poniedziałek, 16 lipca 2012

Spływ kajakowy Krutynią


Galerianki na Krutyni, czyli emeryckie spływanie

Wyjazd organizowany przez towarzystwo Asi :) Moją partnerką w kajaku i w namiocie była Jola, jak za starych dobrych czasów.

13 lipca 2012 (piątek)


Warszawa  - Spychowo 19:30 – ok. 22:30 (samochód)

Spotykamy się na dworcu Wschodnim i razem w dwa samochody jedziemy do Spychowa. Reszta ekipy jedzie różnie, jedni wcześniej, inni później, jedni też samochodami, inni pksem. Spotykamy się na miejscu.

Klimat miejsca bardzo PRLowski J: Stanica Spychowo (http://www.stanicaspychowo.pl/). My się rozbijamy w namiocie, pozostali w domkach. Koszt naszego noclegu to 28zł (2 os+namiot). Ognisko już jest rozpalone (koszt ogniska 60zł), pieczemy kiełby i od czasu do czasu chronimy głowy przed deszczem. Jest nas w sumie 20 osób, niezła ilość.

14 lipca 2012 (sobota)


Spychowo – Zgon 14:00 – 16:30 (10 km kajakiem)

Rano wstajemy bez stresu, bo dziś jest mało do przepłynięcia. Kierowcy jadą po kajaki do Krutyni: http://www.splywy.pl/ (koszt 20zł/kajak/dzień, 15 zł fartuch/2 dni, 5zł transport/os).

Reszta w dużej części idzie na park linowy (koszt 25zł), ja rezygnuje. W parku każdego dopada jakiś inny strach do czegoś innego. J W sumie startujemy ze spływaniem o 14tej. Właściwie spływamy, a nie wiosłujemy J Bardzo relaksacyjnie, niestety pogoda nie jest betonowa. Czasem słońce, czasem deszcz, upału brak.

Do Zgonu przypływamy wcześnie, rozładowujemy się i rozbijamy (koszt noclegu za 2 os. + namiot 30 zł): http://www.wodan.orangespace.pl/ PTTKowski Ośrodek wypoczynkowy "WODAN" J.

Wszyscy straszliwie głodni, uderzamy do smażalni ryb, którą widzieliśmy z brzegu płynąc. Okazuje się lekko obskurnym miejscem, z niemiłym panem, ale ryby się wybiera palcem i smażą (szczupak 8zł/100g). W końcu część osób zamawia, część wraca do mijanej knajpy w Zgonie. Ryba jest ok., ale klimat średni. Wracamy po zjedzeniu do reszty w tej knajpie. Ich strzał był strzałem w dziesiątkę! Restauracja Kos (http://pensjonat-kos.prv.pl/) – przepyszne żarcie! Duży wybór! A naleśniki z jagodami to są warte grzechu… Znów jemy….
Po totalnym obżarciu idziemy na ognisko (koszt: 50zł), ale są tez tacy, którzy z przejedzenia zasypiają i już się nie budzą…

15 lipca 2012 (niedziela)


Zgon – Krutyń 10:30 - 14:30 (13 km kajakiem)
Krutyń – Rosocha – Ukta 15:30 – 16:30 – 18:30 (13 km kajakiem)
Krutyń – Warszawa 19:30 – 22:30 (samochód)

Zaliczam rano kąpiel w jeziorze, ale nie jest to pogoda na kąpiel…. Choć jest przyjemnie.
Dziś jest więcej pływania, więc staramy się rano zebrać, w sumie to wychodzi 10:30, jak nie zdążymy można wcześniej skończyć. Najpóźniej wypływa Dori, sporo po nas, nigdy nas nie dogania i kończy spływ w Krutyni.

Pierwsza część to wiosłowanie przez jezioro, gdzie fale jak na Bałtyku… po 2h mordowania dopływamy do rzeki! Z radości urządzamy kąpiel, co mnie masakruje termicznie! Za chwile jest mała przenoska i dalej już rzeką. Pojawiają się inni spływowicze… Jak dotychczas było ich na szlaku mało.

Dopływamy do miejscowości Krutyń, tam witają nas bary z brzegu. Idziemy do knajpy gdzie jest fenomenalna zupa kurkowa i do tego oczywiście naleśniki czy pierogi z jagodami. Już nasza grupa się podzieliła, jedni płyną sporo z przodu, Dori z Marleną pozostały daleko w tyle. Mają tu skończyć spływ i oddać kajaki.

My umawiamy się przodownikami spływania w miejscowości Rosocha, że tam zdecydujemy czy płyniemy do Ukty czy nie. Oni są na tyle wcześnie, ze już jak my przyjeżdżamy to chcą wracać do Wawy. Umawiają sobie transport, a reszta kajaków płynie do Ukty. Niestety nie spróbowałam placków ziemniaczanych w tamtejszym barze – podobno najlepsze na świecie J

Do Ukty dopływamy o 18:30, mocno juz zmachani i zmęczeni. Teraz tylko powrót do domu.




poniedziałek, 9 lipca 2012

Tratwą na Biebrzy


Oj tam Oj tam czyli tratwa na Biebrzy jako sposób na upały

Przedłużony weekend na tratwach dwóch, w czasie kiedy w Polsce szaleją upały – tylko dla tych którzy nie boją się much :)

6-8 lipca 2012 (piątek-niedziela)


Dojazd samochodem – wyjeżdżamy z Warszawy około 17tej w czwartek, przyjeżdżamy około 20tej do Hamulki, skąd wypożyczamy tratwy: http://hamulka.pl/ , http://tratwy.eu/ . na miejscu łapiemy się jeszcze na pieczenie sękacza – możemy przylukać jak to się robi J

Tratwy wodujemy w Sztabinie, odbiór za 3 dni w Jagłowie (ok. 14 km), tratwą płynie się z 1 km/h podobno, wiec daleko się nie upłynie.

Od miejsca wodowania spływamy krótką chwilę, żeby nie nocować obok innych tratw i przy brzegu. Mamy odrobinę intymności, hehe. Jest nas po 4 os na tratwę i to jest ok., jesteśmy połączeni we dwie tratwy to b. optymalna opcja.

Wieczorem jest impreza, choć ja słabo w niej uczestniczę i idę spać, reszta bawi się do rana.

Pierwszy dzień spływania to bardzo bardzo mało zrobionych kilometrów. Ja nie uczestniczę w sile napędowej, ale podobno to ciężko jest strasznie, hehehe. Co chwila sie zatrzymujemy na kąpiel, bo temperatury są nieziemskie. Tratwa to dobry sposób na upał hehe, a właściwie rzeka na której tratwa jest.
Jak zasypiam z Wojtkiem i Grześkiem na jednej tratwie, to nas zostawiają i odpływają drugą. Niestety, jest nam tak wszystko jedno, ze jak się budzimy to i tak idziemy spać dalej. Musza po nas wrócić i nas budzić z brzegu, hehe.

Mijają nas kajakarze i tratwiarze, dla wszystkich jesteśmy bardzo gościnni i serwujemy co mamy z pokładu J

Pierwszy nocleg mamy całkiem niedaleko od startu, na jakiejś łączce. Za to rano budzi nas niezłe chrapanie – chyba ze 3 osoby dają czadu na maxa. Zawijamy się z karimatami i idziemy łąką od brzegu, tak daleko, żeby nie było słychać – to wcale blisko nie jest, nieźle niesie… hehe

Drugi dzień to już więcej płynięcia, też żar i pełno gzów i much. Królem Much jest Grzegorz – niezłą ma armię poddanych… Robert walczy z muchami strzelając w nie gumką – ma wyniki!

Wędkarze próbują łowić, ale nic z tego. Choć gadżety mają fajowe i robale też J a ryby nawet do koszyczka nie dają rady wskoczyć.

Kąpiel jest co chwila, bo inaczej nie da rady żyć.

Wieczorem znów lądujemy przy łące, na którą zostaniemy wysłani na wieczorny romantyczny spacer przez Adama. Zaś w nocy postanawiamy jednak odpłynąć, bo mają tu przyjść wędkarze z rana. Więc płyniemy nocą i śpiewamy kolędy. Całkiem przypadkiem tworzymy tez krematorium dla meszek i komarów…

Na trzeci dzień pozostało już bardzo niewiele do płynięcia, a upał jest tak nieziemski, że daje w kość chłopakom… Dopływamy do Jagłowa, a potem jeszcze długo płyniemy do mostu przez całą wieś. Około 14-15 jesteśmy na miejscu. Pan Kułak po nas przyjeżdża, pakujemy się i zaraz startujemy z podróżą do Warszawy. W międzyczasie zatrzymujemy się, aby kupić ser koryciński – zaraz przy drodze jest gospodarstwo Skindzierz 18 (Sery Korycińskie - tradycyjny Ser Swojski – Jolanta i Wiesław Głęboccy). Kupujemy wędzony, śmietankowy i z orzechami – pycha!

W domu jesteśmy około 19tej, trochę było korków, ale bez tragedii. Spaleni słońcem, wyglądamy jak raczki :D