czwartek, 26 kwietnia 2012

Argentyna, Paragwaj, Brazylia


Wczasy seniorów, czyli nocowanie w autobusach :)

Motto:
„Jak łatwo stać się seniorem lub seniorą – wystarczy równik przekroczyć”
Kursy walut (orientacyjnie):

Argentyna
1 USD =  4,38 ARS
Paragwaj
1 USD = 4255 PYG
Brazylia
1 USD = 1,83 BRL

1 USD = 3,19 PLN
1 EUR = 4,16 PLN = 1,31 USD

5/6 kwietnia 2012 (czwartek/piątek)


Warszawa (Metro Wilanowska stanowisko 14) – Berlin ZOB godz. 23:00 – godz. 9:20 (Polski Bus)
Przelot:
Berlin (TXL) - Madrid (MAD) godz. 12:35 – godz. 15:40 [6/4/2012]

Polskim Busem odjeżdżamy z Metra Wilanowska o 23:00.Zgodnie z planem. Autobus pełny, komfort średni, ale czysto J Taki autobusowy Ryanair J Nie zatrzymuje się na wc. Zatrzymuje jedynie w Łodzi i Poznaniu. Za granicą (około 7:30) zatrzymują nas jakieś „dziady” i sprawdzają paszporty. Kto to, co to, nie wiadomo, nie przedstawiają się. Spać praktycznie nie spałam.

W Berlinie jesteśmy przed czasem, o 9:10. Następnie autobusami, zgodnie z rozpiską jedziemy na lotnisko. Koszt biletu 2,30 €. Najpierw autobusem M49 z przystanku Messedamm/ZOB/ICC (kierunek: S+U Zoologischer Garten) do przystanku Kaiser-Friedrich-Str./Kantstr., a potem przesiadka do autobusu 109 (kierunek Flughafen Tegel Airport ) na lotnisku jesteśmy po około 30 min. o 10tej (połaczenia dostępne na www.bvg.de ).

Lotnisko stare, ale da radę się ogarnąć. Jak się rozpoczyna check-in – korzystamy. Strafy bezcłowej praktycznie nie ma.

Wsiadamy w samolot do Madrytu i …. ku naszemu zaskoczeniu nie dostajemy nawet krakersa. Można jedynie kupić jedzenie. Na szczęście są moje kanapki i drożdżówki.

W Madrycie trochę się motamy po lotnisku – „nie ufaj strzałkom!!! To nie Frankfurt!!!” hehehe

W informacji turystycznej każą nam jechać kolejką podmiejską (2,15€/os), bo metro 2,50€/os… Tylko kolejka rzadziej jeździ. Czekamy ponad 20 min. Lądujemy w centrum Madrytu. Wysiadamy i idziemy na spacer. W centrum tłumy. Widzimy Puerta de Sol. Głodni siadamy w knajpce z własnym browarem – pyszne piwo!! Wydajemy ok. 30€ za tortille, mięso/wędlinę i piwo. Następnie ruszamy dalej spacerować. Jest dziki tłum, chyba Czekaja na drogę krzyżową ulicami miasta – my nie mamy siły czekać. Przebijamy się. Oglądamy stary market – dziś oszklony. Potem kierunek – Pałac Królewski (tu tłum zelżał), a następnie powrotem i tym razem metrem na lotnisko.

Samolot odlatuje o 0:40. Ciężko się czeka, bo spać się chce. Wreszcie wpuszczają nas do samolotu!

7 kwietnia 2012 (sobota)


Madrid (MAD) -  Sao Paulo (GRU) godz. 00:40 – godz. 6:30

W samolocie śmiejemy się, że nie dostaniemy nic do jedzenia J Ja uderzam w kimę, ale jedzenie jest. Przesypiam całą drogę, budzę się rano tuż przed podaniem śniadania. W Sao Paulo jesteśmy trochę po czasie, choć ciągle nie kumam która jest godzina J

Przeżywam stres, że nasze bagaże nie dojadą, bo mega długo trwa nim się pojawiają. Przez celników przechodzimy bez zatrzymywania, mimo, że wcześniej wypełniliśmy papiery spowiadając się, że nic nie mamy (narkotyków, broni itp.) nikt tych papierów nie chce oglądać.

Na lotnisku dowiadujemy się w IT jak tanio dojechać do centrum: bus 4,30 BRL/os do metra, a potem metrem 3 BRL/os. Bus specjalny lotnisko-centrum to koszt ok. 40BRL/os. W IT mówi nam Pani, że z innego dworca niż mamy w przewodniku jeżdżą autobusy do Foz Iguazu (dworzec Barafunda).

Druga zaskoczka – totalnie nie opłaca się wymieniać pieniędzy w kantorach – ogromne prowizje. Bierzemy 400 BRL z bankomatu.

Znajdujemy autobus i dojeżdżamy do metra, a potem do dworca autobusowego. Bilet do Foz Iguazu okazuje się dużo tańszy niż myśleliśmy – 70 BRL/os i jest o 20:15

Mamy cały dzień na zwiedzanie Sao Paulo. Bagaże zostawiamy w skrytce na dworcu autobusowym (duża 18 BRL).

Zwiedzamy Sao Paulo zgodnie z trasą „wal king tour” z loney planet. Miasto dziwne, i bogate klimaty i równocześnie pełno ćpunów i bezdomnych śpiących całymi rodzinami na ulicach.

Zatrzymujemy się w knajpce na lody i piwo (ok. 30 BRL). Następnie znów łazimy.  Na lancz późny idziemy do knajpki bardziej lokalnej za 30 BRL objadamy się niesamowicie J

Gdy już się ściemnia robi się już w ogóle nie fajnie – wracamy na dworzec. Tam wsiadamy do autobusu – standard bez rewelacji, bardzo mało osób. Po chwili każą nam się przesiadać do innego. Dalej mało osób, ale trochę więcej (łączą firmy przejazdy jak jest mało osób). Podróż ma trwać 15h.

8 kwietnia 2012 (niedziela)


Sao Paulo – Foz Iguazu godz. 20:15 [6/04/2012] – godz. 12:00 (autobus, 70 BRL/os)
PN Iguaçu – Puerto Iguazu

Jazdę przesypiam, choć to moja trzecia noc w podróży i już lekko tracę kontakt z rzeczywistością. Autobus rano zatrzymuje się na śniadanie. A tak wcześniej pędził jak oszalały… Pogoda ładne i bardzo ciepło J

Około 12tej dojeżdżamy do Foz Iguazu. Jesteśmy na dworcu międzynarodowym – musimy się przenieść na lokalny. Jedziemy autobusem – koszt 2,65 BRL/os – jak się przesiadamy na dworcu lokalnym to nie płacimy za kolejny przejazd. Orientujemy się w autobusach (godziny): do Parku Narodowego Iguaçu (Brazil), do elektrowni Itapu i do Argentyny.

Wojtek chce bardzo do elektrowni, wsiadamy w autobus i za 15 min. jesteśmy w centrum turystycznym elektrowni Itapu. Wykupujemy wycieczkę najkrótszą (tylko oglądanie) – koszt 22 BRL/os. Najpierw oglądamy film (30 min.) potem 1h jeździmy i oglądamy elektrownię największą na świecie po chińskiej – wybudowaną przez dwa kraje (Brazylia i Paragwaj). Robi wrażenie, choć raczej przygnębiające. Wycieczka to totalna komercja i dużo propagandy.

Gdy wracamy to ucieka nam autobus do  centrum, czekamy 20 min. Robi się późno, ale jedziemy na wodospady Igazu od strony brazylijskiej. Autobus jedzie ok. 45 min, Koszt wejścia 41 BRL/os (brakuje nam kasy, Wojtek wyciąga jeszcze z bankomatu 50 BRL). Jedziemy parkowym busem do startu zwiedzania – park narodowy jest duży, więc właśnie tak to rozwiązali. Bagaże pozostawiamy w skrytce (8BRL).

Przechodzimy szlak patrząc na wodospady z daleka. Jest mało wody, ale i tak widać, że spore to jest. Wszędzie biegają dziwne zwierzęta - koati. Cała trasa przejścia to niecałe 1h. Inne szlaki są dodatkowo płatne.

Łapiemy bus parkowy i w ostatniej chwili autobus do Foz Iguazu (ok. 18tej). Ale my wysiadamy wcześniej, by na drodze do Argentyny złapać bus tam jadący (bez szans jest złapać go na dworcu). Niestety dupa – ucieka nam. Idziemy z buta z plecakami, najpierw przechodzimy granicę brazylijską, a potem długo ulicą, po ciemaku, do granicy Argentyny ok. 1h. Ja to mam kryzys… Masakra…

Na granicy Argentyny podobno są busy „collectiva” do centrum Puerto Iguazu. Ale nie możemy się doczekać. Bierzemy taxi do hotelu (20 ARS). Hostel jest drogi (240 ASR/2os). Wojtek idzie szukać tańszych opcji. Trudno jest, w końcu znajduje ok. nocleg za 200 ARS/2os. Drogo. Hostel nazywa się Los Rios

Wreszcie prysznic, nowe ubrania – po 3 dniach! I łóżko. Ale wpierw knajpa. Klimatyczna, ale jedzenie marne. Wydajemy 150 ARS. Noc trochę głośna (obok nas dworzec autobusowy), ale wreszcie w łóżku.

9 kwietnia 2012 (poniedziałek)


Puerto Iguazu

Zapomniałam, ze to lany poniedziałek! Wstajemy na 8 na śniadanie, a potem plan to wodospady. I to jest plan na cały dzień!

Jedziemy autobusem z dworca do parku narodowego Iguazú (strona argentyńska oczywiście) – koszt 10 ARS/os/przejazd.

Park kosztuje 100ARS/os. Jest sporo chodzenia i oglądania, choć wodospady niektóre wyschły (za mało wody jest teraz). Najpierw robimy górną pętlę (upper circut), potem dolną (lower circut) + wyspa San Martin, a na końcu docieramy kolejką do „Gardła Diabła” – głównego wodospadu.

Dużo łażenia i oglądania, trochę za duża komercja i tłumy. Na wyspę dostajemy się łódką. Tam na brzegu robimy spóźnione świąteczne śniadanie. W końcu jest Wielkanoc.

Łażenia jest na cały dzień – ogromne wrażenie robi główny wodospad – niezła masa wody! Niestety nie ma słońca, więc nie ma tęczy. Ale są glonojady J! Żyją sobie w tej rzece, jak w naszych akwariach.

Wracamy do Puerto Iguazu na wieczór. Dopytujemy się o autobus na jutrzejszą trasę na misje do San Ignacio. Najtaniej jest o 7:30.

Po krótkiej wizycie w hotelu idziemy na punkt styku trzech granic – Argentyny, Paragwaju i Brazylii. Jest ciemno, więc trochę widoków tracimy. Ale rzeki widać. Wracając wchodzimy do polecanej w Loney Planet knajpy – i to był strzał w dziesiątkę! Dostajemy przepysznego steka!!! Zamawiamy lomo i bife de chorrizo, bo nie kumamy różnicy. Lomo jest bomba – takiego steku nie jadłam jeszcze! Wracamy do hotelu. Raz trochę wcześniej – może się wyśpimy…

10 kwietnia 2012 (wtorek)


Puerto Iguazu – San Ignacio godz. 7:30- godz. 12:30 (autobus, 48 ARS/os)
San Ignacio – Posadas ok. 1h (autobus, 15 ARS/os)
Posadas – Encarnación (autobus, 6  ARS)
Encarnación – Trinidad (autobus, 14 tys. PYG/2os.)

Zaczynamy dzień od „perfect timing” J o 7:30 mamy autobus, zdążamy jeszcze zjeść śniadanie, które niby jest o 7:30 J Autobus odjeżdża punktualnie, my wpadamy w ostatniej minucie. Koszt biletu – tanio – 48 ARS/os (wszędzie w innych miejscach mówią 67…) Jedziemy małymi wioseczkami, ale jest ok. Do San Ignacio dojeżdżamy około 12:30. Do misji trzeba dojść z niecałe 10 min.

Wcześniej zgarniamy mapki w IT. Koszt wstępu do ruin po jezuickich misjach San Ignacio Mini to 60 ARS/os. Najpierw jest muzeum i film – bardzo ok., można się sporo dowiedzieć o misjach, jak działały, historię jezuickich redukcji– bardzo ciekawe. Potem zwiedzamy ruiny – jest możliwość słuchania „audio guide”. Ruiny są ogromne. Robią wrażenie, jak takie misje wyglądały – spędzamy tam ok. 2h. Potężna dawka historii i informacji (podobno w Paragwaju nie ma tak pełnej informacji). Ciekawe, ze nawracali poprzez sztukę (muzykę, rzeźby, malarstwo). Niestety dużo się nie zachowało. Może więcej zobaczymy w Paragwaju.

Wracamy na przystanek autobusowy, zostawiliśmy bagaże za 5 ARS/os. Autobus przyjeżdża za kilka minut. Koszt dojazdu do Posadas 15 ARS/os, jedziemy ok. 1h, niestety nie ma miejsc siedzących.

Wychodzimy z autobusu i zaraz wsiadamy do autobusu do Paragwaju – na tym samym dworcu (zupełnie inaczej niż w przewodniku). Za 6 ARS jedziemy na granicę. Tam po stronie paragwajskiej chwilę trwa, więc autobus odjeżdża. Mamy bilety ze starego, więc wsiadamy w kolejny. W tym czasie wymieniamy kasę 100 USD (kurs słaby 4200 PYG, ale nie będzie czasu gdzie wymieniać.

Wysiadamy na dworcu (trochę się jedzie) I zaraz wsiadamy do Trinidadu. Encarnacion to okropna przygraniczna miejscowość. Ale my jesteśmy tylko kilka minut na dworcu. Do Trinidadu jedziemy za 14tys.PYG/2 os (a wcześniej mówią 8tys./os – czyli zaczyna się ściemnianie…) Czas się zmienia jest 1h wcześniej. Jesteśmy na miejscu o 18tej. To raczej zadupie. Jest jeden hotel pod ruinami za 200 tys.PYG/pokój (po chwili 150 tys. ) prowadzony przez niemieckojęzycznych. Ale Wojtek zagaduje w informacji turystycznej ruin i okazuje się, że kemping jest za darmo. I prysznice i łazienki też.

Rozbijamy się i idziemy do hotelu na kolację(83 tys.). A  w hotelu był wielki Murzyn z Holandii (właściciel), a pani obsługująca nie mówiła po angielsku tylko po niemiecku!

W namiocie super, tylko ptaki za głośno śpiewały nad ranem J

11 kwietnia 2012 (środa)


Trinidad - Encarnación (autobus, 7tys. PYG/os.)
Encarnación – Asunción godz. 13:00- godz. 19:00 (autobus, 50 tys. PYG/os.)

Wojtas wstaje oszalały przed 6:30 rano – mi nie jest tak łatwo wstać J. W końcu koło 8mej idziemy na śniadanie. Pogoda gorąca i słoneczna. Śniadanie marne kosztuje 15 tys./os.

Bilet na ruiny jezuickich misji (wszystkie trzy w okolicy) kosztuje 60 tys./os.

Zwiedzamy najpierw ruiny misji w Trinidad obok których spaliśmy. Robią wrażenie, są bardzo dobrze zachowane. Można Łazic po murach. Zachowało się trochę rzeźb. Ułożenie budynków na misjach wszystkich jest mniej więcej takie same, więc juz wiemy które ruiny to co J Bardzo mało turystów , ale są. Podobno to najrzadziej odwiedzany zabytek UNESCO. Zwiedzanie zabiera nam 1,5h.

Pakujemy się, składamy namiot (Wojtes) i idziemy szukać transportu do drugich ruin de Jesus de Tavarangué . Taxi stoi przy głównej drodze. Za 40 tys. pojedziemy w obie strony i na nas poczeka. To ok. 12 km. Na zwiedzanie mamy 30 min. i to starcza, gdyż zachował się praktycznie tylko kościół. Oglądamy i wracamy.

Od razu podjeżdża autobus do Encarnación (7 tys./os.). Na terminalu po dojeździe od razu nas wyłapują, wsiadamy do autobusu do Asunción (50 tys./os.) i po 15 min. ruszamy. Podróż trwa 6h – wyjeżdżamy o 13:00 i jesteśmy o 19:00.

O tym mieście nie mamy info (nie mamy przewodnika po Paragwaju), więc idziemy do informacji turystycznej, gdzie teraz jechać z głównego terminala Asunción. Dostajemy mapkę i wskazówkę, którym autobusem (nr 38, 8), szubko znajdujemy i odjeżdżamy (2300/os.). Na terminalu są kantory – bardzo słaby kurs. Nie wymieniamy. Wysiadamy w starym centrum i …. Za bardzo nie wiemy gdzie szukać hoteli. Widać tylko te na które nas nie stać. Zagaduje nas pani i prowadzi do hotelu Black Cat – zupełnie nieoznaczonego.

Koszt pokoju bez łazienki 170 tys. Bardzo miła pani prowadząca hostel – daje nam mnóstwo info, nawet gdzie zjeść. W knajpie (Bolsi) objadamy się niemiłosiernie – rachunek 83 tys. Okazuje się, ze w knajpie mają bardzo korzystny kurs wymiany $ (4300) – dajemy 100$ i resztę dostajemy w guarani. Dodatkowy bonus dobrego jedzenia, bo kantory już dawno zamknięte…. Wracamy do hotelu.

12 kwietnia 2012 (czwartek)


Asunción

Wstajemy rano (jest śniadanie!) i od rana do południa próbujemy zaplanować „co dalej” Dzwoni Wojtek nawet do agencji turystycznej w Filadelfii z pytaniem o możliwość zorganizowania wycieczki po Chaco.

Okazuje się, że marnie, bo jest powódź, wszystko zalane. Mimo wszystko decydujemy się jechać do Filadelfii. W IT babka mówi, że tam można jechać tylko nocą. Więc szybko wracamy do hotelu i pakujemy się i dajemy znać, że nie zostajemy na drugą noc. Jedziemy na dworzec autobusowy (bilet 2300) i kupujemy bilety na nocny autobus, na godz. 23:00 (90 tys./os.).

Jest już koło 14tej i dopiero wracamy do centrum zwiedzać. Upał i słońce niemiłosierne. Więc zaczynamy od knajpy polecanej przez hostel z paragwajskim jedzeniem. Zamawiamy coś w rodzaju zupy (ja rybną, Wojtek mięsną). Knajpa nazywa się Na Enstaquia.

Ruszamy z mapką zwiedzać. Oglądamy port i inne zabytki w tym starą kolej, która dawno nie jeździ, ale dworzec i perony zostały. Ogólnie nie ma w mieście tym dużo do zobaczenia, turystów tez jest mało.

Chodzimy to do knajpy to do hotelu, bo czas trzeba zużyć. Na koniec idziemy do Bolsi raz jeszcze (znów „wymieniamy” pieniądze). A tam trwa mecz… niestety Paragwaj przegrywa. W hotelu bierzemy prysznic, pijemy herbatę i ruszamy na dworzec. Punktualnie o 23:00 wyruszamy, autobus jest pełen.

13 kwietnia 2012 (piątek)


Asunción – Filadelfia godz. 23:00 – godz. 6:00 (autobus, 90 tys.PYG/os.)

Około 5 rano kierowca budzi i prawie wszyscy wysiadają. To jeszcze nie Filadelfia… hmmm… Ok. 6 rano docieramy, w autobusie są dwie osoby oprócz nas. Czy przyjechaliśmy do jakiejś kompletnej dziury ?? Stajemy pod hotelem Florida, tam dostajemy pokój za 50tys./os. Bez łazienki i jakiejkolwiek klimy. Idziemy spać.

Budzimy się i okazuje się, że jest już za późno na śniadanie. Wszyscy mówią po niemiecku… Dostajemy śniadanie mimo spóźnienia. W hotelu jest rozpiska, że IT i Muzeum są otwarte do 11:30. Jest już po 10tej wiec lecimy. Skwar jest niemiłosierny i słońce także.

W IT przesympatyczna pani opowiada nam całą historię osiadłych tu niemieckojęzycznych Menonitów… niesamowite… Kiedyś byli w Prusach, potem Ukrainie, następnie Kanadzie, a ostatnio przyjął ich Paragwaj (lata 30te XX w.) – żeby zasiedlili nieosiedlone tereny. Dostali ziemię i nie musieli (warunek ich wiary) służyć w wojsku. Osiedlili się i żyją w społeczności w dużej mierze niezależni od administracji państwowej. Babka jest cudowna. Dzwoni do znajomej czy przyjmie nas do estancji do siebie na nocleg (koszt 35$). Decydujemy się, mimo, ze mamy zabukowany nocleg w hotelu. Umawiamy się na 16:30, ze po nas przyjedzie. Koszt dojazdu (w obie strony) – 100 tys.

Idziemy połazić po mieście. Jest skwar niesamowity, sjesta, wszystko pozamykane. Szerokie, nieasfaltowe ulice i domki. Dowiadujemy się, że możemy dojechać do Boliwii przesiadając się w mieście niedaleko ( do niego dojeżdżamy za 20 tys.) o 21:00. Autobus nocny do Santa Cruz jest ok. 1-2 w nocy, ale inna firma ma bilety.

Umęczeni łażeniem idziemy do hotelu i korzystamy z basenu. Bomba. Następnie idziemy dowiedzieć się o koszt autokaru i jest zaporowy – 220 tys. Chyba trzeba zrezygnować… Wojtkowi pojawia się pomysł jechania do Boliwii autostopem. Idziemy na pocztę i kupuję pamiątki (kolczyki 15 tys., kubek 33 tys.+ rurka do mate 22 tys.).

Przyjeżdża po nas pani by zawieść nas na ranczo. Wymeldowując się z hotelu, okazuje się, że liczą nam 2 doby, bo przyjechaliśmy przed check-in timem…. Ale dają zniżkę i płacimy za jeden nocleg. I tak czujemy się zrobieni w bambuko, bo nikt nam nie powiedział wpuszczając nas rano do pokoju.

Jedziemy na tereny Chaco na ranczo – obłęd tereny niczego. Mamy super pokoik, a przed pokoikiem stoi traktor. Poznajemy pracujących na farmie ludzi – jutro z nimi mamy doglądać bydła. Wszędzie jest pełno ptaków, owadów (komary) i robaków. Widać, że przyroda!

Oglądamy film o zwierzętach Chaco. Jutro mamy wstać o 6:00 – 6:30 śniadanie.

14 kwietnia 2012 (sobota)


okolice Filadelfii
Filadelfia – Asunción godz. 22:00 – 6:00 [15/04/2012] (autobus, 90 tys./os.)

Wstajemy zgodnie z planem o 6 rano i na 6:30 jesteśmy na śniadaniu. Gadamy z babeczką i jak wychodzimy to konie już stoją osiodłane, a pracownicy pojechali. Na szczęście wracają. Wsiadamy na konie i jedziemy. Jest super, wczesny ranek, mnóstwo ptaków, nawet sarna przebiega, tereny trawiaste.

Zaganiamy krowy do zagrody i pracownicy łapią je lasso i dają szczepionki (bo są ranne). Super klimat. Potem wracamy i pijemy tereré – mate na zimno – typowe dla Paragwaju. Następnie znów jedziemy do innego stada, tam podobnie, choć też dodatkowo kastrują młode byczki – psy tylko czekają na świeże jąderka J

Wracamy ok. 12:00. Koszt tej atrakcji to 50 tys./os. Dostajemy lancz i gadamy z Merlin (właścicielką). Rozliczamy się: 70$/2os, 100 tys. przejazd, 100 tys. konie, 20 tys. lancz i jeszcze kilka tys. za piwo i wodę.
Idziemy jeszcze połazić i o 15:00 mąż Merlin nas zabiera do Filadelfii.

Zaczyna lać, więc do autobusu o 22:00 (90tys./os.) siedzimy na przystanku wśród tłumów owadów – ilość komarów jest porażająca. Wokół robi się mega błoto. Autobus odjeżdża punktualnie. Uderzamy w kimę przyzwyczajeni powoli do wypoczynku w takich warunkach.

15 kwietnia 2012 (niedziela)


Asuncióngranica z Argentyną godz. 7:00 – 7:30 (autobus, 6$/os + 6$/2 bagaże)
granica z Argentyną – Clorinda ok. godz. 8:30 taksi, 20 ARS
Clorinda – Resistencia godz. 10:30 – godz. 15:00 (autobus, 80 ARS/os)
Resistencia – Capitan Solari godz. 15:30 – 18:00 (autobus, 30 ARS/os.)

Dziań pod hasłem „autobusy”. W Asunción jesteśmy około 6 rano. Nie ma autobusu do Clorida, dopiero o 9tej. Siedzimy godzinę, kiedy dowiadujemy się, że można miejskim autobusem dojechać do granicy z Argentyną. Podróż kosztuje nas 6$/os + 6$/2 bagaże. Autobusy odjeżdżają sprzed dworca. Po ponad 30 min. jesteśmy na granicy. Przechodzimy bez problemu przez granicę, bagaże prześwietlają, pies też nas wącha, hehe. Narkotyków brak.

Po stronie argentyńskiej bierzemy taksi za 20 ARS do dworca autobusowego w Clorindzie, gdzie odjeżdżają busy do Resistencji. Musimy znów trochę poczekać (ok. 1h) i o 10:30 (jest +1h do czasu paragwajskiego) wsiadamy do autobusu – koszt 80 ARS.

W Resistencji jesteśmy przed 15:00. Wszystko zamknięte, bo niedziela. Pijemy strasznie drogą kawę (24 ARS/2 os.) i o 15:30 wsiadamy do autobusu do Capitan Solari – koszt 30 ARS/os., jedziemy ok. 2,5h – przez totalne zadupia. Lądujemy w prawdziwej dziurze – ledwo kupujemy coś w sklepie – stare bułki, jajka, puszkę tuńczyka.

Do kempingu parku narodowego Chaco jest 5 km, już się ściemnia. Bez szans na taksi, ani żadne info. Idziemy więc …. Ale po chwili jedzie samochód! Zabiera nas bardzo niedaleko parku. Jak dochodzimy to jest już ciemno, las, a tu nagle wchodzimy w full wypas kemping i wszystko za darmo. Nawet miejsce na grilla i drewno jest! Szok! A przyroda czuć , że inna jakość. Przed zachodem słońca to ptaki oszalały – takie śpiewy!

Rozbijamy namiot, prysznic ciepła woda… Wojtek rozpala ogień i  jajka ratują wieczór. I ciepła herbata jest. Cudnie. Środek niczego. Na kempingu są jeszcze Szwajcarzy w kamperze.

16 kwietnia 2012 (poniedziałek)


Capitan Solari – droga na Saltę godz. 16:50 – 17:50 (autobus, 12 ARS/os.)
Skrzyżowanie droga na Saltę – skrzyżowanie na Saez Pena godz. 18:00 – 19:00 (autostop)
skrzyżowanie na Saez Pena – Saez Pena ok. godz. 19:30 – 20:00 (autobus, 2,5 ARS/os.)
Saez Pena – Salta  godz. 21:30 – godz. 7:00 [17/04/2012] (autobus, 248 ARS/os.)

Budzi mnie szaleństwo ptaków, ale nie mam siły wstać … Jesteśmy w naturze J Wstajemy i zaczyna się skwar. Wojtas szuka Internetu- bez rezultatu. Śniadanie – bułki i ciepła herbata.

Wypożyczamy rowery i jedziemy na dwie pętle zobaczyć laguny. Rowery to graty, ledwo jedziemy, a skwar niemiłosierny. Mniejsza pętla to ok. 5 km w jedną stronę, duża to 9 km w jedną (jest niby zamknięta, ale rowerem da się przejechać), Godzina i temperatura są takie, że ptaków brak. Widzimy węża (duży 1,5-2 m) i sarenkę i trochę drapali. Na kempingu przebiega nam przed nosem lis. Ptaki latają, ale widać, że się pochowały w południe. To nie jest najlepsza pora…

Skatowani po 3h wracamy i idziemy jeszcze jedną pętlę pieszą wzdłuż rzeki Negro. Robi się późno a o 16:50 mamy autobus do głównej drogi z Capitan Solari (a jeszcze 5 km w skwarze w marszu).

Zwijamy się i ruszamy. Jest ciężko. Niczego i nikogo na drodze. W końcu pod koniec się udaje złapać furmankę (tylko dzięki niej zdążamy na autobus!)

Dojeżdżamy do głównej drogi na Saltę (bilet 12 ARS/os.) i stajemy łapać stopa. Jest przed 18:00, więc plan jest dojechać do Seaz Pena i stamtąd nocnym busem do Salty. Łapiemy okazję po 10 min. Zawozi nas do skrzyżowania na Saez Pena – z nami wysiada jeszcze jeden koleś, który także chce się dostać na dworzec autobusowy. Pokazuje nam przystanek lokalnego busu, który za 2,5 ARS/os. Zawozi nas na terminal. Jest 20:00.

Autobusy do Salty są koszmarnie drogie. Mamy o 21:30 za 248 ARS/os. Zjadamy na kolację chipsy i w autobusie uderzamy w kimę – powoli nabieram umiejętności spania w tych autobusach. Dostajemy posiłek w ramach biletu (kanapka + cola).

17 kwietnia 2012 (wtorek)


Salta

Dojeżdżamy na 7 rano. Ruszamy szukać hotelu – jest ich sporo, ale drogie (ok. 200 ARS/2 os.). W końcu znajdujemy fajny za 140 peso/2 os ze śniadaniem. Śniadanie dziś możemy wykupić za 10 ARS/os. Pokój jest bez łazienki.

W hotelu można załatwić samochód (maja jakąś firmę zaprzyjaźnioną). Koszt 300 ARS/dzień bez limitu km. Gwarancja to karta kredytowa. Płacimy zaliczkę (300 peso) i umawiamy się na jutro na 9:00 rano. W hostelu jest Internet – ogarniam maile J

W hostelu wymieniamy 100$ - kurs 4,37 ARS. Idziemy zwiedzać Saltę. Zaczynamy od placu 9 lipca, a następnie do leżącego przy tym placu Muzeum MAAM – gdzie znajdują się mumie znalezione na  wulkanie Llullaillaco 6,700 m, złożone przez Inków. Wstęp kosztował 40 ARS/os. Bardzo warto. Dużo można poczytać (po angielsku) o tradycji Inków, rytuałach i wierzeniach oraz co tam znaleźli przy tych mumiach. Mumie są wystawione na pokaz na zmianę. My widzimy chłopca. Niesamowity – zachowany jak śpiący. Dzieci były z arystokratycznych rodów, różnych części kraju Inków (ten zwyczaj też miał spajać kraj) odurzone alkoholem, wyniesione na wysokość 6700, najpewniej po prostu się nie budziły.

Po muzeum chcemy wymienić kasę, ale jest sjesta. Wszystko zamknięte, więc idziemy na plac Belgrano i zajadamy się winogronami. Ruszamy na kolejkę na wzgórze, bo do 17tej nic nie zwiedzimy. Wyjeżdżamy na górę (15ARS/os.), a schodzimy pieszo. Są widoki, ale bez rewelacji. Jest dość gorąco.

Na dole oglądamy po drodze klasztor karmelitów (z zewnątrz) i bardzo starą oryginalną bramę. Wojtek kupuje butlę z gazem (38 ARS). Oglądamy kolejny kościół i wracamy do placu, bo katedra jest już otwarta.
Pieniądze wymieniamy (z pewną obawą) u konika, ale kurs jest zachęcający – 4,70 ARS za 1$! Łazimy po deptaku, kupujemy lody (6ARS/os.). Wcześniej spałaszowalismy frytki w frytkowym barze za 6 ARS.

Wracamy do hotelu. Jesteśmy padnięci, ale w końcu decydujemy się iść do knajpy gdzie jest pokaz tańca peña – tradycyjnego dla tego regionu. Knajpka jest w miejscu gdzie był i mieszkał generał Güemes – są liczne pamiątki.

Jesteśmy pierwsi, ale schodzą się ludzie. Show zaczyna się ok. 21-22. Tańczy pani z dwoma gauchami (raz ze starym, potem młodym), a jeden facet śpiewa. Potem każdy stolik ma powiedzieć skąd jest – robimy furorę, że jesteśmy z Polski. Potem wyciągają do tańca. Wojtas tańczy i nieźle sobie radzi. Kolacja (stek, a Wojtas locro – tradycyjna potrawa z kukurydzy, mięso, krew) płacimy 150 ARS

Idziemy do hotelu – od jutra przygoda samochodowa!

18 kwietnia 2012 (środa)


Salta – Quebrada de Cafayate – Cafayate - Cachi

Rano wstajemy na śniadanie i zaraz przyjeżdża nasz pan z samochodem. Płacimy pozostałe 600 ARS, za hotel 180 ARS i ładujemy się! Ruszamy do supermarketu – robimy zapasy jedzenia, żeby mieć i nie chodzić do kanjp. Płacimy rachunek ponad 200 ARS. Nie możemy kupić piwa, bo nie mamy butelki na zamianę!????? Wyjeżdżając z miasta tankujemy 48l za 320 ARS (benzyna 6,69 ARS/l).

Ruszamy do Cafayate  (ok. 200 km) przez Quebrada de Cafayate – niesamowite widoki, zatrzymujemy się przy Gargata del Diablo – wdrapujemy się trochę oraz przy Amfiteatrze – niezła akustyka! Wszystko 100% naturalne J czyli stworzone przez naturę. Ponadto fotografujemy niesamowite widoki i „rzeźby”.

Cafayate jest uroczą miejscowością, gdzie produkują wino (zwiedzamy dwie winiarnie). Produkują cabernet sauvignon, malec i tannat, ale sławni są z białego torrontés. Zwiedzanie gratis. Jest bardzo miła informacja turystyczna. Bardzo dużo sklepików z tanimi, ładnymi pamiątkami: wiszące dzbaneczki 18 ARS, obrazek 27 ARS, wisiorek 15 ARS – można się targować. Turystów mało. W Cafayate jest hotel Ruta 40 – bardzo istotne dla Wojtka. Oglądamy malowidła na murach – nie wiemy dokładnie o co chodzi, ale są. Wyjeżdżając zahaczamy o lody z wina – pyszne, a sprzedaje bardzo sędziwy wesoły pan – Heladeria Miranda. Miasteczko robi super wrażenie, ale decydujemy się jechać dalej. Minus, że jest już późno…

Szukamy noclegu po drodze (kempingu w Agnosco), ale nie ma, więc już po ciemaku około 21 jesteśmy na kempingu miejskim w Cachi. Koszt noclegu 30 ARS/2 os.

Gotujemy sos, makaron i parówki i idziemy spać. Na kempingu są prysznice i łazienki. Z prysznicy nie korzystamy, bo tylko zimna woda.:) W nocy jest trochę zimno ( w końcu to 2280 m n.p.m.), a Wojtas się wypina i nie chce mnie grzać – potem ratuje mnie i zmienia zdanie J

19 kwietnia 2012 (czwartek)


Cachi - San Antonio de los Cobres – wiadukt La Polvorilla

Wstaje nam się trudno i potem śniadaniujemy do 10tej. Idziemy zwiedzać Cachi. Ma miły ryneczek ze skromnym kościółkiem (kościół San Jose), w którym wszystko (wyposażenie) jest zrobione z drewna kaktusa - kardon.

Potem Wojtek rozgaduje się w ITnt widocznej z Catchi góry Nevado de Cachi (6380 m). W  knajpie Oliver jest jej zdjęcie. Podjeżdżamy też do Todo lo Nuestro – reprodukcje domów z historii doliny – wstęp 15ARS, ale nie korzystamy – brak czasu.

Jedziemy do San Antonio de los Cobres, ale drogą najpierw na Saltę. Do rozjazdu na Salte bierzemy z Cachi dwie francuskie studentki autostopowiczki. Droga prowadzi przez park narodowy Los Cardones – są setki kaktusów, które wyglądają jak armia i że zaraz zaatakują.

Jedziemy do San Antonio, jest już wysoko, przekraczamy przełęcz 4050 m n.p.m. Jedziemy wzdłuż kolejki Tren a las Nubes. Droga jest bardzo widokowa. Dojeżdżamy do San Antonio de los Cobres i zaczyna zachodzić słońce. Czytam w przewodniku, że warto zobaczyć zachód słońca na wiadukcie kolejowym 16 km od San Antonio de los Cobres. Jedziemy tam. Docieramy niestety za późno. Wiadukt nazywa się La Polvorilla i jest na wysokości 4200 m. Jest rzeka, więc postanawiamy biwakować na dziko. Gotujemy i obalamy wino+ sery i oliwki (wino to trochę głupota na tej wysokości). Na wiadukt weszliśmy wieczorem, ale nic nie widać. Trzeba będzie powtórzyć rano.

20 kwietnia 2012 (piątek)


wiadukt La Polvorilla - San Antonio de los Cobres – Purmamarca - Humahuaca – Purmamarca (Cerro de Siete Colores) - Salta

Noc mija średnio. Wojtka boli brzuch. Mnie rano też. Czymś się struliśmy. Ponadto czuć trochę wysokość. W nocy było tak zimno, że woda w rzece zamarzła trochę… Ładnie. Rezygnujemy ze śniadania i wychodzimy na wiadukt skąd jest niesamowity widok. Wiadukt powstał w latach 1930-32. Robi wrażenie!
Zwijamy się do San Antonio de los Cobres. Tam tankujemy (13 litrów, 100 ARS). Jedziemy bardzo widokowa drogą – środek niczego, pustynia. Widzimy guanako, ale też niestety nieżywe zabite przez samochód. Kierujemy się na Salinas Grandessolniska, salary. Salary dla mnie są kłamstwem dla mózgu – on ciągle odbiera, ze to zamarznięte jeziora J pokryte warstwą śniegu. Ale to sól. Kupuje słoną lamę za 10 ARS.

Jedziemy do Purmamarca przez przełęcz 4170 m (na przełęczy organizujemy sobie śniadanie) i wielkimi długimi serpentynami zjeżdżamy na dół. Nie  zatrzymujemy się w Purmamarce tylko od razu jedziemy do Humahuaca – Wojtek szuka tam jakiejś pięknej góry. Dojeżdżamy do Humahuaca 60 km, a góry brak… W IT dowiadujemy się, że góra jest w … Purmamarce…. 120 km w plecy, czas i benzyna…

Wracamy i oglądamy – rzeczywiście jest to góra Siedmiu Kolorów - Cerro de Siete Colores. Piękna jest.
Mamy już niebyt dużo czasu i benzyny – jedziemy w kierunku Jujuy (San Salvador de Jujuy). A tu do Jujuy brak stacji benzynowej – na szczęście jest z górki, więc toczymy się jak rower i dojeżdżamy na oparach. Tankujemy 6 litrów (40ARS) – mamy około 65 km do Salty – wybieramy krótszą drogę (nie autostradę). I to się okazuje kolejną wtopą dzisiejszego dnia. Droga jest krótsza, ale nie szybsza. Bardzo wąska, serpentyny, po górach. Nie da rady szybciej niż 30-40 km/h. Mamy „przyjaciela”, który nas prowadzi – poza nim nikogo na tej drodze. Znów pojawia się wizja, że braknie benzyny… A wtedy już mega dupa, bo jesteśmy w lesie, w górach.

Do Salty do hotelu dojeżdżamy na 21 (godzinę spóźnieni). Facet kasuje nas 40 ARS za mycie samochodu (a my myliśmy trochę rzece, hehe) Przejechaliśmy 1150 km! Kapiemy się i uderzamy na dworzec autobusowy, bo czekają nas dwie kolejne noce w autobusach. Biletów na tani przejazd już nie ma. Czyżby kolejna dupa dzisiejszego dnia ?! 9innych autobusów już nie ma o tej porze) W końcu jakieś bilety się znajdują. Jeden za 265 ARS (stałe miejsce na całą podróż) i za 331 – miejscówka tyko na poszczególne fragmenty – trzeba się przesiadać. No i nie siedzimy razem.

Ale przynajmniej ruszamy do Cordoby! Autobus odjeżdża o 23:30. Najpierw po 40 min. musimy zmieniać autobus – ale potem już jadę. Wyciągam śpiwór i idę w kimę.

21 kwietnia 2012 (sobota)


Salta - Cordoba godz. 23:30 [20/04/2012] – godz. 13:00 (autobus, 265 ARS/os.)
Cordoba – Buenos Aires godz. 22:30– godz. 8:00 [22/04/2012] (autobus, 250 ARS/os.)

Około 13tej jesteśmy w Cordobie. Jest zimno!!!! I pochmurno. Kupujemy bilety na autobus do Buenos Aires na 22:30 (250 ARS/os). Zostawiamy bagaże (5ARS/os) i idziemy na miasto.

Na głównym placu San Martin w Cordobie jemy śniadanie J Potem dowiadujemy się, co można zobaczyć. Zaglądamy do budynku Rady Miejskiej (wejście gratis). Jest sjesta, więc wszystko zamknięte. Na ulicach pustki. Dopiero od 16:30 otwierają katedrę – bez rewelacji, zbitka różnych stylów bo bardzo długo ją budowali. Idziemy do Manzana Jesuítica. Oglądamy (bez zwiedzania) uniwersytet Universidad Nacional de Córdoba – jest tam podobno biblioteka pozostawiona przez jezuitów. Wstęp 10 ARS (nie korzystamy). Obok kościół de La Compañia de Jesus – bardzo ładny – dach jak dół łódki. Reszta zabytków jezuickich zamknięta. Krypty w ogóle w weekendy zamknięte. Podobnie jak Muzeum Pamięci – dot. ofiar okresu dyktatury wojskowej.

Idziemy na lody 6,50 ARS/os., a jak się robi ciemno na pokaz fontann „światło i muzyka”.

Cordoba nie zrobiła na nas wrażenia – ruszamy do Buenos. Toaleta na dworcu i do autobusu na około 10 godzin.

22 kwietnia 2012 (niedziela)

Buenos Aires

Do Buenos przyjeżdżamy rano około 7-8 i od razu ruszamy w poszukiwaniu hotelu. Jest zimno! Znów.
Hostel jest bardzo trudno znaleźć, wszystkie wymienione w przewodniku LP (tanie) są pełne. Znajdujemy hostel, którego w LP nie ma i on ma miejsca. Pokój dwuosobowy to 270 ARS, dormitorium 70ARS/os. Bierzemy dormitorium. Ale check-in dopiero o 14tej.

Bierzemy prysznic – cudowny, gorący! Zostawiamy bagaże i idziemy zwiedzać. Ruszamy na plac de Mayo i zwiedzamy pałac prezydencki – Casa Rosada (udostępniony w weekendy, za darmo) Tylko my bez wchodzenia z grupą – wtedy trzeba sporo czekać.

Przy tym samym placu katedra, w której jest grobowiec San Martina. Następnie idziemy do Obelisku – wybudowany w 400tną rocznicę osiedlenia sie pierwszych hiszpańskich osadników. Obelisk stoi na bardzo szerokiej ulicy 9 lipca „Avenida 9 de Julio” (podobno nawet 16 pasów w jedną stronę może być – ja się doliczam 10).

Kolejny punkt programu to plac Dwóch Kongresów – z Kongresem i pomnikiem dwóch kongresów, które były, żeby Argentyna była niepodległa (1810 i 1816).

Wracając do hostelu mijamy włoski festyn – zjadamy kiełbę i oglądamy produkty regionalne na nim sprzedawane. Jest muzyka, prawdziwy festyn.

Po krótkiej przerwie w zwiedzaniu w hostelu idziemy dalej na market, który akurat dziś się odbywa – dzikie tłumy ludzi sprzedających najdziwniejsze rękodzieła (np. robione z puszek po piwie, monet itp.).

Robi się ciemno, ale idziemy na La Boca – dzielnicę portową z pomalowanymi, kolorowymi budynkami. To miejsce, gdzie też są knajpy z tangiem itp. Ale jest tylko jedna z muzyką na żywo, reszta pusta i pozamykana…..?

Po tym wszystkim idziemy na ostatniego steka. Wchodzimy do fajnej knajpy, gdzie zjadamy nawet dobrego lomo i bife de chorizo, ale jest zonk jak przychodzi do płacenia. Rachunek jest na 170 ARS, ale jest tam uwzględnione coś takiego jak „cubierto” – dowiadujemy się, że jest to opłata za talerz i sztućce! Jakaś paranoja! W karcie, rzeczywiście na ostatniej stronie jest małym drukiem napisane, że cubierto jest 9 ARS/os. Płacimy, ale uznajemy, ze to jest napiwek, hehe.

W hotelu jak padam na łóżko tak odlatuję i przesypiam noc i nie budzą mnie sąsiedzi – w pokoju jest 7 osób razem z nami.

23 kwietnia 2012 (poniedziałek)


Buenos Aires

Nawet się wysypiam. Nie budzą mnie kolejni współspacze J Śniadaniujemy 2h, a następnie ruszamy oglądać port w Buenos. Jest to teraz ekskluzywna dzielnica. Park, którym można pochodzić jest w poniedziałki zamknięty – pech! Łazimy, oglądamy jachty. Zwiedzamy tez żaglowiec szkoleniowy z końca XIX w (pływał głównie 1899-1936), wstęp 2 ARS/os. Fajowy. Nazywa się ARA Presidente Sarmiento. Można połazić i po oglądać.

Robimy ostatnie zdjęcia przed Casa Rosada  na placu de Mayo, potem spacer ulicą Florida – wielkim turystycznym deptakiem (ale my i tak już bez kasy). Dochodzimy do pl. San Martin, gdzie jest pomnik poległych w wojnie o Falklandy – dziwnym trafem przewodnik LP w ogóle o tym nie wspomina…

Wracamy do hostelu około 16tej – prysznic, konsumpcja, bo po 17tej musimy iść na autobus. Autobus na lotnisko jest bardzo tani, kosztuje 2 ARS/os., ale jedzie ponad 2h. Bilety można kupić tylko za monety w automacie w autobusie.

Po ponad 2h jeździe, a nawet 2,5h, bo korki były, jesteśmy na lotnisku. Jazda była przygodą, tłumy ludzi i bardzo nieturystyczne już dzielnice.

Na lotnisku dowiadujemy się, że nasz samolot jest opóźniony, co więcej, gdy dostajemy boarding passy, to połączenie do Berlina jest 4h później. Nawet nie ma szans, że zdążymy na bus do warszawy – Będziemy o 22:40 w Berlinie!!!! Dupa! O tej porze nie ma już żadnych połączeń autobusowych i pociągowych do Warszawy, żeby być na środę rano.

Kupujemy Internet za 5ARS/30 min i szukamy połączeń. Próbujemy też coś wywalczyć w Iberii, ale bezskutecznie. Mamy jakieś opcje połączeń pociągami rano, Polski bus jedzie dopiero o 10:30 i jest późno wieczorem w środę w Wawie.

Trochę stresu jest, ale musimy lecieć na nasz samolot. Sprawnie idzie odprawa i zaraz jesteśmy w samolocie. Nie mamy miejsc obok siebie, ale na szczęście chłopak się przesiada i siedzimy razem. Obsługa w samolocie fatalna, ale jeść dostajemy. Uderzam w kimę i przesypiam lot.

24 kwietnia 2012 (wtorek)


Buenos Aires (EZE) - Madrid (MAD) godz. 21:35 [23/04/2012](jest 1h opóźnienia) - godz. 15:30
Madrid (MAD)   - Berlin (TXL)  godz. 19:45 – godz. 22:40

Dolatujemy do Madrytu o 15:45 czasu w Hiszpanii. Samolot nasz jest o 19:45 – mamy więc kupę czasu. Za 2€ wykupujemy 30 min. Internetu i sprawdzamy kolejne opcje powrotu do Polski. Mamy już pewien plan. Może udać się być na 14tą w wawie. Kto wie J

Samolot jest punktualnie, ja przesypiam cały lot. W Berlinie jesteśmy o 22:45 (zgodnie z planem) i po 15 min. mamy już bagaże.

Jedziemy autobusem do HBF – bilet 2,30 €/os. Na dworcu znów rozpoznajemy  temat biletów i dojazdu. Ale może zdecydujemy się jechać za 50€/os. EC i będziemy na 11tą w wawie. Bo różnica nie jest znacząca raczej. Ale biletów nie można kupić automacie, tylko w pociągu. Dziwne. Ale tak mówi pan w informacji.

Idziemy na kebaba pod dworcem J Fajny klimat u Turka. Wracamy na dworzec i siadamy w McDonaldzie – jedyny otwarty, można siedzieć i spać (jak wszyscy wokół) i skorzystać z toalety. Gramy na kartce w piłkę nożną, niestety przegrywam L Ratuje nas jet lag – dla nas jest 5h wcześniej, więc nie ma kryzysu ze spaniem. Jest luz.

25kwietnia 2012 (środa)


Berlin Hbf – Warszawa Centralna  godz. 4:28 – godz. 10:55 (pociąg, 45,60€)

Wsiadamy w nocny ekspres do Warszawy, kupujemy bilety u konduktora – tylko 45€! I idziemy w kimę. Dojeżdżamy o 11tej… Nareszcie w domu…


środa, 23 listopada 2011

Wietnam, Laos, Kambodża


Wczasy milionerów - w poszukiwaniu słonecznej listopadowej pogody

więcej zdjęć

Kursy walut (orientacyjnie):

Wietnam
1 USD =  20920 VND
Kambodża
1 USD = 4090 KHR
Laos
1 USD = 7985 LAK

1 USD = 3,06 PLN

30 października 2011 (niedziela)


Przelot:
Warszawa (WAW)  - Frankfurt (FRA)  godz. 6:30 - 8:25 [29/10/2011]
Frankfurt (FRA)  - Ho Chi Minh City (SGN) godz. 14:40 [29/10/2011] -  7:15 [30/10/2011]

Po długiej podróży z masą filmów i niewielką ilością snu lądujemy w HCMC, czyli Sajgonie. Z wizą bez problemu – jest ok. – wchodzimy! Od razu uderzamy do autobusu (nr 152) o którym reszta turystów chyba nie wie J Płacimy 20 tys. VND za nas dwoje i bagaże (chyba i tak dla siebie dorzucił).

Wchodzimy do polecanego hotelu Hong Kong i za 15$ mamy dwójkę z łazienką i klimą i w ogóle luksusy (lodówka, telewizor).

Ruszamy w miasto – o ogromnym upale zwiedzamy zabytki Sajgonu: Ratusz, Opera, targ Ben Thanh, katedrę Notre Dame (z zewnątrz) i Pocztę. Wszystko jest ładne, ale bardzo europejskie, więc nie robi dużego wrażenia.

Upał daje nam mocno we znaki. Wracamy do hotelu na sjestę (muzea też mają). Wcześniej zaliczamy niedobry obiad z niemiłym i nieuczciwym kelnerem. Zapomnieć.

Niestety śpimy do 15:30, a Pałac Zjednoczenia jest otwarty do 16:00 – oglądamy tylko z zewnątrz. Biegniemy do Muzeum Pozostałości Wojennych, bo ono do 17:00 – dajemy bardzo szybko radę obskoczyć. Robi wrażenie, choć na pewno jest b. nieobiektywne. Wojna w Wietnamie z punktu widzenia Wietnamczyków. Koszt wstępu 15 tys. dongów.

Ruszamy szukać pagody Jadeitowego Cesarza – złazimy hektar, ale nie znajdujemy. Chcemy wziąć taxi-motor do chińskiej dzielnicy – ale na złość się nie udaje. A jest ciemno i nogi bolą. Ktoś chce za 100 tys., jak nie chcemy za tyle to nas olewa. Nie mają tu parcia na zarobek. W końcu dochodzimy w pobliże chińskiej dzielnicy, ale do niej nie dochodzimy. Jemy zmęczeni  w przydrożnej spelunce. Ale jest ok.!
Wracając lądujemy w pubie już w centrum turystycznym – jest impreza halloweenowa. Bawią się turyści i miejscowi. Pijemy piwo Saigon J

Na jutro wykupujemy sobie na przedpołudnie wycieczkę do tuneli CuChi – 4$ dojazd/os w obie strony. Po powrocie planujemy jechać do Can Tho – u pośrednika bilety po 8-9$/os. Drogo. Ale dworzec daleko…

31 października 2011 (poniedziałek)


Sajgon – tunele Cu Chi (4$ dojazd/os)
Sajgon – Can Tho godz. 15:15-19:00 (bus, 8$/os)

Wycieczka do tuneli Cu Chi  rozpoczyna się o 8 rano. Wracamy o 14:15. Nasz przewodnik mówi baaardzo wietnamskim angielskim i woła nas „hello my group” J Jest dość irytujący, co jest minusem wycieczki. Poza tym to niezła komercja i mnóstwo ludzi.

Nim dojeżdżamy do tuneli zostajemy wywiezieni do warsztatu rękodzieła, gdzie pracują ludzie niepełnosprawni po agencie Orange. Warsztat należy do państwa.

Jedziemy do tuneli i tam to dopiero jest sajgon …:) i propaganda na maxa. Jak to biedni Wietnamczycy walczyli ze złymi Amerykanami. Nasz przewodnik opowiada dużo, był żołnierzem południowego Wietnamu, ale nigdy nie znalazł żadnego komunisty J.

Wojtek ginie w tunelu. Na szczęście po czasie się odnajduje, bo stałby się nową atrakcją turystyczną J Oglądamy ekspozycje, jak żołnierze żyli w tunelach i nie tylko. Wchodzimy do tuneli i to jest największą atrakcją. Oglądamy pułapki, kuchnie, szpital, dziury po bombach B52.

Po powrocie so Sajgonu robimy rundę po agencjach turystycznych, żeby znaleźć bilety do Can Tho. Najlepsza cena to 8$ i od razu możemy jechać. Najpierw myślimy, że cena jest mocno wygórowana, bo sam bilet kosztuje 80 tys. dongów (4$), ale jak nas potem przez pół godziny wiozą motorami (niezła frajda!) to wychodzi, ze wcale nie aż tak drogo.

Dworzec jest w Dzielnicy 5 (chińskiej). Chyba da się tam dojechać autobusem nr 2. Minibusy do Can Tho jeżdżą co godzinę. Odjeżdżamy o 15:15 i około 19tej jesteśmy. Jest przerwa na jedzenie – tania dobra knajpa. Wreszcie spróbowałam Pho! Jest super! Robi Wojtek krótki jedzeniowy słowniczek:

com – ryż, bo – wołowina,
mi –nudle,
mi aa – smażone nudle,
ga – kurczak,
luon – jajko, rau – warzywa.

W drodze łapie nas ulewa! Jednak pada… W Can Tho trochę łazimy szukając hotelu. To wiele mniej turystyczne miasto. Lądujemy w hotelu za 12$ za dwójkę, nowym z przemiłą panią. Ona też organizuje wycieczkę na pływające targi. Opłata nie jest tania, ale wygląda, że będzie przyjemnie – cena 50$ za 2 osoby, małą łódką (tylko dla nas) na 7h – oba targi. Start o 5:30 (można jeszcze o 6:00, 6:30, 7:00), ale później zjeżdżają się turyści na wielkich statkach. Dowiadujemy się tez o dojazd do Chau Doc. Pani super pomocna i wesoła.

Potem idziemy na kolację nad Mekong i zjadamy żabę J. A i dziś jestem najbliżej równika 9oN J

1 listopada 2011 (wtorek)


Can Tho
Can Tho – Chau Doc godz. 13:30-17:00 (bus, 60 tys. VND/os)

Wstajemy na 5:30. Gekony nas nie zjadły J Są wszędzie… Zaczynamy nasz objazd łódką. Pani przewodniczka jest życzliwa i bardzo wesoła. Plecie dla nas ozdóbki z liści palmowych.

Najpierw jedziemy na targ „hurtowy” to zaopatrują się handlarze drobni. Każda łódka ma tylko jeden lub max klika rodzajów warzyw lub owoców. Wywiesza na wysokiej pałce owoc/warzywo, które można kupić. Fajne.

Potem jedziemy na mały targ – ten już dogorywa, bo zaczyna się o 1szej w nocy. Jest tam wesoło, ale nikt nic nie kupuje. Kupujemy kokosa – mleczko ok., miąższ średni. Połówka ginie w trakcie „walki” naszej przewodniczki z wesołą staruszką. Bardzo dużo śmiechu.

Odwiedzamy tez fabrykę makaronu ryżowego. Teraz wiemy jak go się robi J Ale też zalana wodą J

Następnie jedziemy do węższych kanałów zobaczyć jak żyją tam ludzie. Mamy też możliwość popływania na sterze, a  właściwie na wiośle. Idziemy też na spacer brzegiem. Widać, że woda jest wysoka, domy mają pozalewane. W restauracyjce czeka na nas przewodniczka. Jemy obiad, jej tez kupujemy. Ja zamawiam Elephant Fish – podobno tradycyjna tu. Je się ją w takich rulonikach z ryżu (płatków ryżowych).

Następnie wracamy kanałami. Słońce daje się we znaki. W hotelu jesteśmy o 12:30. I od razu idziemy na dworzec autobusowy – to około 20-30 min. spaceru – tam zakupujemy bilet do Chau Doc – 60 tys. dongów. Wyruszamy o 13:30, autobusy jeżdżą co godzinę. Najtańsza firma to Kin nagac czy jakoś tak. Jazda to męczarnia (jak łódką to była przyjemność). Nie ma Klimy, a kierowca drze się cały czas. W Chau DOc lądujemy około 17tej. „Dworzec” – tam gdzie stają autobusy jest dość daleko od centrum miasta – około 2 km. Maszerujemy i nigdzie nie widzimy hoteli.

W końcu wchodzimy do agencji turystycznej i okazuje się, że to też hotel J Udało się. Jesteśmy zmęczeni na Maksa i jazdą i upałem. Bierzemy pokój za 10$/2os z Klimą, łazienką i śniadaniem. Bilet na slow boat do Kambodży płacimy 10$/os. W tym jest też dojazd do granicy.

Wieczorem jeszcze łazimy po miasteczku – za dużo tu nie ma, ale piwo jest J

2 listopada 2011 (środa)


Chau Doc – Phnom Penh (slow boat, 10$/os)

Rano rozpoczynamy naszą w pełni zorganizowaną podróż do Kambodży . wszystko jest za nas zorganizowane. Przewóz bagażów do łódki i nas do łódki, załatwienie wiz, obiad itp. Organizacyjnie podróż wygląda tak: Najpierw łódką płyniemy z Chau Doc zwiedzając farmy rybne i wioskę gdzie tkają. Łodzią płyniemy 3-4h do granicy. Tam zatrzymujemy się na obiad. W międzyczasie przewodniczka załatwia nam wizy (jak płyniemy łodzią). Zmieniamy łódź i płyniemy na stronę kambodżańską. Tam wysiadamy na odprawę. Potem płyniemy jeszcze z 1h i przesiadka do busa i 1,5h w busie i jesteśmy w stolicy Kambodży.

Podróż dużo mniej męcząca, ale też czuć, że jesteśmy traktowani biali turyści bezwolni.

Na łódce brak wc J  Ale jakoś jest to do ogarnięcia.

Widzimy zalane obszary, pola ryżowe, w tym roku poziom wody jest o 4 m  wyższy niż normalnie w tym czasie. Widzę utopionego człowieka….

Ludzie w Kambodży – od razu czuć, inni, sympatyczniejsi, uśmiechnięci. Zostajemy wyrzuceni gdzieś w stolicy – od razu pojawiają się tuktukowcy. W końcu za 1$ jedziemy do hotelu o’key gasthause. Jest około 16-17tej. Dostajemy pokój za 10$ z Klimą. Idziemy na spacer na miasto. Wreszcie kupuje sobie prezent! J Kolczyki w sklepie fair trade J

Na piechotę dochodzimy do pałacu i do marketu. Zjadamy obiad. Ceny trochę wyższe niż w Wietnamie. Trafiamy tez na „czerwoną” ulicę.

Hostel organizuje też łódki do Siem Reap. Jest to typowy backpackerski hostel – wokół tez atmosfera w tym klimacie (mnie się kojarzy – klimat Lonely Planet)

3 listopada 2011 (środa)


Phnom Penh

Dzisiejszy dzień to intensywne zwiedzanie – plan bardzo napięty. Bierzemy tuk-tuka za 10$ za zawiezienie nas na Pola Śmierci, Tuol Sleng, bazar rosyjski i odstawienie pod Pałac Królewski. Tuk-tuka bierzemy przez hotel, bez większego targowania i jesteśmy zadowoleni. Koleś też. J

Pola Śmierci (Choeung Ek) są pod miastem. Wstęp 5$ i dostajemy audio przewodnika – super opcja, można świadomie zwiedzać. Zginęło tam niecałe 9tys ludzi. Spędzamy tam 2h. Robi duże wrażenie, przejmujące. Czerwoni Khmerzy zarzynali  tam ludzi czym popadnie (zarzynali to dobre słowo, bo zabijanie zakłada choć odrobinę humanitarności). Mieli oszczędzać kule… Dawniej był tu chiński cmentarz.

Potem jedziemy do więzienia S-21 – tu już jest zdecydowanie gorsza informacja dla turystów, ale może lepiej nie znać szczegółów.. .Tylko opisy czasem jakieś i zdjęcia. Kilka budynków, w których katowano więźniów. Przeżyło 12 osób. Brak słów. Spędzamy tam tez ze 2h. Z przyjemnością myslę o odwiedzeniu jakiegoś pięknego zabytku – Pałacu Królewskiego….

Bazar rosyjski – typowy bazar, nie mamy ochoty na kupowanie. Jesteśmy tam 10 min. Większość to chińszczyzna.

Pałac Królewski i Srebrna Pagoda, wstęp 6,25$. Piękne budowle, złote z mnóstwem rzeźbień – wszędzie „nagas” – takie zdobienia typowe dla m.in. Kambodży - symbol pomyślności. Srebrna Pagoda ma na podłodze srebrne płytki. Ogólnie bogactwo i przepych. Do dziś są w Sali tronowej koronowani królowie.
Następnie idziemy do portu – dowiadujemy się, że nie ma łodzi jutro do Siem Reap L Kupujemy autobus za 9$ (w tym dojazd do hotelu oraz tuk-tuk do centrum). Odjazd o 8:00

Zmęczeni jeszcze maszerujemy na wzgórze Wat Phnom (wejście 1$ dla obcokrajowców). Bardzo ładna pagoda, park też klimatyczny, ale już się ściemnia. Potem Wojtek pędzi a ja za nim do zamkniętego dworca kolejowego – kolei w Kambodży już nie ma.

Dopiero o 19tej zaliczamy pierwszy posiłek dzisiejszego dnia. Jem jakąś dziwną kambodżańską zupę z dziwnymi warzywami i dużą ilością imbiru.

4 listopada 2011 (piątek)


Phnom Penh – Siem Reap 8:15-15:00 (autobus, 9$)

Pół dnia spędzamy w autobusie oglądając wioski i pola ryżowe za oknem. Około 15tej jesteśmy w Siem Reap. Dworzec autobusowy jest daleko od centrum. My idziemy do „ok. gasthause” – przyjeżdża do nas tuk-tuk i trochę nas podwozi, reszta piechotą. Okazało się, że jakbyśmy w Phnom Penh powiedzieli to hotel wysłałby po nas tuk-tuka. Hotel to trochę pałac, Wojtkowi się nie podoba, ale w końcu zostajemy, bo szkoda czasu na szukanie czegoś innego. Cena za pokój w starym budynku (jest tez nowy) stargowana do 13$/pokój z AC, łazienką. Wynajmujemy rower (1$/dzień) i pedałujemy do bileterii do Angkor. Kupujemy bilet na 3 dni i możemy od razu wejść na zachód słońca (bilet kupiony o 17tej liczy się od następnego dnia).

Opcja rowerowa jest super. Hotel jest dalej od centrum, ale w stronę Angkor – ma to zalety.

Docieramy do Angkor Wat, jest trochę ludzi, ale udaje się znaleźć miejsca, gdzie nie ma żywej duszy – bardzo dobry pomysł pojechać tam o tej porze.

O zmierzchu jedziemy do centrum Siem Reap. Typowo turystyczne, trzeba będzie się rzucić wir zakupów pamiątek J

Idziemy na jedzenie – wtranżalam rybę, która ma zęby z sałatką z mango – pyszne! Jest nocny market, tam za 1$ można mieć rybny masaż lub zwykły masaż – ale to już jutro.

Wracamy do hotelu i korzystamy z basenu na dachu – niezły bajer, a widoki też obłędne.

5 listopada 2011 (sobota)


Angkor  (rower, 1$/dzień)

Zwiedzanie Angkor. Wstajemy na świt i jedziemy rowerami do świątyni Phnom Bakheng (najstarsza, wchodzi się na wzgórze). Wszyscy przychodzą tu oglądać zachód słońca, więc na wschodzie jest tylko kilkanaście osób. Bardzo dobry patent! Widzę po drodze wielką stonogę J

Następnie jedziemy do Angkor Thom. Wszystkie tłumy są w tej chwili w Angkot Wat, aby uniknąć tłumów należy zwiedzać w odwrotnej kolejności niż organizowane wycieczki i polecane trasy w przewodnikach. Warto!

Angkor Thom zwiedzamy zupełnie spokojnie, jest w miarę pusto. Widzimy:
- świątynię Bayon – uśmiechnięte twarze, piękna
- Taras Słoni – stąd król oglądał parady (mogliśmy się poczuć jak królowie i pozdrowić kogo trzeba)
- Pałac Królewski i w nim świątynię Phimeanakas
- świątynię Baphuon – świątynia „puzzle” – prace konserwatorskie rozpoczęły się w latach 70tych. Rozebrano ją i ponumerowano kamienie. A potem przyszli Czerwoni Khmerzy i zniszczyli całą dokumentację. Pozostało 300 tys. kamieni do poskładania…
- Preah Palilay – mała świątynia z boku

Wyjechaliśmy z Angkor Thom północną bramą. Pojechaliśmy Dużym Kółkiem ;) zwiedzając kolejne świątynie:
- Preah Khan – super klimat, zawalone kamienie, dość autentyczna, jak się po niej chodzi
- Neak Pean – baseny wodne ze świątynia na środku. Służyły do rytualnego oczyszczenia.
- Pre Rup – wleźliśmy na samą górę J
- Srah Srang – objechaliśmy ten zbiornik wodny, bardzo przyjemnie
- Banteay Kdei – kupiłam obrazek ze słoniami (3$)
- Ta Prohm – świątynia bardzo znana – zarośnięta dżunglą. Zwykle są tu dzikie tłumy, ale my przychodzimy tuż przed zachodem słońca (nie ma z nim związanych widoków, więc wszyscy już są na Phnom Bakheng J) Ludzi jest naprawdę mało, chwilami wręcz pusto. Klimat robią też cykady i inne stwory odzywające się gdy zachodzi słońce. Robi wrażenie
- Ta Keo – wbiegamy na górę, myśląc, że będzie dobry widok, ale w sumie niekoniecznie

Przez Bramę Zwycięstwa wracamy do Angkor Thon – jest już dość pusto. Szykuje się wesele – ktoś chyba wynajął ten teren na imprezę! Robi się coraz ciemniej…

Wracamy do hotelu. Jesteśmy mega zmęczeni, ale ruszamy na rynek na zakupy. Oglądam torebkę z krokodyla za 650$ J nic nie kupujemy.

Zjadamy obiad na rynku, gdzie siedzi tłum ludzi, ale jesteśmy totalnie zawiedzeni… i jak tu trafić na dobre żarcie…. L

6 listopada 2011 (niedziela)


Angkor  (rower, 1$/dzień)

Nie wstajemy na żaden wschód słońca. Organizujemy się, jeśli chodzi o wyjazd z Siem Reap. W hotelu sprzedają bilety: do Stung Treng (13$) wyjazd o 5:30, na miejscu ok. 15tej. Można tez kupić bezpośrednio do Laosu (23$), ale w końcu się nie decydujemy, wydaje się mało realne, żeby tam dojechać w jeden dzień…

Dziś bierzemy rowery i jedziemy do Banteay Srey (37km od Siem Reap). Ale wpierw zwiedzamy Angkor Wat. Obchodzimy galerię dookoła. Jest sporo ludzi, ale da się wejść w jakiś korytarz i nie ma nikogo. Łażenie zajmuje nam ok. 2h.

Jest 12:00 jak startujemy do Banteay Srey (ok. 25 km od Angkor Wat) – droga bardzo malownicza, po drodze mijamy muzeum min i ogród motyli. Ale my niestety nie mamy czasu się zatrzymać – szkoda. Jedziemy przez wioski, jest dość mało turystycznie. Pola ryżowe, bawoły w wodzie…

Ja powoli wymiękam , ale po 2h 15 min dojeżdżamy do świątyni. Już wiem, że nie dam rady wrócić rowerem.

Oglądamy świątynię – piękne rzeźbienia, bardzo głębokie i wyraźne. Jest trochę ludzi, ale bez przesady.

Próbujemy zorganizować transport na powrót, ale koszt 20-25$. Rezygnujemy i pedałujemy powrotem. Wojtek łapie w drodze stopa!!!!! Jestem uratowana! Facet podrzuca nas w okolice świątyni! Rowery jadą na pace… Cudnie! Bo wracalibyśmy nieżywi nocą J Przebijamy się przez Angkor Thom i wyjeżdżamy Zachodnią Bramą, bo chcemy dojechać do West Baray . Zachodnia część Angkor Thom jest zupełnie niepopularna, do bramy prowadzi droga nawet nie wyasfaltowana. Nie trafiamy do West Baray, ale przejeżdżamy przez kolejne wioski.

Wieczorem idziemy na zakupy i uderzamy w pamiątki: torba skórzana 20$, dwa talerze z drewna palmy 13$, dwa portfeliki robione z gazet przez niepełnosprawnych 7$.

Trudno się targuje, nie podają chyba za bardzo zawyżonych cen. Idziemy na Fish massage – 2$/30 min+piwo. Śmieszne i trochę łaskocze, ale po wszystkim pięty gładkie. Wojtek ma trudność z wytrzymaniem łaskotek – dużo śmiechu. Jutro pobudka o 5tej, trzeba wracać do hotelu.

Podsumowując, zabytki Angkor można zwiedzić omijając tłumy, nie ma się czego bać, wystarczy obrać niestandardową kolejność zwiedzania.

7 listopada 2011 (poniedziałek)


Siem Reap -  Stung Treng 5:30 (właściwie 8:30)  -19:00 (autobus, 13$/os)

O 5:00 schodzimy na dół hotelu i czekamy na busa. Ma po nas przyjechać o 5:30 odjazd z Siem Reap. O 6:00 przyjeżdża po nas wypasiony mercedes i zawozi na dworzec autobusowy. Tam cała ekipa podobnych do nas białasów, tylko, że oni kupili bilet bezpośrednio do Laosu.

Na dworcu siedzimy trochę, kupuję dobrą bułkę z tofu i sałatką w środku od pani na straganie za 0,5$. Bułeczka sucha kosztuje 0,25$.

O 8:30 podjeżdża duży autobus z klimą na maxa, wszyscy się ubierają J Przesiadka ma być Kampong Cham. Tam podjeżdża zdezelowany busik, do którego musi się zmieścić 15 osób z bagażami. Inni pasażerowie robią awanturę i nie chcą wsiąść. Że nie na taki bus im sprzedano bilety. W końcu wsiadamy i jedziemy, jest ciasno. Wiadomo było, ze nic nie ugrają, zawsze jest gdzieś „boss”, który się nie zgadza, każdy kolejny swojego „bossa” ma i się boi, hehehehe.

Ludzie są wściekli, szczególnie 3 dziewczyny w koronach na głowie J Mają takie błyszczące korony, jak dla dziewczynek na głowie. Powoli robi się coraz później i już wiadomo, że nie da rady przekroczyć granicy z Laosem dziś – bo ta jest otwarta do 17tej. Cieszymy się, że nie kupiliśmy tego biletu do Laosu.

Awantura zaczyna się jak dojeżdżamy do Kratie. Tam chcą wyrzucić Królewny i dopiero następnego dnia dojadą tam gdzie mają dojechać (bo zostały źle zawiezione) One się wściekają i biorą nas jako „zakładników” – nie wypakowują swoich rzeczy póki nie zostanie dla nich zorganizowany transport, tak by mogły być dziś na miejscu. Koszt taksówki 100$ i tyle mają zapłacić w końcu. Muszą zdążyć na samolot, więc zależy im na czasie. Stoimy w Kratie 1,5h jak one się wykłócają . Nic nie wskórają, muszą zapłacić i tyle. My ruszamy w kierunku Stung Treng o 16:30. Około 19tej jesteśmy na miejscu.

W międzyczasie zatrzymujemy się na jedzenie, które jeszcze będę tego wieczoru pamiętać L

W Stung Treng nocujemy w gasthausie Lili – jesteśmy jedynymi gośćmi – cena 6$/2 os. Idziemy załatwić bilety na 4000 Wysp w Laosie do gasthausu polecanego przez Loney Planet (był pełny, dlatego tam nie śpimy). Bilet kosztuje 12$ - ale mamy nadzieję, że to nie tej samej firmy co do Stung Treng, hehehe. Reszta współpasażerów musiała przenocować tutaj i kontynuują podróż jutro.

Wojtek się przeziębił a ja rzygam – lądujemy w łóżku o  22.

8 listopada 2011 (wtorek)


Stung Treng – Si Phan Don  8:30  -19:00 (autobus, 13$/os)

Autobus ma być o 8:30. Idziemy do Riverside Gasthause na śniadanie – podobno (Wojtek) bardzo dobre jedzenie. Bus (Duży autobus) przyjeżdża około 9-9:30 i ruszamy. Jest komfortowy. Facet zabiera od nas po 43$ (!!!!) za wizę. Podobno kosztuje 40$ - potwierdzają to inni podróżujący. Nam się zdawało, ze mniej… ale i tak nie ma wyjścia płacić trzeba.

Na granicy czekamy z 30 minut (przejazd trwa chyba mniej niż 1h). Facet załatwia wszystko – nie widzimy żadnego celnika – wizy są.

Granicę przechodzimy pieszo i wsiadamy do autobusu po drugiej stronie (Laos!) tam spotykamy ekipę z wczoraj J Jedziemy chwilę i jesteśmy w Nakasang  i łódką na Don Det. Szukamy trochę gasthausu (bungalow) – chcemy od strony zachodniej. Znajdujemy naprawdę klimatyczny za 30tys kip/2 os (niecałe 5$). Hamaki, rzeka pod nami, widok super – ekstra relaks. Prysznic i toaleta na zewnątrz.

Wymieniamy pieniądze (nie chcą używać $) – kurs 7700 kip/1$ 9potem widzimy jedno miejsce 7800kip. Dobrego kursu tu nie znajdziemy.

Widać różnicę z Kambodżą – wszyscy nas olewają. Nikt nie zachęca, żeby wejść do jego restauracji/sklepiku. Łazimy po wyspie (robimy spacer wokół). Orientujemy się, że nie ma autobusu do Pakse popołudniu – jest tourist bus o 11am – na miejscu 14:00. W końcu ktoś coś wie o local bus rano…. Będziemy ustalać jutro, ale wiadomo, że dzień jutro cały mamy tu. Super. Pojawia się opcja kajaków (200 tys kip, ok. 26$). Myślimy cały dzień, ale w końcu wieczorem się decydujemy – mam nadzieję, że nie będziemy żałować. Brzmi dobrze: wodospady, delfiny… ok. 20km w kajaku.

Łażąc po wyspie można znaleźć super lokalne klimaty – trzeba tylko iść w głąb dalej od turystycznych bungalowów Klimat super i to wszechogarniające lenistwo… ech Si Phan Don…

9 listopada 2011 (środa)


Si Phan Don 

Dziś kajaki – zjawiamy się na 9tą – okazuje się , że niektórzy mają jeszcze śniadanie w cenie! Jest nas 8 osób. Bardzo zgrabna grupa. Dostajemy kaski, kamizelki, wiosła i wsadzają nas do dmuchanych kajaków. Pogoda – skwar, upał – idealna.

Płyniemy Mekongiem niecałą 1h, może 30 min i wysiadamy na wyspie Don Kohn – tam najpierw oglądamy lokomotywę, którą zostawili tu francuzi, bo budowali kolej na wyspach. Następnie idziemy do wodospadów Li Phi – podobno w nich uwięzione są złe duchy spływają w dół Mekongu. Wcześniej jeszcze oglądamy świątynie – nic nadzwyczajnego.

Po wodospadach idziemy na plażę – trochę trwa ten spacer, ale plaża super – lądujemy w wodzie. I tak kąpię się w Mekongu.

Potem kajakami płyniemy do granicy z Kambodżą – tam są delfiny – i racja są! Najlepiej widzę je z brzegu, gdzie jemy obiad. Bo jak nikt między nimi nie pływa to wyskakują i się wychylają. Jak już w kajakach na nie czatowaliśmy to już się tak chętnie nie chciały pokazywać. Spora ilość ludzi tu przyjeżdża. My na kajakach dalej w dół Mekongu – totalny relaks!

Grupa bardzo fajna, co chwila urządzamy bitwy wodne. Jest para z Belgii – w podróży dookoła świata, dwie Hiszpanki – 3-miesięczna podróż po Azji Południowo-Wschodniej, Holender oraz Szwedka i my.
Po jakimś czasie płynięcia – kończymy – załadowujemy kajaki i jedziemy do największych wodospadów Azji Południowo-Wschodniej – Khon Phapheng – niesamowita ilość wody się kotłuje.

A potem się okazuje, że to nie koniec kajakowania – trzeba pod prąd podpłynąć do naszej wysepki – dajemy radę, ale trochę puchniemy. Jest koło 17tej. Super wycieczka. Warta pieniędzy (okazało się, że zapłacilibyśmy mniej gdybyśmy kupili ją w agencji w centrum). W tej agencji kupujemy bilety do Pakse (60 tys.). Facet tłumaczy, że jest jedyny legalny, jeśli chodzi o kajaki. Twierdzi, że w Paksang nie można wynająć motocykla.

Bus lokalny jest w tej samej cenie (uwzględniając przejazd łódką), jedzie dłużej i w sumie na to samo wyjdzie (bus lokalny 7:00, bus turystyczny 11:00). Turystycznym wylądujemy w centrum Pakse, a nie poza granicami miasta, gdzie jest dworzec autobusowy – na to się więc decydujemy.

10 listopada 2011 (czwartek)


Si Phan Don  - Pakse 11:00 – 14:30 (autobus turystyczny, 60 tys. kip/os)

Pierwszy dzień naszego urlopu, kiedy leniuchujemy do południa (dokładnie do 11tej, o której mamy transport). Bujamy się w hamakach, relaksujemy – pogoda beton. O 11tej zabiera nas łódka. Wsiadamy do jednej, ale wyskakuje wąż J przerzucają w związku z tym wszystkich do innej. Wsiadamy do busa (duży) – widać, że są też minibusy (może te tańsze…). Nasz bus całkiem ok., tylko trzęsie, że hej. Wymięceni około 14:30 trafiamy do Pakse (jedziemy gdzieś od 12tej).

Idziemy do hotelu polecanego przez Loney Planet SABADY 2, www.sabaidy2tour.com – cena za pokój z łazienką 75 tys. kip/pokój). Nie można wypożyczyć motorów. Idziemy w miasto, jest kilka wypożyczalni – cena za dzień 60 tys.

Udajemy się do knajpy nad Mekongiem – wtranżalamy pyszną rybę przy zachodzie słońca – b. dobra miejscówka: Khem Khong Restaurant  przy ujściu dopływu do Mekongu.

Wracając kupujemy bilet do Luang Prabang – tak, zmiana planów. Rezygnujemy z jaskini. Sleeping bus do Vientiane (160 tys LAK), następnie bus do Luang Prabang (130 tys. LAK) Transport na dworce w cenie. I będziemy na północy Laosu

11 listopada 2011 (piątek)


Pakse – płaskowyż Bolaven (motor, 70 tys. kip/dzień)

Rano idziemy wynająć motor. Wcześniej się pakujemy, bo czeka nas podróż nocą w autobusie. Motor wypożyczamy w Lankham Hotel – bezproblemowo. Bierzemy taki za 70 tys. Chcemy wymienić pieniądze, ale kurs jest marny. Pojawia się Amerykanin, który jutro wraca i ma za dużo kipów, chce sprzedać. Robimy dobry Deal – kurs 8000 LAK za 1$.

Trasa którą planujemy jechać na płaskowyżu Bolaven jest raczej na 2 dni, niż na jeden dzień. Więc trzeba będzie zasuwać…..

Jedziemy… tankujemy do pełna (45 tys. kip) Jedziemy  nad wodospad Phaxuam Clif (koszt 5000/os + 3000/motor). Potem dalej drogą – do nieoznaczonego na mapie wodospadu Champi – 10 km od głównej drogi – droga wyboista, wodospad ten nie jest na trasie wycieczek. Jest bardzo ładny, siedzi tam pan, który sprzedaje bilet na 5000. Wojtek się kąpie nawet. Nie ma tam nikogo. Siedzimy tam chyba z godzinę.

Potem tylko wrócić do głównej drogi i dalej przed siebie. Pędzimy, że hej! W Laongam kończy nam się benzyna – znów ładujemy do pełna – 35 tys. kip. Nie zatrzymujemy się, mijamy pędem kolejne wioseczki, plantacje i górskie widoki.

Dojeżdżamy do kolejnych wodospadów – jeden ogromny – widok z góry (nie zapisałam nazwy), nie ma biletów. Robi wrażenie, można stanąć na samym skraju. Od dołu można podjechać i wtedy trzeba zapłacić – my z tego rezygnujemy.

Szukamy kolejnego wodospadu – Tad Lo. Niechcący wcześniej skręcamy do Tad Lo Lodge. Tam spotykamy słonie!!! Jest to niezła miejscówka, nie dla biedaków. Ale my na bezczelna oglądamy wodospad – znów bez opłat. Opłaty są gdzieś indziej. Wracając do głównej drogi czeka nas skrót, który tez okazuje się dobrą drogą. Pełną widokówkowych widoków.

Pędzimy do Thateng, a następnie do Paksongu. Wokół plantacje kawy. Za pak songiem, który okazał się straszną dziurą (jedyna restauracja nie działa), kupujemy kawę. Do jedzenia muszą nam starczyć zakupione na targu w Thateng banany.

Pojawiają się kolejne drogowskazy na wodospady. Zaczynamy od Tad Yueang – bardzo klasyczny, piękny, ale dużo turystów – sztuczne platformy. Warto zobaczyć, choć to komercja. Płatny 5000/os + 3000 motor.
Ostatni wodospad to Ted Fane – widać go tylko z daleka. Znów wstęp płatny. Bardzo wysoki wodospad, ale bardzo daleko, więc nie robi wrażenia.

Teraz tylko pędzimy do Pakse. Mijamy plantacje herbaty i kawy – patrzymy jak suszą kawę. W Pakse jesteśmy o 17:40. Oddajemy motor, zabieramy plecaki z hotelu i o 19:30 już czekamy na nasz nocny autobus VIP do Vientiane.

12 listopada 2011 (sobota)


Pakse – Vientiane 19:30 11/11/11 – 6:00 (autobus nocny, 160 tys. kip/os.)
Vientiane – Luang Prabang 9:00 – 23:00 (autobus, 130 tys. kip/os.)

Nocny bus jest średnio komfortowy, ale ja daje radę. Gorzej ma Wojtek, który jest za długi.

O 6tej rano zostajemy wyrzuceni na dworcu w Vientiane. Nie wiemy co dalej, bo kolejny bus odjeżdża z dworca po przeciwnej stronie miasta. Powinien ktoś po nas przyjechać. Jest koleś, chce 20 tys. za przewóz, myślimy, że zostaliśmy oszukani. Z nami jest jeszcze dwójka Hiszpanów. W końcu facet chce 30 tys. i okazuje się, że on jest nie z tej firmy. Wysiadamy i postanawiamy czekać na właściwego pana. Mamy do niego Tel, Wojtek przez informację na dworcu do niego dzwoni. Wszystko się zgadza. Mamy czekać do o 7:40 po nas przyjedzie.

Przyjeżdża  exclusive minibus – to się nazywa komfort. Zbiera w Vientiane jeszcze ludzi z hoteli. Jedziemy na bus o 9:00. Okazuje się to VIPowski bus. Dostajemy wodę, ciasteczko…

Ruszamy. Autobus nie jedzie szybciej niż 40km/h – stąd tak długi przejazd: 8-10h. Droga jest malownicza… Góry… Przejeżdżamy przez  Vang Vien – piękna okolica.

Około 16tej zatrzymujemy się w knajpce (miejscowość Kasi) i okazuje się, że w cenie biletu jest jeszcze lancz. Odrywamy kupon od biletu i dostajemy ryż z dodatkami.

W tym czasie kierowca i jego pomocnicy zaczynają dłubać przy autobusie. Poszła „poduszka w układzie zawiedzenia” (cytat z Wojtka, ja bym tego nie wymyśliła) – naprawiają 2h, a my czekamy i się przypatrujemy sącząc Beer lao. Ruszamy i teraz to dopiero wolno jedziemy! Droga to same dziury, robi się ciemno.

Do Luang Prabang docieramy o 23ciej… Czekają trzy tuk-tuki, które żądają 20 tys. kipów za podwózkę do miasta…. Chora cena, ale nie mamy wyjścia. Wysadza nas na pustej ulicy, twierdząc, że tu jest centrum. Jesteśmy sceptyczni (z nami dwie Holenderki), ale po sprawdzeniu okazuje się, że to rzeczywiście centrum, tylko po prostu jest tak późno.

Znalezienie miejsca na nocleg nie jest łatwe. Wszędzie są pełni… Za którymś razem lądujemy w gasthausie za 60 tys./2 os pokój z łazienką. Zostajemy.

13 listopada 2011 (niedziela)


Luang Prabang

Zaczynamy dzień od próby podjęcia decyzji „co dalej”. Okazuje się, że przebijanie się lądem to 2 dni na łodzi i 2 dni autobusem – tyle czasu nie mamy. Samym autobusem może się udać w 3 dni, ale po naszych doświadczeniach wiemy, ze to ryzykowne. Jest autobus do Hanoi 22h. I samolot. Pytamy też o samolot, koszt najtaniej 145$, ale jak już się decydujemy, że kupujemy to okazuje się, że biletów brak.

Koło naszego gasthausu jest agencja i koleś mówi, że za 160$ i będzie miał być może bilety – mamy przyjść o 15tej. Czyli uznajemy, że los zdecyduje – będą bilety – kupujemy, mimo, ze to nie jest tania opcja. Jak ich nie będzie – próbujemy lądem w poszukiwaniu przyrody.

Idziemy zobaczyć świątynie, których jest prawdziwe mnóstwo w Luang Prabang. Wchodzimy do Watmaysouvankaphouvam, płacimy za wstęp, ale w końcu przy kolejnych się buntujemy, bo ile można płacić.

Ładny kompleks to Wat Wisunavat – po drugiej stronie góry – ze stupą w kształcie arbuza.

Na łażeniu po świątyniach i linczowaniu mija czas do 15tej. Idziemy sprawdzić co z biletami. Otóż na jutro nie ma, ale na pojutrze są… Krótka dyskusja i się decydujemy. Za to jutro zrobimy sobie wycieczkę na słoniu! Płacimy – bilety do odebrania jutro.

W międzyczasie obejrzeliśmy z zewnątrz Pałac Królewski – był zamknięty do zwiedzania na sjestę, ale się wbiliśmy. Chodzimy po agencjach ze słoniami i w końcu znajdujemy fajną opcję za 43$ - pół dnia ze słoniami (przejażdżka, nauka kierowania, karmienie i mycie) drugie pół dnia to spływ kajakami. Okazuje się, ze na kajaki i słonie też zapisała się dwójka Polaków – Ewa i Marcin J

Po tym wszystkim, dniu decyzji, dyskusji i decydowania co dalej pędzimy na górę na zachód słońca – wzgórze Phou Si ze świątynią Wat Tham Phou Si oraz odciskiem stopy Buddy. Na górze spotykamy wielu Polaków – okazuje się, że jakieś wycieczki z Polski są w tym czasie w Luang Prabang.

Wieczorem idziemy na Wight market. Zjadamy za 10 tys. tyle ile si zmieści na talerzu – mnie to nie smakuje. Kupujemy pamiątki – Wojtek koszulkę (15 tys.). A ja tenisówki za 80 tys. Łapie mnie przeziębienie i wracamy wcześnie, padam o 21szej.

14 listopada 2011 (poniedziałek)


Luang Prabang

Dziś wycieczka na słonie! Wpierw śniadanie na markecie. Bagietka z kurczakiem 10tys. , shake 5 tys., kawa 7 tys. Wymieniamy pieniądze na poczcie – najlepszy kurs.

O 9tej jesteśmy pod biurem. Czekamy na kogoś, ale okazuje się, że ten ktoś jest, tylko się doliczyć nie mogli.

Jedziemy do wioski słoni, nasz przewodnik jest dość specyficzny, stara się być wesoły, żartobliwy, ale trochę działa na nerwy. Do wioski słoni trzeba przepłynąć łódką na drugi brzeg. Tam już czekają słonie! Wsiadamy! Każdy ma okazję poprowadzić (siedząc na szyi). Komenda „do przodu” to „Bai!”. Czasem działa. Słonie trochę leniwe są. Po przejażdżce można kupić banany za 5tys. kip – my karmimy swojego słonia free bananami z gesthausu, hehehehe. Ale największa frajda przed nami! Kąpiel ze słoniem. Widzimy pierwszych, którzy wchodzą – wszyscy pospadali! Słoń chowa głowę pod wodę i macha nią na boki. Jak już siedzimy, widzimy jak trudno się utrzymać. Cały słoń jest pod wodą! Trzeba się trzymać nogami i za uszy i idzie się pod wodę! Szał! Ale trochę strach. Warto było całą wycieczkę dla tej zabawy wykupić.

Po słoniach czekają nas kajaki. Nasz przewodnik nie umie pływać na kajaku! Rzeka jest prosta, leniuchujemy i powoli spływamy. Pod koniec jest trochę bystrzy, ale bez strachu. Płynęliśmy ze 3h. Najpierw zaraz po słoniach podpływamy do wodospadu Tad See – jest niesamowity, bajkowe kaskady – relaksujemy się tam przed dalszym kajakowaniem (te 3h o których wcześniej pisałam).

Po powrocie odebraliśmy bilety i poszliśmy na nocny targ na kolację. Ja uderzyłam w grillowaną rybę za 20tys. –bardzo smaczna. Nie zapchałam się, a najadłam. I tak kończymy dzień. Kupując jeszcze kolczyki z buddą za 25 tys. kip.

15 listopada 2011 (wtorek)


Luang Prabang (LPQ) – Hanoi (HAN) 16:45 – 18:15 samolot (opóźnienie 30 min.)

Rano Wojtek wstaje na mnichów, którzy o świcie zbierają jałmużnę – ja zostaję z moim przeziębieniem w łóżku (co mi się później opłaci). Wstajemy późno. Idziemy na bagietki po 10 tys. i wylosowujemy się z hotelu o 12tej. Pick up na lotnisko mamy o 14:30.

Zostawiamy bagaże w biurze od biletów i idziemy zobaczyć najcenniejszą świątynię na końcu półwyspu – pochodzi z XVI w. i nie została zniszczona – Wat Xienh Thong wstęp 20 tys. – wydajemy totalną resztkę kipów. Świątynie (bo to cały kompleks) robią wrażenie. Jest drzewo życia, wielki powóz na urny z siedmioma nagas, kilka stup – złote, tęczowa oraz dawne biblioteki.

Wracając stamtąd mijamy kolejne świątynie – niektórych nawet nie ma opisanych w przewodniku.

O 14:30 samochodem zostajemy zawiezieni na lotnisko. Samolot odlatuje wg rozpiski o 16:45, więc spędzimy tam trochę czasu – okazuje się ,że tym samym lotem leci wielka grupa polaków, hehehe, z jakiegoś biura podróży. Samolot ma opóźnienie pół godziny. W Hanoi jesteśmy o 18:15. Przelot ok., nawet kanapki dali.

W Hanoi próbujemy się dowiedzieć o transport na dworzec kolejowy – ale wszystkie „informacje turystyczne” to agencje próbujące nam sprzedać swoje usługi (na pewno nie powiedzą o publicznych autobusach).

Biorę z bankomatu 4 mln dongów (znów jesteśmy milionerami!) /20 tys. prowizja. Idziemy do busików – opłata do cetrum 2$ (40 tys.). Oczywiście za podwózkę do dworca kolejowego chcą dużo więcej (a ich przystanek w centrum to blisko, więc ich olewamy). Ale pyta się Wojtek Wietnamki, która z nami jedzie gdzie wysiąść i ona mówi kierowcy, że chcemy na dworzec. Oczywiście po wysiadce na dworcu facet chce od nas extra kasę. Robi się awantura krótka, bo wypakowujemy rzeczy i go olewamy – my z nim nie uzgadnialiśmy podwózki do dworca. W sumie płacimy 100 tys./2 os. , bo nie wydał nam reszty. Czas przejazdu 1h.

Idziemy na dworzec, a tam niezły cyrk. Panie w okienkach olewają na maksa klientów (np. idą się czesać J. Kasjerka twierdzi, że pozostały tylko miejsca w pociągu o najwyższej cenie i są to zwroty, więc nie ma ceny na bilecie. Ściema, bierze kasę do kieszeni. Tylko co my mamy zrobić… pociąg za 45 min…

Kupujemy za 420 tys./os z Klimą soft Steep do La Cai. Pociąg jest lekko obskurny, przedział też. Gdy ruszamy konduktor na lewo dokoptowuje nam dwójkę Wietnamczyków. Pociąg rzeczywiście pełny. Jest prąd i jak się bardzo postara to i wrzątek. Zawijamy się i idziemy spać, w La Cai mamy być o 6 rano, a potem Sa Pa. Wojtek się wysypia, a ja wcale L

16 listopada 2011 (środa)


Hanoi – La Cai  21:50 – 6:00 (pociąg, 420 tys/os)
La Cai – Sa Pa  6:30 – 7:15 (busik, 100tys./2os.)

Przyjeżdżamy punktualnie. Po wyjściu czeka tłum bursiarzy do Sa Py – najpierw chcą 100 tys. od osoby (!!!), ale szybko schodzą za 100 tys. za 2 osoby (choć cena to 40 tys./os.). Po 45 min jesteśmy. Lokujemy się w hotelu przed którym zaparkowaliśmy – cena za pokój 8$, duży taras z widokiem na góry, duży pokój, łazienka. Jest ok.

W tym samym hotelu można załatwić wycieczkę dwudniową na Fan Si Pan – koszt około 60-70 $ (bez tragarza) od osoby. Decydujemy się, że to jutro, dziś robimy spacer po wioskach.

Idziemy na śniadanie, pytamy w agencjach o ceny trekkingu. Nasza oferta w hotelu należy do tańszych, więc tak to załatwiamy. Nie chcemy wracać tą samą drogą, to trochę podnosi cenę – w sumie płacimy 67$. Dowiadujemy się też, że jest z Sa Pa bezpośredni autobus do Hanoi (nocny) koszt 300 tys. (15$)/os. Też się zdecydujemy.

Łazimy chwilę po Sa Pie, bardzo turystyczne miejsce. Wiele kobiet z okolicznych tradycyjnych społeczności poprzebieranych w tradycyjne stroje. Uczepiają się i chcą coś sprzedać. Wojtka zagaduje dziewczynka, że oprowadzi nas po wioskach, cena za dzień 10$ (200 tys.). To ok., będzie łatwiej trafić. Wstęp do wiosek 40 tys./os. Jest 11ta i ruszamy na wędrówkę.

Pierwsza wioska to Lao Chai – tłum turystów je lancz… Niezbyt przyjazne miejsce. Odwiedzamy szkołę. Trochę takie ludzkie zoo… Idziemy dalej do kolejnej wioski Ta Van. Potem dalej aż do głazów na których teoretycznie są starożytne rzeźbienia. Coś jest, ale nic o tym nie wiemy.

Schodzimy w dół doliny, aż do rzeki i z przyjemnością moczę nogi…J To zdecydowanie fajniejsze niż to całe zwiedzanie wiosek. Następnie nasza przewodniczka prowadzi nas wzdłuż rzeki do wioski Can May. Jest już gdzieś 16ta – oglądamy wodospad i decydujemy się wracać. Żegnamy naszą małą przewodniczkę Lee – to był bardzo dobry pomysł. Jest miła, nienarzucająca się, pokazała nam trochę dolinę bez dodatkowej cepeli, której już wystarczająco jest. Dostajemy od niej bransoletki zrobione przez dzieciaki.

Do Sa Py jest 10 km drogą… Pytamy o cenę za podwózkę motorem – 40 tys./os. Za dużo, idziemy piechotą. Droga jest dość przyjemna, ale jesteśmy zmęczeni. Wojtek po jakimś czasie macha na stopa i mamy darmową podwózkę do Sa Py jeepem. Super!

Głodni jak wilcy postanawiamy iść do lepszej restauracji – ale to wcale nie okazało się lepszym trafem. Ja zjadłam dwa obiady (sajgonki to dla mnie mało!). Idziemy jeszcze na spacer po Sa Pie, pytając o ceny biletów autobusowych i pociągowych w agencjach…. Okazuje się, że nasz bilet za 420tys. soft-sleep to i tak był niezły biznes – w agencji trzeba ok. 500 tys. zapłacić za hard-sleep!!!! Autobus wszędzie kosztuje 15$ czasem 16$.

W Sa Pie można zrobić zakupy sprzętu turystycznego a’la Katmandu.

Wracamy do hotelu, jest 20ta i lądujemy w łóżkach! Hehehe. Jutro pobudka na 8mą to się wyśpimy.
Wojtek cierpi niezmiennie, bo obtarł lub obił gdzieś sobie nogę i nie przemył – teraz spuchło i b. boli. To wreszcie przemył.

17 listopada 2011 (czwartek)


Sa Pa – trekking Fansipan (dzień I)
Przełęcz godz.9:00  – camp I [2200m]  godz. 10:40 (1h40min.)
camp I godz.11:40 – camp II (nocleg) [2800m] godz. 14:00  (2h20min.)

Rano zjadamy śniadanie  w hotelu i o 8ej jesteśmy gotowi na trekking. Kupujemy bilety na autobus do Hanoi. Część bagaży zostawiamy w hotelu, żeby nie iść z całością. Okazuje się, że na trekking idziemy tylko my + przewodnik + kucharz. Jedziemy busem do przełęczy – stąd już nie tak daleko.

Zastanawiamy się, czy istnieją rzeczywiście pozwolenia za które płaciliśmy – nikt nic nie sprawdza. Potem widzimy informacje parkowe, że takie pozwolenia trzeba mieć. Ale kto wie czy oni to załatwiają, jak nikt nie sprawdza.

Ruszamy o 9:00 i już o 10:40 jesteśmy na pierwszym campie na lancz… Trochę ściema z tymi dwoma dniami trekkingu… jest słonecznie. Zjadamy lancz i ruszamy dalej. Droga do drugiego campu jest dość uciążliwa. Cały czas (praktycznie) bardzo stromo w górę, ale tak jak po schodach (kamienie). Po pewnym czasie race siłę w nogach, nie daję rady się tak ciągle podciągać.

Idziemy naprawdę wolno. Jest trochę widoków, ale bez szału. Ciekawe, że idzie się rzeczywiście przez tropikalny las, wyżej las bambusowy.

Spotykamy bawoły i kupy bawołów. Bawoły są przez ludzi puszczane w góry, żeby się wyżywiły – zabierają je na zimę.

Czasem mijają nas ludzie schodzący z góry. Jedna grupa mówi, że spała na samym szczycie i to jest super opcja. Ale musieli sporo zapłacić, żeby przekonać do tego przewodnika.

Około 14tej jesteśmy już na drugim campie, gdzie mamy nocować…. Pogoda się psuje – szczyt jest cały w chmurach, więc nie ma sensu uderzać na szczyt (około 2h w górę, 1h w dół).

Jest zimno. Camp jest obrzydliwy – brudny zapyziały.

Gdy czekamy na obiad złażą się kolejni tragarze zapowiadając kolejne grupy… Jedna grupa tragarzy rozbija namioty – mimo, że namioty są w marnym stanie idzie im znacznie sprawniej niż niektórym Polakom… hehehehe

Obiad dostajemy supernowy! Przepyszny! Ziemniaki z czosnkiem – bomba! Naprawdę! Super choć może po dniu łażenia wszystko super smakuje. Ale naprawdę ekstra!

Do obozu zeszły się dwie duże grupy – Wietnamczyków i Francuzów. Robi się tłoczno.  O zmierzchu wszyscy powoli kładą się spać… Jeszcze się nie położyłam, a obok Francuz daje taki popis koncertowy chrapania – ciekawe co dalejJ W obozie jest toaleta i nawet prysznic – to chyba jedyny murowany budynek. My śpimy w blaszanej wiacie razem ze wszystkimi.

18 listopada 2011 (piątek)


Sa Pa – trekking Fansipan (dzień II)
camp II [2800m]7:00  – Fansipan [3143 m] 9:00 (2h)
Fansipan [3143 m] 9:15  - camp II [2800m] 10:30 (1h15min)
camp II [2800m] 12:00   - przełęcz 16:15 (4h 15 min.)

Nie była to najlepiej przespana noc, ale nie było zimno. Tylko wiatr duży.

Wstajemy o 6tej, na śniadanie dostajemy naleśniki. Około 7 rano uderzamy na szczyt. Bierzemy plecaki, żeby nie iść na lekko ;) pod górę idzie się około 2h. Na szczęście w nocy wiatr przewiał chmury. Prawie nieżywa, ale wychodzę na szczyt. Dochodzimy tam pierwsi! Szczyt zdobyty 3142 m n. p. m.! Fan Si Pan – widok obłędny na wszystkie strony.

Schodzimy powrotem do obozu w którym spaliśmy. Tam dostajemy lancz (czekamy na niego ponad godzinę). W tym czasie para Belgów, która zeszła po nas zdążyła zjeść i wyjść, a my wciąż czekamy. Po lanczu przewodnik nam mówi, że nie mamy dość czasu, żeby zejść inną drogą i jak chcemy zdążyć na autobus do Hanoi to musimy iść tą samą! Bezczelność! Mając na uwadze opóźnienie lanczu! Zostaliśmy zrobieni! No nic, nie chcemy ryzykować niezdążeniem na busa (jak się uprzemy, to tak nas poprowadzi, ze się spóźnimy).

Droga w dół jest ciężka, nie idzie wcale szybciej niż w górę. Mijamy dziesiątki Wietnamczyków idących pod górę… Dzisiejszej nocy na górze będzie naprawdę tłok! Może dlatego, ze weekend…

Na dole jesteśmy o 16:15. Ruszyliśmy z góry około 12tej, a ja jestem bardzo zmęczona. Nogi bolą nieźle po schodzeniu tymi „schodami”. Nie wiem co lepsze wchodzenie czy schodzenie. Z przełęczy busik zawozi nas do hotelu, gdzie bierzemy prysznic, przepakowujemy się i jemy kolację. Nie udaje nam się odzyskać dodatkowej opłaty za przejście tą samą drogą dół, a nie tak jak się umawialiśmy.

O 18tej jesteśmy już w sleeping busie do Hanoi. Bardzo komfortowy. Po takim dniu uderzam w kimę bardzo szybko.

19 listopada 2011 (sobota)


Sa Pa – Hanoi 18:00 18/11/11 – 5:00 (autobus nocny, 300 tys.VND)
Hanoi – Bai Chai 6:30 – 10:30 (autobus, 90 tys. VND)
Bai Chai – Halong City  5 km, motor 25 tys./os
Zatoka Ha Long – rejs (55$/os) 12:30 19/11/11 – 11:00 20/11/11

O 5 rano lądujemy w Hanoi na dworcu Long Bien. Chcemy jechać busem do Halong City, ale oferują nam tylko do Bai Chai… podobno to jest to samo… Z nami są jeszcze dwie dziewczyny – chyba Niemki. Bilet kosztuje 90 tys./os i podróż trwa 4h. Mamy startować o 6tej, ale w sumie wychodzi 6:30. O 10:30 zostajemy wyrzuceni na zjeździe z autostrady. Stąd 5 km do centrum Halong City. Oczywiście czekają motory. Chcą 50 tys./os. Stargujemy do 25tys.

W mieście obchodzimy agencje turystyczne. Ceny koszmarne za rejs 2dni/1noc. Trafiamy na kolesia z którym stargujemy do 55$/os. Robi się późno, bo łódki wyjeżdżają o 12:00-12:30. Szybkie zakupy w supermarkecie (piwo podobno jest drogie na statku). Facet twierdzi, że możemy wnieść własne….

Jedziemy do portu – tam  dość duże zamieszanie. Nic nie wiemy, mamy czekać, zabierają nam paszporty… W końcu udaje się! Idziemy na łódkę, paszporty oddali J

Łódka bardzo spoko. Nawet lekko ekskluzywna (porównując z trekkingiem, hehehe). Dostajemy lancz – głównie owoce morza – wypas.

Okazuje się, że nie można pić własnych napoi, Ew. trzeba dopłacić 10 tys. VND. Więc musimy się z naszym piwem ki trać, jak w liceum J

Osób jest 18, czyli niepełna łódka – kabinę mamy git z wielkim (jak na kabinę) oknem.

Nasz przewodnik-opiekun przedstawia plan dnia. Trochę płyniemy, potem zwiedzamy jaskinię, następnie kajaki. Zatoka Halong nie robi dobrego wrażenia. Jest zatrzęsienie łódek i ludzi – ogromne! Powietrze nie jest przejrzyste, więc widoki tez nie są rewelacyjne.

Jaskinia – też bez rewelacji. Jest taki tłum, dzikie kolejki – przytłaczające. Nasz przewodnik opowiada o zwierzątkach, które widzi w formacjach skalnych…. Jakby do dzieci mówił chyba….

Następnie kajaki – udało nam się trochę uciec od tłumu – przez chwile byliśmy sami!!!! Zatoka w takich warunkach mogłaby robić wrażenie. Wracamy na łódkę, tak kolacja, a potem impreza. Najpierw byliśmy zaparkowani okno w okno z inną łódką – masakra. Wojtek robi małą awanturę i łódki się rozpływają.
Wieczorem zaczyna się karaoke… nie trwa długo, bo przewodnik wypił za dużo piwa…heheheh

W nocy dopada Wojtasa sraczka – no i go nie żałuję, bo nie mył rąk J

20 listopada 2011 (niedziela)


Zatoka Ha Long – rejs (55$/os) 12:30 19/11/11 – 11:00 20/11/11
Zatoka Ha Long – Hanoi – bus, 3h

Po wielu pobudkach w nocy (kursy Wojtasa do toalety) wstajemy koło 7mej. Niektórzy już pływają w wodzie wokół statku – też próbuję, ale woda brudna i śmierdząca. Niektórzy skaczą do wody z okien kajut.
Ci, którzy wykupili wycieczkę 2noce/3 dni – muszą o 7:30 się wymeldować i po śniadaniu odjechać na inną łódkę… Ciekawe czy wcześniej wiedzieli, bo ja bym się zirytowała… Reszta ludzi ma się wymeldować z pokoi o 8:30

W tym czasie płyniemy, aż dopływamy do jaskiń, gdzie kręcono podobno znany film „Indochiny”. Ta wycieczka nie jest wliczona, trzeba ekstra zapłacić 100 tys./os i jesteśmy wiezieni łódeczką (na wiosła). Po zwiedzaniu Wojtek się dowiaduje, że za 100 tys. można wynająć kajak i to jest lepsza opcja – ale nam nikt o tym nie mówi. Miło tak popływać, ale bez rewelacji. Około 11tej dopływamy do portu. Tam mamy jeszcze lancz i wsadzają nas do malutkiego busa, który wiezie nas do Hanoi. Jedziemy chyba ponad 3h.

Wysiadamy w Hanoi w Old Quater i zaczynamy szukać hotelu. Ceny to głównie 20USD/2os. Ale po chwili znajdujemy za 15$/2os ze śniadaniem. Jest ok. Duży pokój, łazienka, wc. Po zameldowaniu idziemy na miasto.

Stara dzielnica jest bardzo turystyczna, ale też przyjazna. Lądujemy w bardzo fajnej knajpce z dobrym jedzeniem (pyszny Bun z wołowiną) i tanim piwem (14 tys. VND). Potem znajdujemy miejsce w którym można się napić lokalnego browaru (za 5 tys VND). Siedzi się na ulicy na plastikowych taboretach. Niezły klimat.

Gdy wracamy do hotelu – tam awantura. Para zapłaciła za 2 noce z góry i chce się wyprowadzić po jednej nocy, a babeczka nie chce im oddać kasy. Awantura, że hej! Babka jest naprawdę bezczelna. Jesteśmy ciekawi, czy nas też będzie chciała jakoś zrobić – zobaczymy. Potwierdza się nam, że jak Wietnamczycy już zobaczą pieniądze… szkoda gadać.

21 listopada 2011 (poniedziałek)

Śniadanie, mimo naszych podejrzeń, ze jest ściemą, dostaliśmy. Znów przyszła ta para się awanturować. My się pakujemy już na podróż, zostawiamy bagaże i idziemy zwiedzać.

Wpierw dowiadujemy się o minibusy na lotnisko. Ostatni podobno o 19tej. Koszt 40 tys. lub 2 $. Taksówka z hotelu 12$ (z postoju koło minibusów taksówka nawet na 10$). Wymieniamy pieniądze – nie jest łatwo – w jednym banku twierdzą, że dolary są stare… paranoja. Ale udaje się…

Idziemy na piechotę, najpierw do Świątyni Literatury  ( Quoc Tu Gian), tez pierwszego uniwersytetu w Wietnamie, wstęp 10 tys. VND. Warto zobaczyć, choć całość jest odbudowana i jest zdecydowanie bardziej chińska niż wietnamska. Tak się wydaje. Niektóre pozostałości powinny mieć 1000 lat (bęben), ale czy to prawda…. Są tez stele doktorów wykształconych na tym uniwersytecie.

Następnie idziemy szukać wraku bombowca B-52 – bez sukcesu. Łazimy tylko po syfiastych podwórkach i jeziorkach.

Docieramy do Muzeum Ho Chi Minha – nie wchodzimy. Oglądamy z zewnątrz Pagodę na Jednej Kolumnie – tez odbudowaną, replika oryginalnej. Potem oglądamy z zewnątrz Mauzoleum Ho Chi Minha (zamknięte, zwłoki są pewnie na przeglądzie (konserwacji) w Rosji). Nie można nawet blisko podejść. Wszędzie strażnicy. Następnie idąc w stronę jeziora Zachodniego mijamy jeszcze rezydencję Ho Chi Minha.

Jezioro Zachodnie jest ogromne. Szukamy pagody Tran Quoc – podobno najstarsza w Wietnamie. Niestety jest remont i nie ma wstępu. Drugiej pagody nad jeziorem – Quan Thanh nie znajdujemy – jest w tym miejscu wielka knajpa, gdzie wg mapy powinna być…. Tyle ze zwiedzania Hanoi – nie powala.

Wracamy na Old Quater, gdzie uderzamy w wielki lancz w tej samej knajpce, co dzień wcześniej. Biorę Bun z wieprzowiną – to nie ta sama jakość co z wołowiną niestety.

Potem ruszamy wydawać pieniądze J na pamiątki. Kupuję herbatę (40tys.), kubek do parzenia kawy (ok. 5$), wiszące czapeczki (20 tys.). Ogólnie wszędzie chińszczyzna. Wojtek kupuje bambusowe miseczki – ja w końcu się nie decyduję. Gdy się ściemnia, wypijamy piwko nad jeziorem Hoan Kiem (na środku oświetlona pagoda).O 18tej zbieramy się, idziemy do hotelu, zabieramy rzeczy i idziemy na postój minibusów. 

To była chyba dobra opcja pójść wcześniej. Bus odjeżdża o 18:40 i b. szybko nie ma miejsc, jesteśmy ściśnięci jak sardynki. Jakbyśmy przyszli na 19tą, to na pewno tego busa już by nie było, czy był w planie kolejny – nie wiemy.

Przed 20tą jesteśmy na lotnisku. Nasz samolot okazuje się wylatuje jeszcze później – 23:45. Przepakowujemy się, przebieramy. W tym czasie poznajemy parę z Polski: Rafała i Maję, którzy opowiadają o swoich doświadczeniach w podróżowaniu po Wietnamie. Dużo widzieli, niestety pogoda im nie dopisała.

Jak zaczyna się check in to jest to kompletna porażka organizacyjna. Stoimy chyba z godzinę w kolejce do check-inu, potem w kolejce do migration, potem do security control. A następnie do wejścia do samolotu. W efekcie ani przez chwilę nie ma luzu, żeby usiąść, a trwa to chyba dobrze ponad 2h.

22 listopada 2011 (wtorek)


Hanoi (HAN) -  Frankfurt (FRA)  godz. 23:05 [21/11/2011] -  6:00 [22/11/2011]
Frankfurt (FRA)  - Warszawa (WAW) godz. 9:15 - 11:00 [22/11/2011]