Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskidy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beskidy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 stycznia 2013

Sylwester w Wierchomli Wielkiej


Sylwester w Podstawówce – czyli impreza w Inglisz Klas J

Już jesteśmy stare ciotki, tylko takie fajne ciotki
więcej zdjęć








mapa trasy wczasów 





28 grudnia 2012 (piątek)


Warszawa - Wierchomla Wielka

Wyjeżdżamy z Warszawy koło 15tej i na wieczór dojeżdżamy. Elwira chora a prowadzi jak stara! Tylko Bartek się rozpycha, pewno dlatego że ma ze dwadzieścia jajek ;)
Wpadamy do naszej Inglisz Klas – śpimy w szkole podstawowej w Wierchomli Wielkiej – część ekipy już tu jest. Niby jest jakaś impreza, wszystkie dziewczyny nie są jeszcze takimi starymi ciotkami, ale niektóre już są . Na resztę przyjdzie czas później…

29 grudnia 2012 (sobota)


Szkoła w Wierchomli Wielkiej – Pusta Wielka [1061 m] godz. 10:15  – 12:30 (szlak czerwony spacerowy, czarny)
Pusta Wielka – Jaworzynka - Bacówka nad Wierchomlą godz. 13:00 – 15:00 (szlak niebieski)
Bacówka nad Wierchomlą – szkoła w Wierchomli Wielkiej godz. 15:40 – 17:20 (drogą, szlakiem rowerowym)

Cała nasza ekipa rusza na narty, a my we dwie w góry. Dziś trasa krótka, bo noc była krótka szczególnie dla Joli J Idziemy jakimś dziwnym czerwonym szlakiem, może narciarskim… albo kto wie…. Ale dobrze oznaczonym. Widoki są zapierające dech – całe tatry stają przed nami jak na dłoni. Gdy dochodzimy do czarnego szlaku siadamy na drodze i mamy takie deja vu z siedzenia pod kapliczką w Beskidzie niskim w czasach studenckich… dlaczego… niewiadomo J
Na Pustą Wielką włazimy szybciutko, tam spotykamy narciarza miejscowego. Ma lornetkę i pokazuje nam kolejne szczyty tatrzańskie (my ignorantki nie rozpoznajemy…) Pogoda beton, słońce, przejrzystość niesamowita! Cudnie!
Potem dalej w śniegu już do ludzi, kończy sie etap łażenia w śniegu czasem po kolana… Dochodzimy do Bacówki nad Wierchomlą , po drodze wyglądamy tak pięknie, że aż pan nam musiał zdjęcie zrobić J Siedząc w bacówce, pijąc niezbyt gorącego grzańca (porażka) patrzymy na zachodzące słońce i całą panoramę tatr – jest niesamowicie! Widok jest wart poświęcenia się i schodzenia po ciemaku!
Maszerujemy drogą, gdzie jest szlak rowerowy – nikogo na drodze, robi się zimniej i ciemniej, ale nie da rady się zgubić, więc nawet czołówek nie wyciągamy… śnieg daje światło.
Wieczorem zapiekanka a’la Asia i film, a potem kima. Elwira umiera, ale z czasem ożyje…

30 grudnia 2012 (niedziela)


Szkoła w Wierchomli Wielkiej –  Bacówka nad Wierchomlą godz. 8:45  – 10:15 (szlak czarny)
Bacówka nad Wierchomlą – Runek godz. 10:30 – 11.00 (szlak niebieski)
Runek – Schronisko PTTK na Hali Łabowskiej godz. 11:00 – 13:20 (szlak czerwony)
Schronisko PTTK na Hali Łabowskiej – Siodło Pod Parchowatką godz. 14:00 – 15:00 (szlak żółty)
Siodło Pod Parchowatką – Dolina Potaszni godz. 15:00 – 15:45 (dziwny żółty szlak, nie PTTK)
Dolina Potaszni - Szkoła w Wierchomli Wielkiej godz. 15:45 – 16:40 (drogą)

Dziś plan jest ambitny, musimy wrócić przed 17tą, bo jest kulig… Więc wstajemy rano i ruszamy! Pogoda podobnie piękna jak wczoraj, choć może odrobinę lekkiej mniejszej przejrzystości jest, niestety dzisiejszy szlak prowadzi głównie w lesie, wiec nie ma wielu okazji do podziwiania widoków. Do bacówki mkniemy raz dwa trzy, zatrzymujemy się tylko na chwilę, nie wiemy jak dalej wygląda szlak, czy jest przetarty, czy trzeba będzie brodzić w śniegu J.
Niebieskim szlakiem idzie całkiem ok., ale turystów nie spotykamy wielu, narciarza i dwójkę plecakowców. Widać ludzie raczej na wyciągach czas spędzają. Droga się dłuży i myślami już jesteśmy na Hali Łabowskiej, gdzie kiedyś trafiłyśmy na nimfomańskim wypadzie… Ale Hali nie widać… Halo, halo gdzie jesteś? Gdzie jesteś Halo? W końcu się udaje! W schronisku spożywamy ciepły posiłek, w końcu jesteśmy śnieżnymi panterami J
Czasowo wciąż nie wiemy jak jesteśmy, więc lecimy w dół. Najpierw szlakiem żółtym w stronę parchawego siodła. Powoli z śnieżnych panter, stajemy się śnieżnymi niedźwiedzicami, żeby stać się śnieżnymi pługami… Z siodła pod Parchowatką schodzimy w dół dziwnym żółtym szlakiem (nie mamy go na mapie), nie ma też żadnych śladów ludzi, jest tyle śniegu, ze nie widać nawet drogi, która podobno tu jest…. Szlak prowadzi ostro w dół, jest napisane, że 4 km, ślady są tylko jeleni… oby się nie okazało, że my też jelenie… Gubimy się co jakiś czas, ale też co jakiś czas znajdujemy.
W dolinie Potaszni lądujemy przed 16tą, jesteśmy wyżej niż wodospad, ale droga już jest szeroka i wyraźna, przejechałby samochód gdyby nie to że cała oblodzona J Do szkoły trafiamy chwilę przed kuligiem… udaje się!
Mam na tyle czasu, żeby jeszcze grzańca do termosu nagrzać J Kulig jest niestety nie na saniach tylko na wozach, ale to nic nie szkodzi nam. Nas nikt nie lubi, więc w naszym wozie zostali najfajniejsiJ Koń nazywa się misiek ,a woźnica fajowy, sprzedaje nam info gdzie miejscowe dzieci chodzą na górkę zjeżdżać – nie chcemy iść tam gdzie turyści, na wyciągi. Jutro będziemy sprawdzać!
Okazuje się, że kulig jest właśnie w tej dolinie Potaszni, którą żeśmy chwilę temu szły, hehehe. Na rozpalonym ognisku robimy kiełbaski. Daniel robi tez grzańca, ale jest on niczym w porównaniu z naszym z termosu J - bo jego wychodzi bezalkoholowy. Wracamy ze śpiewem na ustach!
Dziś Elwira ma sylwestra, bo jutro nie imprezuje, gdyż prowadzi w Nowy Rok. Przenosimy się więc na Bronx, czyli impreza w samochodzie J, a to samochód służbowy, to się śmiejemy, że wszędzie są kamery… Ja nie doczekuje Nowego Elwirowego Roku, ale Elwirze się udaje J

31 grudnia 2012 (poniedziałek)

Plan na dziś to nie góry, ale sanki J w końcu dziś Sylwester Właściwy. Wysypiamy się, wstajemy i znów idziemy w kimę… tak do 11tej. Wypożyczenie sanek się nie opłaca, opłaca się kupienie talerza do zjeżdżania. Wyposażone w talerz idziemy szukać górki, o której mówił woźnica na kuligu.
Znajdujemy! I się zaczyna! Obłędna zabawa! Jolka jest Mistrzynią Jazdy Tyłem i Perfekcyjnych Fikołków , ja natomiast jestem Mistrzynią Zjazdu a’la Armatka Śnieżna J!
Dochodzi do nas kilka osób, ale właściwie górka jest dla nas. Jabłuszko to pikuś w porównaniu z naszym talerzem! Totalne szaleństwo zjazdowe! Ponieważ górka kończy się ok. 2m przepaścią, stajemy do konkursu kto zatrzyma się najbliżej krawędzi. Wygrywa 2-3letni chłopiec, mistrz kierownicy, ale to mrożąca krew w żyłach historia.
Na Sylwestra bawimy się intensywnie choć nie za długo – jesteśmy przecież stare ciotki J Hitem wieczoru są materace dmuchane, przez które jeszcze przez następnych kilka dni będą nas boleć mięśnie brzucha. Wypijamy toasty za cierpliwość, bo ona właśnie ma być potrzebna w 2013 r.!
Już w trakcie sylwestrowego wieczoru brakuje wody… I woda się nie pojawia wcale…

1 stycznia 2013 (wtorek)


Wierchomla Wielka - Warszawa

Zbieramy się całkiem szybko, bo nie tracimy czasu na kąpiel J Nie można tez zrobić herbaty – wody ciągle brak. Więc najpierw jedziemy na śniadanie na stację benzynową, gdzie zupełnie marnie wyglądający bar okazuje się kulinarną perełką J Pani obsługująca, trochę jakby nie przebrana po sylwestrze….
Potem jedziem dalej, uciekamy przed wypadkiem i gubimy się jadąc na GPSie J Wjeżdżamy komuś na podwórko, a GPS wskazuje schodki jako drogę dalej. Hehehe. Jednak zwykła mapa to podstawa.
Ogólnie jedziemy cały dzień, na relaksie. Mijając miejsca, gdzie Elwira miała kiedyś dzwona J Na luzie zatrzymujemy się na wielki obiad i dalej. Na pewno nie pobijamy rekordu, jeśli chodzi o szybkość przemierzenia trasy  Wierchomla – Warszawa J



poniedziałek, 21 maja 2012

Pasmo Radziejowej i Małe Pieniny


Weekendowe wczasy starszych pań - a zakwasy leczyłam dwa dni















18 maja 2012 (piątek)


Warszawa – Kraków godz. 15:00 – 19:30 , samochód
Kraków – Szczawnica godz. 20:10 – 22:00, bus, ok. 15 zł
Szczawnica – Jaworki godz. 22.00 – 22:30 taksówka, 30zł

Spotykamy się około 15tej w miejscu gdzie Monia ma szkolenie i stamtąd wyjeżdżamy do Krakowa. Następnie busem http://diditrans.pl/ do Szczawnicy. Wszystko idzie sprawnie, w busie tłoku nie ma, spokojnie siadamy i jedziemy. Wysiadamy na końcu i próbujemy się dowiedzieć o jakiś dojazd do Jaworek. Monia zagaduje kierowcę, żeby może podjechał, ale nie da rady J hehe ale dzwoni do kolegi taksiarza, który ma podjechać. W tym czasie oferuje podwózkę chłopak, który ostał się z nami w autokarze… ale niestety, samochód który po niego wyjechał nie ma wolnych miejsc. Pozostaje taksa, bo żadne busy nie jeżdżą o tej porze. Taksiarz jest mega nieuprzejmy, nie chce się targować, ale dowozi nas na miejsce.

Nocleg mamy w Pensjonacie Koliba pod Kozińcem  (http://www.pensjonatkoliba.pl/o_nas.php), cena za nocleg 45zł, pokój z łazienką , dostęp do kuchni, ogólnie full wypas, do którego nie przywykłyśmy, ale z wiekiem trzeba się przyzwyczajać J

Zjadamy kolację i zasiadamy przed telewizorem fundując sobie bardzo optymistyczny i relaksacyjny film – Plac Zbawiciela… nie ma jak wczasy, ech…

19 maja 2012 (sobota)


Jaworki -  Czerwona Młaka [974 m]  (szlak czerwony)
Czerwona Młaka [974 m]- Wielki Rogacz [1182 m] (szlak niebieski)
Wielki Rogacz [1182 m] - Radziejowa [1266 m] - Przehyba [1175 m] (szlak czerwony)
Przehyba [1175 m] - Kiczora [1024 m] (drogą)
Kiczora [1024 m] - Dolina Starego Potoku - Jaworki (droga)

Wstaję rano, bo na 9tą mam jazdę konną, koszt 40zł za godzinę. Stadnina mieści się naprzeciwko kwatery, wiec super pod nosem J www.stadninarajd.pl/ tel. +48 18 262 16 00, kom. +48 607 47 88 50, biuro@stadninarajd.pl. Jedziemy we trójkę, ale obie osoby poza mną to są z tej stajni, hehehe. Czyli praktycznie prywatna jazda J Jest cudnie, widoki są obłędne, galop po łąka też. Koń mój dobrze ułożony, jest ok. Wracamy rezerwatem Biała Woda i jesteśmy atrakcją dla turystów J Super rozpoczęty dzień. 

Monia miała przyjść mi zrobić zdjęcia, ale jazda okazała się 45 min a nie 1h, wiec nic nie udało się uchwycić.
Dzień jest cudny, pogoda marzenie, trochę leniwie wyruszamy w trasę. Zaraz po skręcie od wejścia do rezerwatu Biała Woda, po wspięciu się na górę zahaczamy o wiatę z oscypkami. A tam weseli panowie, pochodzą z Starachowic (!) opowiadają nam o wyrobie oscypków i wypasie owiec, a ogólnie to cały dzień leżą na trawie i nic im się nie chce. Zakupujemy oscypki wielgaśne i idziemy dalej pod górę.

Cudowne widoki rozpoczynają się już przed wejściem na Mały Rogacz – obłęd , całe tatry stoją jak na dłoni, ogromne. Zapiera dech, ale z czasem się przyzwyczaimy, bo pogoda się nie zmienia J Słońce, około 20 st, przejrzyste niebo… marzenie.

Dochodzimy na Radziejową, a tam wielka wieża, na którą można wyleźć, jak się nie ma leków żadnych. Ja trochę mam, bo schody tak strome, że masakra…

Następnie marsz do schroniska, gdzie wszamamy żurek i zbiegamy na dół, bo nam się śpieszy na koncert w Muzycznej Owczarni. Schodzimy nie szlakiem tylko drogą (szlak narciarski w dół), a następnie skręcamy w lewo w wielką drogę, normalnie bitą, która prowadzi do Jaworek. Mamy nawet jeszcze chwilę czasu na prysznic J

Do Muzycznej Owczarni idziemy na koncert na 20:00 - trzech chłopaków przystojniaków gra utwory A. Piazzolli (Janusz Wawrowski – skrzypce, Jan Kalinowski – wiolonczela, Bartłomiej Kominek – fortepian) – argentyńskie tanga. Jest mega klimatycznie, siedzimy, pijemy piwko, każdy ma swoje miejsce przy stole. Koszt biletu 50zł. Warto.

20 maja 2012 (niedziela)


Jaworki - rezerwat Biała Woda – Przełęcz Rozdziela [802 m] (żółty szlak)
Przełęcz Rozdziela [802 m] - Wysoka [1050m] - Durbaszka [942 m] - Cyrhle [774 m] (niebieski szlak)
Cyrhle [774 m] - Szczawnica Zawodzie (żółty szlak rowerowy)
Szczawnica – Kraków 17:10 – 19:40 (PKS, cena ok. 15 zł)
Kraków – Warszawa 20:50 – 23:50 (PKP, opóźnienie 1h, cena 56 zł)

Rano w ogóle nie chce nam się zbierać J Jest cudowna pogoda i śniadaniujemy na tarasie J W końcu wychodzimy, z plecorami i ruszamy najpierw rezerwatem Biała Woda szukając jakiegoś znaku do bacówki. Chcemy kupić bundz a on jest tylko rano. Wychodzimy wysoko i kupujemy chyba po kilogramie, tak żeby lżej było iść. Na szlaku jest sporo ludzi, idąc dalej też można kupić sery… Ale najtaniej było wczoraj.

Jest słonecznie, widoki wokół, stada owiec i sympatyczni ludzie na szlaku (głównie miejscowi turyści z okolic).

W końcu dochodzimy do podejścia pod wysoką – tam jest tłum ludzi. Ja ledwo włażę w upale po tych schodach – przechodzący ksiądz komentuje, że musiałam w życiu wiele nagrzeszyć, że taki garb ciągnę na górę… hehehe. Ale widoki na szczycie to rekompensują – OBŁĘD! Pogoda to beton, widoczność cudna, widać tatry , Babia Górę i ma się wrażenie, że Bieszczady ;) kto wie… hehehe

Dalej idziemy, ale ja to już ledwo. Mam takie zakwasy, chyba po tych koniach… No masakra… Robi się coraz później, a ostatni autobus o 17:10, jak się spóźnimy to mogiła. Już wiemy, ze do Szczawnicy szlakiem niebieskim do Szafranówki  nie dojdziemy… Myślimy o zejściu do Szlachtowej i podjechaniu stopem. Ale wtedy ryzyko, że stopa nie złapiemy… Spotykamy po drodze rowerzystę, który poleca nam zejście szlakiem rowerowym i wtedy schodzimy na początku Szczawnicy. Na to się decydujemy. Szlak rowerowy często idzie potokiem małym, da się iść J A i schłodzić też się da.

Dostajemy się do Szczawnicy i okazuje się, że właśnie zaraz na początku jest początek trasy pksu, już stoi, mimo, że pół godziny do odjazdu. Przebieramy się na przystanku i zasiadamy w autokarze. Okazuje się to zrządzeniem losu! Kilka minut przed odjazdem już prawie wszystkie miejsca siedzące są zajęte. Jak podjeżdżamy na przystanek główny w Szczawnicy (tu byśmy doszły z Szafranówki żółtym szlakiem) to już wszystkie miejsca stojące się zapełniają…. W Krościenku nad Dunajcem już tylko jest dopychanie, nie wszyscy się mieszczą… a to ostatni PKS tego dnia! Na przystankach późniejszych nawet się nie zatrzymuje i tylko widzimy twarze zawiedzionych turystów…. My to mamy szczęście! Z obolałymi nogami cieszę się niezmiernie, że siedzę.

PKS przez to upychanie ma spore spóźnienie, a my się śpieszymy na pociąg! Wpadamy w ostatniej chwili, a pociąg ma godzinę spóźnienia…. W Warszawie, umęczone jesteśmy o 24tej. To były dopiero wczasy!