poniedziałek, 11 czerwca 2012

Beskid Niski


Na końcu świata....z plecakiem 

Niewiele w Polsce jest miejsc, w których można łazić przez 4 dni a komórka nie złapie zasięgu :)))

6 czerwca 2012 (środa)


Warszawa   - Kraków  godz. 14:45 – 17:47 (pociąg, 56zł)
Kraków  - Krynica Zdrój godz. 18:30 – 21:30 (PKS, 24zł)
Krynica Zdrój – Jakubik (okolice) 21:30 – 22:30

Wyjazd pociągiem bez problemu, nawet mieliśmy miejsca siedzące J . Natomiast już gorzej z PKS, zdążyliśmy na wcześniejszy o 18:00 (jest tez tańszy), ale nie zmieściliśmy się. Za to do następnego udało się wejść na początku i siedzimy (marnie byłoby 3h stać). Jest trochę korków, ale daje rade. W Krynicy jesteśmy z opóźnieniem, ale najważniejsze, że jesteśmy J Nie udało nam się wysiąść wcześniej, przed Krynicą, był taki wstępny plan i tam uderzyć na nocleg, wiec idziemy przez Krynicę. Pusto że hej. Idziemy w kierunku Jakubika, żeby gdzieś po drodze rozbić namiot. Ciemno, więc czołówki w ruch. Nie jest łatwo znaleźć miejsce, ale w końcu rozbijamy się w lesie. Jest już późno więc nie ma co kombinować.

7 czerwca 2012 (czwartek)


Jakubik  - Huzary - Tylicz  (żółty - czarny szlak)
Tylicz    – Lackowa [997m] (czerwony szlak)
Lackowa – Ostry Wierch – Ropki (czerwony – żółty szlak)

Rano wstajemy i uderzamy w kierunku Tylicza. Jest tam cerkiew, niestety zamknięta. Jest około południa jak tam dochodzimy. Zatrzymujemy się chwilę a potem idziemy bez szlaku tak, aby dojść do czerwonego idącego granicą. Trafiamy! Jest bardzo ładnie, słońce, niegorąco i niezłe widoki. Wiemy, że na Lackową jest jakieś straszliwe podejście, więc ja już się boję od rana… hehe. Jest podejście, trochę się człowiek zmacha, ale da rade wejść, skoro ja dałam.
Na szczycie siedzimy chwilę, zajadając kanapki i dochodzi para, która wylazła tu z pieskiem, jestem pełna podziwu dla jamnika, który dał rade się wdrapać na swoich krótkich nóżkach J My wyglądamy na umęczonych a oni wszyscy tacy świeży J
Już wiemy, ze nie damy rady przed zmrokiem dojść do Wysowej, idziemy na Ostry wierch i tam będziemy decydować, czy schodzić żółtym szlakiem i gdzieś w dole zanocować. Schodzimy do rozstaju szlaków, tam stoi ogromny dom, w którym jest jakaś impreza, pełno ludzi – no w końcu Boże Ciało.
Przechodzimy przez Ropki – niezwykle urodziwie położona wioska i decydujemy się na nocleg po przejściu wsi idziemy w lewo jak szlak prowadzi w prawo i zaraz się rozbijamy. Mamy niesamowity widok z namiotu… ech. Spotykamy przejeżdżającą koleżankę Izę, jest na rajdzie rowerowym – niesamowite, że się spotkaliśmy tak na drodze J

8 czerwca 2012 (piątek)


Ropki – Hańczowa – Kozie Żebro [847m] – Regietów (czerwony szlak)
Regietów – Rotunda [771m] (czerwony szlak)
Rotunda – Zdynia (czerwony szlak)
Zdynia – Radocyna (częściowo stopem)

Schodzimy do Hańczowej, gdzie udaje nam się zwiedzić cerkiew. Jest w remoncie od zewnątrz, ale w środku już wyremontowana. Normalnie jest zamknięta, ale po chwili pojawia się pan z kluczami. Bardzo sympatyczny. Znów spotykamy Izę. Śmiesznie, że tak akurat ona przejeżdża a my idziemy i się mijamy, do tego trzeba nawet nie trochę szczęścia, hehe
Ładujemy się na Kozie Żebro i tam spotykamy Adama i Zdzicha – jeszcze ich dziś nie raz spotkamy J Też idą czerwonym szlakiem. Zejście z Koziego Żebra do Regietowa trwa chwilę (ok. 30 min), kompletnie nie pokrywa się z podawanymi czasami. Jednakże fakt, jest mocno stromo. Zatrzymujemy się na chwilę w bazie SKPB Warszawa w Regietowie, ale jest zamknięta, nic się nie dzieje, nikogo nie ma, dopiero od 1 lipca będzie otwarta – jest słabo położona, jednak dobrze, że tu wczoraj nie doszliśmy, bo nas dzisiejszy nocleg to było widokowe miodzio. Znów dochodzą do nas Adam i Zdzichu, hehe.
Oni zostają na obiad w wiacie bazy, a my uderzamy na Rotundę. Jest tam cmentarz – zgodnie z notatkami: cmentarz wojskowy nr 51, z okresu I wojny światowej, jeden z kilkuset tego typu obiektów wzniesionych w latach 1915-18 na terenie Galicji przez władze austriackie.
Zaczyna lekko kropić, najpierw chowamy się pod daszkiem jednej z wieży, ale zaczyna padać coraz bardziej. Wypatruję, że za murem cmentarza leżą deski przykryte płachtą i da się tam wejść. Lecimy więc. I to jest dodatkowy plus, że cmentarz jest/był remontowany ostatnio J Siedzimy a tu zaczyna naprawdę nieźle lać! Dobiegają zmoknięci Adam i Zdzichu, i dołączają do nas J Rozpoczyna się prawdziwe oberwanie chmury. Woda spływa po pniach drzew jak z wodospadów…. Niesamowite. Nasza miejscówka, może nie do końca szczelna jest, ale na pewno lepiej niż pod drzewem J W każdym razie jest wesoło bardzo. Siedzimy jak zmokłe kury na grzędzie.
Dochodzą Dwie Twardzielki i  Pies, im deszcz nie straszny. Pies (wilczur) może by chciał , żeby się nad nim zlitować, ale Twardzielki zdecydowanie oponują nad litowaniem się, bo im się zbuntuje i nie pójdzie J.
Siedzimy na grzędzie ponad godzinę, płachta już nieźle przecieka, ale trochę chroni. Pod koniec ulewy przychodzi na górę Zmoczeniec – który, jak to określił, ma wodę nawet w dwunastnicy J
Schodzimy mokrym lasem , ścieżka często płyną małe potoki, mamy wszystko przemoczone (ja buty też) do wsi Zdynia – tam trafiamy akurat na przerwę w meczu otwarcia Euro 2012 – przed przerwą wieś totalnie wyludniona.
Lekko się buntuje iść dalej czerwonym szlakiem górami, bo mam juz dość wody, z resztą nie wiadomo, czy zaraz nie będzie znów padać. Mimo przekonywań Adama i Zdzicha, jestem niezłomna. Hehe. Idziemy więc drogą (najpierw asfaltową, potem bitą) w kierunku opuszczonej wsi Lipna, mamy plan tam się rozbić. Droga prowadzi obok terenów festiwalowych festiwalu Łemkowska Watra – teraz nic tam nie ma.
Czasem znów pada, czasem jest słońce, więc pojawia się piękna tęcza – jest więc nadzieja! Nagle na drodze pojawia się samochód! Macham, zatrzymuje się i nas bierze. To rodzina z dzieckiem przyjechali na rowery, we wsi Radocyna jest baza rowerzystów (rajd) i tam mogą nas podwieźć – cudnie!
W Radocynie nie ma nic oprócz ośrodka http://radocyna.eu/ – można tam zjeść , przespać niestety nie, bo cale pole namiotowe zarezerwowane dla rajdu, miejsca są we wspólnej sali (koszt 18zl/os). Ale pani nam mówi, ze namiot możemy rozbić w studenckiej bazie (prowadzona przez Oddział Akademicki PTTK w Krakowie,  http://bazaradocyna.blogspot.com/ ). Idziemy tam, baza jest jeszcze nieczynna. Robi się już ciemno powoli. Na środku stoi chatka, która… nie jest zamknięta… Nie możemy sobie odmówić noclegu pod dachem i przesuszenia wszystkich rzeczy – to się nazywa szczęście! Po ogarnięciu idziemy jeszcze na piwko do ośrodka, można tez obejrzeć drugi mecz mistrzostw.

9 czerwca 2012 (sobota)


Radocyna  - Nieznajowa – Rozstajne - Żydowskie – Ciechania – Huta Polańska

W tej okolicy znajduje się dużo wysiedlonych łemkowskich  wsi, w tym najbardziej znana Nieznajowa. W tym dniu też wielokrotnie przyjdzie nam przekraczać potoki, bo nie ma żadnych kładek J
Oglądamy cmentarz w Radocynie, idziemy następnie do byłej wsi Długie (też cmentarz), a następnie w kierunku Nieznajowej. Przy skręcie do wsi Czarne  widzimy trojkę ludzi na koniach. Okazuje się, ze jest tu możliwość jazdy konnej a także warsztaty ceramiczne: http://jurekszczepkowski.blogspot.com/ .
Nim dojdziemy do Nieznajowej trzy razy przejdziemy przez rzekę J czasem się nawet nie opłaca butów zakładać, hehe. Na szczęście jest ciepło i słonecznie. W Nieznajowej oglądamy cmentarz, a także jest (znów po przekroczeniu rzeki) tablica informacyjna, na której przeczytać można o historii tego miejsca.
Następnie drogą wzdłuż rzeki idziemy do byłej wsi Rostajne, przebiega przez nią całkiem ruchliwa asfaltówka. Szukamy drogi w lewo przez góry do byłej wsi Żydowskie. Zanosi się na burze, szybko chowamy się w wiacie i tam przeczekujemy w obawie, czy nie zajrzy do nas Niedźwiedź (widać tablice ostrzegawcze, że tu grasują, hehehe). Znów czekamy chyba z godzinę.
Droga przez góry okazuje się wcale nie drogą tylko śladem po maszynach do wyrębu drzew… gubimy się i łazimy po przepięknych dzikich chaszczach, jarach… Ale ku przestrodze, drogi widocznej na mapie nie ma, dawno zarośnięta. Śledząc wskazania kompasu dochodzimy tam gdzie trzeba.
Już jest późno, ale nie ma wyjścia, jesteśmy w Parku Narodowym, nie możemy biwakować. Idziemy drogą asfaltową w kierunku Ożennej (czasem słońce, czasem deszcz). Na drodze nic nie jeździ, ogólnie nikogo tam nie ma, jakieś stare poPGRowskie budynki.
Dochodzimy do drogi prowadzącej do stacji terenowej Magurskiego Parku Narodowego (przez byłą wieś Ciechania). Niestety droga jest zamknięta, jest zakaz wstępu także pieszo i informacja o monitoringu… My jesteśmy w sytuacji bez wyjścia, jest 20:00, robi się ciemno, tak czy siak złamiemy przepisy PN, albo przez biwakowanie, albo przez wejście na zamkniętą drogę. Wybieramy to drugie, jesteśmy przemoczeni, ta droga prowadzi na legalny kemping w Hucie Polańskiej (http://www.hutapolanska.krak.pl/).
Droga jest nawet przejezdna dla samochodu aż do stacji terenowej. Stacja jest zamknięta na cztery spusty (nawet mieliśmy pomysł, żeby tam może przenocować), bo jesteśmy przemoknięci do suchej nitki. Ścieżka która wiedzie do Huty Polańskiej jest bardzo wyraźna, widać, ze uczęszczana, nawet rowerem. Znów ze 2-3 razy przechodzimy rzekę, całkiem rwącą przez te burze. Trochę strachu jest, i robi się coraz ciemniej. W sumie idziemy ponad godzinę, może nawet 1,5h.
Dochodzimy do ośrodka, miejsc nie ma w pokojach, musimy rozbić namiot (10zł/os). Ale można korzystać z SUCHEJ kuchni J W telewizorze mecz. I nagle znów spotykamy znajomą, właściwie znajomą znajomej, ale znaną J Przyjechali tu na rowery… Kto by pomyślał, ze w Beskidzie Niskim, gdzie turystów najmniej ze wszystkich gór , tylu znajomych można spotkać J
Biorę ciepły prysznic – pierwszy raz od wyjazdu z Warszawy….orgazm!

10 czerwca 2012 (niedziela)


Huta Polańska – Polany
Polany – Dukla (stopem)
Dukla – Miasto Piastowe (bus, 3zł/os)
Miasto Piastowe – Rymanów (stopem)
Rymanów – Rymanów Zdrój (spacer, ok. 30 min.)
Rymanów Zdrój – Warszawa  godz. 16:05 - 23:00 (pks, cena 70zł/os.)

Ruszamy z rana, dziś nasz cel to być na 16:00 w Rymanowie Zdroju na autobus do Warszawy. Trochę późno wychodzimy, bo zakładamy, ze idziemy tylko do Polan a potem stopem. Nie jest to najatrakcyjniejszy wybór, potem stwierdzamy, że lepiej byłoby wcześniej wstać i przejść przez Olchowiec do Tylawy. Ale to następnym razem.
Stajemy na stopa we wsi Polany na drodze w kierunku Mszany, a tu zero, nikt nie jedzie… nie wygląda to kolorowo… Stąd decyzja, żeby iść ta drogą, najwyżej przejdziemy na piechotę i potem będziemy próbować na główniejszej drodze.
Ale po jakiejś dłuższej chwili marszu coś jedzie i nas zabierają J jada do Dukli – tez nam pasuje J Przynajmniej jakaś cywilizacja. W Dukli za chwilę jest bus do Miejsca Piastowego (jest koło 13tej). W Miejscu Piastowym stajemy na przystanku i czekamy na PKS do Rymanowa, równocześnie machając na przejeżdżające samochody. Na przystanku jest wesoły starszy pan, który jedzie w Bieszczady – zazdrościmy mu straszliwie! Zatrzymuje się pan jadący tez w Bieszczady, tez mu zazdrościmy, a on nas podrzuca do Rymanowa. Jest około 14:30.
Na PKS do Warszawy trzeba telefonicznie zarezerwować miejsce, dzwonię i rezerwuje dwa miejsca, specjalnie się jeszcze upewniam, że to będą dwa miejsca…
Spacer do Rymanowa Zdój nie jest jakoś nadzwyczaj przyjemny, ale sama miejscowość całkiem, całkiem. Może następnym razem będziemy startować z Rymanowa i przejdziemy wschodnią część Beskidu Niskiego, bo wrócić to koniecznie musimy.
W Rymanowie Zdroju klimaty sanatoryjne, zjadamy pstrąga w przydrożnym barze, gdy przyjeżdża nasz wypasiony autobus to się okazuje, że mają dla nas tylko jedno miejsce…. Jak tu się nie zirytować! Na szczęście biorą nas oboje….
W drodze mamy przygodę z trzema dziewczętami, które wsiadają do tego samego autobusu w różnych miejscowościach, i trzeciej się nie udaje wsiąść (autobus nie podjeżdża), a jada wspólnie na wakacje i mają samolot. Dziewczyna goni autobus taksówką i udaje się J Niezłego stresa miały…
My lądujemy około 23:00 pod dworcem centralnym, koniec naszej podróży. A co nam zgotowała Tywka, która została na 4 dni sama w domu… to już niech pozostanie tajemnicą… kto zna złośliwość kotów ten się domyśli….



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz