poniedziałek, 9 lipca 2012

Tratwą na Biebrzy


Oj tam Oj tam czyli tratwa na Biebrzy jako sposób na upały

Przedłużony weekend na tratwach dwóch, w czasie kiedy w Polsce szaleją upały – tylko dla tych którzy nie boją się much :)

6-8 lipca 2012 (piątek-niedziela)


Dojazd samochodem – wyjeżdżamy z Warszawy około 17tej w czwartek, przyjeżdżamy około 20tej do Hamulki, skąd wypożyczamy tratwy: http://hamulka.pl/ , http://tratwy.eu/ . na miejscu łapiemy się jeszcze na pieczenie sękacza – możemy przylukać jak to się robi J

Tratwy wodujemy w Sztabinie, odbiór za 3 dni w Jagłowie (ok. 14 km), tratwą płynie się z 1 km/h podobno, wiec daleko się nie upłynie.

Od miejsca wodowania spływamy krótką chwilę, żeby nie nocować obok innych tratw i przy brzegu. Mamy odrobinę intymności, hehe. Jest nas po 4 os na tratwę i to jest ok., jesteśmy połączeni we dwie tratwy to b. optymalna opcja.

Wieczorem jest impreza, choć ja słabo w niej uczestniczę i idę spać, reszta bawi się do rana.

Pierwszy dzień spływania to bardzo bardzo mało zrobionych kilometrów. Ja nie uczestniczę w sile napędowej, ale podobno to ciężko jest strasznie, hehehe. Co chwila sie zatrzymujemy na kąpiel, bo temperatury są nieziemskie. Tratwa to dobry sposób na upał hehe, a właściwie rzeka na której tratwa jest.
Jak zasypiam z Wojtkiem i Grześkiem na jednej tratwie, to nas zostawiają i odpływają drugą. Niestety, jest nam tak wszystko jedno, ze jak się budzimy to i tak idziemy spać dalej. Musza po nas wrócić i nas budzić z brzegu, hehe.

Mijają nas kajakarze i tratwiarze, dla wszystkich jesteśmy bardzo gościnni i serwujemy co mamy z pokładu J

Pierwszy nocleg mamy całkiem niedaleko od startu, na jakiejś łączce. Za to rano budzi nas niezłe chrapanie – chyba ze 3 osoby dają czadu na maxa. Zawijamy się z karimatami i idziemy łąką od brzegu, tak daleko, żeby nie było słychać – to wcale blisko nie jest, nieźle niesie… hehe

Drugi dzień to już więcej płynięcia, też żar i pełno gzów i much. Królem Much jest Grzegorz – niezłą ma armię poddanych… Robert walczy z muchami strzelając w nie gumką – ma wyniki!

Wędkarze próbują łowić, ale nic z tego. Choć gadżety mają fajowe i robale też J a ryby nawet do koszyczka nie dają rady wskoczyć.

Kąpiel jest co chwila, bo inaczej nie da rady żyć.

Wieczorem znów lądujemy przy łące, na którą zostaniemy wysłani na wieczorny romantyczny spacer przez Adama. Zaś w nocy postanawiamy jednak odpłynąć, bo mają tu przyjść wędkarze z rana. Więc płyniemy nocą i śpiewamy kolędy. Całkiem przypadkiem tworzymy tez krematorium dla meszek i komarów…

Na trzeci dzień pozostało już bardzo niewiele do płynięcia, a upał jest tak nieziemski, że daje w kość chłopakom… Dopływamy do Jagłowa, a potem jeszcze długo płyniemy do mostu przez całą wieś. Około 14-15 jesteśmy na miejscu. Pan Kułak po nas przyjeżdża, pakujemy się i zaraz startujemy z podróżą do Warszawy. W międzyczasie zatrzymujemy się, aby kupić ser koryciński – zaraz przy drodze jest gospodarstwo Skindzierz 18 (Sery Korycińskie - tradycyjny Ser Swojski – Jolanta i Wiesław Głęboccy). Kupujemy wędzony, śmietankowy i z orzechami – pycha!

W domu jesteśmy około 19tej, trochę było korków, ale bez tragedii. Spaleni słońcem, wyglądamy jak raczki :D



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz