poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Rowerem na Jurze Krakowsko - Częstochowskiej


Warszawskie Napieraczki na pielgrzymce do Częstochowy, czyli ojej tu wcale nie jest płasko – rowerowym szlakiem Orlich Gniazd


Motto:
Nie w karbonie i, nie w kredzie ale w jurze najlepiej jest modelować pośladki !

16 sierpnia 2012 (czwartek)


Warszawa – Kraków godz. 20:15  – 23:14 , pociąg (koszt na osobę 50,10 zł)

Nasz pociąg ma odjechać o 18:50, jest to Interregio, kupiłyśmy tanie bilety, bo dla 3 osób jest zniżka. Spotykamy się na stacji o 18:30 (ja i Arletta na Centralnym, a Jola na Wschodnim). Gdy tylko przyjeżdżamy dowiadujemy się, że nasz pociąg (który jedzie z Warszawy !) ma 60 min opóźnienia, które szybko przechodzi na 80 min….. Arletta idzie zrobić jeszcze rowerowy shopping w Złotych Tarasach – zapomniała zapięcia do roweru. Jola sama czeka na Wschodnim. W końcu ogłaszają, ze można wsiadać do TLK, które jest o 20:15 i bilety będą uznawane. Na to się decydujemy, uznając, że spóźniony IR będzie tylko zwiększał opóźnienie. I tak w Krakowie będziemy tak późno, że martwimy się, czy będzie jeszcze jakiś autobus/tramwaj na Hutę.

TLK okazuje się luksusowym wydaniem. Jola już czeka na nas obok toalety. Ładujemy się i całą drogą obserwujemy jak ludzie nie umieją się zamknąć w tej elektronicznej toalecie (zablokować). Co jakis czas, ktoś komuś wchodzi w trakcie – śmiechu, że hej. I przychodzą do nas panowie, kolarze kiedyś , dziś raczej piwkarze… jeden pan tak jeździł na kolarzówce, że aż go podwiewało!

Cudem łapiemy ostatni tramwaj w Krakowie na hutę – biletów nie udaje się kupić, ale za to spotykamy wesołego kolegę, który dużo mówi i dużo na rowerze jeździ. Odbieramy od cioci klucze i jedziemy do mieszkania babci, gdzie sobie nocujemy. Jutro mamy o 9tej być na przystanku, by oddać klucze.

17 sierpnia 2012 (piatek)


Kraków Huta - IKEA godz. 9:15  – 9:40 , (autobus 172 , bilet 3,20)
IKEA – Bronowice Małe godz. 10:30 – 11:30
Bronowice Małe – Kraków-Mydlniki - Szczyglice - Brzoskwinia godz. 11:30 – 14:00 (20 km)
Brzoskwinia – zamek Tenczyn w Rudnie godz. 14:00-15:30 (12,8 km)
zamek Tenczyn w Rudnie – Krzeszowice - klasztor w Czernej godz.16:00 – 18:00 (11,2 km)

O 9tej jesteśmy na przystanku i oddajemy klucze, wsiadamy do autobusu, żeby wyjechać na początek szlaku. Ale pojawia się opcja taniej kawy w IKEI, więc decydujemy wysiąść wcześniej i napić się kawy, a potem dopiero ruszyć. W IKEI w ogóle okazuje się, że kawa do 10:00 jest za darmo J więc siedząc pod sklepem się delektujemy J

Potem okazuje się, że nie potrafimy dojechać do początku szlaku, gubimy się , kombinujemy, w końcu się udaje, ale już wcale nie jest wcześnie. Trasa zaczyna się po chwili zaskakująco pod górę – nie da rady czasem nawet pchać roweru. To nie na naszą kondycję, daleko nie zajedziemy, jak będzie tak cały czas. Uda puchną że hej. W ogóle marnie nam idzie. Tempo mamy jak na warszawianki przystało. W Brzoskwini na chwilę się zatrzymujemy, a potem w kierunku pierwszego zamku na naszej drodze. Pod zamkiem Tenczyn jest w prawdzie napisane, że poleca się wejście pieszo, ale my postanawiamy wprowadzić rowery. Błąd! Jest stromo, nie na nasze siły, wchodzimy ledwo żywe. A tam trwa budowanie zamku (konserwacja) i nigdzie nie można wejść. Odpoczywamy chwilę i zjeżdżamy na około na dół (nie tą samą drogą).

W Krzeszowicach zakupy, bo już dzień się kończy, jest plan nocować z Czernej. Zaczepia nas niewidomy pan i daje kontakt do swoich znajomych w Czernej, żeby nam się pozwolili rozbić. Ale miejscowość Czerna trochę nie po drodze, postanawiamy rozbić się obok klasztoru.

Do klasztoru dojeżdżamy o 18:00, widzimy parking z wc, więc wygląda na niezłą opcję namiotową. Ale trzeba się braci zakonników zapytać. A tam trwa spotkanie młodych, tłum młodzieży. Gdy pytamy się jednego brata o możliwość rozbicia namiotu, on nas pyta gdzie jedziemy. A my zgodnie z prawdą, że do Częstochowy… „czyli pielgrzymujecie!” no w sumie…. Zaprasza nas na kolację, spotykamy się z przeorem, który pokazuje nam gdzie możemy się rozbić (pozwala też u nich w ogrodzie, ale wolimy poza murami klasztoru). Rowery nam chowają i zapraszają na mszę…. W końcu pielgrzymujemy….

Na kolacji (bułka z serem i ogórkiem + herbata) zaczepia nas dwóch braci i ostro przepytuje, też opowiadając o sobie. Za miesiąc złożą śluby. Proszą o odmówienie zdrowaśki za nich na Jasnej Górze… Trudno nam wierzyć w to co się dzieje…. Msza jest o 19:30 i mimo, że jesteśmy padnięte, to dajemy rade, bo jest naprawdę super przygotowana, oprawa muzyczna, kazanie jest wraz z inscenizacją teatralną. Choć sytuacja jest kosmiczna, to fajnie, że się załapałyśmy.

Zaczynają się ogłoszenia, jest już 21, a my nie mamy wciąż rozłożonego namiotu. Wymykamy się z kościoła, ale przy wejściu łapie nas brat nasz opiekun i zdziwiony pyta, czy nie idziemy na procesje…. Chyba mam niezłą minę jak to słyszę… ledwo na nogach stoję… Ale dodaje, że jak pójdziemy z procesją to będziemy mogły wziąć prysznic u sióstr (procesja przenosi najświętszy sakrament od braci do sióstr) – nie da rady zrezygnować… Dostajemy pochodnie i idziemy. Niezły klimat, noc, pochodnie, świece, śpiewy. Znów nie wierze, że to się dzieje naprawdę… Procesja się kończy, zostajemy wyłapane i zaprowadzone do łazienki. Szybki prysznic i bieg powrotem, bo klasztor zamykają o 22, a już jest 22:15… Udaje się, czekają na nas. Bierzemy swoje rzeczy i rozbijamy namiot. Pozostaje tylko otworzyć piwko… Co za wieczór!

18 sierpnia 2012 (sobota)


klasztor w Czernej –Dolina Eliaszówki - Paczółtowice godz.9:40 – 10:15 (4 km)
Paczółtowice – Racławice godz. 10:30 – 11:15 (3 km)
Racławice – Zawada – Zimnodół – Osiek – Olkusz godz. 11:15 – 13:00 (14 km)
Olkusz - Olkusz Słowiki - zamek w Rabsztynie – Jaroszowiec  godz. 14:30 – 16:00 (5,5 km)
Jaroszowiec  –zamek w Bydlinie godz. 16:00-16: 50 (7,5km)
zamek w Bydlinie – zamek w Smoleniu – Smoleń godz. 17:15 – 19:30 (12km)
Smoleń – Złożeniec ok. 20:00 (3 km)

Rano nie idziemy już na jutrznię i śniadanie, na które tez mamy zaproszenie. Ogarniamy się same i zjeżdżamy w trasę. Oglądamy na dole most pokutniczy i źródło Eliasza. Szybko dojeżdżamy do Paczółtowic, gdzie jest stary (XVI w.) drewniany kościółek. Niestety nie można wejść do środka. W Racławicach tez jest, ale już w ogóle zamknięty na trzy spusty.

Przy drodze na Zawadę jest jakieś dziwne oznaczenie szlaku, zupełnie nie zgadza się z mapą. Na szczęście ogarniamy i jedziemy zgodnie z mapą, z czasem okazuje się, że i tam szlak jest. To nie pierwszy raz, szlak jest czasem dziwnie oznaczony, albo są jakieś inne szlaki, trzeba mapę kontrolować cały czas.

Wjeżdżamy do Olkusza i uderzamy do knajpy na rynku, który jest całkowicie w remoncie. Mocną stroną knajpy nie jest obsługa klienta… długo się czeka na jedzenie i na podejście kelnerki, ale… jedzenie jest świeżutkie – dostałam świeżo zrobione pierogi! Potem jeszcze oglądamy bazylikę w Olkuszu – cudna! Bardzo warto!

Zamek w Rabsztynie tylko mijamy i dojeżdżamy do Jaroszowca – tam przystanek w sklepie. Chcemy jechać dalej na szlak, ale nas zatrzymują ludzie! Podobno szlak jest nieprzejezdny, była burza, jest mnóstwo zwalonych drzew i nigdzie nie dojedziemy. No więc decyzja jechać asfaltem – to się dopiero pruje do przodu!

Zamek w Bydlinie oglądamy, bez problemu można wyjechać rowerem na górę. Chwila przerwy i dalej już szlakiem w kierunku zamku w Smoleniu. Droga wiedzie przez las, jola ma wypadek i nadziewa się na podtrzymadełko na aparat. Myśli, ze będzie szycie, ale nie zalała się krwią. Przed wyjazdem na Smoleń jest jaskinia, którą oglądamy, za dużo nie ma co oglądać, tym bardziej, że jakaś rodzinka chyba ją trochę demoluje (jaskinia jest zamknięta). Ja wypatruje na mapie miejsca na nocleg – jest pole namiotowe z Złożeńcu!!! Uratowane, bo do Ogrodzieńca nie dojedziemy dziś… jest już późno, trzeba by zahaczyć o sklep. Niestety nie ma w Smoleniu… Zbaczamy z trasy na chwile i podjeżdżamy do Strzegowej. I teraz znów czeka nas podjazd… A w Złożeńcu okazało się, też jest sklep… Joli rower się psuje, i ma z nas najgorzej jechać…

Szukamy pola namiotowego i się okazuje, że … było 10 lat temu! Od dawna nie ma! Ratuje nas pani sołtys, która zgadza się, żebyśmy się rozbiły w ogrodzie, bo jest już późno. I z prysznica korzystamy i herbata – znów luksusy, a miało być hardcorowo! Jemy kolacyjkę przy świecach, i ognisko jest z letnikiem i jego dziewczynkami.

19 sierpnia 2012 (niedziela)


Złożeniec –Ryczów – zamek Ogrodzieniec godz. 10:00 – 10:45 (11 km)
zamek Ogrodzieniec – Skarżyce – zamek w Morsku godz. 12:15 – 14:00 (16km)
zamek w Morsku – Morsko – Skarżyce - Zawiercie godz. 14:30 – 16:15 (ok. 12 km)
Zawiercie – Warszawa 17:35 – 23:45 (PKP, opóźnienie 3h45min, cena 59,10 zł)

Rano herbata z termosa, śniadanie, i naprawa lekka roweru joli i jedziemy! W Ogrodzieńcu jesteśmy super szybko, dziś tam jest turniej rycerski – niestety o 15tej. Ale są tłumy ludzi, dzieci, oglądamy ogromny zamek na zmianę, więc trochę czasu schodzi (ktoś musi pilnować rowerów). Ogólnie jest jeden wielki festyn. Kupuje ekstremalnie wielkie lody, bo myślę, że ludzie przede mną kupują duże i chce takie same, a to są małe.

Jest szansa dojechać do zamku wMorsku, więc ruszamy. Znów jest zmyłka szlaku i Arletta musi sporo wracać pod górę… Spotykamy dwie dziewczyny z Warszawy, też tylko tu po 3 dniach zajechały… A my się martwiłyśmy, że ten szlak jest rozpisany, że w 3 dni do Częstochowy się dojedzie i że nie dajemy rady. Widać mamy takie warszawskie tempo J

 Zamek w Morsku jest zamknięty, ale można go obejść. Obok jest knajpeczka, gdzie serwujemy sobie mrożoną kawę, bo dzisiaj upał jest niesamowity, skwar wręcz. Zamek w Morsku w ogromnej ilości zamieszkują mrówki!

Teraz już kierunek Zawiercie PKP… Zjeżdżamy innym szlakiem niż wjechałyśmy na zamek. To jakiś inny szlak rowerowy i prowadzi do Zawiercia – od Skarżyc pokrywa się z niebieskim pieszym. Po drodze nie ma gdzie kupić wody, a my wyschnięte – włazimy po prośbie do gospodarstwa po wodę… w tym upale ten smak jest niesamowity… zimna… cudna!

Dojeżdżamy do opłotków Zawiercia i zupełnie nie wiemy gdzie jechać, gubimy szlak. Zagadujemy chłopaczka na rowerze, a on nam, że nas podprowadzi, bo właśnie wyszedł pojeździć z kolega na rowerze! My to mamy fart! Jak strzały pędzimy dokładnie w kierunku dworca, bez zatrzymywania na szukanie drogi! Jesteśmy godzinę przed pociągiem.

Na nasz pociąg nie ma już miejsc, więc dostajemy bilety bez miejscówek – znaczy będzie tłum. W lidlu robimy jeszcze zakupy i wsiadamy do zawalonego pociągu, gdzie miejsc na rowery jest kilka. Przebieramy się w pociągowej toalecie, siadamy na ziemi by rozpocząć piknik i za Włoszczową, jak ujechaliśmy z godzinę stajemy… Jakiś facet rzucił się pod nasz pociąg… Masakra. My w pierwszym wagonie.

Ludzie wyłażą na pole i czekamy na prokuratora, ma to trwać od 2-3h… Ładnie, a miałyśmy być wcześnie w wawie. Na karimatce piknikujemy przy torach, poznajemy miła panią z synkiem z Małkini. Po godzinie siedzenia jest info, że można będzie się przesiąść do ekspresu z Krakowa do Warszawy. Ale my nie damy rady z rowerami. Ludzi w pociągu jest około 700, większość chce się przesiąść. Pozostaje czekać… Ludzie łażą po torach, zaraz będzie kolejna tragedia – myślenia brak.

Ruszamy po ponad 3h, w Warszawie jesteśmy zamiast o 20:00 o 23:45 … Dojeżdżam nieżywa do domu. Co za pielgrzymka!