czwartek, 26 kwietnia 2012

Argentyna, Paragwaj, Brazylia


Wczasy seniorów, czyli nocowanie w autobusach :)

Motto:
„Jak łatwo stać się seniorem lub seniorą – wystarczy równik przekroczyć”
Kursy walut (orientacyjnie):

Argentyna
1 USD =  4,38 ARS
Paragwaj
1 USD = 4255 PYG
Brazylia
1 USD = 1,83 BRL

1 USD = 3,19 PLN
1 EUR = 4,16 PLN = 1,31 USD

5/6 kwietnia 2012 (czwartek/piątek)


Warszawa (Metro Wilanowska stanowisko 14) – Berlin ZOB godz. 23:00 – godz. 9:20 (Polski Bus)
Przelot:
Berlin (TXL) - Madrid (MAD) godz. 12:35 – godz. 15:40 [6/4/2012]

Polskim Busem odjeżdżamy z Metra Wilanowska o 23:00.Zgodnie z planem. Autobus pełny, komfort średni, ale czysto J Taki autobusowy Ryanair J Nie zatrzymuje się na wc. Zatrzymuje jedynie w Łodzi i Poznaniu. Za granicą (około 7:30) zatrzymują nas jakieś „dziady” i sprawdzają paszporty. Kto to, co to, nie wiadomo, nie przedstawiają się. Spać praktycznie nie spałam.

W Berlinie jesteśmy przed czasem, o 9:10. Następnie autobusami, zgodnie z rozpiską jedziemy na lotnisko. Koszt biletu 2,30 €. Najpierw autobusem M49 z przystanku Messedamm/ZOB/ICC (kierunek: S+U Zoologischer Garten) do przystanku Kaiser-Friedrich-Str./Kantstr., a potem przesiadka do autobusu 109 (kierunek Flughafen Tegel Airport ) na lotnisku jesteśmy po około 30 min. o 10tej (połaczenia dostępne na www.bvg.de ).

Lotnisko stare, ale da radę się ogarnąć. Jak się rozpoczyna check-in – korzystamy. Strafy bezcłowej praktycznie nie ma.

Wsiadamy w samolot do Madrytu i …. ku naszemu zaskoczeniu nie dostajemy nawet krakersa. Można jedynie kupić jedzenie. Na szczęście są moje kanapki i drożdżówki.

W Madrycie trochę się motamy po lotnisku – „nie ufaj strzałkom!!! To nie Frankfurt!!!” hehehe

W informacji turystycznej każą nam jechać kolejką podmiejską (2,15€/os), bo metro 2,50€/os… Tylko kolejka rzadziej jeździ. Czekamy ponad 20 min. Lądujemy w centrum Madrytu. Wysiadamy i idziemy na spacer. W centrum tłumy. Widzimy Puerta de Sol. Głodni siadamy w knajpce z własnym browarem – pyszne piwo!! Wydajemy ok. 30€ za tortille, mięso/wędlinę i piwo. Następnie ruszamy dalej spacerować. Jest dziki tłum, chyba Czekaja na drogę krzyżową ulicami miasta – my nie mamy siły czekać. Przebijamy się. Oglądamy stary market – dziś oszklony. Potem kierunek – Pałac Królewski (tu tłum zelżał), a następnie powrotem i tym razem metrem na lotnisko.

Samolot odlatuje o 0:40. Ciężko się czeka, bo spać się chce. Wreszcie wpuszczają nas do samolotu!

7 kwietnia 2012 (sobota)


Madrid (MAD) -  Sao Paulo (GRU) godz. 00:40 – godz. 6:30

W samolocie śmiejemy się, że nie dostaniemy nic do jedzenia J Ja uderzam w kimę, ale jedzenie jest. Przesypiam całą drogę, budzę się rano tuż przed podaniem śniadania. W Sao Paulo jesteśmy trochę po czasie, choć ciągle nie kumam która jest godzina J

Przeżywam stres, że nasze bagaże nie dojadą, bo mega długo trwa nim się pojawiają. Przez celników przechodzimy bez zatrzymywania, mimo, że wcześniej wypełniliśmy papiery spowiadając się, że nic nie mamy (narkotyków, broni itp.) nikt tych papierów nie chce oglądać.

Na lotnisku dowiadujemy się w IT jak tanio dojechać do centrum: bus 4,30 BRL/os do metra, a potem metrem 3 BRL/os. Bus specjalny lotnisko-centrum to koszt ok. 40BRL/os. W IT mówi nam Pani, że z innego dworca niż mamy w przewodniku jeżdżą autobusy do Foz Iguazu (dworzec Barafunda).

Druga zaskoczka – totalnie nie opłaca się wymieniać pieniędzy w kantorach – ogromne prowizje. Bierzemy 400 BRL z bankomatu.

Znajdujemy autobus i dojeżdżamy do metra, a potem do dworca autobusowego. Bilet do Foz Iguazu okazuje się dużo tańszy niż myśleliśmy – 70 BRL/os i jest o 20:15

Mamy cały dzień na zwiedzanie Sao Paulo. Bagaże zostawiamy w skrytce na dworcu autobusowym (duża 18 BRL).

Zwiedzamy Sao Paulo zgodnie z trasą „wal king tour” z loney planet. Miasto dziwne, i bogate klimaty i równocześnie pełno ćpunów i bezdomnych śpiących całymi rodzinami na ulicach.

Zatrzymujemy się w knajpce na lody i piwo (ok. 30 BRL). Następnie znów łazimy.  Na lancz późny idziemy do knajpki bardziej lokalnej za 30 BRL objadamy się niesamowicie J

Gdy już się ściemnia robi się już w ogóle nie fajnie – wracamy na dworzec. Tam wsiadamy do autobusu – standard bez rewelacji, bardzo mało osób. Po chwili każą nam się przesiadać do innego. Dalej mało osób, ale trochę więcej (łączą firmy przejazdy jak jest mało osób). Podróż ma trwać 15h.

8 kwietnia 2012 (niedziela)


Sao Paulo – Foz Iguazu godz. 20:15 [6/04/2012] – godz. 12:00 (autobus, 70 BRL/os)
PN Iguaçu – Puerto Iguazu

Jazdę przesypiam, choć to moja trzecia noc w podróży i już lekko tracę kontakt z rzeczywistością. Autobus rano zatrzymuje się na śniadanie. A tak wcześniej pędził jak oszalały… Pogoda ładne i bardzo ciepło J

Około 12tej dojeżdżamy do Foz Iguazu. Jesteśmy na dworcu międzynarodowym – musimy się przenieść na lokalny. Jedziemy autobusem – koszt 2,65 BRL/os – jak się przesiadamy na dworcu lokalnym to nie płacimy za kolejny przejazd. Orientujemy się w autobusach (godziny): do Parku Narodowego Iguaçu (Brazil), do elektrowni Itapu i do Argentyny.

Wojtek chce bardzo do elektrowni, wsiadamy w autobus i za 15 min. jesteśmy w centrum turystycznym elektrowni Itapu. Wykupujemy wycieczkę najkrótszą (tylko oglądanie) – koszt 22 BRL/os. Najpierw oglądamy film (30 min.) potem 1h jeździmy i oglądamy elektrownię największą na świecie po chińskiej – wybudowaną przez dwa kraje (Brazylia i Paragwaj). Robi wrażenie, choć raczej przygnębiające. Wycieczka to totalna komercja i dużo propagandy.

Gdy wracamy to ucieka nam autobus do  centrum, czekamy 20 min. Robi się późno, ale jedziemy na wodospady Igazu od strony brazylijskiej. Autobus jedzie ok. 45 min, Koszt wejścia 41 BRL/os (brakuje nam kasy, Wojtek wyciąga jeszcze z bankomatu 50 BRL). Jedziemy parkowym busem do startu zwiedzania – park narodowy jest duży, więc właśnie tak to rozwiązali. Bagaże pozostawiamy w skrytce (8BRL).

Przechodzimy szlak patrząc na wodospady z daleka. Jest mało wody, ale i tak widać, że spore to jest. Wszędzie biegają dziwne zwierzęta - koati. Cała trasa przejścia to niecałe 1h. Inne szlaki są dodatkowo płatne.

Łapiemy bus parkowy i w ostatniej chwili autobus do Foz Iguazu (ok. 18tej). Ale my wysiadamy wcześniej, by na drodze do Argentyny złapać bus tam jadący (bez szans jest złapać go na dworcu). Niestety dupa – ucieka nam. Idziemy z buta z plecakami, najpierw przechodzimy granicę brazylijską, a potem długo ulicą, po ciemaku, do granicy Argentyny ok. 1h. Ja to mam kryzys… Masakra…

Na granicy Argentyny podobno są busy „collectiva” do centrum Puerto Iguazu. Ale nie możemy się doczekać. Bierzemy taxi do hotelu (20 ARS). Hostel jest drogi (240 ASR/2os). Wojtek idzie szukać tańszych opcji. Trudno jest, w końcu znajduje ok. nocleg za 200 ARS/2os. Drogo. Hostel nazywa się Los Rios

Wreszcie prysznic, nowe ubrania – po 3 dniach! I łóżko. Ale wpierw knajpa. Klimatyczna, ale jedzenie marne. Wydajemy 150 ARS. Noc trochę głośna (obok nas dworzec autobusowy), ale wreszcie w łóżku.

9 kwietnia 2012 (poniedziałek)


Puerto Iguazu

Zapomniałam, ze to lany poniedziałek! Wstajemy na 8 na śniadanie, a potem plan to wodospady. I to jest plan na cały dzień!

Jedziemy autobusem z dworca do parku narodowego Iguazú (strona argentyńska oczywiście) – koszt 10 ARS/os/przejazd.

Park kosztuje 100ARS/os. Jest sporo chodzenia i oglądania, choć wodospady niektóre wyschły (za mało wody jest teraz). Najpierw robimy górną pętlę (upper circut), potem dolną (lower circut) + wyspa San Martin, a na końcu docieramy kolejką do „Gardła Diabła” – głównego wodospadu.

Dużo łażenia i oglądania, trochę za duża komercja i tłumy. Na wyspę dostajemy się łódką. Tam na brzegu robimy spóźnione świąteczne śniadanie. W końcu jest Wielkanoc.

Łażenia jest na cały dzień – ogromne wrażenie robi główny wodospad – niezła masa wody! Niestety nie ma słońca, więc nie ma tęczy. Ale są glonojady J! Żyją sobie w tej rzece, jak w naszych akwariach.

Wracamy do Puerto Iguazu na wieczór. Dopytujemy się o autobus na jutrzejszą trasę na misje do San Ignacio. Najtaniej jest o 7:30.

Po krótkiej wizycie w hotelu idziemy na punkt styku trzech granic – Argentyny, Paragwaju i Brazylii. Jest ciemno, więc trochę widoków tracimy. Ale rzeki widać. Wracając wchodzimy do polecanej w Loney Planet knajpy – i to był strzał w dziesiątkę! Dostajemy przepysznego steka!!! Zamawiamy lomo i bife de chorrizo, bo nie kumamy różnicy. Lomo jest bomba – takiego steku nie jadłam jeszcze! Wracamy do hotelu. Raz trochę wcześniej – może się wyśpimy…

10 kwietnia 2012 (wtorek)


Puerto Iguazu – San Ignacio godz. 7:30- godz. 12:30 (autobus, 48 ARS/os)
San Ignacio – Posadas ok. 1h (autobus, 15 ARS/os)
Posadas – Encarnación (autobus, 6  ARS)
Encarnación – Trinidad (autobus, 14 tys. PYG/2os.)

Zaczynamy dzień od „perfect timing” J o 7:30 mamy autobus, zdążamy jeszcze zjeść śniadanie, które niby jest o 7:30 J Autobus odjeżdża punktualnie, my wpadamy w ostatniej minucie. Koszt biletu – tanio – 48 ARS/os (wszędzie w innych miejscach mówią 67…) Jedziemy małymi wioseczkami, ale jest ok. Do San Ignacio dojeżdżamy około 12:30. Do misji trzeba dojść z niecałe 10 min.

Wcześniej zgarniamy mapki w IT. Koszt wstępu do ruin po jezuickich misjach San Ignacio Mini to 60 ARS/os. Najpierw jest muzeum i film – bardzo ok., można się sporo dowiedzieć o misjach, jak działały, historię jezuickich redukcji– bardzo ciekawe. Potem zwiedzamy ruiny – jest możliwość słuchania „audio guide”. Ruiny są ogromne. Robią wrażenie, jak takie misje wyglądały – spędzamy tam ok. 2h. Potężna dawka historii i informacji (podobno w Paragwaju nie ma tak pełnej informacji). Ciekawe, ze nawracali poprzez sztukę (muzykę, rzeźby, malarstwo). Niestety dużo się nie zachowało. Może więcej zobaczymy w Paragwaju.

Wracamy na przystanek autobusowy, zostawiliśmy bagaże za 5 ARS/os. Autobus przyjeżdża za kilka minut. Koszt dojazdu do Posadas 15 ARS/os, jedziemy ok. 1h, niestety nie ma miejsc siedzących.

Wychodzimy z autobusu i zaraz wsiadamy do autobusu do Paragwaju – na tym samym dworcu (zupełnie inaczej niż w przewodniku). Za 6 ARS jedziemy na granicę. Tam po stronie paragwajskiej chwilę trwa, więc autobus odjeżdża. Mamy bilety ze starego, więc wsiadamy w kolejny. W tym czasie wymieniamy kasę 100 USD (kurs słaby 4200 PYG, ale nie będzie czasu gdzie wymieniać.

Wysiadamy na dworcu (trochę się jedzie) I zaraz wsiadamy do Trinidadu. Encarnacion to okropna przygraniczna miejscowość. Ale my jesteśmy tylko kilka minut na dworcu. Do Trinidadu jedziemy za 14tys.PYG/2 os (a wcześniej mówią 8tys./os – czyli zaczyna się ściemnianie…) Czas się zmienia jest 1h wcześniej. Jesteśmy na miejscu o 18tej. To raczej zadupie. Jest jeden hotel pod ruinami za 200 tys.PYG/pokój (po chwili 150 tys. ) prowadzony przez niemieckojęzycznych. Ale Wojtek zagaduje w informacji turystycznej ruin i okazuje się, że kemping jest za darmo. I prysznice i łazienki też.

Rozbijamy się i idziemy do hotelu na kolację(83 tys.). A  w hotelu był wielki Murzyn z Holandii (właściciel), a pani obsługująca nie mówiła po angielsku tylko po niemiecku!

W namiocie super, tylko ptaki za głośno śpiewały nad ranem J

11 kwietnia 2012 (środa)


Trinidad - Encarnación (autobus, 7tys. PYG/os.)
Encarnación – Asunción godz. 13:00- godz. 19:00 (autobus, 50 tys. PYG/os.)

Wojtas wstaje oszalały przed 6:30 rano – mi nie jest tak łatwo wstać J. W końcu koło 8mej idziemy na śniadanie. Pogoda gorąca i słoneczna. Śniadanie marne kosztuje 15 tys./os.

Bilet na ruiny jezuickich misji (wszystkie trzy w okolicy) kosztuje 60 tys./os.

Zwiedzamy najpierw ruiny misji w Trinidad obok których spaliśmy. Robią wrażenie, są bardzo dobrze zachowane. Można Łazic po murach. Zachowało się trochę rzeźb. Ułożenie budynków na misjach wszystkich jest mniej więcej takie same, więc juz wiemy które ruiny to co J Bardzo mało turystów , ale są. Podobno to najrzadziej odwiedzany zabytek UNESCO. Zwiedzanie zabiera nam 1,5h.

Pakujemy się, składamy namiot (Wojtes) i idziemy szukać transportu do drugich ruin de Jesus de Tavarangué . Taxi stoi przy głównej drodze. Za 40 tys. pojedziemy w obie strony i na nas poczeka. To ok. 12 km. Na zwiedzanie mamy 30 min. i to starcza, gdyż zachował się praktycznie tylko kościół. Oglądamy i wracamy.

Od razu podjeżdża autobus do Encarnación (7 tys./os.). Na terminalu po dojeździe od razu nas wyłapują, wsiadamy do autobusu do Asunción (50 tys./os.) i po 15 min. ruszamy. Podróż trwa 6h – wyjeżdżamy o 13:00 i jesteśmy o 19:00.

O tym mieście nie mamy info (nie mamy przewodnika po Paragwaju), więc idziemy do informacji turystycznej, gdzie teraz jechać z głównego terminala Asunción. Dostajemy mapkę i wskazówkę, którym autobusem (nr 38, 8), szubko znajdujemy i odjeżdżamy (2300/os.). Na terminalu są kantory – bardzo słaby kurs. Nie wymieniamy. Wysiadamy w starym centrum i …. Za bardzo nie wiemy gdzie szukać hoteli. Widać tylko te na które nas nie stać. Zagaduje nas pani i prowadzi do hotelu Black Cat – zupełnie nieoznaczonego.

Koszt pokoju bez łazienki 170 tys. Bardzo miła pani prowadząca hostel – daje nam mnóstwo info, nawet gdzie zjeść. W knajpie (Bolsi) objadamy się niemiłosiernie – rachunek 83 tys. Okazuje się, ze w knajpie mają bardzo korzystny kurs wymiany $ (4300) – dajemy 100$ i resztę dostajemy w guarani. Dodatkowy bonus dobrego jedzenia, bo kantory już dawno zamknięte…. Wracamy do hotelu.

12 kwietnia 2012 (czwartek)


Asunción

Wstajemy rano (jest śniadanie!) i od rana do południa próbujemy zaplanować „co dalej” Dzwoni Wojtek nawet do agencji turystycznej w Filadelfii z pytaniem o możliwość zorganizowania wycieczki po Chaco.

Okazuje się, że marnie, bo jest powódź, wszystko zalane. Mimo wszystko decydujemy się jechać do Filadelfii. W IT babka mówi, że tam można jechać tylko nocą. Więc szybko wracamy do hotelu i pakujemy się i dajemy znać, że nie zostajemy na drugą noc. Jedziemy na dworzec autobusowy (bilet 2300) i kupujemy bilety na nocny autobus, na godz. 23:00 (90 tys./os.).

Jest już koło 14tej i dopiero wracamy do centrum zwiedzać. Upał i słońce niemiłosierne. Więc zaczynamy od knajpy polecanej przez hostel z paragwajskim jedzeniem. Zamawiamy coś w rodzaju zupy (ja rybną, Wojtek mięsną). Knajpa nazywa się Na Enstaquia.

Ruszamy z mapką zwiedzać. Oglądamy port i inne zabytki w tym starą kolej, która dawno nie jeździ, ale dworzec i perony zostały. Ogólnie nie ma w mieście tym dużo do zobaczenia, turystów tez jest mało.

Chodzimy to do knajpy to do hotelu, bo czas trzeba zużyć. Na koniec idziemy do Bolsi raz jeszcze (znów „wymieniamy” pieniądze). A tam trwa mecz… niestety Paragwaj przegrywa. W hotelu bierzemy prysznic, pijemy herbatę i ruszamy na dworzec. Punktualnie o 23:00 wyruszamy, autobus jest pełen.

13 kwietnia 2012 (piątek)


Asunción – Filadelfia godz. 23:00 – godz. 6:00 (autobus, 90 tys.PYG/os.)

Około 5 rano kierowca budzi i prawie wszyscy wysiadają. To jeszcze nie Filadelfia… hmmm… Ok. 6 rano docieramy, w autobusie są dwie osoby oprócz nas. Czy przyjechaliśmy do jakiejś kompletnej dziury ?? Stajemy pod hotelem Florida, tam dostajemy pokój za 50tys./os. Bez łazienki i jakiejkolwiek klimy. Idziemy spać.

Budzimy się i okazuje się, że jest już za późno na śniadanie. Wszyscy mówią po niemiecku… Dostajemy śniadanie mimo spóźnienia. W hotelu jest rozpiska, że IT i Muzeum są otwarte do 11:30. Jest już po 10tej wiec lecimy. Skwar jest niemiłosierny i słońce także.

W IT przesympatyczna pani opowiada nam całą historię osiadłych tu niemieckojęzycznych Menonitów… niesamowite… Kiedyś byli w Prusach, potem Ukrainie, następnie Kanadzie, a ostatnio przyjął ich Paragwaj (lata 30te XX w.) – żeby zasiedlili nieosiedlone tereny. Dostali ziemię i nie musieli (warunek ich wiary) służyć w wojsku. Osiedlili się i żyją w społeczności w dużej mierze niezależni od administracji państwowej. Babka jest cudowna. Dzwoni do znajomej czy przyjmie nas do estancji do siebie na nocleg (koszt 35$). Decydujemy się, mimo, ze mamy zabukowany nocleg w hotelu. Umawiamy się na 16:30, ze po nas przyjedzie. Koszt dojazdu (w obie strony) – 100 tys.

Idziemy połazić po mieście. Jest skwar niesamowity, sjesta, wszystko pozamykane. Szerokie, nieasfaltowe ulice i domki. Dowiadujemy się, że możemy dojechać do Boliwii przesiadając się w mieście niedaleko ( do niego dojeżdżamy za 20 tys.) o 21:00. Autobus nocny do Santa Cruz jest ok. 1-2 w nocy, ale inna firma ma bilety.

Umęczeni łażeniem idziemy do hotelu i korzystamy z basenu. Bomba. Następnie idziemy dowiedzieć się o koszt autokaru i jest zaporowy – 220 tys. Chyba trzeba zrezygnować… Wojtkowi pojawia się pomysł jechania do Boliwii autostopem. Idziemy na pocztę i kupuję pamiątki (kolczyki 15 tys., kubek 33 tys.+ rurka do mate 22 tys.).

Przyjeżdża po nas pani by zawieść nas na ranczo. Wymeldowując się z hotelu, okazuje się, że liczą nam 2 doby, bo przyjechaliśmy przed check-in timem…. Ale dają zniżkę i płacimy za jeden nocleg. I tak czujemy się zrobieni w bambuko, bo nikt nam nie powiedział wpuszczając nas rano do pokoju.

Jedziemy na tereny Chaco na ranczo – obłęd tereny niczego. Mamy super pokoik, a przed pokoikiem stoi traktor. Poznajemy pracujących na farmie ludzi – jutro z nimi mamy doglądać bydła. Wszędzie jest pełno ptaków, owadów (komary) i robaków. Widać, że przyroda!

Oglądamy film o zwierzętach Chaco. Jutro mamy wstać o 6:00 – 6:30 śniadanie.

14 kwietnia 2012 (sobota)


okolice Filadelfii
Filadelfia – Asunción godz. 22:00 – 6:00 [15/04/2012] (autobus, 90 tys./os.)

Wstajemy zgodnie z planem o 6 rano i na 6:30 jesteśmy na śniadaniu. Gadamy z babeczką i jak wychodzimy to konie już stoją osiodłane, a pracownicy pojechali. Na szczęście wracają. Wsiadamy na konie i jedziemy. Jest super, wczesny ranek, mnóstwo ptaków, nawet sarna przebiega, tereny trawiaste.

Zaganiamy krowy do zagrody i pracownicy łapią je lasso i dają szczepionki (bo są ranne). Super klimat. Potem wracamy i pijemy tereré – mate na zimno – typowe dla Paragwaju. Następnie znów jedziemy do innego stada, tam podobnie, choć też dodatkowo kastrują młode byczki – psy tylko czekają na świeże jąderka J

Wracamy ok. 12:00. Koszt tej atrakcji to 50 tys./os. Dostajemy lancz i gadamy z Merlin (właścicielką). Rozliczamy się: 70$/2os, 100 tys. przejazd, 100 tys. konie, 20 tys. lancz i jeszcze kilka tys. za piwo i wodę.
Idziemy jeszcze połazić i o 15:00 mąż Merlin nas zabiera do Filadelfii.

Zaczyna lać, więc do autobusu o 22:00 (90tys./os.) siedzimy na przystanku wśród tłumów owadów – ilość komarów jest porażająca. Wokół robi się mega błoto. Autobus odjeżdża punktualnie. Uderzamy w kimę przyzwyczajeni powoli do wypoczynku w takich warunkach.

15 kwietnia 2012 (niedziela)


Asuncióngranica z Argentyną godz. 7:00 – 7:30 (autobus, 6$/os + 6$/2 bagaże)
granica z Argentyną – Clorinda ok. godz. 8:30 taksi, 20 ARS
Clorinda – Resistencia godz. 10:30 – godz. 15:00 (autobus, 80 ARS/os)
Resistencia – Capitan Solari godz. 15:30 – 18:00 (autobus, 30 ARS/os.)

Dziań pod hasłem „autobusy”. W Asunción jesteśmy około 6 rano. Nie ma autobusu do Clorida, dopiero o 9tej. Siedzimy godzinę, kiedy dowiadujemy się, że można miejskim autobusem dojechać do granicy z Argentyną. Podróż kosztuje nas 6$/os + 6$/2 bagaże. Autobusy odjeżdżają sprzed dworca. Po ponad 30 min. jesteśmy na granicy. Przechodzimy bez problemu przez granicę, bagaże prześwietlają, pies też nas wącha, hehe. Narkotyków brak.

Po stronie argentyńskiej bierzemy taksi za 20 ARS do dworca autobusowego w Clorindzie, gdzie odjeżdżają busy do Resistencji. Musimy znów trochę poczekać (ok. 1h) i o 10:30 (jest +1h do czasu paragwajskiego) wsiadamy do autobusu – koszt 80 ARS.

W Resistencji jesteśmy przed 15:00. Wszystko zamknięte, bo niedziela. Pijemy strasznie drogą kawę (24 ARS/2 os.) i o 15:30 wsiadamy do autobusu do Capitan Solari – koszt 30 ARS/os., jedziemy ok. 2,5h – przez totalne zadupia. Lądujemy w prawdziwej dziurze – ledwo kupujemy coś w sklepie – stare bułki, jajka, puszkę tuńczyka.

Do kempingu parku narodowego Chaco jest 5 km, już się ściemnia. Bez szans na taksi, ani żadne info. Idziemy więc …. Ale po chwili jedzie samochód! Zabiera nas bardzo niedaleko parku. Jak dochodzimy to jest już ciemno, las, a tu nagle wchodzimy w full wypas kemping i wszystko za darmo. Nawet miejsce na grilla i drewno jest! Szok! A przyroda czuć , że inna jakość. Przed zachodem słońca to ptaki oszalały – takie śpiewy!

Rozbijamy namiot, prysznic ciepła woda… Wojtek rozpala ogień i  jajka ratują wieczór. I ciepła herbata jest. Cudnie. Środek niczego. Na kempingu są jeszcze Szwajcarzy w kamperze.

16 kwietnia 2012 (poniedziałek)


Capitan Solari – droga na Saltę godz. 16:50 – 17:50 (autobus, 12 ARS/os.)
Skrzyżowanie droga na Saltę – skrzyżowanie na Saez Pena godz. 18:00 – 19:00 (autostop)
skrzyżowanie na Saez Pena – Saez Pena ok. godz. 19:30 – 20:00 (autobus, 2,5 ARS/os.)
Saez Pena – Salta  godz. 21:30 – godz. 7:00 [17/04/2012] (autobus, 248 ARS/os.)

Budzi mnie szaleństwo ptaków, ale nie mam siły wstać … Jesteśmy w naturze J Wstajemy i zaczyna się skwar. Wojtas szuka Internetu- bez rezultatu. Śniadanie – bułki i ciepła herbata.

Wypożyczamy rowery i jedziemy na dwie pętle zobaczyć laguny. Rowery to graty, ledwo jedziemy, a skwar niemiłosierny. Mniejsza pętla to ok. 5 km w jedną stronę, duża to 9 km w jedną (jest niby zamknięta, ale rowerem da się przejechać), Godzina i temperatura są takie, że ptaków brak. Widzimy węża (duży 1,5-2 m) i sarenkę i trochę drapali. Na kempingu przebiega nam przed nosem lis. Ptaki latają, ale widać, że się pochowały w południe. To nie jest najlepsza pora…

Skatowani po 3h wracamy i idziemy jeszcze jedną pętlę pieszą wzdłuż rzeki Negro. Robi się późno a o 16:50 mamy autobus do głównej drogi z Capitan Solari (a jeszcze 5 km w skwarze w marszu).

Zwijamy się i ruszamy. Jest ciężko. Niczego i nikogo na drodze. W końcu pod koniec się udaje złapać furmankę (tylko dzięki niej zdążamy na autobus!)

Dojeżdżamy do głównej drogi na Saltę (bilet 12 ARS/os.) i stajemy łapać stopa. Jest przed 18:00, więc plan jest dojechać do Seaz Pena i stamtąd nocnym busem do Salty. Łapiemy okazję po 10 min. Zawozi nas do skrzyżowania na Saez Pena – z nami wysiada jeszcze jeden koleś, który także chce się dostać na dworzec autobusowy. Pokazuje nam przystanek lokalnego busu, który za 2,5 ARS/os. Zawozi nas na terminal. Jest 20:00.

Autobusy do Salty są koszmarnie drogie. Mamy o 21:30 za 248 ARS/os. Zjadamy na kolację chipsy i w autobusie uderzamy w kimę – powoli nabieram umiejętności spania w tych autobusach. Dostajemy posiłek w ramach biletu (kanapka + cola).

17 kwietnia 2012 (wtorek)


Salta

Dojeżdżamy na 7 rano. Ruszamy szukać hotelu – jest ich sporo, ale drogie (ok. 200 ARS/2 os.). W końcu znajdujemy fajny za 140 peso/2 os ze śniadaniem. Śniadanie dziś możemy wykupić za 10 ARS/os. Pokój jest bez łazienki.

W hotelu można załatwić samochód (maja jakąś firmę zaprzyjaźnioną). Koszt 300 ARS/dzień bez limitu km. Gwarancja to karta kredytowa. Płacimy zaliczkę (300 peso) i umawiamy się na jutro na 9:00 rano. W hostelu jest Internet – ogarniam maile J

W hostelu wymieniamy 100$ - kurs 4,37 ARS. Idziemy zwiedzać Saltę. Zaczynamy od placu 9 lipca, a następnie do leżącego przy tym placu Muzeum MAAM – gdzie znajdują się mumie znalezione na  wulkanie Llullaillaco 6,700 m, złożone przez Inków. Wstęp kosztował 40 ARS/os. Bardzo warto. Dużo można poczytać (po angielsku) o tradycji Inków, rytuałach i wierzeniach oraz co tam znaleźli przy tych mumiach. Mumie są wystawione na pokaz na zmianę. My widzimy chłopca. Niesamowity – zachowany jak śpiący. Dzieci były z arystokratycznych rodów, różnych części kraju Inków (ten zwyczaj też miał spajać kraj) odurzone alkoholem, wyniesione na wysokość 6700, najpewniej po prostu się nie budziły.

Po muzeum chcemy wymienić kasę, ale jest sjesta. Wszystko zamknięte, więc idziemy na plac Belgrano i zajadamy się winogronami. Ruszamy na kolejkę na wzgórze, bo do 17tej nic nie zwiedzimy. Wyjeżdżamy na górę (15ARS/os.), a schodzimy pieszo. Są widoki, ale bez rewelacji. Jest dość gorąco.

Na dole oglądamy po drodze klasztor karmelitów (z zewnątrz) i bardzo starą oryginalną bramę. Wojtek kupuje butlę z gazem (38 ARS). Oglądamy kolejny kościół i wracamy do placu, bo katedra jest już otwarta.
Pieniądze wymieniamy (z pewną obawą) u konika, ale kurs jest zachęcający – 4,70 ARS za 1$! Łazimy po deptaku, kupujemy lody (6ARS/os.). Wcześniej spałaszowalismy frytki w frytkowym barze za 6 ARS.

Wracamy do hotelu. Jesteśmy padnięci, ale w końcu decydujemy się iść do knajpy gdzie jest pokaz tańca peña – tradycyjnego dla tego regionu. Knajpka jest w miejscu gdzie był i mieszkał generał Güemes – są liczne pamiątki.

Jesteśmy pierwsi, ale schodzą się ludzie. Show zaczyna się ok. 21-22. Tańczy pani z dwoma gauchami (raz ze starym, potem młodym), a jeden facet śpiewa. Potem każdy stolik ma powiedzieć skąd jest – robimy furorę, że jesteśmy z Polski. Potem wyciągają do tańca. Wojtas tańczy i nieźle sobie radzi. Kolacja (stek, a Wojtas locro – tradycyjna potrawa z kukurydzy, mięso, krew) płacimy 150 ARS

Idziemy do hotelu – od jutra przygoda samochodowa!

18 kwietnia 2012 (środa)


Salta – Quebrada de Cafayate – Cafayate - Cachi

Rano wstajemy na śniadanie i zaraz przyjeżdża nasz pan z samochodem. Płacimy pozostałe 600 ARS, za hotel 180 ARS i ładujemy się! Ruszamy do supermarketu – robimy zapasy jedzenia, żeby mieć i nie chodzić do kanjp. Płacimy rachunek ponad 200 ARS. Nie możemy kupić piwa, bo nie mamy butelki na zamianę!????? Wyjeżdżając z miasta tankujemy 48l za 320 ARS (benzyna 6,69 ARS/l).

Ruszamy do Cafayate  (ok. 200 km) przez Quebrada de Cafayate – niesamowite widoki, zatrzymujemy się przy Gargata del Diablo – wdrapujemy się trochę oraz przy Amfiteatrze – niezła akustyka! Wszystko 100% naturalne J czyli stworzone przez naturę. Ponadto fotografujemy niesamowite widoki i „rzeźby”.

Cafayate jest uroczą miejscowością, gdzie produkują wino (zwiedzamy dwie winiarnie). Produkują cabernet sauvignon, malec i tannat, ale sławni są z białego torrontés. Zwiedzanie gratis. Jest bardzo miła informacja turystyczna. Bardzo dużo sklepików z tanimi, ładnymi pamiątkami: wiszące dzbaneczki 18 ARS, obrazek 27 ARS, wisiorek 15 ARS – można się targować. Turystów mało. W Cafayate jest hotel Ruta 40 – bardzo istotne dla Wojtka. Oglądamy malowidła na murach – nie wiemy dokładnie o co chodzi, ale są. Wyjeżdżając zahaczamy o lody z wina – pyszne, a sprzedaje bardzo sędziwy wesoły pan – Heladeria Miranda. Miasteczko robi super wrażenie, ale decydujemy się jechać dalej. Minus, że jest już późno…

Szukamy noclegu po drodze (kempingu w Agnosco), ale nie ma, więc już po ciemaku około 21 jesteśmy na kempingu miejskim w Cachi. Koszt noclegu 30 ARS/2 os.

Gotujemy sos, makaron i parówki i idziemy spać. Na kempingu są prysznice i łazienki. Z prysznicy nie korzystamy, bo tylko zimna woda.:) W nocy jest trochę zimno ( w końcu to 2280 m n.p.m.), a Wojtas się wypina i nie chce mnie grzać – potem ratuje mnie i zmienia zdanie J

19 kwietnia 2012 (czwartek)


Cachi - San Antonio de los Cobres – wiadukt La Polvorilla

Wstaje nam się trudno i potem śniadaniujemy do 10tej. Idziemy zwiedzać Cachi. Ma miły ryneczek ze skromnym kościółkiem (kościół San Jose), w którym wszystko (wyposażenie) jest zrobione z drewna kaktusa - kardon.

Potem Wojtek rozgaduje się w ITnt widocznej z Catchi góry Nevado de Cachi (6380 m). W  knajpie Oliver jest jej zdjęcie. Podjeżdżamy też do Todo lo Nuestro – reprodukcje domów z historii doliny – wstęp 15ARS, ale nie korzystamy – brak czasu.

Jedziemy do San Antonio de los Cobres, ale drogą najpierw na Saltę. Do rozjazdu na Salte bierzemy z Cachi dwie francuskie studentki autostopowiczki. Droga prowadzi przez park narodowy Los Cardones – są setki kaktusów, które wyglądają jak armia i że zaraz zaatakują.

Jedziemy do San Antonio, jest już wysoko, przekraczamy przełęcz 4050 m n.p.m. Jedziemy wzdłuż kolejki Tren a las Nubes. Droga jest bardzo widokowa. Dojeżdżamy do San Antonio de los Cobres i zaczyna zachodzić słońce. Czytam w przewodniku, że warto zobaczyć zachód słońca na wiadukcie kolejowym 16 km od San Antonio de los Cobres. Jedziemy tam. Docieramy niestety za późno. Wiadukt nazywa się La Polvorilla i jest na wysokości 4200 m. Jest rzeka, więc postanawiamy biwakować na dziko. Gotujemy i obalamy wino+ sery i oliwki (wino to trochę głupota na tej wysokości). Na wiadukt weszliśmy wieczorem, ale nic nie widać. Trzeba będzie powtórzyć rano.

20 kwietnia 2012 (piątek)


wiadukt La Polvorilla - San Antonio de los Cobres – Purmamarca - Humahuaca – Purmamarca (Cerro de Siete Colores) - Salta

Noc mija średnio. Wojtka boli brzuch. Mnie rano też. Czymś się struliśmy. Ponadto czuć trochę wysokość. W nocy było tak zimno, że woda w rzece zamarzła trochę… Ładnie. Rezygnujemy ze śniadania i wychodzimy na wiadukt skąd jest niesamowity widok. Wiadukt powstał w latach 1930-32. Robi wrażenie!
Zwijamy się do San Antonio de los Cobres. Tam tankujemy (13 litrów, 100 ARS). Jedziemy bardzo widokowa drogą – środek niczego, pustynia. Widzimy guanako, ale też niestety nieżywe zabite przez samochód. Kierujemy się na Salinas Grandessolniska, salary. Salary dla mnie są kłamstwem dla mózgu – on ciągle odbiera, ze to zamarznięte jeziora J pokryte warstwą śniegu. Ale to sól. Kupuje słoną lamę za 10 ARS.

Jedziemy do Purmamarca przez przełęcz 4170 m (na przełęczy organizujemy sobie śniadanie) i wielkimi długimi serpentynami zjeżdżamy na dół. Nie  zatrzymujemy się w Purmamarce tylko od razu jedziemy do Humahuaca – Wojtek szuka tam jakiejś pięknej góry. Dojeżdżamy do Humahuaca 60 km, a góry brak… W IT dowiadujemy się, że góra jest w … Purmamarce…. 120 km w plecy, czas i benzyna…

Wracamy i oglądamy – rzeczywiście jest to góra Siedmiu Kolorów - Cerro de Siete Colores. Piękna jest.
Mamy już niebyt dużo czasu i benzyny – jedziemy w kierunku Jujuy (San Salvador de Jujuy). A tu do Jujuy brak stacji benzynowej – na szczęście jest z górki, więc toczymy się jak rower i dojeżdżamy na oparach. Tankujemy 6 litrów (40ARS) – mamy około 65 km do Salty – wybieramy krótszą drogę (nie autostradę). I to się okazuje kolejną wtopą dzisiejszego dnia. Droga jest krótsza, ale nie szybsza. Bardzo wąska, serpentyny, po górach. Nie da rady szybciej niż 30-40 km/h. Mamy „przyjaciela”, który nas prowadzi – poza nim nikogo na tej drodze. Znów pojawia się wizja, że braknie benzyny… A wtedy już mega dupa, bo jesteśmy w lesie, w górach.

Do Salty do hotelu dojeżdżamy na 21 (godzinę spóźnieni). Facet kasuje nas 40 ARS za mycie samochodu (a my myliśmy trochę rzece, hehe) Przejechaliśmy 1150 km! Kapiemy się i uderzamy na dworzec autobusowy, bo czekają nas dwie kolejne noce w autobusach. Biletów na tani przejazd już nie ma. Czyżby kolejna dupa dzisiejszego dnia ?! 9innych autobusów już nie ma o tej porze) W końcu jakieś bilety się znajdują. Jeden za 265 ARS (stałe miejsce na całą podróż) i za 331 – miejscówka tyko na poszczególne fragmenty – trzeba się przesiadać. No i nie siedzimy razem.

Ale przynajmniej ruszamy do Cordoby! Autobus odjeżdża o 23:30. Najpierw po 40 min. musimy zmieniać autobus – ale potem już jadę. Wyciągam śpiwór i idę w kimę.

21 kwietnia 2012 (sobota)


Salta - Cordoba godz. 23:30 [20/04/2012] – godz. 13:00 (autobus, 265 ARS/os.)
Cordoba – Buenos Aires godz. 22:30– godz. 8:00 [22/04/2012] (autobus, 250 ARS/os.)

Około 13tej jesteśmy w Cordobie. Jest zimno!!!! I pochmurno. Kupujemy bilety na autobus do Buenos Aires na 22:30 (250 ARS/os). Zostawiamy bagaże (5ARS/os) i idziemy na miasto.

Na głównym placu San Martin w Cordobie jemy śniadanie J Potem dowiadujemy się, co można zobaczyć. Zaglądamy do budynku Rady Miejskiej (wejście gratis). Jest sjesta, więc wszystko zamknięte. Na ulicach pustki. Dopiero od 16:30 otwierają katedrę – bez rewelacji, zbitka różnych stylów bo bardzo długo ją budowali. Idziemy do Manzana Jesuítica. Oglądamy (bez zwiedzania) uniwersytet Universidad Nacional de Córdoba – jest tam podobno biblioteka pozostawiona przez jezuitów. Wstęp 10 ARS (nie korzystamy). Obok kościół de La Compañia de Jesus – bardzo ładny – dach jak dół łódki. Reszta zabytków jezuickich zamknięta. Krypty w ogóle w weekendy zamknięte. Podobnie jak Muzeum Pamięci – dot. ofiar okresu dyktatury wojskowej.

Idziemy na lody 6,50 ARS/os., a jak się robi ciemno na pokaz fontann „światło i muzyka”.

Cordoba nie zrobiła na nas wrażenia – ruszamy do Buenos. Toaleta na dworcu i do autobusu na około 10 godzin.

22 kwietnia 2012 (niedziela)

Buenos Aires

Do Buenos przyjeżdżamy rano około 7-8 i od razu ruszamy w poszukiwaniu hotelu. Jest zimno! Znów.
Hostel jest bardzo trudno znaleźć, wszystkie wymienione w przewodniku LP (tanie) są pełne. Znajdujemy hostel, którego w LP nie ma i on ma miejsca. Pokój dwuosobowy to 270 ARS, dormitorium 70ARS/os. Bierzemy dormitorium. Ale check-in dopiero o 14tej.

Bierzemy prysznic – cudowny, gorący! Zostawiamy bagaże i idziemy zwiedzać. Ruszamy na plac de Mayo i zwiedzamy pałac prezydencki – Casa Rosada (udostępniony w weekendy, za darmo) Tylko my bez wchodzenia z grupą – wtedy trzeba sporo czekać.

Przy tym samym placu katedra, w której jest grobowiec San Martina. Następnie idziemy do Obelisku – wybudowany w 400tną rocznicę osiedlenia sie pierwszych hiszpańskich osadników. Obelisk stoi na bardzo szerokiej ulicy 9 lipca „Avenida 9 de Julio” (podobno nawet 16 pasów w jedną stronę może być – ja się doliczam 10).

Kolejny punkt programu to plac Dwóch Kongresów – z Kongresem i pomnikiem dwóch kongresów, które były, żeby Argentyna była niepodległa (1810 i 1816).

Wracając do hostelu mijamy włoski festyn – zjadamy kiełbę i oglądamy produkty regionalne na nim sprzedawane. Jest muzyka, prawdziwy festyn.

Po krótkiej przerwie w zwiedzaniu w hostelu idziemy dalej na market, który akurat dziś się odbywa – dzikie tłumy ludzi sprzedających najdziwniejsze rękodzieła (np. robione z puszek po piwie, monet itp.).

Robi się ciemno, ale idziemy na La Boca – dzielnicę portową z pomalowanymi, kolorowymi budynkami. To miejsce, gdzie też są knajpy z tangiem itp. Ale jest tylko jedna z muzyką na żywo, reszta pusta i pozamykana…..?

Po tym wszystkim idziemy na ostatniego steka. Wchodzimy do fajnej knajpy, gdzie zjadamy nawet dobrego lomo i bife de chorizo, ale jest zonk jak przychodzi do płacenia. Rachunek jest na 170 ARS, ale jest tam uwzględnione coś takiego jak „cubierto” – dowiadujemy się, że jest to opłata za talerz i sztućce! Jakaś paranoja! W karcie, rzeczywiście na ostatniej stronie jest małym drukiem napisane, że cubierto jest 9 ARS/os. Płacimy, ale uznajemy, ze to jest napiwek, hehe.

W hotelu jak padam na łóżko tak odlatuję i przesypiam noc i nie budzą mnie sąsiedzi – w pokoju jest 7 osób razem z nami.

23 kwietnia 2012 (poniedziałek)


Buenos Aires

Nawet się wysypiam. Nie budzą mnie kolejni współspacze J Śniadaniujemy 2h, a następnie ruszamy oglądać port w Buenos. Jest to teraz ekskluzywna dzielnica. Park, którym można pochodzić jest w poniedziałki zamknięty – pech! Łazimy, oglądamy jachty. Zwiedzamy tez żaglowiec szkoleniowy z końca XIX w (pływał głównie 1899-1936), wstęp 2 ARS/os. Fajowy. Nazywa się ARA Presidente Sarmiento. Można połazić i po oglądać.

Robimy ostatnie zdjęcia przed Casa Rosada  na placu de Mayo, potem spacer ulicą Florida – wielkim turystycznym deptakiem (ale my i tak już bez kasy). Dochodzimy do pl. San Martin, gdzie jest pomnik poległych w wojnie o Falklandy – dziwnym trafem przewodnik LP w ogóle o tym nie wspomina…

Wracamy do hostelu około 16tej – prysznic, konsumpcja, bo po 17tej musimy iść na autobus. Autobus na lotnisko jest bardzo tani, kosztuje 2 ARS/os., ale jedzie ponad 2h. Bilety można kupić tylko za monety w automacie w autobusie.

Po ponad 2h jeździe, a nawet 2,5h, bo korki były, jesteśmy na lotnisku. Jazda była przygodą, tłumy ludzi i bardzo nieturystyczne już dzielnice.

Na lotnisku dowiadujemy się, że nasz samolot jest opóźniony, co więcej, gdy dostajemy boarding passy, to połączenie do Berlina jest 4h później. Nawet nie ma szans, że zdążymy na bus do warszawy – Będziemy o 22:40 w Berlinie!!!! Dupa! O tej porze nie ma już żadnych połączeń autobusowych i pociągowych do Warszawy, żeby być na środę rano.

Kupujemy Internet za 5ARS/30 min i szukamy połączeń. Próbujemy też coś wywalczyć w Iberii, ale bezskutecznie. Mamy jakieś opcje połączeń pociągami rano, Polski bus jedzie dopiero o 10:30 i jest późno wieczorem w środę w Wawie.

Trochę stresu jest, ale musimy lecieć na nasz samolot. Sprawnie idzie odprawa i zaraz jesteśmy w samolocie. Nie mamy miejsc obok siebie, ale na szczęście chłopak się przesiada i siedzimy razem. Obsługa w samolocie fatalna, ale jeść dostajemy. Uderzam w kimę i przesypiam lot.

24 kwietnia 2012 (wtorek)


Buenos Aires (EZE) - Madrid (MAD) godz. 21:35 [23/04/2012](jest 1h opóźnienia) - godz. 15:30
Madrid (MAD)   - Berlin (TXL)  godz. 19:45 – godz. 22:40

Dolatujemy do Madrytu o 15:45 czasu w Hiszpanii. Samolot nasz jest o 19:45 – mamy więc kupę czasu. Za 2€ wykupujemy 30 min. Internetu i sprawdzamy kolejne opcje powrotu do Polski. Mamy już pewien plan. Może udać się być na 14tą w wawie. Kto wie J

Samolot jest punktualnie, ja przesypiam cały lot. W Berlinie jesteśmy o 22:45 (zgodnie z planem) i po 15 min. mamy już bagaże.

Jedziemy autobusem do HBF – bilet 2,30 €/os. Na dworcu znów rozpoznajemy  temat biletów i dojazdu. Ale może zdecydujemy się jechać za 50€/os. EC i będziemy na 11tą w wawie. Bo różnica nie jest znacząca raczej. Ale biletów nie można kupić automacie, tylko w pociągu. Dziwne. Ale tak mówi pan w informacji.

Idziemy na kebaba pod dworcem J Fajny klimat u Turka. Wracamy na dworzec i siadamy w McDonaldzie – jedyny otwarty, można siedzieć i spać (jak wszyscy wokół) i skorzystać z toalety. Gramy na kartce w piłkę nożną, niestety przegrywam L Ratuje nas jet lag – dla nas jest 5h wcześniej, więc nie ma kryzysu ze spaniem. Jest luz.

25kwietnia 2012 (środa)


Berlin Hbf – Warszawa Centralna  godz. 4:28 – godz. 10:55 (pociąg, 45,60€)

Wsiadamy w nocny ekspres do Warszawy, kupujemy bilety u konduktora – tylko 45€! I idziemy w kimę. Dojeżdżamy o 11tej… Nareszcie w domu…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz