środa, 23 listopada 2011

Wietnam, Laos, Kambodża


Wczasy milionerów - w poszukiwaniu słonecznej listopadowej pogody

więcej zdjęć

Kursy walut (orientacyjnie):

Wietnam
1 USD =  20920 VND
Kambodża
1 USD = 4090 KHR
Laos
1 USD = 7985 LAK

1 USD = 3,06 PLN

30 października 2011 (niedziela)


Przelot:
Warszawa (WAW)  - Frankfurt (FRA)  godz. 6:30 - 8:25 [29/10/2011]
Frankfurt (FRA)  - Ho Chi Minh City (SGN) godz. 14:40 [29/10/2011] -  7:15 [30/10/2011]

Po długiej podróży z masą filmów i niewielką ilością snu lądujemy w HCMC, czyli Sajgonie. Z wizą bez problemu – jest ok. – wchodzimy! Od razu uderzamy do autobusu (nr 152) o którym reszta turystów chyba nie wie J Płacimy 20 tys. VND za nas dwoje i bagaże (chyba i tak dla siebie dorzucił).

Wchodzimy do polecanego hotelu Hong Kong i za 15$ mamy dwójkę z łazienką i klimą i w ogóle luksusy (lodówka, telewizor).

Ruszamy w miasto – o ogromnym upale zwiedzamy zabytki Sajgonu: Ratusz, Opera, targ Ben Thanh, katedrę Notre Dame (z zewnątrz) i Pocztę. Wszystko jest ładne, ale bardzo europejskie, więc nie robi dużego wrażenia.

Upał daje nam mocno we znaki. Wracamy do hotelu na sjestę (muzea też mają). Wcześniej zaliczamy niedobry obiad z niemiłym i nieuczciwym kelnerem. Zapomnieć.

Niestety śpimy do 15:30, a Pałac Zjednoczenia jest otwarty do 16:00 – oglądamy tylko z zewnątrz. Biegniemy do Muzeum Pozostałości Wojennych, bo ono do 17:00 – dajemy bardzo szybko radę obskoczyć. Robi wrażenie, choć na pewno jest b. nieobiektywne. Wojna w Wietnamie z punktu widzenia Wietnamczyków. Koszt wstępu 15 tys. dongów.

Ruszamy szukać pagody Jadeitowego Cesarza – złazimy hektar, ale nie znajdujemy. Chcemy wziąć taxi-motor do chińskiej dzielnicy – ale na złość się nie udaje. A jest ciemno i nogi bolą. Ktoś chce za 100 tys., jak nie chcemy za tyle to nas olewa. Nie mają tu parcia na zarobek. W końcu dochodzimy w pobliże chińskiej dzielnicy, ale do niej nie dochodzimy. Jemy zmęczeni  w przydrożnej spelunce. Ale jest ok.!
Wracając lądujemy w pubie już w centrum turystycznym – jest impreza halloweenowa. Bawią się turyści i miejscowi. Pijemy piwo Saigon J

Na jutro wykupujemy sobie na przedpołudnie wycieczkę do tuneli CuChi – 4$ dojazd/os w obie strony. Po powrocie planujemy jechać do Can Tho – u pośrednika bilety po 8-9$/os. Drogo. Ale dworzec daleko…

31 października 2011 (poniedziałek)


Sajgon – tunele Cu Chi (4$ dojazd/os)
Sajgon – Can Tho godz. 15:15-19:00 (bus, 8$/os)

Wycieczka do tuneli Cu Chi  rozpoczyna się o 8 rano. Wracamy o 14:15. Nasz przewodnik mówi baaardzo wietnamskim angielskim i woła nas „hello my group” J Jest dość irytujący, co jest minusem wycieczki. Poza tym to niezła komercja i mnóstwo ludzi.

Nim dojeżdżamy do tuneli zostajemy wywiezieni do warsztatu rękodzieła, gdzie pracują ludzie niepełnosprawni po agencie Orange. Warsztat należy do państwa.

Jedziemy do tuneli i tam to dopiero jest sajgon …:) i propaganda na maxa. Jak to biedni Wietnamczycy walczyli ze złymi Amerykanami. Nasz przewodnik opowiada dużo, był żołnierzem południowego Wietnamu, ale nigdy nie znalazł żadnego komunisty J.

Wojtek ginie w tunelu. Na szczęście po czasie się odnajduje, bo stałby się nową atrakcją turystyczną J Oglądamy ekspozycje, jak żołnierze żyli w tunelach i nie tylko. Wchodzimy do tuneli i to jest największą atrakcją. Oglądamy pułapki, kuchnie, szpital, dziury po bombach B52.

Po powrocie so Sajgonu robimy rundę po agencjach turystycznych, żeby znaleźć bilety do Can Tho. Najlepsza cena to 8$ i od razu możemy jechać. Najpierw myślimy, że cena jest mocno wygórowana, bo sam bilet kosztuje 80 tys. dongów (4$), ale jak nas potem przez pół godziny wiozą motorami (niezła frajda!) to wychodzi, ze wcale nie aż tak drogo.

Dworzec jest w Dzielnicy 5 (chińskiej). Chyba da się tam dojechać autobusem nr 2. Minibusy do Can Tho jeżdżą co godzinę. Odjeżdżamy o 15:15 i około 19tej jesteśmy. Jest przerwa na jedzenie – tania dobra knajpa. Wreszcie spróbowałam Pho! Jest super! Robi Wojtek krótki jedzeniowy słowniczek:

com – ryż, bo – wołowina,
mi –nudle,
mi aa – smażone nudle,
ga – kurczak,
luon – jajko, rau – warzywa.

W drodze łapie nas ulewa! Jednak pada… W Can Tho trochę łazimy szukając hotelu. To wiele mniej turystyczne miasto. Lądujemy w hotelu za 12$ za dwójkę, nowym z przemiłą panią. Ona też organizuje wycieczkę na pływające targi. Opłata nie jest tania, ale wygląda, że będzie przyjemnie – cena 50$ za 2 osoby, małą łódką (tylko dla nas) na 7h – oba targi. Start o 5:30 (można jeszcze o 6:00, 6:30, 7:00), ale później zjeżdżają się turyści na wielkich statkach. Dowiadujemy się tez o dojazd do Chau Doc. Pani super pomocna i wesoła.

Potem idziemy na kolację nad Mekong i zjadamy żabę J. A i dziś jestem najbliżej równika 9oN J

1 listopada 2011 (wtorek)


Can Tho
Can Tho – Chau Doc godz. 13:30-17:00 (bus, 60 tys. VND/os)

Wstajemy na 5:30. Gekony nas nie zjadły J Są wszędzie… Zaczynamy nasz objazd łódką. Pani przewodniczka jest życzliwa i bardzo wesoła. Plecie dla nas ozdóbki z liści palmowych.

Najpierw jedziemy na targ „hurtowy” to zaopatrują się handlarze drobni. Każda łódka ma tylko jeden lub max klika rodzajów warzyw lub owoców. Wywiesza na wysokiej pałce owoc/warzywo, które można kupić. Fajne.

Potem jedziemy na mały targ – ten już dogorywa, bo zaczyna się o 1szej w nocy. Jest tam wesoło, ale nikt nic nie kupuje. Kupujemy kokosa – mleczko ok., miąższ średni. Połówka ginie w trakcie „walki” naszej przewodniczki z wesołą staruszką. Bardzo dużo śmiechu.

Odwiedzamy tez fabrykę makaronu ryżowego. Teraz wiemy jak go się robi J Ale też zalana wodą J

Następnie jedziemy do węższych kanałów zobaczyć jak żyją tam ludzie. Mamy też możliwość popływania na sterze, a  właściwie na wiośle. Idziemy też na spacer brzegiem. Widać, że woda jest wysoka, domy mają pozalewane. W restauracyjce czeka na nas przewodniczka. Jemy obiad, jej tez kupujemy. Ja zamawiam Elephant Fish – podobno tradycyjna tu. Je się ją w takich rulonikach z ryżu (płatków ryżowych).

Następnie wracamy kanałami. Słońce daje się we znaki. W hotelu jesteśmy o 12:30. I od razu idziemy na dworzec autobusowy – to około 20-30 min. spaceru – tam zakupujemy bilet do Chau Doc – 60 tys. dongów. Wyruszamy o 13:30, autobusy jeżdżą co godzinę. Najtańsza firma to Kin nagac czy jakoś tak. Jazda to męczarnia (jak łódką to była przyjemność). Nie ma Klimy, a kierowca drze się cały czas. W Chau DOc lądujemy około 17tej. „Dworzec” – tam gdzie stają autobusy jest dość daleko od centrum miasta – około 2 km. Maszerujemy i nigdzie nie widzimy hoteli.

W końcu wchodzimy do agencji turystycznej i okazuje się, że to też hotel J Udało się. Jesteśmy zmęczeni na Maksa i jazdą i upałem. Bierzemy pokój za 10$/2os z Klimą, łazienką i śniadaniem. Bilet na slow boat do Kambodży płacimy 10$/os. W tym jest też dojazd do granicy.

Wieczorem jeszcze łazimy po miasteczku – za dużo tu nie ma, ale piwo jest J

2 listopada 2011 (środa)


Chau Doc – Phnom Penh (slow boat, 10$/os)

Rano rozpoczynamy naszą w pełni zorganizowaną podróż do Kambodży . wszystko jest za nas zorganizowane. Przewóz bagażów do łódki i nas do łódki, załatwienie wiz, obiad itp. Organizacyjnie podróż wygląda tak: Najpierw łódką płyniemy z Chau Doc zwiedzając farmy rybne i wioskę gdzie tkają. Łodzią płyniemy 3-4h do granicy. Tam zatrzymujemy się na obiad. W międzyczasie przewodniczka załatwia nam wizy (jak płyniemy łodzią). Zmieniamy łódź i płyniemy na stronę kambodżańską. Tam wysiadamy na odprawę. Potem płyniemy jeszcze z 1h i przesiadka do busa i 1,5h w busie i jesteśmy w stolicy Kambodży.

Podróż dużo mniej męcząca, ale też czuć, że jesteśmy traktowani biali turyści bezwolni.

Na łódce brak wc J  Ale jakoś jest to do ogarnięcia.

Widzimy zalane obszary, pola ryżowe, w tym roku poziom wody jest o 4 m  wyższy niż normalnie w tym czasie. Widzę utopionego człowieka….

Ludzie w Kambodży – od razu czuć, inni, sympatyczniejsi, uśmiechnięci. Zostajemy wyrzuceni gdzieś w stolicy – od razu pojawiają się tuktukowcy. W końcu za 1$ jedziemy do hotelu o’key gasthause. Jest około 16-17tej. Dostajemy pokój za 10$ z Klimą. Idziemy na spacer na miasto. Wreszcie kupuje sobie prezent! J Kolczyki w sklepie fair trade J

Na piechotę dochodzimy do pałacu i do marketu. Zjadamy obiad. Ceny trochę wyższe niż w Wietnamie. Trafiamy tez na „czerwoną” ulicę.

Hostel organizuje też łódki do Siem Reap. Jest to typowy backpackerski hostel – wokół tez atmosfera w tym klimacie (mnie się kojarzy – klimat Lonely Planet)

3 listopada 2011 (środa)


Phnom Penh

Dzisiejszy dzień to intensywne zwiedzanie – plan bardzo napięty. Bierzemy tuk-tuka za 10$ za zawiezienie nas na Pola Śmierci, Tuol Sleng, bazar rosyjski i odstawienie pod Pałac Królewski. Tuk-tuka bierzemy przez hotel, bez większego targowania i jesteśmy zadowoleni. Koleś też. J

Pola Śmierci (Choeung Ek) są pod miastem. Wstęp 5$ i dostajemy audio przewodnika – super opcja, można świadomie zwiedzać. Zginęło tam niecałe 9tys ludzi. Spędzamy tam 2h. Robi duże wrażenie, przejmujące. Czerwoni Khmerzy zarzynali  tam ludzi czym popadnie (zarzynali to dobre słowo, bo zabijanie zakłada choć odrobinę humanitarności). Mieli oszczędzać kule… Dawniej był tu chiński cmentarz.

Potem jedziemy do więzienia S-21 – tu już jest zdecydowanie gorsza informacja dla turystów, ale może lepiej nie znać szczegółów.. .Tylko opisy czasem jakieś i zdjęcia. Kilka budynków, w których katowano więźniów. Przeżyło 12 osób. Brak słów. Spędzamy tam tez ze 2h. Z przyjemnością myslę o odwiedzeniu jakiegoś pięknego zabytku – Pałacu Królewskiego….

Bazar rosyjski – typowy bazar, nie mamy ochoty na kupowanie. Jesteśmy tam 10 min. Większość to chińszczyzna.

Pałac Królewski i Srebrna Pagoda, wstęp 6,25$. Piękne budowle, złote z mnóstwem rzeźbień – wszędzie „nagas” – takie zdobienia typowe dla m.in. Kambodży - symbol pomyślności. Srebrna Pagoda ma na podłodze srebrne płytki. Ogólnie bogactwo i przepych. Do dziś są w Sali tronowej koronowani królowie.
Następnie idziemy do portu – dowiadujemy się, że nie ma łodzi jutro do Siem Reap L Kupujemy autobus za 9$ (w tym dojazd do hotelu oraz tuk-tuk do centrum). Odjazd o 8:00

Zmęczeni jeszcze maszerujemy na wzgórze Wat Phnom (wejście 1$ dla obcokrajowców). Bardzo ładna pagoda, park też klimatyczny, ale już się ściemnia. Potem Wojtek pędzi a ja za nim do zamkniętego dworca kolejowego – kolei w Kambodży już nie ma.

Dopiero o 19tej zaliczamy pierwszy posiłek dzisiejszego dnia. Jem jakąś dziwną kambodżańską zupę z dziwnymi warzywami i dużą ilością imbiru.

4 listopada 2011 (piątek)


Phnom Penh – Siem Reap 8:15-15:00 (autobus, 9$)

Pół dnia spędzamy w autobusie oglądając wioski i pola ryżowe za oknem. Około 15tej jesteśmy w Siem Reap. Dworzec autobusowy jest daleko od centrum. My idziemy do „ok. gasthause” – przyjeżdża do nas tuk-tuk i trochę nas podwozi, reszta piechotą. Okazało się, że jakbyśmy w Phnom Penh powiedzieli to hotel wysłałby po nas tuk-tuka. Hotel to trochę pałac, Wojtkowi się nie podoba, ale w końcu zostajemy, bo szkoda czasu na szukanie czegoś innego. Cena za pokój w starym budynku (jest tez nowy) stargowana do 13$/pokój z AC, łazienką. Wynajmujemy rower (1$/dzień) i pedałujemy do bileterii do Angkor. Kupujemy bilet na 3 dni i możemy od razu wejść na zachód słońca (bilet kupiony o 17tej liczy się od następnego dnia).

Opcja rowerowa jest super. Hotel jest dalej od centrum, ale w stronę Angkor – ma to zalety.

Docieramy do Angkor Wat, jest trochę ludzi, ale udaje się znaleźć miejsca, gdzie nie ma żywej duszy – bardzo dobry pomysł pojechać tam o tej porze.

O zmierzchu jedziemy do centrum Siem Reap. Typowo turystyczne, trzeba będzie się rzucić wir zakupów pamiątek J

Idziemy na jedzenie – wtranżalam rybę, która ma zęby z sałatką z mango – pyszne! Jest nocny market, tam za 1$ można mieć rybny masaż lub zwykły masaż – ale to już jutro.

Wracamy do hotelu i korzystamy z basenu na dachu – niezły bajer, a widoki też obłędne.

5 listopada 2011 (sobota)


Angkor  (rower, 1$/dzień)

Zwiedzanie Angkor. Wstajemy na świt i jedziemy rowerami do świątyni Phnom Bakheng (najstarsza, wchodzi się na wzgórze). Wszyscy przychodzą tu oglądać zachód słońca, więc na wschodzie jest tylko kilkanaście osób. Bardzo dobry patent! Widzę po drodze wielką stonogę J

Następnie jedziemy do Angkor Thom. Wszystkie tłumy są w tej chwili w Angkot Wat, aby uniknąć tłumów należy zwiedzać w odwrotnej kolejności niż organizowane wycieczki i polecane trasy w przewodnikach. Warto!

Angkor Thom zwiedzamy zupełnie spokojnie, jest w miarę pusto. Widzimy:
- świątynię Bayon – uśmiechnięte twarze, piękna
- Taras Słoni – stąd król oglądał parady (mogliśmy się poczuć jak królowie i pozdrowić kogo trzeba)
- Pałac Królewski i w nim świątynię Phimeanakas
- świątynię Baphuon – świątynia „puzzle” – prace konserwatorskie rozpoczęły się w latach 70tych. Rozebrano ją i ponumerowano kamienie. A potem przyszli Czerwoni Khmerzy i zniszczyli całą dokumentację. Pozostało 300 tys. kamieni do poskładania…
- Preah Palilay – mała świątynia z boku

Wyjechaliśmy z Angkor Thom północną bramą. Pojechaliśmy Dużym Kółkiem ;) zwiedzając kolejne świątynie:
- Preah Khan – super klimat, zawalone kamienie, dość autentyczna, jak się po niej chodzi
- Neak Pean – baseny wodne ze świątynia na środku. Służyły do rytualnego oczyszczenia.
- Pre Rup – wleźliśmy na samą górę J
- Srah Srang – objechaliśmy ten zbiornik wodny, bardzo przyjemnie
- Banteay Kdei – kupiłam obrazek ze słoniami (3$)
- Ta Prohm – świątynia bardzo znana – zarośnięta dżunglą. Zwykle są tu dzikie tłumy, ale my przychodzimy tuż przed zachodem słońca (nie ma z nim związanych widoków, więc wszyscy już są na Phnom Bakheng J) Ludzi jest naprawdę mało, chwilami wręcz pusto. Klimat robią też cykady i inne stwory odzywające się gdy zachodzi słońce. Robi wrażenie
- Ta Keo – wbiegamy na górę, myśląc, że będzie dobry widok, ale w sumie niekoniecznie

Przez Bramę Zwycięstwa wracamy do Angkor Thon – jest już dość pusto. Szykuje się wesele – ktoś chyba wynajął ten teren na imprezę! Robi się coraz ciemniej…

Wracamy do hotelu. Jesteśmy mega zmęczeni, ale ruszamy na rynek na zakupy. Oglądam torebkę z krokodyla za 650$ J nic nie kupujemy.

Zjadamy obiad na rynku, gdzie siedzi tłum ludzi, ale jesteśmy totalnie zawiedzeni… i jak tu trafić na dobre żarcie…. L

6 listopada 2011 (niedziela)


Angkor  (rower, 1$/dzień)

Nie wstajemy na żaden wschód słońca. Organizujemy się, jeśli chodzi o wyjazd z Siem Reap. W hotelu sprzedają bilety: do Stung Treng (13$) wyjazd o 5:30, na miejscu ok. 15tej. Można tez kupić bezpośrednio do Laosu (23$), ale w końcu się nie decydujemy, wydaje się mało realne, żeby tam dojechać w jeden dzień…

Dziś bierzemy rowery i jedziemy do Banteay Srey (37km od Siem Reap). Ale wpierw zwiedzamy Angkor Wat. Obchodzimy galerię dookoła. Jest sporo ludzi, ale da się wejść w jakiś korytarz i nie ma nikogo. Łażenie zajmuje nam ok. 2h.

Jest 12:00 jak startujemy do Banteay Srey (ok. 25 km od Angkor Wat) – droga bardzo malownicza, po drodze mijamy muzeum min i ogród motyli. Ale my niestety nie mamy czasu się zatrzymać – szkoda. Jedziemy przez wioski, jest dość mało turystycznie. Pola ryżowe, bawoły w wodzie…

Ja powoli wymiękam , ale po 2h 15 min dojeżdżamy do świątyni. Już wiem, że nie dam rady wrócić rowerem.

Oglądamy świątynię – piękne rzeźbienia, bardzo głębokie i wyraźne. Jest trochę ludzi, ale bez przesady.

Próbujemy zorganizować transport na powrót, ale koszt 20-25$. Rezygnujemy i pedałujemy powrotem. Wojtek łapie w drodze stopa!!!!! Jestem uratowana! Facet podrzuca nas w okolice świątyni! Rowery jadą na pace… Cudnie! Bo wracalibyśmy nieżywi nocą J Przebijamy się przez Angkor Thom i wyjeżdżamy Zachodnią Bramą, bo chcemy dojechać do West Baray . Zachodnia część Angkor Thom jest zupełnie niepopularna, do bramy prowadzi droga nawet nie wyasfaltowana. Nie trafiamy do West Baray, ale przejeżdżamy przez kolejne wioski.

Wieczorem idziemy na zakupy i uderzamy w pamiątki: torba skórzana 20$, dwa talerze z drewna palmy 13$, dwa portfeliki robione z gazet przez niepełnosprawnych 7$.

Trudno się targuje, nie podają chyba za bardzo zawyżonych cen. Idziemy na Fish massage – 2$/30 min+piwo. Śmieszne i trochę łaskocze, ale po wszystkim pięty gładkie. Wojtek ma trudność z wytrzymaniem łaskotek – dużo śmiechu. Jutro pobudka o 5tej, trzeba wracać do hotelu.

Podsumowując, zabytki Angkor można zwiedzić omijając tłumy, nie ma się czego bać, wystarczy obrać niestandardową kolejność zwiedzania.

7 listopada 2011 (poniedziałek)


Siem Reap -  Stung Treng 5:30 (właściwie 8:30)  -19:00 (autobus, 13$/os)

O 5:00 schodzimy na dół hotelu i czekamy na busa. Ma po nas przyjechać o 5:30 odjazd z Siem Reap. O 6:00 przyjeżdża po nas wypasiony mercedes i zawozi na dworzec autobusowy. Tam cała ekipa podobnych do nas białasów, tylko, że oni kupili bilet bezpośrednio do Laosu.

Na dworcu siedzimy trochę, kupuję dobrą bułkę z tofu i sałatką w środku od pani na straganie za 0,5$. Bułeczka sucha kosztuje 0,25$.

O 8:30 podjeżdża duży autobus z klimą na maxa, wszyscy się ubierają J Przesiadka ma być Kampong Cham. Tam podjeżdża zdezelowany busik, do którego musi się zmieścić 15 osób z bagażami. Inni pasażerowie robią awanturę i nie chcą wsiąść. Że nie na taki bus im sprzedano bilety. W końcu wsiadamy i jedziemy, jest ciasno. Wiadomo było, ze nic nie ugrają, zawsze jest gdzieś „boss”, który się nie zgadza, każdy kolejny swojego „bossa” ma i się boi, hehehehe.

Ludzie są wściekli, szczególnie 3 dziewczyny w koronach na głowie J Mają takie błyszczące korony, jak dla dziewczynek na głowie. Powoli robi się coraz później i już wiadomo, że nie da rady przekroczyć granicy z Laosem dziś – bo ta jest otwarta do 17tej. Cieszymy się, że nie kupiliśmy tego biletu do Laosu.

Awantura zaczyna się jak dojeżdżamy do Kratie. Tam chcą wyrzucić Królewny i dopiero następnego dnia dojadą tam gdzie mają dojechać (bo zostały źle zawiezione) One się wściekają i biorą nas jako „zakładników” – nie wypakowują swoich rzeczy póki nie zostanie dla nich zorganizowany transport, tak by mogły być dziś na miejscu. Koszt taksówki 100$ i tyle mają zapłacić w końcu. Muszą zdążyć na samolot, więc zależy im na czasie. Stoimy w Kratie 1,5h jak one się wykłócają . Nic nie wskórają, muszą zapłacić i tyle. My ruszamy w kierunku Stung Treng o 16:30. Około 19tej jesteśmy na miejscu.

W międzyczasie zatrzymujemy się na jedzenie, które jeszcze będę tego wieczoru pamiętać L

W Stung Treng nocujemy w gasthausie Lili – jesteśmy jedynymi gośćmi – cena 6$/2 os. Idziemy załatwić bilety na 4000 Wysp w Laosie do gasthausu polecanego przez Loney Planet (był pełny, dlatego tam nie śpimy). Bilet kosztuje 12$ - ale mamy nadzieję, że to nie tej samej firmy co do Stung Treng, hehehe. Reszta współpasażerów musiała przenocować tutaj i kontynuują podróż jutro.

Wojtek się przeziębił a ja rzygam – lądujemy w łóżku o  22.

8 listopada 2011 (wtorek)


Stung Treng – Si Phan Don  8:30  -19:00 (autobus, 13$/os)

Autobus ma być o 8:30. Idziemy do Riverside Gasthause na śniadanie – podobno (Wojtek) bardzo dobre jedzenie. Bus (Duży autobus) przyjeżdża około 9-9:30 i ruszamy. Jest komfortowy. Facet zabiera od nas po 43$ (!!!!) za wizę. Podobno kosztuje 40$ - potwierdzają to inni podróżujący. Nam się zdawało, ze mniej… ale i tak nie ma wyjścia płacić trzeba.

Na granicy czekamy z 30 minut (przejazd trwa chyba mniej niż 1h). Facet załatwia wszystko – nie widzimy żadnego celnika – wizy są.

Granicę przechodzimy pieszo i wsiadamy do autobusu po drugiej stronie (Laos!) tam spotykamy ekipę z wczoraj J Jedziemy chwilę i jesteśmy w Nakasang  i łódką na Don Det. Szukamy trochę gasthausu (bungalow) – chcemy od strony zachodniej. Znajdujemy naprawdę klimatyczny za 30tys kip/2 os (niecałe 5$). Hamaki, rzeka pod nami, widok super – ekstra relaks. Prysznic i toaleta na zewnątrz.

Wymieniamy pieniądze (nie chcą używać $) – kurs 7700 kip/1$ 9potem widzimy jedno miejsce 7800kip. Dobrego kursu tu nie znajdziemy.

Widać różnicę z Kambodżą – wszyscy nas olewają. Nikt nie zachęca, żeby wejść do jego restauracji/sklepiku. Łazimy po wyspie (robimy spacer wokół). Orientujemy się, że nie ma autobusu do Pakse popołudniu – jest tourist bus o 11am – na miejscu 14:00. W końcu ktoś coś wie o local bus rano…. Będziemy ustalać jutro, ale wiadomo, że dzień jutro cały mamy tu. Super. Pojawia się opcja kajaków (200 tys kip, ok. 26$). Myślimy cały dzień, ale w końcu wieczorem się decydujemy – mam nadzieję, że nie będziemy żałować. Brzmi dobrze: wodospady, delfiny… ok. 20km w kajaku.

Łażąc po wyspie można znaleźć super lokalne klimaty – trzeba tylko iść w głąb dalej od turystycznych bungalowów Klimat super i to wszechogarniające lenistwo… ech Si Phan Don…

9 listopada 2011 (środa)


Si Phan Don 

Dziś kajaki – zjawiamy się na 9tą – okazuje się , że niektórzy mają jeszcze śniadanie w cenie! Jest nas 8 osób. Bardzo zgrabna grupa. Dostajemy kaski, kamizelki, wiosła i wsadzają nas do dmuchanych kajaków. Pogoda – skwar, upał – idealna.

Płyniemy Mekongiem niecałą 1h, może 30 min i wysiadamy na wyspie Don Kohn – tam najpierw oglądamy lokomotywę, którą zostawili tu francuzi, bo budowali kolej na wyspach. Następnie idziemy do wodospadów Li Phi – podobno w nich uwięzione są złe duchy spływają w dół Mekongu. Wcześniej jeszcze oglądamy świątynie – nic nadzwyczajnego.

Po wodospadach idziemy na plażę – trochę trwa ten spacer, ale plaża super – lądujemy w wodzie. I tak kąpię się w Mekongu.

Potem kajakami płyniemy do granicy z Kambodżą – tam są delfiny – i racja są! Najlepiej widzę je z brzegu, gdzie jemy obiad. Bo jak nikt między nimi nie pływa to wyskakują i się wychylają. Jak już w kajakach na nie czatowaliśmy to już się tak chętnie nie chciały pokazywać. Spora ilość ludzi tu przyjeżdża. My na kajakach dalej w dół Mekongu – totalny relaks!

Grupa bardzo fajna, co chwila urządzamy bitwy wodne. Jest para z Belgii – w podróży dookoła świata, dwie Hiszpanki – 3-miesięczna podróż po Azji Południowo-Wschodniej, Holender oraz Szwedka i my.
Po jakimś czasie płynięcia – kończymy – załadowujemy kajaki i jedziemy do największych wodospadów Azji Południowo-Wschodniej – Khon Phapheng – niesamowita ilość wody się kotłuje.

A potem się okazuje, że to nie koniec kajakowania – trzeba pod prąd podpłynąć do naszej wysepki – dajemy radę, ale trochę puchniemy. Jest koło 17tej. Super wycieczka. Warta pieniędzy (okazało się, że zapłacilibyśmy mniej gdybyśmy kupili ją w agencji w centrum). W tej agencji kupujemy bilety do Pakse (60 tys.). Facet tłumaczy, że jest jedyny legalny, jeśli chodzi o kajaki. Twierdzi, że w Paksang nie można wynająć motocykla.

Bus lokalny jest w tej samej cenie (uwzględniając przejazd łódką), jedzie dłużej i w sumie na to samo wyjdzie (bus lokalny 7:00, bus turystyczny 11:00). Turystycznym wylądujemy w centrum Pakse, a nie poza granicami miasta, gdzie jest dworzec autobusowy – na to się więc decydujemy.

10 listopada 2011 (czwartek)


Si Phan Don  - Pakse 11:00 – 14:30 (autobus turystyczny, 60 tys. kip/os)

Pierwszy dzień naszego urlopu, kiedy leniuchujemy do południa (dokładnie do 11tej, o której mamy transport). Bujamy się w hamakach, relaksujemy – pogoda beton. O 11tej zabiera nas łódka. Wsiadamy do jednej, ale wyskakuje wąż J przerzucają w związku z tym wszystkich do innej. Wsiadamy do busa (duży) – widać, że są też minibusy (może te tańsze…). Nasz bus całkiem ok., tylko trzęsie, że hej. Wymięceni około 14:30 trafiamy do Pakse (jedziemy gdzieś od 12tej).

Idziemy do hotelu polecanego przez Loney Planet SABADY 2, www.sabaidy2tour.com – cena za pokój z łazienką 75 tys. kip/pokój). Nie można wypożyczyć motorów. Idziemy w miasto, jest kilka wypożyczalni – cena za dzień 60 tys.

Udajemy się do knajpy nad Mekongiem – wtranżalamy pyszną rybę przy zachodzie słońca – b. dobra miejscówka: Khem Khong Restaurant  przy ujściu dopływu do Mekongu.

Wracając kupujemy bilet do Luang Prabang – tak, zmiana planów. Rezygnujemy z jaskini. Sleeping bus do Vientiane (160 tys LAK), następnie bus do Luang Prabang (130 tys. LAK) Transport na dworce w cenie. I będziemy na północy Laosu

11 listopada 2011 (piątek)


Pakse – płaskowyż Bolaven (motor, 70 tys. kip/dzień)

Rano idziemy wynająć motor. Wcześniej się pakujemy, bo czeka nas podróż nocą w autobusie. Motor wypożyczamy w Lankham Hotel – bezproblemowo. Bierzemy taki za 70 tys. Chcemy wymienić pieniądze, ale kurs jest marny. Pojawia się Amerykanin, który jutro wraca i ma za dużo kipów, chce sprzedać. Robimy dobry Deal – kurs 8000 LAK za 1$.

Trasa którą planujemy jechać na płaskowyżu Bolaven jest raczej na 2 dni, niż na jeden dzień. Więc trzeba będzie zasuwać…..

Jedziemy… tankujemy do pełna (45 tys. kip) Jedziemy  nad wodospad Phaxuam Clif (koszt 5000/os + 3000/motor). Potem dalej drogą – do nieoznaczonego na mapie wodospadu Champi – 10 km od głównej drogi – droga wyboista, wodospad ten nie jest na trasie wycieczek. Jest bardzo ładny, siedzi tam pan, który sprzedaje bilet na 5000. Wojtek się kąpie nawet. Nie ma tam nikogo. Siedzimy tam chyba z godzinę.

Potem tylko wrócić do głównej drogi i dalej przed siebie. Pędzimy, że hej! W Laongam kończy nam się benzyna – znów ładujemy do pełna – 35 tys. kip. Nie zatrzymujemy się, mijamy pędem kolejne wioseczki, plantacje i górskie widoki.

Dojeżdżamy do kolejnych wodospadów – jeden ogromny – widok z góry (nie zapisałam nazwy), nie ma biletów. Robi wrażenie, można stanąć na samym skraju. Od dołu można podjechać i wtedy trzeba zapłacić – my z tego rezygnujemy.

Szukamy kolejnego wodospadu – Tad Lo. Niechcący wcześniej skręcamy do Tad Lo Lodge. Tam spotykamy słonie!!! Jest to niezła miejscówka, nie dla biedaków. Ale my na bezczelna oglądamy wodospad – znów bez opłat. Opłaty są gdzieś indziej. Wracając do głównej drogi czeka nas skrót, który tez okazuje się dobrą drogą. Pełną widokówkowych widoków.

Pędzimy do Thateng, a następnie do Paksongu. Wokół plantacje kawy. Za pak songiem, który okazał się straszną dziurą (jedyna restauracja nie działa), kupujemy kawę. Do jedzenia muszą nam starczyć zakupione na targu w Thateng banany.

Pojawiają się kolejne drogowskazy na wodospady. Zaczynamy od Tad Yueang – bardzo klasyczny, piękny, ale dużo turystów – sztuczne platformy. Warto zobaczyć, choć to komercja. Płatny 5000/os + 3000 motor.
Ostatni wodospad to Ted Fane – widać go tylko z daleka. Znów wstęp płatny. Bardzo wysoki wodospad, ale bardzo daleko, więc nie robi wrażenia.

Teraz tylko pędzimy do Pakse. Mijamy plantacje herbaty i kawy – patrzymy jak suszą kawę. W Pakse jesteśmy o 17:40. Oddajemy motor, zabieramy plecaki z hotelu i o 19:30 już czekamy na nasz nocny autobus VIP do Vientiane.

12 listopada 2011 (sobota)


Pakse – Vientiane 19:30 11/11/11 – 6:00 (autobus nocny, 160 tys. kip/os.)
Vientiane – Luang Prabang 9:00 – 23:00 (autobus, 130 tys. kip/os.)

Nocny bus jest średnio komfortowy, ale ja daje radę. Gorzej ma Wojtek, który jest za długi.

O 6tej rano zostajemy wyrzuceni na dworcu w Vientiane. Nie wiemy co dalej, bo kolejny bus odjeżdża z dworca po przeciwnej stronie miasta. Powinien ktoś po nas przyjechać. Jest koleś, chce 20 tys. za przewóz, myślimy, że zostaliśmy oszukani. Z nami jest jeszcze dwójka Hiszpanów. W końcu facet chce 30 tys. i okazuje się, że on jest nie z tej firmy. Wysiadamy i postanawiamy czekać na właściwego pana. Mamy do niego Tel, Wojtek przez informację na dworcu do niego dzwoni. Wszystko się zgadza. Mamy czekać do o 7:40 po nas przyjedzie.

Przyjeżdża  exclusive minibus – to się nazywa komfort. Zbiera w Vientiane jeszcze ludzi z hoteli. Jedziemy na bus o 9:00. Okazuje się to VIPowski bus. Dostajemy wodę, ciasteczko…

Ruszamy. Autobus nie jedzie szybciej niż 40km/h – stąd tak długi przejazd: 8-10h. Droga jest malownicza… Góry… Przejeżdżamy przez  Vang Vien – piękna okolica.

Około 16tej zatrzymujemy się w knajpce (miejscowość Kasi) i okazuje się, że w cenie biletu jest jeszcze lancz. Odrywamy kupon od biletu i dostajemy ryż z dodatkami.

W tym czasie kierowca i jego pomocnicy zaczynają dłubać przy autobusie. Poszła „poduszka w układzie zawiedzenia” (cytat z Wojtka, ja bym tego nie wymyśliła) – naprawiają 2h, a my czekamy i się przypatrujemy sącząc Beer lao. Ruszamy i teraz to dopiero wolno jedziemy! Droga to same dziury, robi się ciemno.

Do Luang Prabang docieramy o 23ciej… Czekają trzy tuk-tuki, które żądają 20 tys. kipów za podwózkę do miasta…. Chora cena, ale nie mamy wyjścia. Wysadza nas na pustej ulicy, twierdząc, że tu jest centrum. Jesteśmy sceptyczni (z nami dwie Holenderki), ale po sprawdzeniu okazuje się, że to rzeczywiście centrum, tylko po prostu jest tak późno.

Znalezienie miejsca na nocleg nie jest łatwe. Wszędzie są pełni… Za którymś razem lądujemy w gasthausie za 60 tys./2 os pokój z łazienką. Zostajemy.

13 listopada 2011 (niedziela)


Luang Prabang

Zaczynamy dzień od próby podjęcia decyzji „co dalej”. Okazuje się, że przebijanie się lądem to 2 dni na łodzi i 2 dni autobusem – tyle czasu nie mamy. Samym autobusem może się udać w 3 dni, ale po naszych doświadczeniach wiemy, ze to ryzykowne. Jest autobus do Hanoi 22h. I samolot. Pytamy też o samolot, koszt najtaniej 145$, ale jak już się decydujemy, że kupujemy to okazuje się, że biletów brak.

Koło naszego gasthausu jest agencja i koleś mówi, że za 160$ i będzie miał być może bilety – mamy przyjść o 15tej. Czyli uznajemy, że los zdecyduje – będą bilety – kupujemy, mimo, ze to nie jest tania opcja. Jak ich nie będzie – próbujemy lądem w poszukiwaniu przyrody.

Idziemy zobaczyć świątynie, których jest prawdziwe mnóstwo w Luang Prabang. Wchodzimy do Watmaysouvankaphouvam, płacimy za wstęp, ale w końcu przy kolejnych się buntujemy, bo ile można płacić.

Ładny kompleks to Wat Wisunavat – po drugiej stronie góry – ze stupą w kształcie arbuza.

Na łażeniu po świątyniach i linczowaniu mija czas do 15tej. Idziemy sprawdzić co z biletami. Otóż na jutro nie ma, ale na pojutrze są… Krótka dyskusja i się decydujemy. Za to jutro zrobimy sobie wycieczkę na słoniu! Płacimy – bilety do odebrania jutro.

W międzyczasie obejrzeliśmy z zewnątrz Pałac Królewski – był zamknięty do zwiedzania na sjestę, ale się wbiliśmy. Chodzimy po agencjach ze słoniami i w końcu znajdujemy fajną opcję za 43$ - pół dnia ze słoniami (przejażdżka, nauka kierowania, karmienie i mycie) drugie pół dnia to spływ kajakami. Okazuje się, ze na kajaki i słonie też zapisała się dwójka Polaków – Ewa i Marcin J

Po tym wszystkim, dniu decyzji, dyskusji i decydowania co dalej pędzimy na górę na zachód słońca – wzgórze Phou Si ze świątynią Wat Tham Phou Si oraz odciskiem stopy Buddy. Na górze spotykamy wielu Polaków – okazuje się, że jakieś wycieczki z Polski są w tym czasie w Luang Prabang.

Wieczorem idziemy na Wight market. Zjadamy za 10 tys. tyle ile si zmieści na talerzu – mnie to nie smakuje. Kupujemy pamiątki – Wojtek koszulkę (15 tys.). A ja tenisówki za 80 tys. Łapie mnie przeziębienie i wracamy wcześnie, padam o 21szej.

14 listopada 2011 (poniedziałek)


Luang Prabang

Dziś wycieczka na słonie! Wpierw śniadanie na markecie. Bagietka z kurczakiem 10tys. , shake 5 tys., kawa 7 tys. Wymieniamy pieniądze na poczcie – najlepszy kurs.

O 9tej jesteśmy pod biurem. Czekamy na kogoś, ale okazuje się, że ten ktoś jest, tylko się doliczyć nie mogli.

Jedziemy do wioski słoni, nasz przewodnik jest dość specyficzny, stara się być wesoły, żartobliwy, ale trochę działa na nerwy. Do wioski słoni trzeba przepłynąć łódką na drugi brzeg. Tam już czekają słonie! Wsiadamy! Każdy ma okazję poprowadzić (siedząc na szyi). Komenda „do przodu” to „Bai!”. Czasem działa. Słonie trochę leniwe są. Po przejażdżce można kupić banany za 5tys. kip – my karmimy swojego słonia free bananami z gesthausu, hehehehe. Ale największa frajda przed nami! Kąpiel ze słoniem. Widzimy pierwszych, którzy wchodzą – wszyscy pospadali! Słoń chowa głowę pod wodę i macha nią na boki. Jak już siedzimy, widzimy jak trudno się utrzymać. Cały słoń jest pod wodą! Trzeba się trzymać nogami i za uszy i idzie się pod wodę! Szał! Ale trochę strach. Warto było całą wycieczkę dla tej zabawy wykupić.

Po słoniach czekają nas kajaki. Nasz przewodnik nie umie pływać na kajaku! Rzeka jest prosta, leniuchujemy i powoli spływamy. Pod koniec jest trochę bystrzy, ale bez strachu. Płynęliśmy ze 3h. Najpierw zaraz po słoniach podpływamy do wodospadu Tad See – jest niesamowity, bajkowe kaskady – relaksujemy się tam przed dalszym kajakowaniem (te 3h o których wcześniej pisałam).

Po powrocie odebraliśmy bilety i poszliśmy na nocny targ na kolację. Ja uderzyłam w grillowaną rybę za 20tys. –bardzo smaczna. Nie zapchałam się, a najadłam. I tak kończymy dzień. Kupując jeszcze kolczyki z buddą za 25 tys. kip.

15 listopada 2011 (wtorek)


Luang Prabang (LPQ) – Hanoi (HAN) 16:45 – 18:15 samolot (opóźnienie 30 min.)

Rano Wojtek wstaje na mnichów, którzy o świcie zbierają jałmużnę – ja zostaję z moim przeziębieniem w łóżku (co mi się później opłaci). Wstajemy późno. Idziemy na bagietki po 10 tys. i wylosowujemy się z hotelu o 12tej. Pick up na lotnisko mamy o 14:30.

Zostawiamy bagaże w biurze od biletów i idziemy zobaczyć najcenniejszą świątynię na końcu półwyspu – pochodzi z XVI w. i nie została zniszczona – Wat Xienh Thong wstęp 20 tys. – wydajemy totalną resztkę kipów. Świątynie (bo to cały kompleks) robią wrażenie. Jest drzewo życia, wielki powóz na urny z siedmioma nagas, kilka stup – złote, tęczowa oraz dawne biblioteki.

Wracając stamtąd mijamy kolejne świątynie – niektórych nawet nie ma opisanych w przewodniku.

O 14:30 samochodem zostajemy zawiezieni na lotnisko. Samolot odlatuje wg rozpiski o 16:45, więc spędzimy tam trochę czasu – okazuje się ,że tym samym lotem leci wielka grupa polaków, hehehe, z jakiegoś biura podróży. Samolot ma opóźnienie pół godziny. W Hanoi jesteśmy o 18:15. Przelot ok., nawet kanapki dali.

W Hanoi próbujemy się dowiedzieć o transport na dworzec kolejowy – ale wszystkie „informacje turystyczne” to agencje próbujące nam sprzedać swoje usługi (na pewno nie powiedzą o publicznych autobusach).

Biorę z bankomatu 4 mln dongów (znów jesteśmy milionerami!) /20 tys. prowizja. Idziemy do busików – opłata do cetrum 2$ (40 tys.). Oczywiście za podwózkę do dworca kolejowego chcą dużo więcej (a ich przystanek w centrum to blisko, więc ich olewamy). Ale pyta się Wojtek Wietnamki, która z nami jedzie gdzie wysiąść i ona mówi kierowcy, że chcemy na dworzec. Oczywiście po wysiadce na dworcu facet chce od nas extra kasę. Robi się awantura krótka, bo wypakowujemy rzeczy i go olewamy – my z nim nie uzgadnialiśmy podwózki do dworca. W sumie płacimy 100 tys./2 os. , bo nie wydał nam reszty. Czas przejazdu 1h.

Idziemy na dworzec, a tam niezły cyrk. Panie w okienkach olewają na maksa klientów (np. idą się czesać J. Kasjerka twierdzi, że pozostały tylko miejsca w pociągu o najwyższej cenie i są to zwroty, więc nie ma ceny na bilecie. Ściema, bierze kasę do kieszeni. Tylko co my mamy zrobić… pociąg za 45 min…

Kupujemy za 420 tys./os z Klimą soft Steep do La Cai. Pociąg jest lekko obskurny, przedział też. Gdy ruszamy konduktor na lewo dokoptowuje nam dwójkę Wietnamczyków. Pociąg rzeczywiście pełny. Jest prąd i jak się bardzo postara to i wrzątek. Zawijamy się i idziemy spać, w La Cai mamy być o 6 rano, a potem Sa Pa. Wojtek się wysypia, a ja wcale L

16 listopada 2011 (środa)


Hanoi – La Cai  21:50 – 6:00 (pociąg, 420 tys/os)
La Cai – Sa Pa  6:30 – 7:15 (busik, 100tys./2os.)

Przyjeżdżamy punktualnie. Po wyjściu czeka tłum bursiarzy do Sa Py – najpierw chcą 100 tys. od osoby (!!!), ale szybko schodzą za 100 tys. za 2 osoby (choć cena to 40 tys./os.). Po 45 min jesteśmy. Lokujemy się w hotelu przed którym zaparkowaliśmy – cena za pokój 8$, duży taras z widokiem na góry, duży pokój, łazienka. Jest ok.

W tym samym hotelu można załatwić wycieczkę dwudniową na Fan Si Pan – koszt około 60-70 $ (bez tragarza) od osoby. Decydujemy się, że to jutro, dziś robimy spacer po wioskach.

Idziemy na śniadanie, pytamy w agencjach o ceny trekkingu. Nasza oferta w hotelu należy do tańszych, więc tak to załatwiamy. Nie chcemy wracać tą samą drogą, to trochę podnosi cenę – w sumie płacimy 67$. Dowiadujemy się też, że jest z Sa Pa bezpośredni autobus do Hanoi (nocny) koszt 300 tys. (15$)/os. Też się zdecydujemy.

Łazimy chwilę po Sa Pie, bardzo turystyczne miejsce. Wiele kobiet z okolicznych tradycyjnych społeczności poprzebieranych w tradycyjne stroje. Uczepiają się i chcą coś sprzedać. Wojtka zagaduje dziewczynka, że oprowadzi nas po wioskach, cena za dzień 10$ (200 tys.). To ok., będzie łatwiej trafić. Wstęp do wiosek 40 tys./os. Jest 11ta i ruszamy na wędrówkę.

Pierwsza wioska to Lao Chai – tłum turystów je lancz… Niezbyt przyjazne miejsce. Odwiedzamy szkołę. Trochę takie ludzkie zoo… Idziemy dalej do kolejnej wioski Ta Van. Potem dalej aż do głazów na których teoretycznie są starożytne rzeźbienia. Coś jest, ale nic o tym nie wiemy.

Schodzimy w dół doliny, aż do rzeki i z przyjemnością moczę nogi…J To zdecydowanie fajniejsze niż to całe zwiedzanie wiosek. Następnie nasza przewodniczka prowadzi nas wzdłuż rzeki do wioski Can May. Jest już gdzieś 16ta – oglądamy wodospad i decydujemy się wracać. Żegnamy naszą małą przewodniczkę Lee – to był bardzo dobry pomysł. Jest miła, nienarzucająca się, pokazała nam trochę dolinę bez dodatkowej cepeli, której już wystarczająco jest. Dostajemy od niej bransoletki zrobione przez dzieciaki.

Do Sa Py jest 10 km drogą… Pytamy o cenę za podwózkę motorem – 40 tys./os. Za dużo, idziemy piechotą. Droga jest dość przyjemna, ale jesteśmy zmęczeni. Wojtek po jakimś czasie macha na stopa i mamy darmową podwózkę do Sa Py jeepem. Super!

Głodni jak wilcy postanawiamy iść do lepszej restauracji – ale to wcale nie okazało się lepszym trafem. Ja zjadłam dwa obiady (sajgonki to dla mnie mało!). Idziemy jeszcze na spacer po Sa Pie, pytając o ceny biletów autobusowych i pociągowych w agencjach…. Okazuje się, że nasz bilet za 420tys. soft-sleep to i tak był niezły biznes – w agencji trzeba ok. 500 tys. zapłacić za hard-sleep!!!! Autobus wszędzie kosztuje 15$ czasem 16$.

W Sa Pie można zrobić zakupy sprzętu turystycznego a’la Katmandu.

Wracamy do hotelu, jest 20ta i lądujemy w łóżkach! Hehehe. Jutro pobudka na 8mą to się wyśpimy.
Wojtek cierpi niezmiennie, bo obtarł lub obił gdzieś sobie nogę i nie przemył – teraz spuchło i b. boli. To wreszcie przemył.

17 listopada 2011 (czwartek)


Sa Pa – trekking Fansipan (dzień I)
Przełęcz godz.9:00  – camp I [2200m]  godz. 10:40 (1h40min.)
camp I godz.11:40 – camp II (nocleg) [2800m] godz. 14:00  (2h20min.)

Rano zjadamy śniadanie  w hotelu i o 8ej jesteśmy gotowi na trekking. Kupujemy bilety na autobus do Hanoi. Część bagaży zostawiamy w hotelu, żeby nie iść z całością. Okazuje się, że na trekking idziemy tylko my + przewodnik + kucharz. Jedziemy busem do przełęczy – stąd już nie tak daleko.

Zastanawiamy się, czy istnieją rzeczywiście pozwolenia za które płaciliśmy – nikt nic nie sprawdza. Potem widzimy informacje parkowe, że takie pozwolenia trzeba mieć. Ale kto wie czy oni to załatwiają, jak nikt nie sprawdza.

Ruszamy o 9:00 i już o 10:40 jesteśmy na pierwszym campie na lancz… Trochę ściema z tymi dwoma dniami trekkingu… jest słonecznie. Zjadamy lancz i ruszamy dalej. Droga do drugiego campu jest dość uciążliwa. Cały czas (praktycznie) bardzo stromo w górę, ale tak jak po schodach (kamienie). Po pewnym czasie race siłę w nogach, nie daję rady się tak ciągle podciągać.

Idziemy naprawdę wolno. Jest trochę widoków, ale bez szału. Ciekawe, że idzie się rzeczywiście przez tropikalny las, wyżej las bambusowy.

Spotykamy bawoły i kupy bawołów. Bawoły są przez ludzi puszczane w góry, żeby się wyżywiły – zabierają je na zimę.

Czasem mijają nas ludzie schodzący z góry. Jedna grupa mówi, że spała na samym szczycie i to jest super opcja. Ale musieli sporo zapłacić, żeby przekonać do tego przewodnika.

Około 14tej jesteśmy już na drugim campie, gdzie mamy nocować…. Pogoda się psuje – szczyt jest cały w chmurach, więc nie ma sensu uderzać na szczyt (około 2h w górę, 1h w dół).

Jest zimno. Camp jest obrzydliwy – brudny zapyziały.

Gdy czekamy na obiad złażą się kolejni tragarze zapowiadając kolejne grupy… Jedna grupa tragarzy rozbija namioty – mimo, że namioty są w marnym stanie idzie im znacznie sprawniej niż niektórym Polakom… hehehehe

Obiad dostajemy supernowy! Przepyszny! Ziemniaki z czosnkiem – bomba! Naprawdę! Super choć może po dniu łażenia wszystko super smakuje. Ale naprawdę ekstra!

Do obozu zeszły się dwie duże grupy – Wietnamczyków i Francuzów. Robi się tłoczno.  O zmierzchu wszyscy powoli kładą się spać… Jeszcze się nie położyłam, a obok Francuz daje taki popis koncertowy chrapania – ciekawe co dalejJ W obozie jest toaleta i nawet prysznic – to chyba jedyny murowany budynek. My śpimy w blaszanej wiacie razem ze wszystkimi.

18 listopada 2011 (piątek)


Sa Pa – trekking Fansipan (dzień II)
camp II [2800m]7:00  – Fansipan [3143 m] 9:00 (2h)
Fansipan [3143 m] 9:15  - camp II [2800m] 10:30 (1h15min)
camp II [2800m] 12:00   - przełęcz 16:15 (4h 15 min.)

Nie była to najlepiej przespana noc, ale nie było zimno. Tylko wiatr duży.

Wstajemy o 6tej, na śniadanie dostajemy naleśniki. Około 7 rano uderzamy na szczyt. Bierzemy plecaki, żeby nie iść na lekko ;) pod górę idzie się około 2h. Na szczęście w nocy wiatr przewiał chmury. Prawie nieżywa, ale wychodzę na szczyt. Dochodzimy tam pierwsi! Szczyt zdobyty 3142 m n. p. m.! Fan Si Pan – widok obłędny na wszystkie strony.

Schodzimy powrotem do obozu w którym spaliśmy. Tam dostajemy lancz (czekamy na niego ponad godzinę). W tym czasie para Belgów, która zeszła po nas zdążyła zjeść i wyjść, a my wciąż czekamy. Po lanczu przewodnik nam mówi, że nie mamy dość czasu, żeby zejść inną drogą i jak chcemy zdążyć na autobus do Hanoi to musimy iść tą samą! Bezczelność! Mając na uwadze opóźnienie lanczu! Zostaliśmy zrobieni! No nic, nie chcemy ryzykować niezdążeniem na busa (jak się uprzemy, to tak nas poprowadzi, ze się spóźnimy).

Droga w dół jest ciężka, nie idzie wcale szybciej niż w górę. Mijamy dziesiątki Wietnamczyków idących pod górę… Dzisiejszej nocy na górze będzie naprawdę tłok! Może dlatego, ze weekend…

Na dole jesteśmy o 16:15. Ruszyliśmy z góry około 12tej, a ja jestem bardzo zmęczona. Nogi bolą nieźle po schodzeniu tymi „schodami”. Nie wiem co lepsze wchodzenie czy schodzenie. Z przełęczy busik zawozi nas do hotelu, gdzie bierzemy prysznic, przepakowujemy się i jemy kolację. Nie udaje nam się odzyskać dodatkowej opłaty za przejście tą samą drogą dół, a nie tak jak się umawialiśmy.

O 18tej jesteśmy już w sleeping busie do Hanoi. Bardzo komfortowy. Po takim dniu uderzam w kimę bardzo szybko.

19 listopada 2011 (sobota)


Sa Pa – Hanoi 18:00 18/11/11 – 5:00 (autobus nocny, 300 tys.VND)
Hanoi – Bai Chai 6:30 – 10:30 (autobus, 90 tys. VND)
Bai Chai – Halong City  5 km, motor 25 tys./os
Zatoka Ha Long – rejs (55$/os) 12:30 19/11/11 – 11:00 20/11/11

O 5 rano lądujemy w Hanoi na dworcu Long Bien. Chcemy jechać busem do Halong City, ale oferują nam tylko do Bai Chai… podobno to jest to samo… Z nami są jeszcze dwie dziewczyny – chyba Niemki. Bilet kosztuje 90 tys./os i podróż trwa 4h. Mamy startować o 6tej, ale w sumie wychodzi 6:30. O 10:30 zostajemy wyrzuceni na zjeździe z autostrady. Stąd 5 km do centrum Halong City. Oczywiście czekają motory. Chcą 50 tys./os. Stargujemy do 25tys.

W mieście obchodzimy agencje turystyczne. Ceny koszmarne za rejs 2dni/1noc. Trafiamy na kolesia z którym stargujemy do 55$/os. Robi się późno, bo łódki wyjeżdżają o 12:00-12:30. Szybkie zakupy w supermarkecie (piwo podobno jest drogie na statku). Facet twierdzi, że możemy wnieść własne….

Jedziemy do portu – tam  dość duże zamieszanie. Nic nie wiemy, mamy czekać, zabierają nam paszporty… W końcu udaje się! Idziemy na łódkę, paszporty oddali J

Łódka bardzo spoko. Nawet lekko ekskluzywna (porównując z trekkingiem, hehehe). Dostajemy lancz – głównie owoce morza – wypas.

Okazuje się, że nie można pić własnych napoi, Ew. trzeba dopłacić 10 tys. VND. Więc musimy się z naszym piwem ki trać, jak w liceum J

Osób jest 18, czyli niepełna łódka – kabinę mamy git z wielkim (jak na kabinę) oknem.

Nasz przewodnik-opiekun przedstawia plan dnia. Trochę płyniemy, potem zwiedzamy jaskinię, następnie kajaki. Zatoka Halong nie robi dobrego wrażenia. Jest zatrzęsienie łódek i ludzi – ogromne! Powietrze nie jest przejrzyste, więc widoki tez nie są rewelacyjne.

Jaskinia – też bez rewelacji. Jest taki tłum, dzikie kolejki – przytłaczające. Nasz przewodnik opowiada o zwierzątkach, które widzi w formacjach skalnych…. Jakby do dzieci mówił chyba….

Następnie kajaki – udało nam się trochę uciec od tłumu – przez chwile byliśmy sami!!!! Zatoka w takich warunkach mogłaby robić wrażenie. Wracamy na łódkę, tak kolacja, a potem impreza. Najpierw byliśmy zaparkowani okno w okno z inną łódką – masakra. Wojtek robi małą awanturę i łódki się rozpływają.
Wieczorem zaczyna się karaoke… nie trwa długo, bo przewodnik wypił za dużo piwa…heheheh

W nocy dopada Wojtasa sraczka – no i go nie żałuję, bo nie mył rąk J

20 listopada 2011 (niedziela)


Zatoka Ha Long – rejs (55$/os) 12:30 19/11/11 – 11:00 20/11/11
Zatoka Ha Long – Hanoi – bus, 3h

Po wielu pobudkach w nocy (kursy Wojtasa do toalety) wstajemy koło 7mej. Niektórzy już pływają w wodzie wokół statku – też próbuję, ale woda brudna i śmierdząca. Niektórzy skaczą do wody z okien kajut.
Ci, którzy wykupili wycieczkę 2noce/3 dni – muszą o 7:30 się wymeldować i po śniadaniu odjechać na inną łódkę… Ciekawe czy wcześniej wiedzieli, bo ja bym się zirytowała… Reszta ludzi ma się wymeldować z pokoi o 8:30

W tym czasie płyniemy, aż dopływamy do jaskiń, gdzie kręcono podobno znany film „Indochiny”. Ta wycieczka nie jest wliczona, trzeba ekstra zapłacić 100 tys./os i jesteśmy wiezieni łódeczką (na wiosła). Po zwiedzaniu Wojtek się dowiaduje, że za 100 tys. można wynająć kajak i to jest lepsza opcja – ale nam nikt o tym nie mówi. Miło tak popływać, ale bez rewelacji. Około 11tej dopływamy do portu. Tam mamy jeszcze lancz i wsadzają nas do malutkiego busa, który wiezie nas do Hanoi. Jedziemy chyba ponad 3h.

Wysiadamy w Hanoi w Old Quater i zaczynamy szukać hotelu. Ceny to głównie 20USD/2os. Ale po chwili znajdujemy za 15$/2os ze śniadaniem. Jest ok. Duży pokój, łazienka, wc. Po zameldowaniu idziemy na miasto.

Stara dzielnica jest bardzo turystyczna, ale też przyjazna. Lądujemy w bardzo fajnej knajpce z dobrym jedzeniem (pyszny Bun z wołowiną) i tanim piwem (14 tys. VND). Potem znajdujemy miejsce w którym można się napić lokalnego browaru (za 5 tys VND). Siedzi się na ulicy na plastikowych taboretach. Niezły klimat.

Gdy wracamy do hotelu – tam awantura. Para zapłaciła za 2 noce z góry i chce się wyprowadzić po jednej nocy, a babeczka nie chce im oddać kasy. Awantura, że hej! Babka jest naprawdę bezczelna. Jesteśmy ciekawi, czy nas też będzie chciała jakoś zrobić – zobaczymy. Potwierdza się nam, że jak Wietnamczycy już zobaczą pieniądze… szkoda gadać.

21 listopada 2011 (poniedziałek)

Śniadanie, mimo naszych podejrzeń, ze jest ściemą, dostaliśmy. Znów przyszła ta para się awanturować. My się pakujemy już na podróż, zostawiamy bagaże i idziemy zwiedzać.

Wpierw dowiadujemy się o minibusy na lotnisko. Ostatni podobno o 19tej. Koszt 40 tys. lub 2 $. Taksówka z hotelu 12$ (z postoju koło minibusów taksówka nawet na 10$). Wymieniamy pieniądze – nie jest łatwo – w jednym banku twierdzą, że dolary są stare… paranoja. Ale udaje się…

Idziemy na piechotę, najpierw do Świątyni Literatury  ( Quoc Tu Gian), tez pierwszego uniwersytetu w Wietnamie, wstęp 10 tys. VND. Warto zobaczyć, choć całość jest odbudowana i jest zdecydowanie bardziej chińska niż wietnamska. Tak się wydaje. Niektóre pozostałości powinny mieć 1000 lat (bęben), ale czy to prawda…. Są tez stele doktorów wykształconych na tym uniwersytecie.

Następnie idziemy szukać wraku bombowca B-52 – bez sukcesu. Łazimy tylko po syfiastych podwórkach i jeziorkach.

Docieramy do Muzeum Ho Chi Minha – nie wchodzimy. Oglądamy z zewnątrz Pagodę na Jednej Kolumnie – tez odbudowaną, replika oryginalnej. Potem oglądamy z zewnątrz Mauzoleum Ho Chi Minha (zamknięte, zwłoki są pewnie na przeglądzie (konserwacji) w Rosji). Nie można nawet blisko podejść. Wszędzie strażnicy. Następnie idąc w stronę jeziora Zachodniego mijamy jeszcze rezydencję Ho Chi Minha.

Jezioro Zachodnie jest ogromne. Szukamy pagody Tran Quoc – podobno najstarsza w Wietnamie. Niestety jest remont i nie ma wstępu. Drugiej pagody nad jeziorem – Quan Thanh nie znajdujemy – jest w tym miejscu wielka knajpa, gdzie wg mapy powinna być…. Tyle ze zwiedzania Hanoi – nie powala.

Wracamy na Old Quater, gdzie uderzamy w wielki lancz w tej samej knajpce, co dzień wcześniej. Biorę Bun z wieprzowiną – to nie ta sama jakość co z wołowiną niestety.

Potem ruszamy wydawać pieniądze J na pamiątki. Kupuję herbatę (40tys.), kubek do parzenia kawy (ok. 5$), wiszące czapeczki (20 tys.). Ogólnie wszędzie chińszczyzna. Wojtek kupuje bambusowe miseczki – ja w końcu się nie decyduję. Gdy się ściemnia, wypijamy piwko nad jeziorem Hoan Kiem (na środku oświetlona pagoda).O 18tej zbieramy się, idziemy do hotelu, zabieramy rzeczy i idziemy na postój minibusów. 

To była chyba dobra opcja pójść wcześniej. Bus odjeżdża o 18:40 i b. szybko nie ma miejsc, jesteśmy ściśnięci jak sardynki. Jakbyśmy przyszli na 19tą, to na pewno tego busa już by nie było, czy był w planie kolejny – nie wiemy.

Przed 20tą jesteśmy na lotnisku. Nasz samolot okazuje się wylatuje jeszcze później – 23:45. Przepakowujemy się, przebieramy. W tym czasie poznajemy parę z Polski: Rafała i Maję, którzy opowiadają o swoich doświadczeniach w podróżowaniu po Wietnamie. Dużo widzieli, niestety pogoda im nie dopisała.

Jak zaczyna się check in to jest to kompletna porażka organizacyjna. Stoimy chyba z godzinę w kolejce do check-inu, potem w kolejce do migration, potem do security control. A następnie do wejścia do samolotu. W efekcie ani przez chwilę nie ma luzu, żeby usiąść, a trwa to chyba dobrze ponad 2h.

22 listopada 2011 (wtorek)


Hanoi (HAN) -  Frankfurt (FRA)  godz. 23:05 [21/11/2011] -  6:00 [22/11/2011]
Frankfurt (FRA)  - Warszawa (WAW) godz. 9:15 - 11:00 [22/11/2011]



poniedziałek, 9 maja 2011

Izrael


Wycieczka, wczasy, totalny nokaut kultury i historii

Motto:
„W kraju gdzie świętują długo i zdecydowanie, a pochodzi z Polski nie jeden”
więcej zdjęć



Kursy walut (orientacyjnie)
1 USD = 3,41 ILS  
1 PLN = 1,26 ILS
1 ILS = 0,29 USD = 0,80 PLN

23 kwietnia 2011 (sobota)


Przelot:
Warszawa (WAW)  - Praga (PRG)  godz. 14:25 - 15:55
Praga (PRG)  – Tel Aviv (TLV) godz. 23:55 - 4:35
Wylot o 14:25. Doładowujemy do naszego plecaka stosy prezentów dla naszych przyszłych gospodarzy.
Lecimy malutkim samolotem, w którym mamy miejsca przeciwne do kierunku jazdy i patrzymy całą drogę wszystkim pasażerom głęboko w oczy.

W Pradze mamy czas, więc jedziemy do centrum. Bagaże nadałyśmy do Tel Avivu. Sprawnie jedziemy autobusem do stacji „Dejvicka”, a potem metrem).

Robimy spacer po zamku i schodzimy na most Karola. Jest tłum, a pogoda piękna. Na mieście urzekają mnie kolczyki kotki i oczywiście robię pierwszy zakup (5€). Oglądamy wystąpienie zegara i ruszamy szukać dobrej włoskiej knajpy i oczywiście błądzimy w ulicach. W końcu Monia sobie przypomina, że ten sam właściciel ma brazylijską knajpę, pytamy o nią, idziemy i w niej pytamy o włoską J hehehe i tak trafiamy! Rzeczywiście pyszne żarcie (Ristorante Pasta Fresca, ul. Celetna 11), które nas nokautuje.

Potem już wracamy na lotnisko. Jesteśmy tak zmęczone, że ledwo doczekujemy otwarcia bramek – w samolocie kima do nieprzytomności.

24 kwietnia 2011 (niedziela)


Tel Aviv   - Jerozolima  5:00 – 8:00 -  autobus, w tym 1h przerwy, cena 23 ILS

Budzimy się tuż przed lądowaniem (4:30 rano).Nieprzytomne. Czeka nas przejście przez granice… Kompletna abstrakcja… Najpierw zatrzymuje nas pani z ochrony i pyta co i jak (powód pobytu, gdzie jedziemy itp. Kilka pytań). Potem idziemy do znudzonej celniczki, która wbija nam zezwolenie na pobyt na 3 miesiące. Nie wypełniamy żadnego formularza… A tyle strachu było….

Idziemy do taxi, ale taxi prywatne kosztuje 300 szekli (do Jerozolimy), van (shuttle bus) kosztuje 53 szekle/os/17 USD). Idziemy na autobus. Taniej i dłużej, więc nie będziemy czekać pod hotelem. Najpierw bus #5 bierze nas za darmo do skrzyżowania (sprzedaje bilet do Jerozolimy 23 szekle/os). Na wielkim skrzyżowaniu czekamy z godzinę, aż przyjeżdża kolejny bus już do Jerozolimy. Jest dośc zimno, a my nieprzygotowane.  W busie klima na 100%, budzimy się na miejscu.

Tam próbujemy trafić do naszego hotelu, ale każdy nam mówi, ze taka ulica to jest w Tel Avivie. Mamy chwilę zwątpienia, ale znajdujemy. Jest to przemiłe, swojskie miejsce, pan tez jest bardzo otwarty i uczynny (Allenby #2 B&B and Holiday Apartments, Tel. 972 52 2578493  Fax 972  2 5344113, Address: 2 Allenby Square Rommema Jerusalem, http://www.bnb.co.il/allenby ).

Nasz domek (szopa) jest już wolny. Dowiadujemy się, że jutro jest jakieś super święto i nic nie chodzi (autobusy miejskie, sklepy). Musimy iść się dziś zaopatrzyć. Idziemy w kimę na kolejne 2h. Budzimy się ok. 10:30.

Regulujemy rachunki za nocleg i ruszamy w kierunku starego miasta. Po drodze zahaczamy o bazar, gdzie kupujemy owoce (tanio!) – melon + pomarańcze 6 szekli.

Stare miasto jest ok. 30 min spaceru ulicą Jaffa. Wchodzimy bramą Jaffa i zbieramy materiały z IT (koło bramy).

Jest dziki tłum, nasz cel to Bazylika  Św. Grobu. Dajemy rade ją znaleźć. Tam tez dziki tłum. Aby wejść do grobu dzieją się dantejskie sceny – ścisk, bałagan – Monia rezygnuje. Ja znoszę 1,5h ścisku i na 5 sek. Wchodzę do środka. B. malutki ołtarz. Cała bazylika robi wrażenie, jest Kamień Namaszczenia, Golgota i wiele kaplic (wszystkie wyznania chrześcijańskie mają swoją). Opiekę nad świątynią mają muzułmanie. Kościół sprawia wrażenie miasta, wielopoziomowego, groty, schody – wszystko przez jego historię. B. warto zobaczyć.

Spotykamy panią mówiącą po polsku, ma polskie korzenie (co nie powinno dziwić J , właściciel naszego hotelu też). Pani jest mega serdeczna, zakochana w Polsce, choć jej dziadkowie emigrowali w 1932 r.

Idziemy potem uliczkami, już bez celu, kierując się w stronę Lion’s Gate – brama wychodząca na drogę do Góry Oliwnej. Po drodze widzimy stare kościoły (rzymskie budowle), miejsce urodzenia Maryi, ale też cmentarz muzułmański (nie jest zaznaczony na żydowskich mapkach z IT!!!!).

Ruszamy na górę, wcześniej odwiedzając Ogrójec oraz bazylikę Agonii (ładna). Idziemy główną drogą, bo zostałyśmy ostrzeżone, żeby lepiej nie łazić dróżkami między oliwkami. Na górze są budynki, kościoły, nie widać starego miasta. Dopiero schodząc, koło cmentarza żydowskiego. Cmentarz żydowski robi wrażenie przerażające , jak kamieniołom. Żeby być pochowanym w tym miejscu trzeba spełnić trzy warunki: być baaaaaardzo bogatym, być Żydem i być martwym :) Ci którzy tu leżą podobno pierwsi zmartwychwstaną:))
Na dole wchodzimy do kościoła Grobu Św. Marii. To kościół religii chrześcijańskich wschodnich i muzułmanów - kościół wspólny dla kościoła grecko- katolickiego, ormiańskiego, koptyjskiego, syryjskiego oraz dla muzułmanów (jest tu mihrab, między chrześcijańskimi kapliczkami:) ... piękny przykład dla wszystkich! bardzo stary, głęboko w ziemi – długie schody kamienne i dziesiątki, setki wiszących lamp. Są kaplice oraz miejsce do modlitwy dla muzułmanów (mihrab).

Idziemy powoli (mnie już masakrycznie bolą nogi). Z góry oglądamy starożytne grobowce (grób proroka Zachariasza, grób Absaloma (Yad Avshalom) zm. przed 970 p.n.e. – postać biblijna, syn izraelskiego króla Dawida). Potem marszem do bramy Jaffa. Wracam padnięta. Takiej aktywnej Wielkiej Niedzieli dawno nie miałam!

Wieczorem dostajemy zaproszenie od mieszkającej tu 78letniej kanadyjki na uroczystości związane z zakończeniem Święta Paschy.

25 kwietnia 2011 (poniedziałek)


Jerozolima 

Nie udaje nam się wstać na wyjście do synagogi (wczorajsze zaproszenie). Śniadanie jest wypas.

Idziemy na darmową wycieczkę – oprowadzanie po Starym Mieście Jerozolimy. Super pomysł. Zaczyna się o 11tej i trwa ok. 3h. Dostajemy dużą dawkę historii i wiedzy o religiach. Zwiedzamy część ormiańską (najmniejszą, oddzieloną dodatkowym murem od innych). Jest tu miejsce Ostatniej Wieczerzy, ale nie do końca prawdziwe.

Potem maszerujemy do dzielnicy żydowskiej, którą zwiedzamy dość dokładnie. Także pozostałości z czasów Bizancjum. Włazimy na dach i oglądamy Jerozolimę od góry – wszystkie domy są połączone dachami… A pod naszymi nogami tętni życie – bazary.

Idziemy też do Ściany Płaczu i wysłuchujemy jak dokładnie stała świątynia (jedyne święte miejsce Żydów). Wzgórze Świątynne jest tak zabudowane, że nie widać, że to wzgórze J

Miejsce raczej nie robi takiego wrażenia, jakiego się spodziewałam. Dość komercyjne. Dużo zwiedzających, ale nie można robić zdjęć, ponieważ jest święto.

Potem przebiegamy przez dzielnicę muzułmańską, a chrześcijańskiej praktycznie nie widzimy (oprócz Bazyliki). Ale dla nas to ok., bo widziałyśmy wczoraj.

Po wycieczce idziemy na wzgórze Syjonu – oglądamy kościół Zaśnięcia NMP – robi wrażenie, choć jest nowy. Potem inne miejsce Ostatniej Wieczerzy (podobno bardziej prawdziwe) i Zesłania Ducha Świętego oraz grób króla Davida.

Duża dawka zabytków. Wracamy do hotelu, gdyż mamy się spotkać ze znajomymi  Moni z Tel Avivu, tez mają polskie korzenie (chyba z Hrubieszowa…).

Przyjeżdżają i facet ma mega ADHD. Jest bardzo amerykański, nawet męczący, trochę bezczelny. Ona cudna, bo nie zna tak dobrze angielskiego.

Idziemy do ogrodu różanego i oglądamy Parlament Kneset. Następnie zwiedzamy ekskluzywny hotel, gdzie nas wpuszczają, bo Mati kogoś zna. Mati opowiada dla kogo to nie grał i nie śpiewał (są muzykami). Potem oglądamy hotel YMCA (gdzie nam poleca nocleg – 165USD/os). Jest niezadowolony z naszego hotelu, że to dziadostwo chyba.

Oglądając panoramę na stare miasto w restauracji poznajemy rodzinę o polskich korzeniach, wielopokoleniową, prababka pochodziła z Żarek. Po raz kolejny spotykamy się z serdecznością obcych ludzi, którzy nas zaczepiają, bo jesteśmy z Polski, a i oni mają polskie korzenie. Opowiadają jak wybrali się do Polski całą rodziną, żeby zobaczyć okolice, skąd pochodzi ich prababka.

Następnie powrót do hotelu – trochę dyskusji z Matim, który chce nas zawieść do barów. Po drodze pokazuje nam Basen Sułtana – teraz wykorzystywany jako teatr na powietrzu. Był to naturalny basen – dajna rzecz.

Wracamy i spotykamy współmieszkańców z Żubrówką J Niezła rodzina Holendrów: matka katoliczka, córka z chłopakiem – buddyści, syn ortodoksyjny Żyd. Dużo śmiechu.

26 kwietnia 2011 (wtorek)


Jerozolima 

Dzisiaj plan to dzień relaksu J Po śniadaniu spędzamy czas pod prysznicem czyszcząc włosy, heheh. Następnie idziemy na dworzec, by dowiedzieć się o połączenia na jutro. Panie z informacji nie są zbyt uczynne. Okazuje się, że nie ma opcji dojazdu do Cezarei… Możemy jedynie do Hajfy. Albo (ale to z plecakami – odpada przez operacje Moni) dojechać do miasteczka Or Aqiva i zrobić 6 km spacer. Nie ma możliwości zostawienia bagażu, ze względów bezpieczeństwa. Marnie. Pozostaje nam zrobienie Cezarei z Hajfy… Brakuje nam dni przez to…

Chcemy wybrać się na zwiedzanie tuneli pod Ścianą Płaczu (The Kotel Tunnels) http://english.thekotel.org/VisitorInfo.asp?id=1 – ale wszystko trzeba rezerwować kartą kredytową 2 miesiące wcześniej – paranoja…

Idziemy na stare miasto i przypadkiem trafiamy na zwiedzanie Wzgórza Świątynnego dla niemuzułmanów – tylko 13:30-14:30. Przy wejściu emigrant z Etiopii rozpoznaje nasze chusty J Wzgórze jest ogromne, daje wyobrażenie, jak to ogromy obszar… Niestety do meczetów nie można wejść – Kopuła na Skale.

Udaje nam się całkiem przypadkiem kupić bilety na zwiedzanie tunelów! (zostały 2 bilety) na 17:10. Koszt 30 szekli/os. Myślę, ze pojedyncze osoby zawsze mają szansę dokoptować się do grupy.

Potem ruszamy na bazar, po jakieś zakupy, ale wszędzie straszny dewocjonalny kicz. Monia kupuje krzyżyk, ja różaniec i koniec.

Zwiedzanie tuneli to super opcja! Wreszcie widzimy jak to wszystko wyglądało za czasów Świątyni, 2000 lat temu. Idziemy pod ziemią wzdłuż Muru Zachodniego, świetna przewodniczka. Chodzimy po starym systemie dostarczania wody (cystern) w starożytności. Zwiedzanie trwa 1:15h.

Po tym wszystkim idziemy do knajpy, bez rewelacji, a drogo. Koszt przystawki 21 szekli. Lepiej jeść w muzułmańskich punktach.

27 kwietnia 2011 (środa)


Jerozolima –Tel Aviv  (bus, 1h, 20 ILS)
Tel Aviv  - Haifa Merkaz (pociąg, 1h, 29,5 ILS)

Śpimy za długo, bo Monia pomyliła godziny i źle nastawiła budzik. Więc wysypiamy się extra, a nigdzie nam się nie śpieszy. Idziemy na dworzec autobusowy i wsiadamy w autobus do Tel Avivu (20 szekli/os).

Wysiadamy na stacji kolejowej, gdzie kupujemy bilet do Hajfy Merkaz (29,5 ILS/1 h). tam wysiadamy, sprawdzamy jeszcze połączenia na następne dni. Plecaki zostawiamy w hotelu Port Inn – koszt 10 ILS/szt.

Idziemy zobaczyć ogrody Bahaitów – niestety można dziś zobaczyć mały fragment – robi wrażenie. Zwiedzanie z przewodnikiem (bezpłatnie, w j. angielskim) jest o 12:00 codziennie. Natomiast sanktuarium można zobaczyć wewnątrz od 9:00-12:00. W takim razie zostawiamy to na kolejny dzień.

Idziemy tez do informacji turystycznej, tam dostajemy pełne info dotyczące dojazdów do Akki, Cezarei oraz co warto zobaczyć w Hajfie. Poza tym ja przeżywam, że być może zalałam sąsiadów, co okazuje się totalną ściemą (administrator pomylił numer mieszkania), ale to odkrył Wojtek, bo ten nawet nie odbierał telefonu.

Po rekonesansie w Hajfie idziemy na dworzec by dojechać do kolejnej stacji w Hajfie, gdzie czeka na nas Vared, która zaproponowała nam gościnę.  Ale wsiadamy do złego pociągu…. Na szczęście kolejna stacja jest tylko kilka minut od tej właściwej.

Vared okazuje się wesołą, sympatyczną i gościnną osobą. Mamy nocleg u jej mamy. Poznajemy tez męża. Oboje mają polskie korzenie i byli już trzy razy w Polsce.

Dostajemy kolację, a potem idziemy oglądać wieczorną panoramę miasta – na górze miasta można podziwiać. Okazało się, że oni zajmą się nami przez te 3 dni i pokażą wszystko co chciałybyśmy zobaczyć i co planowałyśmy zobaczyć, a nawet więcej, bo samochodem jest to łatwiejsze. Wow.

28 kwietnia 2011 (czwartek)


Haifa

Rano Vared przynosi nam burka na śniadanie. Kolejny dzień niesamowitej gościny przed nami. Specjalnie wzięła dzień wolny, żeby nam pokazać Hajfę. Jedziemy do Sanktuarium Baba i oglądamy ogród wokół i wnętrze. Nic nadzwyczajnego wewnątrz. Ogród to rzeczywiście czysty perfekcjonizm. Liczni ogrodnicy m.in. odkurzają ścieżki…

Widzimy też kaktusa „krzesło teściowej” hehehe

Następnie na piechotę włazimy (ulicą) do wejścia na samej górze, gdzie rozpoczyna się zwiedzanie ogrodów z przewodnikiem. Jest to ciekawe, głównie przez informacje o samej religii (bahaizm). Zakłada, że wszystkie religie monoteistyczne to jedno , ludzie są równi w dążeniu do perfekcjonizmu. Są bardzo bogaci, sponsorują ten ogród (wyznawców jest 6 mln).

Potem jedziemy do wioski Druzów – na górze Karmel, mijamy Park Narodowy (ślady po pożarze z zeszłego roku). W wiosce robimy zakupy pamiątkowe (wielbłąd drewniany 10 ILS, dłoń do powieszenia 24ILS, bębenek 10 ILS, kafelek 15 ILS, pejcz 15 ILS).

Idziemy do knajpy Daliat El Karmel, gdzie czeka nas sałatkowa inwazja – zamawiamy zestaw surówek i dostajemy 20 różnych, aż się nie mieszczą na stole… Jak kelner donosi kolejne trzy każemy mu zabrać. Zaczynamy się martwić o rachunek… A tu dopiero wchodzi główne danie… Jak prosimy o rachunek dostajemy jeszcze deser (gratis). Dostajemy ataku głupawki, jak można było nam tyle jedzenia dać – hehehehe (koszt 230ILS/3os) Jaja.

Wracamy do domu, przy okazji zabierając starszego syna Vared z bazy wojskowej. Vared trochę opowiada o wojnie z Libanem. A także o służbie wojskowej, która jest dość elastyczna w porównaniu do tego co sobie wyobrażałyśmy.

Po krótkim relaksie w domu na Internecie (i obsłudze windowsa, przeglądarki od prawej strony J ), idziemy do kawiarni, gdzie poznajemy przyjaciółkę Vared z dzieciństwa. Pogoda jest marna – pada deszcz i błyskają błyskawice.

29 kwietnia 2011 (piątek)


Akra

Rano jedziemy razem z Vared i Gadim do Akry (miasto rodzinne Gadiego) na śniadanie. Na targu jest knajpa w której serwują najlepszy humus i to do oporu. Ja nie jestem fanka tego dania, ale jest ok. Do knajpy jest kolejka i trzeba czekać na stolik.

Akra to bardzo stare miasto, wykupujemy pakiet biletów na zwiedzanie wielu miejsc (bilet ok. 38 ILS). Bilet jest ważny nie tylko jeden dzień.

Najpierw zwiedzamy twierdzę z czasów templariuszy (nad nami jest cytadela z czasów napoleona, której nie udało nam się zobaczyć – zamknięta). Obok jest ogromny meczet – robimy zdjęcia z daleka. Idziemy na mury i podziwiamy stare miasto. Kolejny punkt to muzeum (w murach), w którym jest pełno starych i mniej starych rzeczy.

Oglądamy też port – pozostałości zburzonej części pod wodą. Wcześniej idziemy tez tunelem, który łączył morze z miastem. Wracamy do domu na 19tą idziemy na rodzinną szabasową kolacje. O tej godzinie to nic nie jest jeszcze gotowe, hehehe. Około 20tej gospodarze idą się kąpać… Totalny luz… Następnie zaczynamy jeść i siedzimy do 23:00.

Wciąż wielką zagadką jest nasz plan na kolejne dni… Znamy na pamięć strony internetowe autobusów i hosteli J

30 kwietnia 2011 (sobota)


Rosz Hanikra

Dzisiejszy plan to najpierw odwiedziny u siostry Gadiego, która mieszka ze swoim chłopakiem (oboje 60 lat) w kibucu. Następnie zwiedzanie grot Rosz Hanikra.

Pogoda jakimś cudem jest marna! Pada deszcze, jest burza. U siostry siedzimy, a na zewnątrz leje. Życie w kibucu już zupełnie nie przypomina tego co było kiedyś. To jedynie życie w małej społeczności, nie ma już zależności ekonomicznych. Siostra jest wesoła, ma śliczny domek z mnóstwem kwiatów.

Do Rosz Hanikra jedziemy autem. Jest to na samej granicy z Libanem. Do skał wjeżdża się kolejką (chyba obowiązuje bilet z Akry). Pogoda jest sztormowa, więc łażenie po grotach robi wrażenie. Można też obejrzeć film o historii i przyrodzie skał. Kiedyś była tu kolej (tunel) między Libanem a Izraelem (wtedy chyba nie Izraelem J Oczywiście już dawno wysadzony. Jest strzeżona granica, ale bez przesady J

Wzdłuż brzegu jest park/rezerwat przyrody. Podobno przypływają tu żółwie morskie (??, nie chce się wierzyć). Na wodach widać wojskowy statek pilnujący granicy…

Przy skałach żyją góralki (gryzonie) całkowicie rozpuszczone przez ludzi. Powoli wracamy na obiad (dziś czulent) do Vared. Robiła go całą noc. Jemy i gadamy. Z czasem udaje nam się wyrwać i idziemy na spacer. Dochodzimy aż do morza. Spotykamy dziwnych kolesi próbujących nas poderwać – traktujemy to jako komplement, bo są bardzo młodzi J, hehehe.

Po powrocie do domu próbujemy zarezerwować hostel i podjąć ostatnie decyzje dotyczące naszego dalszego planu podróży. Żegnamy się z Vared i Gadim, cudnie było ich poznać, aż strach bierze czy damy radę się za ta gościnę odwdzięczyć!

1 maja 2011 (niedziela)


Hajfa –Beit Szarim 9:00 – 9:30 (autobus, 15,40 ILS/2 os)
Beit Szarim – Nazaret (autobus, 5,40 ILS/os)
Nazaret – Tyberiada ok. 15:00 (autobus, 19,00 ILS/os)

Z rana żegnając Babcię, idziemy na autobus. Okazuje się, że nasi gospodarze nie mają pojęcia o transporcie publicznym, albo się nie rozumiemy. Nie ma dworca, tylko przystanek i okazuje się, że z tego przystanku powinnyśmy jechać na dworzec. A nie iść.

Na dworcu wsiadamy w autobus 331 do Afulii – wysiąść chcemy przy Beit Szarim. Nie ma żadnych turystów, mało kto wie jak tam dotrzeć. Kierowca po 25 min. wyrzuca nas na skrzyżowaniu dróg ekspresowych. Są chyba jakieś ścieżki, ale opisane po hebrajsku, nikt nie potrafi nas pokierować.

Maszerujemy autostradą i idziemy zgodnie ze znakami dla samochodów (skręt w prawo i do góry, następnie w wiosce Tivon w lewo). Jest lepsza droga, ale widać ją dopiero po przyjściu. Można by wejść na górę parkiem lub cmentarzem w lewo. Trudno opisać, mało ludzi do pytania. Lepiej wysiąść z autobusu w miasteczku Tivon.

Gdy już docieramy, wstęp kosztuje 21 ILS/os. Udaje nam się zostawić plecaki u miłego pana w centrum informacyjnym. Dostajemy ulotkę po angielsku z dość dobrym opisem kolejnych punktów.

Zwiedzanie robi wrażenie, katakumb, grot jest sporo, są zupełnie pozostawione bez infrastruktury do zwiedzania (nawet światło rzadko w środku jest), ale można łazić i oglądać groby z II-IV w n.e. Często są to zrobione  sarkofagi, ogromne groty.

Pod koniec spotykamy przewodniczkę wolontariuszkę (starszą panią), która tłumaczy nam trochę kim był rabin Juda Hanasi – on spisał Torę (to było zakazane), żeby łatwiej było ją przekazywać z pokolenia na pokolenie. Wśród Żydów jest wiara, że kto jest pochowany obok rabina trafi przy końcu świata w pierwszej kolejności do nieba. A ponieważ ten rabin był taki sławny, stąd setki ludzi chciały leżeć obok niego (z całego świata). Cała góra jest pełna grot. Wszystko trwało do IV w n.e. (czyli dość krótko).

Przemiła pani zaoferowała nam podwózkę do autobusu. Wsiadamy w busa i jedziemy do Nazaretu. W Nazarecie się nudzimy, nie możemy znaleźć bazyliki, która jest zaraz pod nosem. Jest to Bazylika Zwiastowania, w której są pozostałości groty, gdzie podobno miało miejsce zwiastowanie. Grota jest duża, łączy tez inny kościół (św. Józefa).

A pod Bazyliką są ślady miasteczka z czasów początków ery. Oglądamy też wizerunki Matek Boskich z całego świata, które są wokół dziedzińca bazyliki.

Następnie idziemy do Kościoła-Synagogi (z II w n.e. resztki tam są), ale jest zamknięty. W ogóle miasto wydaje się wymarłe. Spotykamy polską pielgrzymkę – wszyscy w koszulkach z papieżem JPII.
Idziemy na kebaba (20ILS) i wsiadamy w autobus do Tyberiady. Trudno się dowiedzieć o rozkład, ale przyjeżdża od razu.

Tyberiada jest bardzo brzydkim miastem. Mamy też bardzo obskurny hotel Hagalil Hostel, Hagalil ST. 46 Tiberias. – syf nieziemski, ale w samym centrum (162ILS/2os/1 noc). W mieście jest pełno ortodoksów i bardzo mało turystów. Na deptaku syf. Jezioro rzeczywiście ładne.

Ma być pokaz światło-woda, ale jest święto Holokaustu i jest odwołane. Pijemy wino na murku (30ILS). Chyba kurorty to nie nasza bajka.

2 maja 2011 (poniedziałek)


Tyberiada – Jerozolima 15:15 – 18:15 (autobus, 34ILS/os)
Jerozolima – Ein Gedi 20:30- 21:40 (autobus, 16,50 ILS)

W naszym planie olewamy Safed – każdy nam odradza. Jedziemy do Parku Narodowego (czy coś tam) przy rzece Jordan. Tam jest też Baptysterium. Dojazd busikiem 7 ILS/os, około 10 min jazdy.

Plecaki zostawiamy w hotelu. Baptysterium rano nie robi wrażenia. Rezerwat - ścieżka wzdłuż rzeki, jest bogaty w ptaki – zimorodki, dudki oraz żółwie. Ale jest też piknikowy syf.

Szlak, który prowadzi wzdłuż rzeki Jordan, odchodzi od niej i tam znajdujemy ogromne drzewo, które idealnie nadaje się na sjestę. W drodze powrotnej podziwiamy wygrzewające się żółwie.

Zaglądamy ponownie do Baptysterium. A tam tłumy chrzczących się. Niezła cepelia, biznes. Raczej niesmaczne. Wyciąganie pieniędzy.

Ludzie karmią nutrie w miejscu gdzie inni się chrzczą, więc nutrii jest zatrzęsienie. Nie weszłabym do tej wody. Uciekamy stamtąd. Wracamy i zabieramy się z plecakami na dworzec autobusowy. Na szczęście autobus do Jerozolimy odjeżdża zgodnie z planem (bo brak jest informacji). Jest wczesne popołudnie około 14-15tej.

W Jerozolimie mamy ponad 2h czasu między autobusami. Już umieramy z głodu. Zjadamy jakieś bułki i kupujemy prowiant na kolejny dzień w supermarkecie (kontrola plecaków oczywiście jest, czy nie wnosimy ciężkiej broniJ) Nie ma lekko, to nie jest niskobudżetowy wyjazd…

Autobus odjeżdża o 23:30. W Ein Gedi jesteśmy o 21:40 (20 min. przed czasem). Kierowca wyrzuca nas pod samym luksusowym hotelem (100USD/2os/noc). Jest gorąco, a warunki super! Ein Gedi – Beit Sarah Guest House, Israel Youth Hostels Associacion

3 maja 2011 (wtorek)


Ein Gedi
Ein Gedi – Beer Szewa 15:00 – 17:00 (autobus, 29ILS/2 os)
Beer Szewa – Mizpe Ramon 18:00 – 20:00 (autobus, 33 ILS/os)

Wstajemy rano i widzimy z tarasu Morze Martwe. Jest 8 rano i niezły skwar. Idziemy na wypasione śniadanie – bardzo lekkie, pełno surówek – cudowna sprawa po wczorajszej głodówce.

Ruszamy na publiczną plażę i jesteśmy mega pozytywnie zaskoczone! Ludzi mało, woda przyjemna, chłodna. Super! Chyba dojrzałyśmy do wczasów nad morzem. Niestety po chwili przychodzi tłum Francuzów, no a my mamy w planie jeszcze park narodowy. Korzystamy z prysznica (2ILS) – ale na plaży jest też dostępny za darmo do spłukiwania soli.

Idziemy do parku narodowego Źródła Dawida. Wstęp 22 ILS/os (ze zniżką z hotelu). Jest dziki tłum dzieci, w tym ortodoksyjnych dziewczynek (ubranych od stóp do głów, rajstopy itp… współczuje im ostro, nie dziwie się, że wskakują w ubraniach do wody).

Szlak jest przyjemny, gdyby nie te tłumy łażące i siedzące w każdym napotkanym źródełku (w ubraniach). Park ma też trudniejsze szlaki, na które niestety nie mamy czasu. Idziemy lekko wydłużoną trasą, obok starożytnej synagogi.

Wracamy tak, aby być chwilę przed autobusem (ok. 15:00). Na przystanku zaczepia nas zboczeniec oferując mi podwózkę i nocleg w Mitzpe Ramon w zamian za „action”… Oblech, jak go olewamy odjeżdża. Autobus przyjeżdża punktualnie.

Żałujemy, ze w Ein Geni nie mamy więcej czasu. Cudowne miejsce. Zupełnie pozbawione kurortowości. Okazało się, ze my mieszkałyśmy na obrzeżach, a prawdziwe Ein Gedi jest dalej i to dalej od morza.

Trasa do Beer Szewy ma niesamowite widoki. Podziwiamy też z autobusu twierdzę Masada – znów nie udało nam się tego też zobaczyć. Zostaje na następny raz. Trzeba będzie wrócić.

Autobus do Beer Szewy jedzie 2h. na dworcu w informacji autobusowej pan mówi po polsku - rodzina pochodzi z Polski, miał rok jak wyjechał (ta nasza polska historia….) Dostajemy też Torę od babeczki, która robi projekt, że daje ludziom do przeczytania stronę Tory, ma to być modlitwa o pokój. Przeczytałyśmy to dostałyśmy. Trochę nawiedzona, ale sympatyczna. Wierzy w to, że przez czytanie świętych ksiąg nastąpi pokój między Izraelem a innymi krajami.

Autobus do Mitzpe Ramon jedzie niecałe 2h. Mamy problem gdzie wysiąść w Mitzpe – nikt nie mówi po angielsku, nie wiedzą gdzie hostel, a miasteczko spore. Ale dogadujemy się gdzie mamy wysiąść (chyba źle J) , ale w końcu znajdujemy. Hotel jest przyjemny, ale to nie Ein Gedi… To jesteśmy w sercu pustyni Negew.

4 maja 2011 (środa)


Mitzpe Ramon

Dzisiejszy plan to Krater Ramon. Wpierw idziemy do informacji turystycznej, dostajemy mapę (2ILS) i ostrzeżenie, że potrzebujemy minimum 3 litry wody na osobę i że jest bardzo gorąco.

Kupujemy wodę i ruszamy. I jest bardzo gorąco. Najpierw idziemy brzegiem krateru, przy Field School schodzimy w dół (do Field School wypijamy jedną butelkę, więc sobie dopełniamy).

Widoki są obłędne. Schodzimy w dół, szlak jest bardzo dobrze oznaczony. Nie idzie się dobrze, ale mamy dużo wody, więc przedłużamy trochę trasę. Nikogo nie ma na szlaku. Formy skalne są obłędne. Kosmos. Ale gorąc to inna sprawa – koszmar, nie czułam nigdy wcześniej czegoś takiego. Pot paruje szybciej niż się pojawia. A podobno w Warszawie śnieg….. Tośmy się wybrały….

Słychać wybuchy bomb – w okolicach wszędzie jest poligon (wreszcie kapuje co oznacza „firing  area”, która jest oznaczona na mapie wszędzie wokół krateru…). Nie chodzi o pożar… hehehe.

Gdy już tracę siły, do wyjścia z krateru mobilizują mnie przelatujące myśliwce i bombowce….

Chodzimy w końcu od 10-17tej. Po wędrówce zasłużone zakupy i lody! Cały zapas wody żeśmy wypiły! A miałyśmy wątpliwość, czy warto tyle brać i nosić. WARTO!

W hotelu zaskakuje nas ścieżka mrówek, która rozpoczyna się już na schodach do budynku i prowadzi do…. orzechów na naszym stole! Rozpoczynamy walkę! Od tego roku 4 maja mrówki będą obchodzić Dzień Holokaustu….

Następnie rozpoczynamy niekończącą się kolację. Z uzupełnianiem płynów w ilości kosmicznej.

5 maja 2011 (czwartek)


Mizpe Ramon - Midreshet Ben Gurion (Ein Avdat) (autobus, 7,10 ILS/os)
Ein Avdat (spacer ok 1,5-2h)
Ein Avdat – Avdat (szlak niebieski, zielony, około 1,5h marszu)

Rano na śniadaniu jest dziki tłum ludzi w wieku młodym bardzo. My jedziemy dziś do Parku Narodowego Ein Avdat i Avdat.

Jedziemy autobusem do miejscowości Midreshet Ben Gurion (tam start drogi, cudna pani w informacji, więc kupujemy koszulki (40 ILS).

Wpierw oglądamy grobowiec Ben Guriona i schodzimy szlakiem w dół. Najpierw chwilę asfaltem, potem ścieżką, potem w dole znów asfaltem. Ścieżka przyjemna widzimy wodę, jeziorka, ale straszny syf. Po drodze w kilku miejscach można wziąć wodę do picia. Wyjście na górę jest po schodach i drabinką. Przejście trwa ok. 1,5h – 2h.

Na górze idziemy dalej niebieskim szlakiem, a potem zielonym – tez około 1,5h i dochodzimy do parku Narodowego Avdat – ruiny miasta na Korzennym Szlaku. Świetnie zachowane miasto z czasów 300 lat p n.e. – 700 n.e. Zniszczone przez trzęsienia ziemi. Liczne jaskinie, groty mieszkalne. Pogoda marna, zaczyna nawet padać! A jesteśmy na pustyni! Zwiedzanie tez trwa z 1,5h, w centrum informacyjnym można obejrzeć film o historii tego miejsca. Robi wrażenie – miasto założone przez Nabatejczyków.

Na przystanku stoimy dość długo, oczekując autobusu powrotnego, niestety nie ma rozkładu. Zatrzymuje się pani z centrum informacyjnego i mówi, ze nie będzie autobusu przez 2 h, żebyśmy wsiadały. Zawozi nas do Mitzpe. Niezły fart J

W pokoju robimy arbuzową ucztę, po której cierpimy okrutnie – nasze brzuchy to wielkie arbuzy!

6 maja 2011 (piątek)


Mitzpe Ramon – Beer Szewa (autobus)
Beer Szewa – Tel Aviv (pociąg)

Wschód słońca na pustyni… Wstajemy o 5:15. Niestety chmury i …pada deszcz!!! Nic nie można zobaczyć, więc wracamy do łóżek. Po śniadaniu jedziemy busem do Beer Szewy, a następnie  pociągiem do Tel Avivu. Nie możemy się skontaktować z Mattim – każe nam wysiąść na dworcu, którego nie ma… Ale Monia ogarnia temat.

Zaczyna się nasza przygoda i ćwiczenie nerwów z Mattim…

Zawozi nas na targ w Jaffa. Robimy pośpiesznie zakupy, bo zaczyna się szabas. Udaje nam się uwolnić i idziemy już we dwie na spacer po starówce Jaffy – bardzo przyjemne stare miasto, port, gdzie galerie sztuki są. Widok na Tel Aviv.

Wracamy taksą (40ILS) i wychodzimy na koncert Kai i Mattiego. Jest to w kawiarni. Przychodzą fani – średnia wieku 70 lat J Tańczą. Jest wesoło. Uczymy się nawet polskiej piosenki: „Jeszcze Polska nie zginęła, ale zginąć musi, przyjdzie Żydek z Palestynem i ją zadusi…” – starsza Żydówka nam śpiewa… Trzeba mieć dystans….

Z ciekawych ludzi poznałyśmy koleżankę naszych gospodarzy – Merlin Monroe – zjawiskowa – wiek mocno emerytalny J

Wracamy około 2giej – umęczone. Po skończonym koncercie Matti zamówił sobie dwa obiady i jadł, jak my wraz z jego żoną zasypiałyśmy ze zmęczenia. Już wiemy, ze nie chcemy z nimi spędzać kolejnego dnia….

7 maja 2010 (sobota)


Tel Aviv

Śpimy do 11tej, nie jest to łatwy sen, bo jeżdżą samochody pod oknem. Po śniadaniu mamy wyzwanie dogadać się z Mattim, co do planu dzisiejszego dnia. Niezłe wyzwanie. Oni niby muszą iść i wyjść o 16tej potem. My decydujemy się na drzemkę, oni wychodzą i wracają za 10 minut, ale ja już śpię… O co chodzi ??? Śpimy ze 2h. Kawka, pożegnanie. W tym czasie sms od Jezusa, że nie da rady się dziś spotkać. Czyli mamy wolną rękę co robić J

Idziemy na dworzec zostawić bagaże, a tu dworzec zamknięty, bo szabas…. Do 21szej. Paranoja. Świętować to oni potrafią… Nic nie jeździ, nawet na lotnisko (lotnisko pewnie tez nie działa). Więc zasuwamy z plecakami na plażę (około 45 min.). Tam siedzimy i podziwiamy zachód słońca. I tak zużywamy kolejne godziny.

Chcę wymienić pieniądze – niestety w związku z szabasem żaden kantor nie działa.

Około 18-19 są już pootwierane niektóre sklepy. Monia robi zakupy. Idziemy coś zjeść – burek u turka i tak czekamy aż czas upłynie.

8 maja 2010 (niedziela)


Tel Aviv (TLV)  - Praga (PRG)  godz. 6:05 – 9:15
Praga (PRG)  – Warszawa (WAW) godz. 12:15 -13:45

Pociągi jeżdżą na lotnisko całą noc. My o 3ciej najpóźniej musimy być na lotnisku. O 1:41 jedziemy około 15 min. A na lotnisku sajgon…. 3h to za mało na odprawę… Nasze główne bagaże są sprawdzane (każda rzecz) na obecność prochu… Zostaje przepytana o mój pobyt w Maroku – z kim, dlaczego, ile byłam… I mnóstwo innych kontroli… A wszędzie kolejki. Wcale bez luzu zdążamy na samolot. A potem to już lecimy….

Koniec wczasów. Tyle serdeczności od nieznajomych ze względu na swój kraj pochodzenia nie spotkałyśmy nigdy i nigdzie…. A tyle było straszenia przed wyjazdem – nie potwierdzę żadnej nieżyczliwości w stosunku do Polaków. J