sobota, 15 czerwca 2013

Mazurskie Tropy

Pomrowy na Rączym Tropie na Mazurach pomrowiące 57km na tropach lampionów









mapa naszej Pomrowiej trasy






Poniżej wspomnienie wspólnie przebytej trasy pieszej 50km na Mazurskich Tropach autorstwa Adriana Rączego Pomrowa.
A ze względu na nieobecność (jak na razie!) Adriana w blogosferze, mam zaszczyt zamieścić jego relację u siebie. 
Co jak co, ja też na tych wczasach byłam :) I potwierdzam, że wszystko poniżej, to prawda, cała prawda i tylko prawda... hehehhe - no może tylko Adriano nie wspomniał, ze następnego dnia mieliśmy ochotę na powtórkę ;))
                                                                                                           Winnie Rączy Pomrów


Pomrowie Wędrówki… czyli o dwójce takich, którzy nie jedną drogą błądzili

Mazurskie Tropy – już sama nazwa powoduje dreszczyk emocji… kiedy Winnie po jednym z naszych biegów rzuciła mimochodem, że znajomi organizują na granicy Warmii i Mazur maraton na orientację i czy może mam ochotę się wybrać, wiedziałem, że to nie może się dobrze skończyć. Jednakże bycie Rączym Pomrowem zobowiązuje do pokonywania największych trudności i wytyczania sobie coraz bardziej ekstremalnych celów biegowych. Ślimacze tempo nie istnieje, znamy to z autopsji, wiedzieliśmy, że dla nas nie będzie to nawet „bieg na jednej nodze”, parafrazując Riddicka „Na tropach będzie tylko jedna prędkość,… Nasza, Jeśli nie umiecie jej utrzymać nawet nie wychodźcie”.

Piątek 14 czerwca 2013r. dzień naszego wyjazdu do miejscowości Barczewo, bazy noclegowej dla zatwardziałych biegaczy i rowerzystów, którzy dla swoich pasji są gotowi wiele poświęcić. Dzień w robocie ciągnął się niemiłosiernie, zwłaszcza wobec perspektywy południowego wyjazdu z Warszawy, zimnego wieczornego piwka relaksacyjnego przed sobotnim startem i wizyty w Olsztynku, obowiązkowy punkt na trasie Warszawa – Olsztyn, gdzie czekają na nas świeżutkie i chrupiące, ociekające fantastycznym jagodowym nadzieniem, tętniące życiem pociski mądrości – Olsztyneckie Jagodzianki, najlepsze węglowodany dla naszych zmęczonych mózgów i doskonały podkład na jutrzejszy start. Szybki telefon, rezerwacja i pomimo, że wpadamy do Olsztynka po 19 i cukiernia jest już zamknięta, to właściciel specjalnie podjeżdża i spełnia nasze jagodowe pragnienia. Rzadka cecha, dobrze, że są jeszcze „Tacy” sprzedawcy, piękna sprawa zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

Piątek wieczór, Barczewo, piechurzy i rowerzyści powoli się zjeżdżają. Baza w Gimnazjum to dla nas coś nowego, w końcu jesteśmy z pokolenia, które nigdy nie uczęszczało do gimnazjum. Rejestracja trwa w najlepsze, podpisy, oświadczenia, pakiety startowe, atmosfera iście piknikowa, pomimo, że jutro będą zawody i każdego z nas czeka niemały wysiłek nie ma spięcia. Znajome twarze organizatorów i uczestników, uśmiechnięci „fanatycy pieszych i rowerowych eskapad na dezorientację” wymieniają się uwagami, mówią o swoich ostatnich startach i cieszą się z samego udziału w świetnej imprezie. Niezwykle motywujący jest fakt, że sukcesywnie zwiększa się grono ludzi, których, mimo iż przyjdzie im rywalizować, łączą wspólne pasje.

Sobota 15 czerwca, godzina 8:10 Odprawa „maratonu pieszego TP50” spakowane plecaki, napoje, przekąski, wszystko co na trasie może się przydać. Jesteśmy gotowi na świetną przygodę i nie możemy doczekać się, żeby odkryć nową kartę warmińskiej tajemnicy – mapę z zaznaczonymi punktami kontrolnymi. 3 minuty do startu, każdy z nas dostaje wyczekiwaną z utęsknieniem mapę… szybkie spojrzenie na kolorowy arkusz, czas leci… i się zaczęło, w bezdrożach mojego mózgu pojawia się myśl, gdzie ja miałem rozum, że się na to porywam.

Tropiciele – Gladiatorzy XXI wieku, których areną jest nieznany teren, którym towarzyszy niewiadoma co kryje się za następnym kilometrem lasu, wyruszyli na trasę. Lecimy z Winnie swoim niespiesznym rączym tempem, jest nas w grupie około 10 osób, pierwsze 3 kilometry i wpadamy na asfaltówkę, trochę się grupa rozciąga, szkoda nadkładać trasy, więc skuśka przez pola, spotykamy się po kilku minutach drogi, lecimy na pierwszy punkt, przez łąkę, w międzyczasie elektryczny pastuch dobrze, że wciągnąłem rano „antygwałty” pod spodenki to przylegają do ciała, więc skok przez elektrycznego można wykonać bez ryzyka. Wpadamy do lasu, chwila marszu, chaszczujemy i jest punkcik z lampionem, karta w łapki, szast prast pierwszy punkt skasowany „Stage 1 Completed”. 45 minut - pierwsze 5km za nami więc nie jest źle, obieramy azymut na kolejny punkt nad brzegiem jeziora, wjazd głębiej w las, byle do ścieżki i już będzie szybciej.

 Przed nami łąki i pola, poranna rosa przeziera przez skarpety i buty, tego można było być pewnym, ale 50 km w kaloszach to prawie że jak na szpilkach, więc co do zasady odpada, no chyba że wpadniemy na kolejny pomysł udanej autopromocji i następnym razem Winnie poleci w szpilach a ja w kaloszach, albo odwrotnie – tego nie możemy wykluczyć.

Krzaczory i pokrzywy i wpadamy do przejścia przez kanałek, wąskie to przejście trochę i takie mało stabilne, głupio byłoby się na starcie skąpać przez nieuwagę, i cholera nie wiemy jak tam głęboko i czy jaki aligator gdzieś nie czyha na zagubionego piechura. Udało się przebić przez wodę „suchym butem”, no oczywiście wobec wczesnej rosy nie do końca suchym, ale bez pływania. Jesteśmy coraz bliżej, wbijamy w kolejne chaszcze, pokrzywy i różne inne zielone pnącza oplatające nasze nogi. Jest brzeg jeziora ścieżka trochę wydeptana… „Nasi tu byli”, czyli kierunek właściwy i szlak przetarty. Przedzieranie wzdłuż brzegu i jest punkt kontrolny, mamy już 2 podbite, początek imponujący może nie ekspresowy, ale wynik jest i sława idzie w świat, a wiadomo, że paparazzich po drodze nie brakuje. Wpadamy na leśną ścieżkę i stało się… nasze radosne oblicza uwiecznia Kuba, chwila dla reporterów, zamiast marszu bieg, żeby nie było że my tam tylko turystycznie i rekreacyjnie, prawdziwym Pomrowom to nie przystoi – teraz jest dowód w postaci zdjęć niezależnego eksperta i miłośnika fotografii, że byliśmy na tropach, cenne osiągnięcie.

Zostawiamy grupę i lecimy w las, na szczęście Winnie spostrzegła, że zgubiłem numer startowy, więc teraz jest przywiązany i wisi dumnie na sznurku zawieszonym na szyi. Droga która ciężko zauważyć, prowadzi nas prosto do asfaltowej jezdni przecinającej kompleks leśny, słuszny kierunek. Teraz już tylko bieg, a my miłośnicy 10km betonowych warszawskich tras takiej okazji nie przepuścimy. Z asfaltu w las i kolejna niespodzianka, mój numer ponownie zrobił psikus i zniknął podczas biegu, więc zrzucam plecak i powrót po trasie, namierzam kolorowy sznureczek ,50 metrów dalej numer leży na drodze, nawrót i w las, dziwne dejavu, jakbym tą trasą już dziś biegł, moja nieuwaga to strata naszych cennych minut, a limit na pokonanie trasy wynosi raptem 13 godzin, więc trzeba się uwijać.

Lecimy na 3 punkt, znajome twarze po trasie, słychać głosy jesteśmy blisko, szybki marsz wzdłuż ciurlejki, pokrzywy, muchy, komary i inny nisko latające zwierzyniec umila nam to czerwcowe sobotnie przedpołudnie. Jeszcze tylko szybka wspinaczka pod górę, stroma skarpa i jesteśmy przy lampionie nr 3. Jak dotąd nie jest źle i wiemy gdzie jesteśmy , a to już połowa sukcesu dla dobrze zorientowanych Tropicieli. Teraz plan jest prosty powrót do przejścia przez smródkę odbijamy na wschód wzdłuż jeziorka później na południe leśna drogą, nie ma opcji, żeby nie trafić, zwłaszcza, że po trasie ma być góreczka, a to dla nas wybornych podróżników, amatorów kompasu i dezorientacji przydatna wskazówka.

Powoli odczuwamy znużenie trasą, znajome i nieodzowne na każdym kroku bzyczenie wokół głowy świadczy, że kilkadziesiąt bardzo przyjaźnie nastawionych owadów zdecydowało się towarzyszyć nam w wędrówce, co jakiś czas starając się dla odciążenia upuścić z nas kilka kropel krwi, jakże przyjaźnie nastawiona jest do nas przyroda, nie ma co. Nadszedł czas podładować baterie, zatem wyjście z tej sytuacji może być tylko jedno, z naszych plecaków wprost do głębi umysłu przeziera jedna myśl – Olsztynecka Jagodzianka najlepszym lekarstwem na wszystkie niedogodności – świeże węgle dla mózgu, doskonała porcja żywieniowa na ekspresowe uzupełnienie braków glikogenu. Łapka do plecaka i jest, może już nie tak kusząca jak w cukierni, lekko styrana podróżą, ale jakże ociekająca jagodowym nadzieniem, które oblepia usta i podniebienie. Tego było nam trzeba, zmysłowego ukojenia leśnymi owocami, których resztki zdobią kąciki naszych ust przy każdym uśmiechu.

Tniemy przez las, niby wszystko OK, tylko coś długo nam się ta droga ciągnie i jakoś dziwnie nie biegnie wzdłuż jeziora, kurde chyba mapa trochę szwankuje, no bo nie ma opcji, żebyśmy pomylili trasę. Lecimy lekko na zachód w lasek i naszym oczom ukazuje się… polana, Winni szybkim krokiem kieruje się na północ, drobny kanałek, co jest grane, what the f.. – chyba nie trafiliśmy, chwilka skupienia, co teraz nie jest łatwe bo słońce praży po całości, wymiana spojrzeń i jeden skrót przychodzi nam na myślGPS – Gdzie Pomyliliśmy Szlak, zatem szybki rekonesans palcem po mapie promień kilometra i szukamy gdzie jesteśmy, lekko na zachód i  jest polanka z kanałkiem, kilka drzew i piękna ściana lasu, czyli… kilometr na zachód, lekko północny zachód od celu, szybko przedzieramy się przez las jest droga, teraz już tylko kierunek wschodni, tam musi być jakaś cywilizacja, niestety bociuś nad nami nie krąży, może to i dobrze.

Charakterystyczne rozwidlenie dróg czyli jeszcze 300 metrów i będziemy, po trasie kilku piechurów z charakterystycznymi numerkami z tropów, teraz już wiemy, że jesteśmy blisko celu, skuśka w las i są 2 piękne nagrobki nadgryzione zębem czasu i pokryte patyną niepamięci – punkt kontrolny „Mogiła” zaliczony, nazwa jak dla nas trafiona, prawdziwa mogiła mogła być z tym punktem, ale Rącze się nie poddają.

Spokojnie rozważamy jak lecieć dalej, gdyż do PK 3 czyli piątego na naszej drodze jakieś 5 km, zatem po raz trzeci tą samą zagubioną drogą na zachód i odbijamy na północ wzdłuż ściany lasu, szkoda się przedzierać przez las, więc wybieramy drogę przez otwartą przestrzeń, trochę bagniście, woda stoi w wielu zagłębieniach terenu, kierujemy się na linię energetyczną to słuszny ruch, łatwy punkt orientacyjny. Na naszej drodze kolejny kanałek, nie pozostaje nam nic innego jak skok przez wodę, szybko znajdujemy dogodne miejsce do przeprawy… hyc hyc i jesteśmy po drugiej stronie prawie że suchą stopą, but może lekko wilgotny i ubłocony, ale to esperanto  życia tropiciela.

Trafiamy w piękną polna drogę, która wije się wzdłuż linii energetycznej. Decydujemy się na przebieżkę, wiemy, że wypadniemy prosto na drogę asfaltową biegnąca w kierunku rozwidlenia przy miejscowości Podlazy, a dalej już tylko oznaczony na mapie dukt na granicy ściany lasu i pól, tym razem nie ma opcji pomylenia trasy,  zatem decydujemy się na 2,5 km przebieżkę, po trasie mijamy kolejnych tropicieli, którzy z uśmiechem maszerują w stronę PK3. 20 minut i jesteśmy w punkcie, przecinamy jakąś smródkę, czyli musimy być blisko, w lesie słychać ruch w oddali głosy naszych kolegów, zatem ścinamy w las, PK3 to górka, okazuje się że w tym miejscu jest ich sporo, zatem kilkanaście podbiegów trochę krążenia i w końcu trafiamy na punkt na szczycie górki, niby łatwy ale przysporzył nam lekkich trudności, może przezornie liczyliśmy, że będzie tylko jedna góreczka, ale to byłoby za łatwe, w końcu to maraton na orientację.

Przed nami PK10 – granica kultur, oboje z Winnie jako wybitni absolwenci nauk przyrodniczych z inżynierskim wkładem od razu wyknuliśmy, że czeka nas przeprawa przez młodnik, zatem już na starcie wiemy czego szukać. Droga przez las jakieś 3 km ścieżki, więc nie ma problemu możemy spokojnie maszerować i troszkę potruchtać, czyli scenariusz dla nas prawie że idealny, punkt orientacyjny, gdzie należy wzmóc czujność to ciurlejka przecinająca naszą drogę. Mija lekko wydłużone pól godzinki czyli można rzec 3 kwadranse pieszej wędrówki i jest nasza wijąca się wybitnie wąskim korytem stróżka, w której z trudem można byłoby zamoczyć stopy, a jeśli już udałoby się, to niewątpliwie byłoby to nie lada wyczynem.

Lecimy na wschód, jest młodnik, czyli to musi być gdzieś tu, sporo ludzi się kręci szukając punktu, część biegiem leci w przeciwnym kierunku, można przyjąć że już skasowali PK10, zatem szukamy, kręcimy się, mijają kolejne minuty, czeszemy ten cholerny młodnik z jednej i drugiej strony, w końcu decydujemy się rozdzielić. Winnie szuka bardziej na zachód, ja w części wschodniej, z mapy wynika, że będzie szczyt więc nie pozostaje nic innego jak wbić się klinem w ten przyjazny teren. Jest jakaś wydepta dróżka, która leci pod górę, myk i jestem, cisnę dobry kawałek przez te cholerne iglaki, docieram do szczytu i… nic, zatem w dół jeszcze bardziej na wschód czeszemy czeszemy, w końcu wbijam gdzieś na ślepo nie ma opcji, żeby ten punkt odpuścić, mimo że strąciliśmy długi kwadrans, w końcu dzikim fartem coś pomarańczowego ukazuje się na drzewie, jest ten wyczekiwany obiekt pożądania – lampion punktu kontrolnego. Kilka okrzyków radości lecę na dół odnajduję Winni kasujemy punkcik.

Chwila na oddech i czytanie mapy. PK2 to będzie dobra jazda, niby odległy raptem 1,5-2 km od naszego obecnego miejsca podróży, ale jednak droga prowadzi przez las i mokradła, i mamy po trasie punkt, którego nie przebijemy, czyli krzyżówka drogi i strumienia, ale poniżej wzdłuż jeziora jest kolejna ścieżyna… ta spokojnie przecina kanał, zgodnie z mapą da się tam tędy czmychnąć, zatem szybka kalkulacja lecimy na południe przez młodnik, do drogi, trochę się przeciskamy, suche gałęzie drapią po odkrytych nogach, rękami torujemy sobie drogę przez gęste skupiska młodych drzew, w trwa to dłużej niż zakładaliśmy. W końcu udaje nam się dotrzeć do drogi teraz  już w miarę prosto, przynajmniej tak się wydaje, nagle zakręcik więc dajemy jeszcze bardziej na południe, ale po 50 metrach terenu, który robi się coraz mniej przyjazny i bardziej wilgotny rezygnujemy z tej trasy i wracamy.

Dobrze, że szybko zmieniliśmy zdanie, spoglądamy w mapę i lecimy prosto. Doskonała decyzja, widzimy brzeg jeziora, jesteśmy niedaleko. Kolejny rzut oka na mapę, punkt jest w zatoczce jeziora, przyjmujemy to za dobra monetę, będzie wcięty w teren, a to już jest niewielka nadzieja, że nie będziemy przedzierać się przez kolejne bagniste tereny przy brzegu i nieodkryte trzcinowiska, gdzie dna próżno szukać suchą stopą. Teraz już spokojnie szukamy, pod naszymi nogami iście perski dywan z jaskrawo zielonych, tętniących żywymi relaksującymi kolorami mchów, które uginają się przy każdym kroku, a po zabraniu stopy wracają do poprzedniego ułożenia. Wrażenia fantastyczne, jakby ktoś rozłożył pod nogami odkształcająca się pajęczą sieć, silną na tyle, żeby utrzymać ciało dorosłego człowiek i na tyle delikatną, żeby subtelnie otulić cała stopę.

Odrobina wilgoci dociera do naszych butów przy każdym kroku woda, kropelka po kropelce wlewa się do ich wnętrza, chłodno otulając zmęczone marszem i biegiem stopy. Przynosi przyjemne ukojenie dla spracowanych kończyn, które czeka jeszcze spory wysiłek, albowiem za nami dopiero połowa trasy. Naszym oczom ukazuje się zatoczka, na drzewie zawieszony pomarańczowo-biały lampion, przy brzegu zwalone drzewo, na którym można chwilę odpocząć. W pierwszej chwili myślimy o tym, żeby podbić kartę i zaliczyć punkt kontrolny, ale nagle wszystko się zmienia. To miejsce jest magiczne, nie da się nie być zauroczonym tą okolicą, kompozycja iście bajkowa, konglomerat barw, uczta dla zmysłów, nawet tych zmęczonych, to najpiękniejszy punkt kontrolny na trasie, brakuje tylko pomostu, albo kawałka plaży i podejrzewam, że większości Tropicieli przez głowę przemknąłby kwant myśli i chęci zanurzenia się w wodach przyległego jeziora. Urok tego miejsca sprawił, ze postanowiliśmy się tam zatrzymać na dłużej, zrobiliśmy kilka zdjęć, odciążyliśmy plecaki z zapasów bananów i wody, rozmarzyliśmy się na chwilę.

Jednakże było warto i każda spędzona tam minuta, która powodowała, że nasz czas w trasie się wydłużał, nie miała znaczenia. To miejsce miało swój niepowtarzalny klimat, a my chcieliśmy choć na chwile stać się częścią tego magicznego zakątka lasu. Wyrwał nas z zadumy kolejny piechur, który przybył z przeciwnej strony, to oznaczało jedno, byli tacy, którzy zdecydowali się przyjąć inny kierunek zwiedzania, zatem ruszamy dalej, przed nami już tylko punkt żywieniowy, będzie szansa się wzmocnić i uzupełnić zapasy płynów. Żeby nie błądzić po mokradłach przyjęliśmy azymut na groblę pomiędzy dwoma kanałkami, czyli na skuśkę przez las na zachód.

Niestety okazało się, że czeka nas mała niespodzianka – teren niemożliwy do przebycia suchą stopa, czyli bagnista ciur lejka o kruczoczarnej barwie wody. Patrzymy jest prowizoryczny mostek z gałęzi, czyli ktoś tędy darł, ale może da się gdzieś węższą przeprawę znaleźć, chwile krążymy, w końcu decydujemy się na wytropiony na początku lekko zakryty wodą pomost z gałęzi. W butach i tak mamy mokro więc co nam szkodzi, kilka spokojnych kroczków i jesteśmy po drugiej stronie wodnej przeszkody, dalej lecimy po mechatych leśnych dywanach, na których pstrzą się białe i żółte kwiaty wyciągające swoje podłużne kielichy w kierunku słońca, urokliwe miejsce. Dopadamy do grobli, przebijamy się przez jeden kanałek jesteśmy na grobli, ale oto przed nami piękne zasieki z jeżyn, nie ma co, daliśmy czadu, mapa w ruch, zaraz zaraz… jesteśmy 100 metrów od granicy lasu, dalej jakieś pole, dwa jeziorka polna droga i asfalt, tu się odkujemy z czasem, szybka zmiana planów, szukamy wąskiej przeprawy przez drugą smródkę przy grobli, jest, dwa susy, buty lekko zmoczone ale my już nie jesteśmy w jeżynowym chruśniaku.

 Tniemy na skos przez las i jest przed nami łąka, na szczęście już po sianokosach, czyli nie musimy się dodatkowo męczyć, dalej są dwa jeziorka, w oddali majaczy człowiek na rowerze, a zatem do drogi już blisko. Lecimy na skos, kilka domków w okolicy jeden nawet nad jeziorkiem , to jest dopiero klimat. Gdy tamtędy przechodzimy na tarasie siedzi rodzinka i się opala, miłe sobotnie popołudnie, eeee tam , co oni mogą wiedzieć o miłym sobotnim popołudniu, niech spojrzą na nasze to  jest dopiero prawdziwe sobotnie popołudnie.  Oblatujemy jakieś chałupki, pole kukurydzy i jesteśmy na polnej drodze, w oddali słychać ruch samochodów, zatem szpula najkrótszą drogą do asfaltu.

Kierunek Pajtuny i „Pajtuński Młyn”eldorado kalorii i świeżych płynów, teraz to browarek przydałby się na szybkie ukojenie przed posiłkiem i dalszą trasą. Decydujemy się na przebieżkę, trasa nam pasuje, asfalcik pod górkę, odbijamy na młyn w polną lekko kamienistą drogę, słońce piecze niemiłosiernie, jeszcze kawałek i będziemy na miejscu, czas się dłuży, a młyna nie ma. W końcu jest, widzimy tam już nasze schronisko, przystań i miejsce odpoczynku, chwilowego, ale zawsze to coś, zwłaszcza dla psychiki, bo ciału jest już wszystko jedno.

Samochód na naszych warszawskich blachach i jest Afryczka na punkcie żywieniowym. Zastanawialiśmy się kogo spotkamy, gdyż siostra Winnie także miała do obsługi punkt żywieniowy. Kilka zdjęć zmęczonych piechurów, do picia woda z sokiem, to są te cukry, które szybko uzupełnią braki energii, a jeśli nie, to zdaje się nam że tak właśnie jest. Czasem dobrze oszukać własny umysł, albo dać mu zwodniczą nadzieję, żeby miał jeszcze siłę współpracować i wysilił się na kolejne 3 punkty kontrolne. Uzupełniliśmy płyny, podjechał Kwito – organizator trasy pieszej, chwilkę pogadaliśmy i czas ruszać dalej.

Czuję, że moje stopy są już lekko otarte, zwłaszcza prawa, to efekt wilgotnej skarpety, wyjście jest tylko jedno, bo o przerwaniu nie ma mowy.  Samoprzylegający bandaż elastyczny, który tworzy szczelną skorupę wokół stopy, nie uciska i co ważne, szczególnie w tych warunkach, nawet gdy jest wilgotny nie zmienia swojego ułożenia ląduje na mojej spracowanej kończynie. Uzupełniamy zapasy płynów, chwytamy po „Chrupsie” i po bananie i w dalszą trasę.

Za młynem ścinka w lewo, 100 metrów marszu i wracamy, yyy – nie ten kierunek,. Szybkim krokiem w polną drogę i dalej do lasu i wzdłuż jego granicy na zachód, nasz cel to dwa łukowate odcinki drogi zbiegające się w jednym punkcie, stamtąd droga będzie już łatwiejsza.

 Pomrowy maszerują spokojnie, nie chcą przegapić tego punktu, na szczęście nie było takiej opcji, szybko namierzyliśmy nasz cel i dalej tniemy już dróżką w kierunku zachodnim i lekko na północ. Szukamy strumienia na przecięciu z drogą, jest czyli już prawie prawie w punkcie. Winnie wpada w las, ja lecę dalej drogą jakieś 50 metrów.  Z drogi doskonale widać lampion, szybki sygnał do Winnie i ona już kieruje się na punkt , ja wjeżdżam w las i „Brzeg bagna” – PK 9 zaliczony.

Idzie świetnie start z młyna nam nie wyszedł, ale po chwili już wchodzimy na właściwe obroty. Dalej mkniemy dróżką na przecinkę leśnych szlaków i kolejny raz udaje nam się bezbłędnie namierzyć leśne estakady, którymi kierujemy się prościuteńko na północ. Wypadamy z lasu, polna ścieżyna prowadzi nas prosto do miejscowości Silce, a tam już nie ma opcji się pogubić, mijamy Jezioro Silickie, rozstaj dróg i akwedukt, a raczej przeprawa przez kanałek. Przed nami górka, żwawy marsz przez pole i w skupisku drzew wypatrujemy ambonę. Kolejny punkt namierzony bez zbędnego krążenia.

Pomrowy zdecydowanie łapią wiatr w żagle. Szybka kalkulacja zostaje ostatni punkt i lecimy do bazy – czyli już widzimy metę oczyma wyobraźni. To jest moment żeby podziękować za wspólną trasę ostatniej Olsztyneckiej Jagodziance, złapać odrobinę energii i odciążyć maksymalnie plecaki. W naszych głowach już prawie rodzi się myśl „Home sweet Home… Barczewo”.  Trafiamy pięknie w dwa mostki na Kanale Wiktorii, dalej ogarniamy azymut na linię energetyczną, wszystko niby proste, bo to już nie las tylko… pole rzepaku. Niestety nie tego kwitnącego żółtym kwiatkami, o nie nie, za ten wiele byśmy wówczas oddali, ale już wyrośniętego zielonego twardego rzepaku, który stanowi zbitą, szczelną barierę na naszej drodze do „Paśnika”.

Jest kilka wydreptanych dróżek w tych połaciach zielonego szaleństwa, to motywuje nas do dalszej walki… lecimy. Nogi bolą ze zmęczenia, poparzone przez pokrzywy, pogryzione przez insekty i cholera wie przez co jeszcze, a na koniec to rzepakowe pole rośnie wokół nas, to rzepakowe pole, w którym jak  strachy na piechurów tkwimy. Ciężko jest, ale lecimy mimo zmęczenia i przeciwności losu, kierunek – linia energetyczna, dalej wzdłuż linii wschód. Niestety nie wyszło tak jak chcieliśmy, błądziliśmy okrutnie.

W końcu Winnie decyduje się na przecinkę przez jakieś chaszcze, pokrzywy wysokie jak my, trzcinowisko i oset. Po kilku bardzo wolnych krokach decyduję się zmienić Winnie na prowadzeniu i wbijam na żywioł w to pokrzywisko. Co tam iskrzące nogi, już tak przyjemnie elektryzują podskórnym mrowieniem, chwilo trwaj, nie mamy nic do stracenia poza czasem, zatem dopieszczę swoje kopytka niech mają prawdziwe „pokrzywiony masaż”. Niosą mnie już tyle kilometrów, choć tak się mogę odwdzięczyć. Przebiliśmy się przez te cudne chaszcze i lecimy pod górkę.

 Winnie kilka kroków przede mną, bo już słaby zaczynam się robić, patrzę coś podnosi z ziemi, i znowu, i znowu… pod naszymi nogami poziomki. Nooo pięknie, niespieszne przykucnięcie i już te drobne czerwone owoce lądują w mojej dłoni, by po chwili ich słodycz i przyjemny smak, takie wspomnienie dzieciństwa, rozchodzą się po ustach powodując, że choć na chwilę nie myślę o tym żeby iść dalej.  Zbieramy się po chwili i lecimy prosto na gospodarstwo, jest dróżka czyli kierunek wschodni i wypadamy na jezioro. Droga pięknie je okala, idealnie zdjęta z mapy, no to już tylko na północ i jesteśmy prawie na ostatnim punkcie kontrolnym.

Wokoło kilka letniskowych domków, słychać śmiech i rozmowy, woń grillowanego mięsa unosi się w okolicy, ale nie za to oddalibyśmy w tej chwili wiele, patrzymy na siebie z Winnie i zastawiamy się głośno co oddalibyśmy za mała szklaneczkę zimnego piwka, nie ma jednak takiej opcji, nie możemy sobie teraz pozwolić na odprężenie, jeszcze kilometr przez las i jesteśmy na miejscu. Skręcamy w leśną drogę na północny-wschód i po 400 metrach naszym oczom ukazuje się Święty Graal Mazurskich Tropicieli” – Pasńik – PK 5 – „the last but not the least”. Przybijamy piąteczkę, podbijamy piąteczkę na karcie, pamiątkowa fotka do antyramy i finałowe czyszczenie plecaków, ostatni banan kilka łyków picia i lecimy.

Drogę mamy już obcykaną, zbieg ze skarpy, dalej przez pola na Wrocikowo i jesteśmy w domu. Zatem szpula na skarpę patrzymy i jest… chyba to cholerne jezioro, które zgubiliśmy po trasie przy poszukiwaniu PK 7, jesteśmy w totalnym szoku, szybka decyzja i szukamy przejścia, może gdzieś jest jakaś wąska przeprawa, latamy wzdłuż skarpy przy jeziorze przy kanale, nigdzie nic, patrzymy są drzewa spuszczone przez bobry. Emocjonalna myśl „Przebijamy się na drugą stronę zalewiska, przebijamy się po drzewach, ryzykujemy przeprawę”, nie wiemy jak jest głęboko, ale co zrobić już jesteśmy gotowi do działania, nagle chwila otrzeźwienia, zdrowy rozsadek wraca wyciszając emocje – co będzie jeśli dalej są bagna, przeprawimy się i trzeba będzie wrócić, tracimy czas i energię, a jest już 19:30 czyli 2 godziny do „deadline”.

Ryzykujemy lecimy wzdłuż skarpy, może cos lepszego wypatrzymy. Błądzimy w poszukiwaniu miejsca do przeprawy, w końcu stop, ilość przekleństw, którą po trasie wyrzucamy z siebie wspominając słowa Afryczki na punkcie żywieniowym, że ostatni PK jest LEKKO BAGNISTY, osiąga apogeum. 

 „Jak tak można - wykasowali jezioro z mapy”układamy spiskową teorie tropów, to wcale nie jest śmieszne, nasze głowy buzują, a emocje są coraz silniejsze. Wszystko mieliśmy już zaplanowane, a tu taka niespodziewajka.

Zatem wracamy na trasę i szpula, trzeba to obiec. Z niedowierzaniem spoglądamy w mapę, to dodatkowe 4-5 km trasy, a mamy już w nogach prawie 50. Co nam pozostaje, w końcu „Rącze Pomrowy to nie mięczaki”, a Wściekłe Rącze Pomrowy to już na pewno nie mięczaki. Nowy plan zakłada możliwie szybki marsz przez las na Kaplityny.

Winnie zasuwa tak, jakbyśmy dopiero wyruszali z Barczewa, aż strach się odezwać, widać że jest okrutnie wkurzona, a ja okrutnie zmęczony, ciągnę te nogi jak kłody, co chwile podbiegając, bo Jej marszowe tempo jest na prawdę imponujące. Emocje i zmęczenie jeszcze bardziej nakręcają nas do większego wysiłku.

Docieramy do Kaplityn, teraz kierunek Bark i już będziemy niedaleko, idziemy przez lasek, ścięliśmy w inną drogę drogę, ale to nie miało znaczenia, bo i tak wyprowadziła nas w miarę dobrze. Teraz już kierunek na oczyszczalnię przy DK 16 odbijamy na wschód i jesteśmy prawie w domu. Tniemy na skuśke przez pole, jesteśmy już dobrze podmęczeni. Dochodzimy do jakiejś polnej drogi, która prowadzi nas prosto w majacząca w oddali zabudowę
.
Decydujemy się na ostatni „Zryw Pomrowów” – biegniemy, może tempo nie jest zabójcze, ale poważnie… BIEGNIEMY!!! Mamy w nogach jakieś 55km i przed nami dobre 3km trasy, to jest nasz prawdziwy sprawdzian, to jest nasza Golgota… time is coming, na busoli nie ma jeszcze 21 czyli jest nieźle. Lecimy polną drogą, wpadamy na płyty betonowe, po obu stronach zabudowa, a w oddali na linii horyzontu maluje się jakaś biała wstęga – coś przypominającego bramę i ogrodzenie. Zbliżamy się, nasze najgorsze przewidywania się sprawdzają, jest brama i w dodatku zamknięta, ale może choć furtka będzie otwarta. Podbiegamy z niedowierzaniem pociągamy z a kraty i … jesteśmy wolni. Zamykamy za sobą furtkę i już z nową wiarą pędzimy betonówką w kierunku DK16. Przy boisku dwóch chłopaków pyta, ile jeszcze, a my że jakieś 2-2,5 km, na co pada śmieszne stwierdzenie „Tylko tyle”? W odpowiedzi beznamiętnie rzucamy w powietrze, że w nogach mamy już jakieś 55 km… dziwnie zamilkli.

Dopadamy do drogi krajowej nr 16, trasa dobrze nam znana, wczoraj tędy lecieliśmy do Barczewa, czyli asfalt na koniec. Warto robić te nasze warszawskie betonowe trasy, już czujemy woń schabowego, który na nas czeka. Jeszcze 1,5 km – finisz musi być z klasą, wpadamy na metę jak olimpijscy sprinterzy, tyle, że nasze twarze zdobią uśmiechy szczęścia nie grymas zmęczenia. Co więcej może nasze ciała były zmęczone, ale umysły ostre niczym brzytwa, kto pomyślałby, żeby po 12 godzinach i 44 minutach przyjdzie nam do głowy odpowiedzieć Kwitowi, że zrobiliśmy 2 pętle po tej pięknej trasie…. Jak widać po naszej relacji, pomimo zmęczenia nie strąciliśmy z oczu tego po co przyjechaliśmy, fantastycznej zabawy i pięknej przygody.


Na mecie czekało na nas zimne piwko, idealne uwieńczenie całodniowego sportowego  święta. Satysfakcja z pokonania trasy, brawa na mecie, ciepłe słowa i uśmiech Tropicieli Piechurów i Rowerzystów były nagrodą dla której warto było iść, biec, maszerować, przeprawiać się przez bagna i mokradła, gubić się i odnajdywać drogę, dać się pogryźć wszelkiemu leśnemu robactwu i zwiedzić wiele wyjątkowych warmijskich zakątków i ostoi. Piotrek ułożyłeś świetną trasę, której przejście jest fantastycznym wydarzeniem i niezapomnianym wyzwaniem. Chustki i czapki z rączych pomrowich głów dla Wszystkich Tropicieli i Organizatorów, ludzi którzy mają chęci poświecić swój czas, żeby aktywnie realizować swoje pasje. Do następnego rajdu, już nie możemy się doczekać! 

niedziela, 2 czerwca 2013

Spływ Marózką i Łyną

Stare 3,14 w kajakowych odmętach przy stężeniu testosteronu 0%


30 maja 2013 (czwartek)


Warszawa – Olsztynek  godz. 7:15 – 10:00
Olsztynek – ośrodek Mierki godz. 10:15 – 10.30
Ośrodek Mierki - Kurki– 12:00 – 12:15 , samochód
Kurki – Mielno 12:30 – 13:15, samochód z kajakami
Mielno – elektrownia Waplewo 13:45 – 17:30 kajakiem (ok. 13km)

Rano zbieramy się u Moni, która jest posiadaczką samochodu o bagażniku 200 litrów – i tak wszystko się nie mieści :) jedzenie na cztery dni, gary no i nasze bagaże :) Z Warszawy jedziemy w piątkę: Monia, Gosia P., Karol, Jola i Winnie, z Władysławowa nadciąga Gosia M. Szybko lądujemy w Olsztynku na najlepszych jagodziankach olsztyneckich – kto nie zna, ten życie traci. hehehe. Pani od jagodzianek serwuje nam inne smakołyki, niesamowite, kupujemy jeszcze bułki z jeżynami… poezja. Do Olsztynka dojeżdża także Gosia M. i już jesteśmy połączone naszą drużyną :) Wtranżalamy jagodzianki i chcemy kawy, a tu w całym Olsztynku o tej porze nie ma gdzie się kawy napić… chyba że na stacji benzynowej… To jedziemy dalej, gdzieś się zatrzymamy na kawę :)

Widzimy skręt do jakiejś kawiarni w ośrodku, skręcamy w las i …. Jedziemy, jedziemy, jedziemy… Mija nas autokar pełen młodzieńców… chwila wahania, chcemy zawracać za nim, ale ta kawa… trudno, może jeszcze jacyś młodzieńcy się znajdą, hehehe. Dojeżdżamy do ośrodka wypoczynkowego Mierki nad jeziorem Pluszne Wielkie – ładujemy się na leżaki i sączymy cafe latte… to my nigdzie nie jedziemy dalej :) Poznajemy Komandor Płaczliwą, która obsypuje nas dmuchawcami. Okazuje się, że pan Wątły (od kajaków), nie może teraz nas przewieźć i musimy czekać…. O jaka szkoda… kontynuujemy relaks nad jeziorem w leżaczkach…

W końcu ruszamy i po chwili dojeżdżamy do Kurek, bierzemy kajaki z wypożyczalni Wypożyczalnia Sprzętu Wodnego Rafał Wątły  (pan Wątły i jego brat Wątły wcale nie takie wątły… hehehe, o tym się jeszcze nie raz przekonamy). Koszt wynajęcia kajaka 40zł/kajak/dzień, transport w zależności od trasy. Super bonusem jest to, że panowie podjeżdżają na przenoski i przewożą kajaki, więc spływając nie trzeba się o to martwić. My startujemy w Mielnie, jedziemy tam z kajakami z godzinę. Samochody zostawiłyśmy u panów Wątłych na łące.

Jest już całkiem późno jak się wodujemy, zaczynamy na jeziorze Mielno, a biorąc pod uwagę upał, szybko chcemy być na środku i zrelaksować się jakimś napojem. W liście zakupów napoje orzeźwiające zostały uwzględnione :) Słabo nam idzie wiosłowanie, i jeszcze wiatr wieje, a wiosła nie są skręcone… Tym jeziorem płyniemy chyba z 9km. Nim wpływamy w rzekę zatrzymujemy się na pomoście, miał być plan kąpieli, ale jakoś nie wyszło – zimna woda…

Wpływamy na rzekę Marózka jest urocza, płytka (nawet bardzo, dobrze, że jest ciepło, bo wyskakiwanie z kajaka nie stanowi problemu:) Do mostu w ciągu drogi (ok. 1,5km) rzeka jest w miarę czysta, syf zaczyna się, jak wpływamy do Waplewa. Jakaś masakra – mieszkańcy tej wsi wrzucają do tej rzeki chyba wszystkie śmiecie… aż się smutno robi, bo przed chwilą była to super czysta rzeka… trzeba uważać przy wychodzeniu, bo jest mnóstwo szkła i gruzu… no koszmar…

Dopływamy do elektrowni Waplewo, jest już całkiem późno (po 17tej), przepłynęłyśmy około 13 km. Pan w elektrowni jest tak miły, że postanawiamy zostać tam na nocleg, bo kolejna możliwość noclegu jest podobno za naprawdę kilka godzin płynięcia… A my mamy nocleg luksus – na skoszonej trawce, dostęp do toalety, miejsce na ognisko i drewno… Towarzystwo kotów i psów i wnuczki pana z elektrowni… Pan nas straszy, że za elektrownią są bystrza i ktoś wczoraj zrobił dziurę na nich w polietylenowym kajaku (!!!!!!)… no to ładnie. Ale za to ktoś inny zostawił wiosło, więc szczęśliwy pan z elektrowni dumnie z nim chodził, zadowolony, że zawsze go okradają a teraz coś mu się trafiło!

Robimy wyżerkę na ognisku – spaghetti carbonara – w wyniku kompromisu – bez śmietany ale z czosnkiem :)


31 maja 2013 (piątek)


Elektrownia Waplewo – Jezioro Maróz godz. 11:00 – 15:00

Wstajemy z rana prawie, śniadaniujemy przy ognisku. Okazuje się, że nasz gospodarz nie chce ani złotówki za nocleg… trochę głupio, zostawiamy mu wino. W ogóle głupio nam, bo się tego nie spodziewałyśmy, tak nas ugościł…

Ruszamy koło 11tej, podobno ma być jakiś deszcz, więc chcemy już mieć złożone namioty. Zaczyna się psuć pogoda jak tylko ruszamy. Rzeczywiście rzeka (którą ktoś chwilę wcześniej spuścił ścieki – no comment…) jest bystra, pełno kamieni i można nieźle walnąć kajakiem. Spływamy ekspresowo, jak kończą się bystrza, zaczyna się psuć pogoda na maksa. Szczerze, to zaczyna się niezła burza i leje się ściana wody. We dwa kajaki (Monia z Gosią P. popłynęły dalej) stajemy pod drzewami i czekamy aż przejdzie. Leje równo, chowamy się pod foliowymi workami, Karol zakłada niebieską foliową burkę – dostaję ataku śmiechu… hehehe. Pioruny walą, woda się leje, a ja zajmuję się usuwaniem jeziorek na worku foliowym, które tworzą się w zagłębieniach – żeby jeziorka nie wpłynęły do kajaka tylko na zewnątrz :) Nie wiem ile tak stoimy, mija na jedna grupa, bardzo wesoła – płyną mimo deszczu. Gdy wydaje się, że burza przeszła, ruszamy i my. Za chwilę , może dłuższą chwile jest jezioro, trafiło nam się, że burza nas nie złapała na jeziorze – to już nie byłoby nawet zabawne. Mijamy w między czasie ujście rzeki Witramówka – jest oznaczone, że nie należy nim spływać, więc jak ktoś czujny to się nie pomyli.

Całe mokre dopływamy do ośrodka na jeziorze Maróz, są miejsca w ośrodku Syrenka (50zł/os) – nie mamy dobrej pozycji negocjacyjnej jeśli chodzi o cenę… kajaki zostają w hangarach a my lądujemy w domku o wdzięcznej nazwie Bocian :) Wypogadza się, rozwieszamy pranie w domku, pan nam rozpala grilla pod dachem, gdzie sobie fundujemy kiełby z ogniska, ziemniaki i jeszcze sałatkę z tuńczyka. Jest też sklep! Bo konsumpcji jedzenia i napojów postanawiamy wybrać się na spacer.

Dochodzimy do jakiejś wsi, całkiem ładnej, ze 3km od ośrodka i zawracamy. Jolka z Gosią P. dzielnie biegną, tka biegną , że aż się gubią w drodze powrotnej. A my nawet nie zauważamy, bo w końcu jest już ciemno. Karol ćwiczy noszenie otwartej butelki z nalewką na głowie – dobrze jej idzie, nie ma to jak porządna motywacja:)

1 czerwca 2013 (sobota)


Jezioro Maróz –Szwaderki godz. 12:30 – 14:00 (ok. 8,5km)
Szwaderki – Kurki  (7km) godz.  14:30 – 18:00

Rano wreszcie jest słońce i rozpoczynamy akcje suszenia na świeżym powietrzu – znów zapowiadają deszcz, ale nie będziemy się przejmować prognozami :) ładujemy się do kajaków i płyniemy.

Najpierw przez jezioro, aż do samego końca, ciągle oczekujemy deszczu, ale jak na razie skwar :) Po przepłynięciu jest przenoska w Szwaderkach. Dzwonimy po panów Wątłych, a oni wcale jak nie wątli, wrzucają nasze załadowane bagażami kajaki na przyczepkę i przewożą. Jest tutaj smażalnia ryb – będziemy pamiętać o tym jutro :) A teraz zrzutka kajaków do jeziora Swaderki Małe i trzymając się prawego brzegu zaraz wpływamy do rzeki Marózki. Jest to najbardziej urodziwy fragment rzeki – jest przepięknie, spokojnie, świetlisty las… Bajka… Trwa to około 5 km. Dopływamy do jeziora Święte – tam na jeziorze okazuje się, że w mijanej grupie jest kolega Gosi P. – czyli wszędzie znajomi. Kolega wypił już sporo napojów orzeźwiających i sprawdza wodoodporność swojego telefonu – czy jest jak w reklamie – skutki nieznane.

Oni się zatrzymują nad jeziorem, a my płyniemy dalej do kolejnej przenoski w Kurkach (ok. 1 km). Znów przyjeżdżają panowie Wątli. Proponują nam nocleg u siebie na łące, ale my chcemy głuszy :) W końcu na razie ciągle nocujemy w cywilizacji… Dlatego po przenosce wypływamy na jezioro Kiernoz Wielki, koniec z Marózką , teraz Łyna :) Robię sesję zdjęciową perkozowi na gnieździe.  Płyniemy chwilę, za wyspę, żeby się rozbić. Na lewym brzegu, miejsce biwakowe, niestety wcale nie tak daleko od wsi (mamy towarzystwo w pewnej odległości), ale dalej już miejsc dogodnych biwakowo nie widać.

Rozbijamy się, gotujemy przepyszne czerwone ścierwo, zajadamy się że hej! Mamy też odwiedziny z wody bardzo młodych mężczyzn (choć to ostatnie słowo może lekko na wyrost, hehehe), dostarczają nam kupę śmiechu, ale też zostajemy starymi 3,14… takie życie ;)

Przychodzi też para, pan wielce uradowany, że same dziewczyny biwakują, ale sprowadzamy go na ziemię, że wszystkie jesteśmy wojującymi feministkami – hahaha, zadziałało! Poszedł precz!!! hihihi

Po zmroku zaczyna wiać, więc chowamy wszystko bo może będzie padać. Jak tylko układamy się w namiotach zaczyna się burza. Idealnie

2 czerwca 2013 (niedziela)


Do źródeł Łyny godz.: 12:00 – 15:30
Jezioro Kiernoz Wielki – Jezioro Kiernoz Mały – Jezioro Morze – Jezioro Duże Brzeźno
Jezioro Duże Brzeźno - Jezioro Morze – Jezioro Kiernoz Mały – Jezioro Kiernoz Wielki  - Kurki
Kurki – Olsztynek godz.: 16:45 – godz.: 17:15
Olsztynek – Warszawa godz. 18:30 – 22:00


Rano budzą nas panowie rybacy, którzy podjechali samochodem pod nasze namioty i rozbili się z wędkami na naszym (!) brzegu! W ogóle zluzowani – my również, na pewno nie będziemy się cicho zachowywać, żeby im ryb nie płoszyć – byłyśmy pierwsze!

Pogoda jest beton, skwar, śniadaniujemy, a potem plan jest płynąć w górę Łyny w kierunku źródeł. Niby pod prąd, ale nurt jest wolny i spokojny – daje radę. Bardzo relaksacyjnie, słuchając szalonych żab i kwitnących lilii wodnych (grzybienie białe). W miejscowości Brzeźno Łyńskie robimy przerwę z nadzieją, że jest sklep i będą lody… niestety, najbliższy sklep w …. Kurkach…

Gosia M. i Karol odłączają się od nas, nie chce mi się dalej pod prąd wiosłować – poczekają na nas w Kurkach (pewno je wizja lodów zachęciła…)

A my dalej do przodu – do morza ;) – jezioro Morze jest hmm… dość morzem niewielkim :) Potem dalej na jezioro Duże Brzeźno – i dalej jezioro Małe Brzeźno. Niestety dalej już się nie przebijamy, trzcin jest pełno, więc Krzyża nie zaliczymy – zawracamy. Jola jeszcze zahacza o pomost dla rybaków na środku wody, a po co… wiadomo, czasem trzeba …. ;)

Wracamy tą samą drogą, nie wiele czuć , że teraz jest z prądem… mijamy trochę ludzisków, a tu zaczyna kropić deszcz…. Czyżby znów burza? Dopływamy do Kurek i panów Wątłych, zostawiamy kajaki, pakujemy się i płacimy za całość tej kajakowej przyjemności. Wyszło za 6 osób 680 zł (480 zl wynajem kajaków , 200 zł trasport/przenoski).

Teraz czas zjeść jakąś rybę, zajeżdżamy do Szwaderek, gdzie jest smażalnia, a tam… już wszystkie ryby zjedzone :( zakupujemy wędzone leszcze, zawsze coś, ale się nie poddamy, jedziemy szukać ryb dalej.  Zajeżdżamy do pola biwakowego w Szwaderkach , pan nas przekonuje, że będzie ryba… hmmm… jak przynosi jedzenie, to się okazuje, że ryba może była, ale jedna lub dwie, a nas jest sześć – i pan się chyba poczuł Jezusem i dokonał cudownego rozmnożenia! Targujemy się przy płaceniu, i tym bardziej jesteśmy przekonane, że oszustwo było, bo szybko znacznie opuszcza z ceny. Tyle naszego…

Teraz czas na kawę i jagodzianki w Olsztynku – to jedziemy! Do Olsztynka zajeżdżamy po 17tej, a jagodzianki do 17tej – smutek :( Ale można zadzwonić i podjadą – tylko niestety jagodzianek już nie ma :( Telefon spisujemy – jeszcze się przyda nie raz!!! :)


Pozostaje tylko kierować się do Warszawy… korki chyba największe omijamy i wjeżdżamy przed 22gą do Wawy…