś koszmarnym miejscu – restauracja obok rzeźnika – tysiące much, jedzenie nie dość że trzeba było na nie długo czekać to jeszcze jest obrzydliwe. Gosia nakręca , że stare i śmierdzące i że to prawdziwe wyzwanie dla biegunki pościgu J I jeszcze te obłażące muchy… Siedzimy tam przez godzinę i jest koszmar.

Potem ruszamy dalej i dalej w kimę. Jedziemy nie tą samą drogą, tylko przez pustynię, bardziej na południe w kierunku Zagory. Wciąż zwała – wszyscy nieprzytomni w nagrzanym busiku.

Zatrzymujemy się na spacer obok rzeki Draa –najdłuższą w Maroku. Idziemy przez jakieś poletka, w końcu trafiając na miejsce gdzie można zejść do rzeki. Moczę chustę i z mokrą głową powoli wracam do rzeczywistości…

Nagle pojawiają się obłędne widoki ogromnego wąwozu (możliwe, że rzeki Draa, ale rzeki nie widać). Wyglądają jakby ktoś naniósł na nie poziomice – góry/brzegi wąwozu. Obłęd. Zatrzymujemy się na zdjęcia.
W końcu nie wiem po nie wiem ilu godzinach w busiku w  upale wracamy do hotelu w Warzazat. Na szybko kupujemy bilet do Marakeszu na jutro na 8:30 rano (80Dh/os) i ładujemy się w upragniony prysznic.

Dzień kończymy na crepach u śmiesznej pani serwującej je na ulicy – ma to w sobie  dużo uroku. Choć jeśli chodzi o smak to zdania są różne – mnie smakuje średnio.

8 kwietnia 2010 (czwartek)


Warzazat – Marakesz 8:30 – 13:00 (80Dh/os)

Rano odjazd CTMu o 8:30. Na dworcu bardzo dziwna procedura zdawania bagażu. Chodzimy od jednego okienka do drugiego. Cena też dziwna – bagaże ważą 41 kg, cena to 5Dh za każde 40kg – płacimy 9 Dh (?)

Na dworcu spotykamy pierwszych Polaków: Sławek i Basia z Białki tatrzańskiej. Też jadą do Marakeszu, ale potem od razu Atlas Wysoki. Sprawiają wrażenie trochę mało ogarniętych. Zgubili przewodnik, pożyczają od nas by coś sobie poczytać.

W autobusie jak zawsze zabawa z numerami miejsc. W końcu po kilku przesiadkach siedzimy razem – dalej nie kumamy czemu przy kupnie biletu zawsze każą nam wybierać miejsca, kiedy potem nic się nie zgadza.
Jedziemy busem przez góry, droga rzeczywiście kręta, widoki super, ale dużą część przespałam.  Po przejechaniu przełęczy mamy postój, gdzie strasznie wesoły i kontaktowy koleś sprzedaje nam sok z pomarańczy – a wyciska go bez obierania pomarańczy (!).

Do Marakeszu dojeżdżamy około 13:00. Autobus pełen jest białych – pierwszy raz w trakcie naszej podróży. Dworzec CTM w Marakeszu jest bardzo blisko dworca kolejowego. Na piechotę idziemy kupić bilety do Casablanki na sobotę. Dworzec jest bardzo nowoczesny, idziemy wpierw do informacji. Bilet na pociąg jest na dzień, jeżeli jest bez miejscówki – ostanie połączenie mamy o 17tej, na 20:30 jesteśmy w Casablance. Połączenia na lotnisko mamy o 21 i 22:07. Cena biletu to 90Dh +40Dh – już w kasie w Casablance musimy kupić – na dojazd na lotnisko.

Jedziemy petitkiem do hotelu – niestety Niemcy się nie targowali i cena to 30Dh :/. Hotel Central Palace jest zajęty, a pokój który nam proponują jest za mały. Hoteli jest jednak mnóstwo, obchodzimy kilka i wybieramy najlepszą opcję – Hotel El Paix, za trójkę po targowaniu płacimy 170Dh/noc.

Ostatnia zbiórka pieniędzy, mamy ich dość mało. Idziemy wymienić kasę, ja wymieniam 50USD.

Ruszamy zwiedzać Marakesz. Zaczynamy od podobno najpiękniejszego minaretu meczetu Kutubja. Nabijamy się z historii o niewinnej Fatimie, która była tak niewinna, że zamieniła się nocą w gołębicę. Jest mega skwar i trudno się połapać gdzie trzeba iść. Ale mamy Monię. I ona daje radę! Doprowadza nas do kasby przez bramę Bab Agnaout. Tam w ostatniej chwili wchodzimy do grobowców Sadytów. Koleś wpuszcza nas chyba na czarno, bez biletów (ale za 10Dh), ale najważniejsze, że wchodzimy. Jest miło i chłodno. Grobowce to wykafelkowane na ziemi, jedynie tak zaznaczone. Podobno teren był bardzo długo zamurowany i pozostawiony bez opieki. I nikt nie wiedział oficjalnie, że jest. Robi wrażenie. Ale też mrówka gigant, którą wypatruje Gosia. Jest monstrualna.

Potem chcemy znaleźć Pałac El Badi – niestety zamknięty – otwarty do 16:45. Pijemy sok pomarańczowy obserwując bociany i następnie postanawiamy iść do dzielnicy dawnej żydowskiej. Prowadzi nas jakiś dziwny koleś. Dzielnica robi wrażenie, trochę mamy stracha, bo jak jakieś slumsy wygląda. Uciekamy stamtąd i kierujemy się przez stragany do hotelu.

Gosia wytargowuje chustę za 40Dh, a Monia! Monia doświadcza OŚWIADCZYN! Oh yeah! Nareszcie! Choć chłopiec po chwili twierdzi, że jest dla Moni za młody na męża – ZONK….

Po przyjściu z hotelu spotykamy się z Niemcami i idziemy coś razem zjeść. Na głównym placu są dziesiątki stoisk z jedzeniem. Gdzie można na szybko, tanio zjeść. Jest się nieźle naganianym. Siedzimy i jemy. Potem ten sam rytuał jeśli chodzi o soki. Jest ogromny gwar i setki ludzi. Żegnamy się z Laurą i Sebastianem, oni jutro rano jadą do Fez.

9 kwietnia 2010 (piątek)


Marakesz

Już wiemy, że są dwa rodzaje Jedno-kołdrowców i dwu-kołdrowców: względne i bezwzględne. Ja jestem jedno-kordłowcem względnym – przytulam się tylko do co poniektórych, a nie do wszystkich (doszła do tego Gosia po nocy spędzonej w jednym łóżku). Gosia jest dwu-kordłowcem względnym, jak i Monia – mogą się w pewnych warunkach nagiąć. W naszym towarzystwie nie ma dwu-kordłowca bezwzględnego – MUSI spać oddzielnie, bezdotykowo, bez względu z kim. Oraz brak też jedno-kordłowca bezwzględnego – musi się przytulać bez względu do kogo.

Nasz cel dziś to zwiedzanie. Ruszamy przez suk do najcenniejszych zabytków Marrakeszu na placu Ben Youssef. Bilet do trzech głównych zabytków udostępnionych do zwiedzania wynosi 60Dh. Jest mega tłum turystów. Wpierw oglądamy Medresę (szkołę koraniczną) robi wrażenie, głównie zwiedza się cele/pokoje uczniów. Maleńkie często bez okien. Wszystko jest dość zaniedbane, zupełnie niezabezpieczone, często pozostawiony jakiś syf po kątach. Przy tej ilości turystów długo nie będzie trzeba czekać, aż się rozwalą pozostałe niedrewniane części (drzwi, okiennice). Medresa jest z XVI wieku.

Potem oglądamy Kubbę z XII wieku odkrytą w latach 50tych. Widać różnicę poziomu gruntu, jak się zmienił przez te 900 lat. Oprócz kubby, która służyła najpewniej do ablucji, są jeszcze latryny i cysterna (zbiornik na wodę). Kubba ma ślicznie rzeźbioną wewnętrzną część kopuły. Znów powtarzają się merlony – ja staram się zapamiętać tą nazwę, żeby wygrać milion w milionerach.

Ostatnim zabytkiem jest muzeum Marrakeszu mieszczące się w pałacu z XIX w. Całkiem ładne wnętrza, odrestaurowane w 1995 r. Ale w muzeum to dużo nie ma, ekspozycja jest bardzo uboga, już dużo więcej można było zobaczyć muzeum w Agadirze. Wrażenie robi żyrandol na głównym dziedzińcu. Ma się wrażenie, że wszystko co jest tu prezentowane można kupić – kopię zdjęć, muzykę która idzie w tle – wszędzie informacja, ze jest do kupienia. Wystawa fotografii jest w hammanie pałacu. Tam to już w ogóle jest syf, kurz i brud. Ogromne żyrandole tak brudne, że światło nie przechodzi.

I tak kończymy naszą część kulturalną na dzień dzisiejszy. Wracając zaliczamy pierwsze błądzenie po medynie, trudno znaleźć drogę, a i trudno się pytać, bo często chcą „robić” i prowadzić do swojego sklepu. Pytamy się policjantów lub sprzedawców w siedzących w sklepikach. I się udaje. Jest godzina 13-14 i większość sklepików jest zamkniętych, jest piątek, więc widzimy, że w mijanych przez nas meczetach, jest dziki tłum modlących.

Na głównym placu taki tłum, ze nie możemy znaleźć miejsca na jedzenie. W końcu udaje się, siadamy w jakimś obskurnym, tanim miejscu na samym placu. Jedzenie średnie, ale dajemy radę. Tylko Moni i Gosi pęka cierpliwość i następuje małe spięcie w zespole.

Idziemy szukać supermarketu, co okazuje się nie takie proste. Nawiązujemy wiele kontaktów na ulicy, i w końcu dochodzimy. Okazuje się to totalną pomyłką, w supermarkecie mało co jest, wybór niewielki. Mimo tego oczywiście robię zakupy…. stawiając pod znakiem zapytania zmieszczenie się w limicie bagażu…

Wracamy taksówką do hotelu. Każemy mu włączyć licznik i wychodzi… 12Dh (!).

Teraz pozostają tylko zakupy na suku – to jest totalna masakra. Kupujemy i targujemy się, czasem mam wątpliwość czy coś rzeczywiście będzie mi potrzebne. Ale jak sprzedawca jest miły…. Kupuję buty czarne baletki skórzane (120Dh), kapcie po 60Dh – dwie pary, pasek skórzany po 120Dh oraz najważniejsze – wełnianą czapkę za 60Dh. Z czapką jest niezła jazda, dopadają nas dwie zakutane babeczki, wciskają czapki, chcą 150Dh za jedną, targujemy się, szepcą nam ceny do uszu. My z Gosią jesteśmy tak ubawione, a one schodzą do naszej ceny 60Dh i trzeba zapłacić…. To się nazywa talent! Sprzedać w upale wełnianą czapkę! Podobno z wielbłąda… hehehe. Wracamy do domu wypić piwo w czapce….hehehehe

Zjadamy jeszcze kolację na tym targu jedzeniowym – nieźle nas okantowują jeśli chodzi o rachunek. Nie ma lekko. Chociaż napiwku nie zostawiamy.

W hotelu patrzę z przerażeniem na stosy toreb z zakupowymi gadżetami i Brecht mnie ogarnia – a najlepsza z tego wszystkiego jest wełniana czapka od Berberyjki. Jak założę na jesieni  przypomnę sobie historię z Maroka i znów się brechtam na całego…. hehehehe… kupić wełniane czapki w Maroku!

10 kwietnia 2010 (sobota)


Marakesz – Casablanca 17:00 – 20:30 (90Dh/os)
Casablanca – lotnisko  21:07 – 22:00 (40Dh/os)

Budzi nas sms od siostry Gosi, że samolot spadł i prezydent i cała świta nie żyje. No to wstajemy…

Na dziś plan drobnych zakupów, na które wyruszamy, kupujemy słodycze i orzeszki, a dziewczęta wracają do pana od butów, który jest na tyle uroczy, że kupują kolejne pary (papcie po 50Dh, baletki 100Dh). Chcą mnie stargować i zostawić, ale koleś się upiera, ze jestem zamężna – nie kumam dlaczego.

Potem tylko zabijamy czas do pociągu o 17:00. Spędzamy czas w kawiarni, w której jest miły starszy pan i jak Gosia zostawia tam aparat (lustrzankę), to aparat jest do odbioru!

Na chwilę idziemy tez do cyber-parku – parku gdzie są stanowiska komputerowe i można za darmo korzystać z netu. Chcemy coś poczytać o tym rozbiciu samolotu, ale net działa słabo i robi się późno.

Ładujemy się na obiad do knajpki obok tej co wczoraj nas kelner zbeształ za brak napiwku. Mamy już resztki pieniędzy. Ja jestem zadłużona… Wymieniłam ostatnie dolary. Zaczyna być późno, więc już trochę w pośpiechu lecimy na pociąg. Chcemy wziąć taksę na taksometr, ale kilku taksówkarzy zdecydowanie odmawia, chcą nawet 60Dh za kurs. W końcu łapiemy taksiarza, który się zgadza na opłatę zgodnie z taksometrem. I wychodzi 10Dh.

Jesteśmy na czas na dworcu, ładujemy się do pociągu i w drogę. Pociąg ok., nawet pani powie przez mikrofon jaka stacja. Jest klimatyzacja, mało osób, jesteśmy same w przedziale.

Wysiadamy na dworcu Casablanca Voyagers i kupujemy bilet na lotnisko (40Dh/os). Na lotnisku jesteśmy o 22giej – nie jest to ostatni pociąg. Znajdujemy na lotnisku bardzo ustronny kącik i rozkładamy się z karimatami i śpiworami. Trochę się co poniektórzy przyglądają, ale luz, nawet sprzątający nas nie przesuwają. Jest głośno i może trudno się wyspać, ale przekimać da radę.

11 kwietnia 2010 (niedziela)


Casablanca (CMN) - Paryż (CDG)  godz. 6:50 – 11:50
Paryż (CDG)    – Warszawa (WAW)  godz. 12:40- 14:55

Wstajemy o 5 rano – mamy godzinę do zalogowania się. Toaleta i przepakowanie zajmuje nam sporo czasu. Logujemy się nie wiele przed checkin-timem – ja mam bagaż dokładnie 20 kg – uff, nie trzeba się przepakowywać J

Idziemy na kawę wydać resztkę dirhemów. A tam propozycja małżeństwa!!!! I nawet kawałek ciastka nam fundnął. Ale my już zaczekinowane – nie wiem czy można te oświadczyny zaliczyć do naszych marokańskich wczasów…

Już mamy mega mało czasu, gdy stawiamy się na odprawę. A tam trafiamy na nadgorliwego celnika – strasznie długo nas trzyma – ja pierwsza lecę, już czekają na nas. Ja mówię, że dziwczyny jeszcze na odprawie. Wpadamy i startujemy, ledwo zdążyłyśmy usiąść. Gosia trafia na bardzo rozmownego towarzysza podróży, a ja z Monią głównie przesypiamy.

Lądujemy w Paryżu praktycznie o czasie, ale każą nam się zgłosić do obsługi. Jesteśmy przeprowadzone expressowo, żeby zdążyć na samolot do warszawy. Ale ja jeszcze zdążam polecieć do bezcłowego J Niestety nie ma moich cieni do powiek – pani jest jakoś dziwnie niemiła – ja zapominam, ze wyglądam jak lump… Wbiegam w ostatniej chwili na boarding. Dziewczyny mówią, że lądujemy razem z Lechem Kaczyńskim (znaczy jego trumną). No to może być trochę bałaganu, ale zobaczymy…

Jesteśmy dokładnie tuż przed, wiec zdołałyśmy się wydostać lotniska przed zamknięciem ulic… uff.