niedziela, 5 maja 2013

Ukraińskie Bieszczady

Chaszczuju, pikuju i znowu chaszczuju,
czyli Szkarłatna Litera, Ukryte Źródełko i Maczeta na Połoniny stawiające czoła Hucułom






Kursy walut (orientacyjnie)
1 UAH = ok. 0,40 PLN





27 kwietnia 2013 (sobota)


Warszawa – Przemyśl godz. 5:15 – 11:15 , samochód
Przemyśl – Medyka godz. 11.45 – 12:00, bus, 2 zł/os
Przejście graniczne Medyka – Szegini  godz. 12.00 – 13(12):30
Szegini – Sambir godz. 14:50 – 16.15 , marszrutka, 15 hr/os.
Sambir – Sianki godz. 20:15 – 22:30, elektriczka, 11hr/os.

Ruszamy rannym świtem samochodem do Przemyśla, Arletta wybitny kierowca, dowozi nas na czas i bezpiecznie – na drodze pusto, to świetny pomysł wyjechać tak rano i nie stać w żadnych korkach. W Przemyślu znajdujemy parking strzeżony (wcześniej obczajony) i zostawiamy samochód na 9 dni za 75zł (ul. Mickiewicza). Ostatnie przepakowanie, garby na plecy (o matko!!!) i człapiemy na busa.

Bus złapany w biegu, wsiadamy na „dopchnięcie” i jedziem do granicy (próbujemy targować cenę 2zl (hahahahah), ale się nie udaje… oczywiście brecht. Granicę przechodzimy bez zatrzymania, super sprawnie, tylko kwestia pokonania jej pieszo. Niestety czas się nam przesuwa o 1h, ale wciąż optymistycznie wierzymy, ze dziś dojedziemy do Sianek :).

Na marszrutke do Sambiru musimy czekać ponad godzinę, ale warto było! Poznajemy w drodze Saszę-Miszę, który zaśmiewa się, że jedziemy do Sianek, bo co jest w Siankach… tylko siano. Potwierdzamy, że jedziemy po siano do Sianek, bo u nas siana nie ma. Jedziemy bez chłopaków, bo chłopcy nie chcieli jechać po siano do Sianek, oni siano już widzieli. Kolega obiecuje nam Dziki Zachód, Dysneyland America … Jola nie docenia i zasypia, więc słabo trzęsie na tych drogach dziurawych. Jest też starsza pani siedząca na schodach, która do Polski pojechała po kilogram ziemniaków J Ogólnie jest zabawnie. Poczuciem humoru Ukraińców jesteśmy zachwycone!

W Sambirze przechwytuje nas pan, który chce się dla nas wszystkiego dowiedzieć, jak do tych Sianek mamy dojechać. Niestety innej opcji nie ma niż pociąg o 20:15… szkoda, bo musimy czekać 4h… To idziemy zwiedzić Sambir. Bagaże zostawiamy u kasjerek (21hr/3os). Maszerujemy w team’ie maratońskim, obejrzawszy dwie cerkwie, w tym jedną naprawdę mega niebieską, decydujemy się przylumpić trochę z piwkiem na ławce. Kupić zimnego piwa się nie da, piwo z lodówki owszem jest, ale lodówka nie działa J pani w sklepie nas uświadamia, że zimne piwo jest niezdrowe dla gardła, dlatego wyłączone… ;) i że możemy sobie wypić piwko pod ratuszem, bo jesteśmy dziewczynami, jakbyśmy były chłopakami to mogli by nas pogonić – hehehe. Na razie nie widzimy niekorzyści, że w naszej grupie stężenie testosteronu jest praktycznie zerowe ;)

Wokół Zycie się toczy bardzo rodzinnie, naszą faworytką jest babuszka z żółtą kaczuszką chodząca w dzieciaczkiem wokół ratusza! Jest też chłopaczek, który chyba szedł na randkę (czerwona róża), ale po drodze spotkał kolegów i został z nimi na pifku… hi hi

Na dworcu, czekając na pociąg zapoznaję jeszcze Romkę, która koniecznie każe nam jechać na Zakarpacie – że w Siankach niczego nie ma ;) Biletu nie kupujemy – ogarniemy sprawę u konduktora. Nie ma też problemu który pociąg itp., wszyscy nas kierują, hahahaha. W pociągu spotykamy dwóch chłopaków z Polski (Bartek i Mariusz) – też jadą do Sianek. Im podróż nie poszła sprawnie, cieszą się że wreszcie są w pociągu.

Późnym wieczorem lądujemy w Siankach – siana nie widać, ale w ogóle mało widać;) rozbijamy się koło torów przy strumieniu, jeszcze jakieś gotowanie herbaty itp. W śpiworach jesteśmy ok. 1.00.

28 kwietnia 2013 (niedziela)


Sianki – Perejba (żółty szlak)  godz. 12:15 – 14:15 
Perejba    – przed Kruhlą (czerwony szlak) godz. 14.45 – 16:00
przed Kruhlą – Kincik (czerwony szlak)  godz. 16.00 – 17:15
Kincik – Drohobyckyj Kamin – Starostyna (czerwony szlak) godz. 17:30 – 19:00

„Czego mogłam wziąć mniej – biodra mówią WSZYSTKIEGO!”

Rano budzi nas deszcz – więc nie wstajemy! Co za zmiana pogody, wczoraj upał…. Chłopcy idą, my wciąż śpimy w nadziei na rozpogodzenie. Wstajemy o 10tej. Śniadaniujemy i wykorzystujemy przerwę w deszczu by złożyć namioty. Nie widać szans na poprawę pogody… Ruszamy o 12:15.

Przechodzimy przez wieś Dwiczna i za nią spotykamy pana „z ochrony”, który pokazuje nam żmije…:) Obiecuje, że jutro będzie pogoda! Szlak jest dość nieużywany, ale oznaczony (żółty). Na przełęczy przed podejściem na Perejbę (gdzie dochodzi szlak czerwony) spotykamy Czechów, którzy podstępem częstują mnie wódką. Imprezowa wielopokoleniowa rodzina.

Dalej idziemy czerwonym szlakiem – strasznie pod górę, ale to nic, jeszcze straszniej się schodzi… (trochę przebieg szlaku nie zgadza się z mapą…). Jola traci jedno życie, zostaje jej tylko jedno na level 2 – udaje się, ale strach w oczach – błoto, ślisko, stromo….

Teraz już dość wygodnie dalej i łagodnie, widoki cudne, ale niestety deszcz siąpi, jest zachmurzenie – mogłoby być obłędnie.

Już zmęczone rozważamy co zrobić, żeby mniej bolało – paski, szelki, pasy biodrowe na tysiąc sposobów…
Podłazimy pod Kincik – nie jest trudno, ale jesteśmy zmęczone i ledwo idziemy. Pogoda zaczyna się psuć na poważnie i przebiegamy przez Drohobyckyj Kamin – pod Starostynę. Groźnie się robi – leje deszcz, walą pioruny, a my na połoninie (skupiamy się na liczeniu sekund między błyskiem a grzmotem… różnica coraz mniejsza…). Lecimy przez grzbiet do pierwszego momentu, gdzie można zejść na dół na polanę. Leje równo. W ostatniej chwili zbiegamy w dół i lądujemy dokładnie tam gdzie chciałyśmy być. Jola znajduje źródełko, nie zaznaczone na mapie :) Burza przechodzi, deszcz się kończy – idealnie – rozbijamy namioty – niestety mgła i zimno, więc nie wiadomo, jak będzie z suszeniem.

Każda ma coś: Winnie pęcherze na biodrach od pasa biodrowego (dlatego tak mnie bolało!), Jolka ma krwiaka pod kolanem od opaski, a Arletta ma takie bolące plecy, że nie umie chodzić bez plecaka.
Widzimy salamandrę, która spała zwinięta jak kotek pod plecakiem Arletty :)

Zajadamy się i padamy spać.

29 kwietnia 2013 (poniedziałek)


Starostyna –Wieki Wierch  - Pikuj  godz. 10:45 – 18:00
Pikuj – „droga” do wsi Szczerbowiec (biwak) godz. 18:00 – 20:00

Budzimy się o 7mej, co by wcześnie wyjść. Jest słońce, więc rozpoczynamy akcję suszarka i solarium. Wszystko super mokre z wczoraj. W efekcie wychodzimy o 10:45 …. Wdrapujemy się na Starostynę, żeby podziwiać widoki – jest ekstra. Tylko wieje. A wieje przez nas (Winnie i Arlette), bo wczoraj taką zażyczyłyśmy sobie pogodę – Jola była w stanie zgodzić się na drobny deszcz, byleby nie wiało. A my, że niech wieje, byleby nie padało… No i mamy co chciałyśmy…

Ruszamy i walczymy z wiatrem – jest tak silny, że nas przesuwa, a maszerujemy cały czas połoninami, grzbietem… Czasem lekki strach się pojawia.

Wciąż nie wiemy gdzie jesteśmy – ostrych wierchów naliczyłyśmy kilka ;) taka nasza orientacja w terenie, hehehe Trasa cudnie widokowa, tylko aparat z ręki wyrywa. Na Pikuj dochodzimy na 18tą. Zmordowane, ale osiągnęłyśmy nasz cel wyjazdu– teraz możemy pić! Pikowanie zaliczone, ale po pikuju, pikuju, czas na chaszczuju, chaszczuju…

Ledwo idziemy, a teraz w dół ścieżką – szybko gubimy szlak i się… Łazimy po chaszczach, przechodzimy przez kolejne potoki, a ani widu ani słychu drogi do wsi. W końcu trafiamy na jakąś drogę, która staje się potokiem, ale się nie poddajemy i nią idziemy.

Nagle dochodzimy do cudnego miejsca biwakowego, z miejscem na ognisko nad potokiem! Zostajemy!!! Jest cudnie!!! Robimy sobie spa w potoku – nie ma to jak biegać nago po lesie – hehehe. Czyste rozpalamy ognisko. Najadamy się, ale kiełbaski zostawiamy na śniadanie :)

30 kwietnia 2013 (wtorek)


biwak – wieś Szczerbowiec  godz. 11:00 – 12:00
Szczerbowiec – Paszkowcy – Preluka godz. 13:20 – 19:00

Motto: „Nie ważne jak bardzo chcemy zgubić szlak – on i tak nas znajdzie!”

Wstajemy z trudem około 7mej i delektujemy się naszym biwakiem do 11tej. Pieczemy kiełbaski na ognisku na śniadanie – wypas! Ruszamy w końcu w dół i po około 1h schodzimy do wsi. Co się okazuje?! – byłyśmy na szlaku! Schodzimy do Szczerbowca – piękna wieś, domki drewniane jak z obrazka. Zachwycamy się.

Znajdujemy mini sklep naprzeciw cerkwi. Domowa atmosfera, znów mega serdeczność i kupa śmiechu. Chcemy kupić cebule, pani w sklepie nie ma, to inna pani idzie do ogródka i nam przynosi:). Panowie w sklepie przeżywają, że tak bez chłopa chodzimy, hehe. Pijemy kwas, podziwiamy widok na Pikuj i mija godzina.

W końcu o 13:20 ruszamy drogą, którą wskazują nam miejscowi – i szok! Znów jest szlak! (żółty) Schodzimy do wsi Paszkowcy i ruszamy w górę zgodnie ze szlakiem. Szlak się kończy nagle, a my kombinujemy z mapą. Niezła przygoda! Łazimy po chaszczach kombinujemy gdzie iść. Przebijamy same siebie jak idziemy w górę strumieniem… przez dobrą godzinę… i żadna się nie skumała, że powinnyśmy iść w dół rzeki! Jesteśmy mistrzynie orientacji!! Hehehe

O 16:30 wyłazimy na drogę – ja wreszcie zakumałam,  że źle idziemy… Siedzimy na drodze i dumamy. Nie mamy pojęcia gdzie jesteśmy, gdzie w ogóle możemy być… Cóż postanawiamy iść drogą, bo duża… gdzieś nas zaprowadzi… Ruszamy o 17tej i mija 10 min i ….. okazuje się, że JESTEŚMY NA SZLAKU!!!!!!!! Czyli jakbyśmy się nie zgapiły, gdzie byśmy nie poszły, szlak nas odnajdzie!!!

Teraz staramy się trzymać szlaku – nie jest to łatwe, już jesteśmy skatowane. Gubimy szlak kilka razy, ale teraz z upartością go szukamy – nie ma co kusić losu, że on sam nas znów znajdzie ;) Na to schodzi kupa czasu.

Idziemy i idziemy i końca nie widać. O 19tej dochodzimy do polany ogromnej – Preluka. Tu się rozbijamy, znajdujemy super miejscówkę, ale wszędzie znaki, że to teren prywatny i nie wolno. Przychodzi do nas koleś i chce 20hr/os za biwakowanie! Zdzierstwo na maxa, ale już machamy ręką, dajemy mu 50hr i trudno. Nie będziemy się kłócić, choć mam podejrzenie, że to jakiś lewy biznes.

Rezygnujemy z wejścia na Połoninę Równą – nie damy rady. Jutro i tak będzie ostro – Ostra hora przed nami!

Jest ognisko, piwko i padamy – słabo nam idzie z gadaniem po nocy. A niebo rozgwieżdżone.

1 maja 2013 (środa)


Preluka -  Ostra Hora  godz. 9:40 – 11:45
Ostra Hora – siodło Nizky  godz. 13:20 – 16:20
siodło Nizky – wieś Tichyj godz. 17:00 – 19:00


Plan jest taki, żeby rano wyjść i nie marudzić. I daje radę. Bo przecież dziś idziemy bez szlaku, więc pewno będziemy się mega gubić. Startujemy o 9:40 – nie straszne nam jolki leżące na drodze. Jest łatwo dojrzeć drogę, żadnych zmyłek. W skwarze podchodzimy na Ostrą i na szczycie jesteśmy o 11:45!!!! Cudowne widoki – obłęd!

Robimy przerwę lanczową na szczycie do 13:00 – w końcu tak sprawnie wlazłyśmy :) Zakochujemy się w ukraińskich Bieszczadach właśnie tam. Pewnie przyczynia się do tego pogoda, bo inaczej stałoby się to wcześniej :)

Droga w dół do siodła Nizky jest widoczna z góry. Choć Arletta, chcąc dobrze po nocy spać wchodzi na szczyt Muncil (my obchodzimy), a drogi w dół nie ma. W kosówce gubi kijek – i wróci tu z maczetą, wykarczuje kosówkę i będzie miała swoją połoninę… hehehe

Do siadła Nizky dochodzimy na 16:20. Rozkminiamy drogę do 17tej. W ogóle dzień mija nam na długich postojach – jak dobrze rano wstać! Chcemy zejść do wsi Tychyj i taką ścieżkę kombinujemy. Czasem na ścieżce jest za dużo jolek leżących, ale dajemy radę. Droga dość dobrze widoczna. Do wsi dochodzimy koło 19tej.

Trudno znaleźć dobre miejsce do rozbicia namiotów. Znajdujemy przy strumieniu. Po jakimś czasie przychodzi dziwna kobieta z dziećmi i siada i patrzy na nas… Jolka ją zagaduje, ale nic nie rozumie, tak sobie pogadają. Co kobita chce – nie wiadomo. W końcu idzie sobie.

Z trudem wierzymy w to, co trzeba powiedzieć po tym dniu: ANI RAZU SIĘ NIE ZGUBIŁYŚMY!!!      Jolka przeczyta książkę Bear’a Grylls’a „amerykańskiego mistrza survivalu” i nauczy się używać kompasu … nawet zepsutego!

Na obiad Szef Kuchni Jola serwuje chińszczyznę z parówkami – rarytas! Pierwszy raz zjadamy na widoku (przed zmrokiem).

2 maja 2013 (czwartek)


wieś Tychyj -  godz. 10:00 – 11:30
wieś Tychyj – Kicarka godz. 11:30 – 12:30
Kicarka – Drohobyckyj Kamin godz. 12:30 – 15:00
Drohobyckyj Kamin – wieś Husnyj godz.16:00-17:00
wieś Husnyj – wieś Użok  godz.17:00 – 18:00

Rano nachodza nas krowy, a namioty są mega mokre od rosy – trza suszyć! Jak już się zebrałyśmy to przychodzi babuszka, bo to jej łąka. Przegadamy chwilę i idziemy do wsi Tichyj. We wsi znajdujemy sklep i odbywa się zakupowe szaleństwo (idziemy w ciasta, opijamy się kwasem i zjadamy lody – oczywiście wszystko przeterminowane). W końcu koło 11:30 ruszamy w kierunku niebieskiego szlaku – jest dobrze oznaczony.

Około 12:30 wyłazimy na Kiczarkę (pod szczytem). Potem zejście do doliny i chcemy iść szlakiem na Drohobyckyj Kamin – ale szlak jest, tylko prowadzi inaczej. Rezygnujemy ze szlaku i rozpoczynamy chaszczowanie (w tym jesteśmy dobre!) – na pałę po lesie – na szczęście jeżyny się jeszcze nie rozrosły. Wychodzimy pod Starostyną, wracamy połoninami do Drohobyckyjnego Kamina gdzie jesteśmy o 15:00. Na odcinku Starotyna – Drohobyckyj Kamin spotykamy więcej ludzi niż przez 5 dni łażenia, uwzględniając ludzi we wsi. Są grupy Polaków i Czechów. Naprawdę stada…

Śmiejemy się, że coś w tych górach się szykuje, bo wszyscy Ida w tym samym kierunku, a my w przeciwnym :). Robimy godzinny postój i linczowanie (ciasta!) i schodzimy niebieskim szlakiem, który schodzi wcześniej niż na mapie. Schodzimy ok. 1h i znów spotykamy grupę Polaków, a potem jeszcze grupę szaleńców w samochodzie, którzy będą w nocy Pikuj zdobywać :)

Znów okazuje się, że szlak nas oszukał – chodzenia szlakiem jest zwodnicze – trzeba być czujnym jak pies podwójny! Okazało się, ze zeszłyśmy do wsi Husnyj. Teraz już drogą do Użoka. Gdzie jesteśmy około 18tej. Spotykamy wyśnionego przez Jolę Pana Profesora – Walery W. Zachwala hotelową restaurację w Wolosiance. My tam chcemy tez hotel sprawdzić. Zagadujemy kolejnego pana – mówi nam o schronisku sezonowym – dziewczyny sprawdzają – jest zamknięte. W hotelu pokój z łazienką po 100hr/os (bez śniadania).

Lecimy jeszcze zobaczyć zabytkową cerkiew (cerkiew bojkowska), a po drodze sprawdzić, kiedy będzie elektriczka jutro do Sianek. Niestety rozkładu jazdy brak, nikt nic nie wie. Ratuje nas sms do Michała, który przesyła godziny mniej więcej… uff.

W cerkwi jest nabożeństwo z okazji Wielkiego Czwartku. Cerkiewka urocza, środka ze względu na tłum, nie dało się dobrze obejrzeć.

Restauracja do 22, więc pędzimy powrotem – nie ma za dużo do zjedzenia. Zjadamy gulasz (25hr) – marna porcja w porównaniu z naszymi biwakowymi posiłkami. Dopychamy się w pokoju… hehehe.
Woda ciepła jest przez chwilę, da radę się umyć. Wreszcie umyte włosy!!!!

3 maja 2013 (piątek)


Użok - Sianki godz. 11:00 – 11:30, elektriczka
Sianki– Lwów  godz. 11:46 – 16:13, elektriczka, 12hr/os

Rozkład jazdy elektriczki: http://railway.lviv.ua
Wyspanie na maxa – wstaję po 9tej. Dziewczyny wcześniej, żeby się załapać na gorącą wodę. Z nami w hoteliku śpi jeszcze drużyna motocyklowa z Polski i dwie Niemki.

Czekamy aż przywiozą chleb, żeby iść na stację. Śmiesznie widać, że samochód z chlebem się zbliża, bo nim go widzimy ludzie wyłażą na drogę  i  idą.

Śniadaniujemy na stacji, w ekspresowym tempie. O 11tej podjeżdża elektriczka – widoki super, mijamy przełęcz Użocką. Bilety nam pani konduktor daruje. Po ok. 30 min. dojeżdżamy do Sianek i przesiadamy się do pociągu do Lwowa – połączenie jest w pełni skoordynowane.

W podróży jest upał, a Ukraińcy mają fobię przed otwartymi oknami, nawet dostajemy opieprz nie wiedząc o co chodzi. Chyba się boją, że ich zawieje… więc się gotujemy do 16tej. Fajne klimaty przedświąteczne – tłumy jada na targ.

We Lwowie jesteśmy punktualnie i ruszamy do naszego hotelu, w którym mamy rezerwację na nocleg jutro - Compass Inn Hostel (nocleg 70hr/os ze śniadaniem)Z rozbrajającym uśmiechem mówimy, że niby mamy rezerwację na jutro, ale jesteśmy dziś :) – mina pana – bezbłędna. Bo wszystko zabukowane w całym Lwowie, być może zwolnią się dwa miejsca wieczorem, ale to nam powie o 20tej. Zostawiamy bagaże i idziemy w miasto. Trudno, jak nie będzie noclegu, trzeba będzie rozbić się w parku.

Lwów zawalony ludźmi, rzeczywiście wszystkie hostele pełne, w końcu znajdujemy też dwa miejsca, ale jakieś strasznie drogie, tylko ze przy samym rynku. Więc luz. Nasze wyluzowanie jest śmiesznym kontrastem z przerażeniem w oczach ludzi w hostelach (turystów i obsługi), że nie mamy miejsca zabukowanego. hehe

Jak już mamy perspektywę noclegu pod dachem idziemy szukać jedzenia – wszędzie jakieś turystyczne knajpy, nic nie można znaleźć klimatycznego. Aż nagle wchodzimy do rodzinnego baru, gdzie babuszka lepi nam pierogi! Cudnie! Klimat jest jak w barze mlecznym, ale są chyba ze dwa stoliki, a babuszka zza kuchni sama do nas wychodzi obgadać obyśmy zjadły :)

Darujemy sobie dziś zwiedzanie, idziemy na zakupy w świątecznych straganach – ja oczywiście kolczyki, ale i tez matrioszki :).

Idziemy na piwko, ale wszystko zamyka się o 22-23… Wypijamy i idziemy do hostelu  - zaczyna się burza!
Miejsce w hotelu się zwalnia, więc śpimy w tym samym miejscu co jutro. W tym hotelu w ogóle nie ma obcokrajowców, sami Ukraińcy. Może dlatego cena taka obłędna. Dziewczęta mają niezłe piżamki, szlafroczki satynowe – a my w legginsach ….

4 maja 2013 (sobota)

Lwów

Od rana pada! Co za załamanie pogody! Może nie leje, ale mży – nie ma słońca nic! A my mamy ambitny plan zwiedzania! Rano jeszcze śniadanie – pan nam robi naleśniki :) i idziemy.

Zaczynamy oczywiście od pomnika Mickiewicza, przy którym Jola staje się Wieszczem, a Arletta Geniuszem :) Następnie idziemy do  Katedry Łacińskej i kaplicy Boimów, kościoły pełne, bo dziś przecież Wielka Sobota. Jest na tyle rano, ze jeszcze nie ma tłumu turystów.

Potem uderzamy na Rynek, gdzie jest Informacja turystyczna – dostajemy mapke i opis co zobaczyć, bo trochę się motamy – mamy przewodnik, ale nie wiemy co widzimy :) W przewodniku są opisane chyba wszystkie kamienice na rynku, my jednak ograniczamy się do kilku. Czarną Kamienice oglądamy z zewnątrz, w środku muzeum historyczne, które sobie darujemy. Za to wchodzimy zwiedzić Kamienicę Królewską, bo tam panuje ospa :)  Warto wejść do środka, dużo radości dają nam też kapcie muzealne – jak za starych dobrych czasów, można się poślizgać na parkietach królewskich … Niektórzy królowie całkiem przystojni byli, albo mieli odpowiednich portrecistów. Wstęp do muzeum to koszt 12 hr/os.

Zaglądamy do Kryjiwki, może o tej porze nie będzie tam ogromnej kolejki – i racja udaje nam się wejść, oczywiście znamy hasło! :) Jedzeniem może się nie najadamy, ale smaczne. Podkradam ze stolika obok pozostawione przez kogoś grzanki  i okazuje się że super smaczna przekąska do piwa! Takie chlebowe „chipasy” z czosnkiem i musztardą :) (Сухарики з чорного хліба  з гірчичним соусом). Bierzemy. Oprócz tego zupę „Зупа квасолева з ковбасою  “ від  бабці  Юзика “(26hr). Na drugie ja uderzam w kulisz(26hr) „Куліш “Пантелемонлова сокира” ( пшоно, шкварки, бринза )- kasza, skwarki i ser – pyszne! Podobno typowy posiłek partyzantów :) Dziewczyny tradycyjnie w pierogi „Вареники  з картоплею смажені” (28hr). Do tego piwo „Зеник” za 20hr (!!!). Po konsumpcji rozpoczyna się szaleństwo zdjęciowe po całej knajpie – a jest co robić! Od zdjęć z bronią, w hełmach, przez radiostacje i jakieś działo na dachu, a na koniec stróżówka i zdjęcie w Putinem i Miedwiediewem – jaja na całego. Więcej frajdy niż to całe jedzenie!

Kolejny etap to lwowska Opera i Prospekt Swobody oraz kolejne kościoły, w których odbywa się święcenie święconek :) Widzimy Kościół Bożego Ciała i klasztor Dominikanów – tam jakąś bitwa o kobitę była – takie czasy, że przed zamążpójściem się do klasztoru uciekało :)  i Kościół św. Piotra i Pawła oraz klasztor Jezuitów. Lukamy tez na Arsenał. Mamy już lekko dość zwiedzania, ale jeszcze pykamy ostatnią perełkę – Cerkiew Wołoską.

Teraz w ramach relaksu, uderzamy na Wysoki Zamek – plan był, żeby się tam zrelaksować, ale pogoda raczej średnia na relaks – mimo to zasuwamy, w końcu jesteśmy na wyjeździe w góry i trzeba dzisiejszego dnia jakąś górę zaliczyć :) Dochodzimy tam bez większego problemu, jest rzeczywiście sporo ludzi, którzy przyszli wypić wino z widokiem na Lwów – my mamy tylko herbatę – jaka wtopa! Ale zdjęcia z widokiem na stare miasto do wrzucenia na pejsa są, choć trzeba było chwilę odstać na swoją kolejkę do widoku. Teraz pozostaje tylko zejście i powrót na stare miasto … ale dzień nie byłby dniem naszego wyjazdu gdybyśmy się nie zgubiły :) W końcu weszłyśmy na jakąś górę – to teraz czas na chaszczowanie… hehehe A i uwaga! Jak się chce wysikać na wzgórzu – warto spojrzeć w góre a nie tylko w dół czy kogoś nie ma – coś my się na oglądały! Hahahahha

Gubimy się kompletnie, schodzimy gdzie nie trzeba, ale potem oczywiście na czuja idziemy dalej i … nagle się odnajdujemy! Czyli standardowo!

Uderzamy jeszcze na dworzec główny nie tylko celem zobaczenia go (no piękny!), ale tez dowiedzenia się co z marszrutkami w niedzielę Wielkanocną (jutro) rano. Dostajemy wydruk odjazdów, ale pan z rozbrajającym uśmiechem mówi, że nie wiadomo, która z nich przyjedzie, bo to zależy który kierowca będzie w stanie rano jechać… czyli nic nie wiemy, tyle wiemy, że trzeba być wcześnie i czekać i liczyć na szczęście…

Jest już późne popołudnie, chcemy uderzyć do jakiejś knajpy, a tu większość knajp zamknięta… bo święta. Trafiamy do jakiejś ostatniej, ale kelner odmawia nam jedzenia! Możemy się tylko piwa napić… Czyżby we Lwowie będziemy głodować bardziej niż w górach?!?!? Innym chyba ten kelner daje jedzenie, nas chyba oszukał, czy wyglądamy na takie co nie dadzą napiwku? Hmmm w tej sytuacji rzeczywiście nie damy!

Najadamy się na rynku wielgaśnym hamburgerem – czegoś takiego nie jadłam od lat! Ogólne wrażenie knajp we Lwowie bardzo słabe – drogo, mało jedzenia, obsługa zblazowana i w ogóle to mają Cię gdzieś… jedzenie lepsze miałyśmy na biwakach w górach :)

5 maja 2013 (niedziela)


Lwów – Szegini 7:30 – 8:40, marszrutka 23hr/os
Szegini – Medyka 8:40 – 8:00 (zmiana czasu)
Medyka – Przemyśl  8:30 – 9:00, bus 2zł/os
Przemyśl – Sandomierz 10:00 – 13:00
Sandomierz – Warszawa 15:30 – 19:30

Wstajemy świtem i wychodzimy na marszrutkę. Na postoju marsz rutek niezły sajgon! Ludzi więcej niż w ogóle jest szansa pomieści się w marszrutce… ale zaraz pojawiają się chętni zbic interes Ukraińcy i oferują busa, jak się zbierze ilość osób odpowiednia. Następuje uszczuplenie kolejki, bo przecież nie wiadomo czy marszrutka w ogóle przyjedzie… A cena za busa rośnie co chwila. My stawiamy na cierpliwość :) i się opłaca, przyjeżdża marszrutka z zadowolonym panem kierowcą, że nie pił wczoraj ani dziś i robi niezły interes. Bo busik przepełniony, a facet gna jak oszalały, bo chce jeszcze raz obrócić – hahaha. Jak powiedział, że za godzinę będziemy, nikt nie wierzył… ale tyle trwała jazda…

Granica wygląda jak po ataku jądrowym – nikogo, niczego pusto, tylko Polacy plecakowcy maszerują do celników. Nici z wydania ostatnich hrywien… :( nici z piwa, wódki, papierosów … hehehe Idziemy na czysto do celników i aż wstyd się przyznać, że my nic nie przemycamy…. I chyba niedziela wielkanocna to jedyny dzień w roku, kiedy kolejka dla „obywateli UE” jest dłuższa niż dla innych. Zero Ukraińca na granicy… kto w to uwierzy! Jednak okazało się, że jest wśród nas przemytniczka… zapomniała o papierosie w kieszeni… już po nią jechali celnicy, zasłaniamy ją ciałem by jej nie dojrzeli, bo przecież na jej twarzy widać, że prawo właśnie złamała ….

W Medyce znów cyrk z busami, za mało, czekamy, na szczęście wieść się niesie i kolejni przyjeżdżają (Witek dzwoni do Zbyszka itd.). Jesteśmy mega wcześnie w Przemyślu! Bo jeszcze przecież zmiana czasu :) miał być obiad w Przemyślu, ale chyba raczej śniadanie… pakujemy się do auta, które dzielnie na nas czekało.

To w takim razie jedziemy do Sandomierza na obiad – pogoda przecież piękna, a nam się nie śpieszy! W Sandomierzu żadna z nas jeszcze nie była. Po 3h jesteśmy, tłumy dzikie, a my jesteśmy chętne zwiedzania. Trafiamy na przesympatyczną panią w dzwonnicy, która najpierw wszystko nam objaśnia , gdzie mamy iść, potem pyta czy chcemy dzwonnice zwiedzać, bo jak nie to ona zamyka na chwile i idzie się napić herbaty – takie klimaty lubię!

Zaczynamy od katedry – a tam super opcja, oprowadzanie idzie z głośników, więc można posłuchać co wokół widać. Ja szukam swojej świętej, ale mi się nie udaje. Oprowadzanie długo trwa (podobno z 30 min) to sobie darujemy. My chcemy podziemną trasę turystyczną.

Wszędzie w Sandomierzu tekturowi księża… tak to jest jak się nie ma telewizji, podobno jest jakiś ksiądz Mateusz na rowerze…  Na Rynku jest meta jakiegoś wyścigu MTB … no to jest co pooglądać…. hehehe Jeśli chodzi o zwiedzanie pod ziemią piwnic pod Sandomierzem to udaje nam się idealnie trafić, bo właśnie się zebrała grupa, koszt biletu 10zł/os (nie wyglądamy już na studentki…chlip chlip). Schodzimy w dół z przewodnikiem, który chyba ma głos ćwiczony… ach ta  historia Heleny Dzielna ta Helena była, ale zapach swój w piwnicach pozostawiła. Czuć Heleną co i rusz ;) Zwiedzanie trwa z 45min, warto na pewno, dużo śmiechu.

Po wyjściu na powierzchnię trzeba uderzyć w zakup krzemienia pasiastego – podobno przynosi optymizm, może tego nie brakuje nam, ale to nie znaczy, że nie można kupić pierścionków i kolczyków… hihihi. Pani ze straganu radzi nam jakiś bar, co by zjeść tanio i dobrze, tuż za murami starego miasta, bo inaczej to tylko pizza… wszędzie pizza… Przechodzimy przez Bramę Opatowską. Bar jest jak mleczny, za 14zł zjadamy dwudaniowy obiad…

Teraz już naprawdę czas wracać… Nawet nie łapiemy dużych korków, płynnie wjeżdżamy do Warszawy… Czyżby to już koniec chaszczowania? … do następnego razu … :)