Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trekking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trekking. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 listopada 2011

Wietnam, Laos, Kambodża


Wczasy milionerów - w poszukiwaniu słonecznej listopadowej pogody

więcej zdjęć

Kursy walut (orientacyjnie):

Wietnam
1 USD =  20920 VND
Kambodża
1 USD = 4090 KHR
Laos
1 USD = 7985 LAK

1 USD = 3,06 PLN

30 października 2011 (niedziela)


Przelot:
Warszawa (WAW)  - Frankfurt (FRA)  godz. 6:30 - 8:25 [29/10/2011]
Frankfurt (FRA)  - Ho Chi Minh City (SGN) godz. 14:40 [29/10/2011] -  7:15 [30/10/2011]

Po długiej podróży z masą filmów i niewielką ilością snu lądujemy w HCMC, czyli Sajgonie. Z wizą bez problemu – jest ok. – wchodzimy! Od razu uderzamy do autobusu (nr 152) o którym reszta turystów chyba nie wie J Płacimy 20 tys. VND za nas dwoje i bagaże (chyba i tak dla siebie dorzucił).

Wchodzimy do polecanego hotelu Hong Kong i za 15$ mamy dwójkę z łazienką i klimą i w ogóle luksusy (lodówka, telewizor).

Ruszamy w miasto – o ogromnym upale zwiedzamy zabytki Sajgonu: Ratusz, Opera, targ Ben Thanh, katedrę Notre Dame (z zewnątrz) i Pocztę. Wszystko jest ładne, ale bardzo europejskie, więc nie robi dużego wrażenia.

Upał daje nam mocno we znaki. Wracamy do hotelu na sjestę (muzea też mają). Wcześniej zaliczamy niedobry obiad z niemiłym i nieuczciwym kelnerem. Zapomnieć.

Niestety śpimy do 15:30, a Pałac Zjednoczenia jest otwarty do 16:00 – oglądamy tylko z zewnątrz. Biegniemy do Muzeum Pozostałości Wojennych, bo ono do 17:00 – dajemy bardzo szybko radę obskoczyć. Robi wrażenie, choć na pewno jest b. nieobiektywne. Wojna w Wietnamie z punktu widzenia Wietnamczyków. Koszt wstępu 15 tys. dongów.

Ruszamy szukać pagody Jadeitowego Cesarza – złazimy hektar, ale nie znajdujemy. Chcemy wziąć taxi-motor do chińskiej dzielnicy – ale na złość się nie udaje. A jest ciemno i nogi bolą. Ktoś chce za 100 tys., jak nie chcemy za tyle to nas olewa. Nie mają tu parcia na zarobek. W końcu dochodzimy w pobliże chińskiej dzielnicy, ale do niej nie dochodzimy. Jemy zmęczeni  w przydrożnej spelunce. Ale jest ok.!
Wracając lądujemy w pubie już w centrum turystycznym – jest impreza halloweenowa. Bawią się turyści i miejscowi. Pijemy piwo Saigon J

Na jutro wykupujemy sobie na przedpołudnie wycieczkę do tuneli CuChi – 4$ dojazd/os w obie strony. Po powrocie planujemy jechać do Can Tho – u pośrednika bilety po 8-9$/os. Drogo. Ale dworzec daleko…

31 października 2011 (poniedziałek)


Sajgon – tunele Cu Chi (4$ dojazd/os)
Sajgon – Can Tho godz. 15:15-19:00 (bus, 8$/os)

Wycieczka do tuneli Cu Chi  rozpoczyna się o 8 rano. Wracamy o 14:15. Nasz przewodnik mówi baaardzo wietnamskim angielskim i woła nas „hello my group” J Jest dość irytujący, co jest minusem wycieczki. Poza tym to niezła komercja i mnóstwo ludzi.

Nim dojeżdżamy do tuneli zostajemy wywiezieni do warsztatu rękodzieła, gdzie pracują ludzie niepełnosprawni po agencie Orange. Warsztat należy do państwa.

Jedziemy do tuneli i tam to dopiero jest sajgon …:) i propaganda na maxa. Jak to biedni Wietnamczycy walczyli ze złymi Amerykanami. Nasz przewodnik opowiada dużo, był żołnierzem południowego Wietnamu, ale nigdy nie znalazł żadnego komunisty J.

Wojtek ginie w tunelu. Na szczęście po czasie się odnajduje, bo stałby się nową atrakcją turystyczną J Oglądamy ekspozycje, jak żołnierze żyli w tunelach i nie tylko. Wchodzimy do tuneli i to jest największą atrakcją. Oglądamy pułapki, kuchnie, szpital, dziury po bombach B52.

Po powrocie so Sajgonu robimy rundę po agencjach turystycznych, żeby znaleźć bilety do Can Tho. Najlepsza cena to 8$ i od razu możemy jechać. Najpierw myślimy, że cena jest mocno wygórowana, bo sam bilet kosztuje 80 tys. dongów (4$), ale jak nas potem przez pół godziny wiozą motorami (niezła frajda!) to wychodzi, ze wcale nie aż tak drogo.

Dworzec jest w Dzielnicy 5 (chińskiej). Chyba da się tam dojechać autobusem nr 2. Minibusy do Can Tho jeżdżą co godzinę. Odjeżdżamy o 15:15 i około 19tej jesteśmy. Jest przerwa na jedzenie – tania dobra knajpa. Wreszcie spróbowałam Pho! Jest super! Robi Wojtek krótki jedzeniowy słowniczek:

com – ryż, bo – wołowina,
mi –nudle,
mi aa – smażone nudle,
ga – kurczak,
luon – jajko, rau – warzywa.

W drodze łapie nas ulewa! Jednak pada… W Can Tho trochę łazimy szukając hotelu. To wiele mniej turystyczne miasto. Lądujemy w hotelu za 12$ za dwójkę, nowym z przemiłą panią. Ona też organizuje wycieczkę na pływające targi. Opłata nie jest tania, ale wygląda, że będzie przyjemnie – cena 50$ za 2 osoby, małą łódką (tylko dla nas) na 7h – oba targi. Start o 5:30 (można jeszcze o 6:00, 6:30, 7:00), ale później zjeżdżają się turyści na wielkich statkach. Dowiadujemy się tez o dojazd do Chau Doc. Pani super pomocna i wesoła.

Potem idziemy na kolację nad Mekong i zjadamy żabę J. A i dziś jestem najbliżej równika 9oN J

1 listopada 2011 (wtorek)


Can Tho
Can Tho – Chau Doc godz. 13:30-17:00 (bus, 60 tys. VND/os)

Wstajemy na 5:30. Gekony nas nie zjadły J Są wszędzie… Zaczynamy nasz objazd łódką. Pani przewodniczka jest życzliwa i bardzo wesoła. Plecie dla nas ozdóbki z liści palmowych.

Najpierw jedziemy na targ „hurtowy” to zaopatrują się handlarze drobni. Każda łódka ma tylko jeden lub max klika rodzajów warzyw lub owoców. Wywiesza na wysokiej pałce owoc/warzywo, które można kupić. Fajne.

Potem jedziemy na mały targ – ten już dogorywa, bo zaczyna się o 1szej w nocy. Jest tam wesoło, ale nikt nic nie kupuje. Kupujemy kokosa – mleczko ok., miąższ średni. Połówka ginie w trakcie „walki” naszej przewodniczki z wesołą staruszką. Bardzo dużo śmiechu.

Odwiedzamy tez fabrykę makaronu ryżowego. Teraz wiemy jak go się robi J Ale też zalana wodą J

Następnie jedziemy do węższych kanałów zobaczyć jak żyją tam ludzie. Mamy też możliwość popływania na sterze, a  właściwie na wiośle. Idziemy też na spacer brzegiem. Widać, że woda jest wysoka, domy mają pozalewane. W restauracyjce czeka na nas przewodniczka. Jemy obiad, jej tez kupujemy. Ja zamawiam Elephant Fish – podobno tradycyjna tu. Je się ją w takich rulonikach z ryżu (płatków ryżowych).

Następnie wracamy kanałami. Słońce daje się we znaki. W hotelu jesteśmy o 12:30. I od razu idziemy na dworzec autobusowy – to około 20-30 min. spaceru – tam zakupujemy bilet do Chau Doc – 60 tys. dongów. Wyruszamy o 13:30, autobusy jeżdżą co godzinę. Najtańsza firma to Kin nagac czy jakoś tak. Jazda to męczarnia (jak łódką to była przyjemność). Nie ma Klimy, a kierowca drze się cały czas. W Chau DOc lądujemy około 17tej. „Dworzec” – tam gdzie stają autobusy jest dość daleko od centrum miasta – około 2 km. Maszerujemy i nigdzie nie widzimy hoteli.

W końcu wchodzimy do agencji turystycznej i okazuje się, że to też hotel J Udało się. Jesteśmy zmęczeni na Maksa i jazdą i upałem. Bierzemy pokój za 10$/2os z Klimą, łazienką i śniadaniem. Bilet na slow boat do Kambodży płacimy 10$/os. W tym jest też dojazd do granicy.

Wieczorem jeszcze łazimy po miasteczku – za dużo tu nie ma, ale piwo jest J

2 listopada 2011 (środa)


Chau Doc – Phnom Penh (slow boat, 10$/os)

Rano rozpoczynamy naszą w pełni zorganizowaną podróż do Kambodży . wszystko jest za nas zorganizowane. Przewóz bagażów do łódki i nas do łódki, załatwienie wiz, obiad itp. Organizacyjnie podróż wygląda tak: Najpierw łódką płyniemy z Chau Doc zwiedzając farmy rybne i wioskę gdzie tkają. Łodzią płyniemy 3-4h do granicy. Tam zatrzymujemy się na obiad. W międzyczasie przewodniczka załatwia nam wizy (jak płyniemy łodzią). Zmieniamy łódź i płyniemy na stronę kambodżańską. Tam wysiadamy na odprawę. Potem płyniemy jeszcze z 1h i przesiadka do busa i 1,5h w busie i jesteśmy w stolicy Kambodży.

Podróż dużo mniej męcząca, ale też czuć, że jesteśmy traktowani biali turyści bezwolni.

Na łódce brak wc J  Ale jakoś jest to do ogarnięcia.

Widzimy zalane obszary, pola ryżowe, w tym roku poziom wody jest o 4 m  wyższy niż normalnie w tym czasie. Widzę utopionego człowieka….

Ludzie w Kambodży – od razu czuć, inni, sympatyczniejsi, uśmiechnięci. Zostajemy wyrzuceni gdzieś w stolicy – od razu pojawiają się tuktukowcy. W końcu za 1$ jedziemy do hotelu o’key gasthause. Jest około 16-17tej. Dostajemy pokój za 10$ z Klimą. Idziemy na spacer na miasto. Wreszcie kupuje sobie prezent! J Kolczyki w sklepie fair trade J

Na piechotę dochodzimy do pałacu i do marketu. Zjadamy obiad. Ceny trochę wyższe niż w Wietnamie. Trafiamy tez na „czerwoną” ulicę.

Hostel organizuje też łódki do Siem Reap. Jest to typowy backpackerski hostel – wokół tez atmosfera w tym klimacie (mnie się kojarzy – klimat Lonely Planet)

3 listopada 2011 (środa)


Phnom Penh

Dzisiejszy dzień to intensywne zwiedzanie – plan bardzo napięty. Bierzemy tuk-tuka za 10$ za zawiezienie nas na Pola Śmierci, Tuol Sleng, bazar rosyjski i odstawienie pod Pałac Królewski. Tuk-tuka bierzemy przez hotel, bez większego targowania i jesteśmy zadowoleni. Koleś też. J

Pola Śmierci (Choeung Ek) są pod miastem. Wstęp 5$ i dostajemy audio przewodnika – super opcja, można świadomie zwiedzać. Zginęło tam niecałe 9tys ludzi. Spędzamy tam 2h. Robi duże wrażenie, przejmujące. Czerwoni Khmerzy zarzynali  tam ludzi czym popadnie (zarzynali to dobre słowo, bo zabijanie zakłada choć odrobinę humanitarności). Mieli oszczędzać kule… Dawniej był tu chiński cmentarz.

Potem jedziemy do więzienia S-21 – tu już jest zdecydowanie gorsza informacja dla turystów, ale może lepiej nie znać szczegółów.. .Tylko opisy czasem jakieś i zdjęcia. Kilka budynków, w których katowano więźniów. Przeżyło 12 osób. Brak słów. Spędzamy tam tez ze 2h. Z przyjemnością myslę o odwiedzeniu jakiegoś pięknego zabytku – Pałacu Królewskiego….

Bazar rosyjski – typowy bazar, nie mamy ochoty na kupowanie. Jesteśmy tam 10 min. Większość to chińszczyzna.

Pałac Królewski i Srebrna Pagoda, wstęp 6,25$. Piękne budowle, złote z mnóstwem rzeźbień – wszędzie „nagas” – takie zdobienia typowe dla m.in. Kambodży - symbol pomyślności. Srebrna Pagoda ma na podłodze srebrne płytki. Ogólnie bogactwo i przepych. Do dziś są w Sali tronowej koronowani królowie.
Następnie idziemy do portu – dowiadujemy się, że nie ma łodzi jutro do Siem Reap L Kupujemy autobus za 9$ (w tym dojazd do hotelu oraz tuk-tuk do centrum). Odjazd o 8:00

Zmęczeni jeszcze maszerujemy na wzgórze Wat Phnom (wejście 1$ dla obcokrajowców). Bardzo ładna pagoda, park też klimatyczny, ale już się ściemnia. Potem Wojtek pędzi a ja za nim do zamkniętego dworca kolejowego – kolei w Kambodży już nie ma.

Dopiero o 19tej zaliczamy pierwszy posiłek dzisiejszego dnia. Jem jakąś dziwną kambodżańską zupę z dziwnymi warzywami i dużą ilością imbiru.

4 listopada 2011 (piątek)


Phnom Penh – Siem Reap 8:15-15:00 (autobus, 9$)

Pół dnia spędzamy w autobusie oglądając wioski i pola ryżowe za oknem. Około 15tej jesteśmy w Siem Reap. Dworzec autobusowy jest daleko od centrum. My idziemy do „ok. gasthause” – przyjeżdża do nas tuk-tuk i trochę nas podwozi, reszta piechotą. Okazało się, że jakbyśmy w Phnom Penh powiedzieli to hotel wysłałby po nas tuk-tuka. Hotel to trochę pałac, Wojtkowi się nie podoba, ale w końcu zostajemy, bo szkoda czasu na szukanie czegoś innego. Cena za pokój w starym budynku (jest tez nowy) stargowana do 13$/pokój z AC, łazienką. Wynajmujemy rower (1$/dzień) i pedałujemy do bileterii do Angkor. Kupujemy bilet na 3 dni i możemy od razu wejść na zachód słońca (bilet kupiony o 17tej liczy się od następnego dnia).

Opcja rowerowa jest super. Hotel jest dalej od centrum, ale w stronę Angkor – ma to zalety.

Docieramy do Angkor Wat, jest trochę ludzi, ale udaje się znaleźć miejsca, gdzie nie ma żywej duszy – bardzo dobry pomysł pojechać tam o tej porze.

O zmierzchu jedziemy do centrum Siem Reap. Typowo turystyczne, trzeba będzie się rzucić wir zakupów pamiątek J

Idziemy na jedzenie – wtranżalam rybę, która ma zęby z sałatką z mango – pyszne! Jest nocny market, tam za 1$ można mieć rybny masaż lub zwykły masaż – ale to już jutro.

Wracamy do hotelu i korzystamy z basenu na dachu – niezły bajer, a widoki też obłędne.

5 listopada 2011 (sobota)


Angkor  (rower, 1$/dzień)

Zwiedzanie Angkor. Wstajemy na świt i jedziemy rowerami do świątyni Phnom Bakheng (najstarsza, wchodzi się na wzgórze). Wszyscy przychodzą tu oglądać zachód słońca, więc na wschodzie jest tylko kilkanaście osób. Bardzo dobry patent! Widzę po drodze wielką stonogę J

Następnie jedziemy do Angkor Thom. Wszystkie tłumy są w tej chwili w Angkot Wat, aby uniknąć tłumów należy zwiedzać w odwrotnej kolejności niż organizowane wycieczki i polecane trasy w przewodnikach. Warto!

Angkor Thom zwiedzamy zupełnie spokojnie, jest w miarę pusto. Widzimy:
- świątynię Bayon – uśmiechnięte twarze, piękna
- Taras Słoni – stąd król oglądał parady (mogliśmy się poczuć jak królowie i pozdrowić kogo trzeba)
- Pałac Królewski i w nim świątynię Phimeanakas
- świątynię Baphuon – świątynia „puzzle” – prace konserwatorskie rozpoczęły się w latach 70tych. Rozebrano ją i ponumerowano kamienie. A potem przyszli Czerwoni Khmerzy i zniszczyli całą dokumentację. Pozostało 300 tys. kamieni do poskładania…
- Preah Palilay – mała świątynia z boku

Wyjechaliśmy z Angkor Thom północną bramą. Pojechaliśmy Dużym Kółkiem ;) zwiedzając kolejne świątynie:
- Preah Khan – super klimat, zawalone kamienie, dość autentyczna, jak się po niej chodzi
- Neak Pean – baseny wodne ze świątynia na środku. Służyły do rytualnego oczyszczenia.
- Pre Rup – wleźliśmy na samą górę J
- Srah Srang – objechaliśmy ten zbiornik wodny, bardzo przyjemnie
- Banteay Kdei – kupiłam obrazek ze słoniami (3$)
- Ta Prohm – świątynia bardzo znana – zarośnięta dżunglą. Zwykle są tu dzikie tłumy, ale my przychodzimy tuż przed zachodem słońca (nie ma z nim związanych widoków, więc wszyscy już są na Phnom Bakheng J) Ludzi jest naprawdę mało, chwilami wręcz pusto. Klimat robią też cykady i inne stwory odzywające się gdy zachodzi słońce. Robi wrażenie
- Ta Keo – wbiegamy na górę, myśląc, że będzie dobry widok, ale w sumie niekoniecznie

Przez Bramę Zwycięstwa wracamy do Angkor Thon – jest już dość pusto. Szykuje się wesele – ktoś chyba wynajął ten teren na imprezę! Robi się coraz ciemniej…

Wracamy do hotelu. Jesteśmy mega zmęczeni, ale ruszamy na rynek na zakupy. Oglądam torebkę z krokodyla za 650$ J nic nie kupujemy.

Zjadamy obiad na rynku, gdzie siedzi tłum ludzi, ale jesteśmy totalnie zawiedzeni… i jak tu trafić na dobre żarcie…. L

6 listopada 2011 (niedziela)


Angkor  (rower, 1$/dzień)

Nie wstajemy na żaden wschód słońca. Organizujemy się, jeśli chodzi o wyjazd z Siem Reap. W hotelu sprzedają bilety: do Stung Treng (13$) wyjazd o 5:30, na miejscu ok. 15tej. Można tez kupić bezpośrednio do Laosu (23$), ale w końcu się nie decydujemy, wydaje się mało realne, żeby tam dojechać w jeden dzień…

Dziś bierzemy rowery i jedziemy do Banteay Srey (37km od Siem Reap). Ale wpierw zwiedzamy Angkor Wat. Obchodzimy galerię dookoła. Jest sporo ludzi, ale da się wejść w jakiś korytarz i nie ma nikogo. Łażenie zajmuje nam ok. 2h.

Jest 12:00 jak startujemy do Banteay Srey (ok. 25 km od Angkor Wat) – droga bardzo malownicza, po drodze mijamy muzeum min i ogród motyli. Ale my niestety nie mamy czasu się zatrzymać – szkoda. Jedziemy przez wioski, jest dość mało turystycznie. Pola ryżowe, bawoły w wodzie…

Ja powoli wymiękam , ale po 2h 15 min dojeżdżamy do świątyni. Już wiem, że nie dam rady wrócić rowerem.

Oglądamy świątynię – piękne rzeźbienia, bardzo głębokie i wyraźne. Jest trochę ludzi, ale bez przesady.

Próbujemy zorganizować transport na powrót, ale koszt 20-25$. Rezygnujemy i pedałujemy powrotem. Wojtek łapie w drodze stopa!!!!! Jestem uratowana! Facet podrzuca nas w okolice świątyni! Rowery jadą na pace… Cudnie! Bo wracalibyśmy nieżywi nocą J Przebijamy się przez Angkor Thom i wyjeżdżamy Zachodnią Bramą, bo chcemy dojechać do West Baray . Zachodnia część Angkor Thom jest zupełnie niepopularna, do bramy prowadzi droga nawet nie wyasfaltowana. Nie trafiamy do West Baray, ale przejeżdżamy przez kolejne wioski.

Wieczorem idziemy na zakupy i uderzamy w pamiątki: torba skórzana 20$, dwa talerze z drewna palmy 13$, dwa portfeliki robione z gazet przez niepełnosprawnych 7$.

Trudno się targuje, nie podają chyba za bardzo zawyżonych cen. Idziemy na Fish massage – 2$/30 min+piwo. Śmieszne i trochę łaskocze, ale po wszystkim pięty gładkie. Wojtek ma trudność z wytrzymaniem łaskotek – dużo śmiechu. Jutro pobudka o 5tej, trzeba wracać do hotelu.

Podsumowując, zabytki Angkor można zwiedzić omijając tłumy, nie ma się czego bać, wystarczy obrać niestandardową kolejność zwiedzania.

7 listopada 2011 (poniedziałek)


Siem Reap -  Stung Treng 5:30 (właściwie 8:30)  -19:00 (autobus, 13$/os)

O 5:00 schodzimy na dół hotelu i czekamy na busa. Ma po nas przyjechać o 5:30 odjazd z Siem Reap. O 6:00 przyjeżdża po nas wypasiony mercedes i zawozi na dworzec autobusowy. Tam cała ekipa podobnych do nas białasów, tylko, że oni kupili bilet bezpośrednio do Laosu.

Na dworcu siedzimy trochę, kupuję dobrą bułkę z tofu i sałatką w środku od pani na straganie za 0,5$. Bułeczka sucha kosztuje 0,25$.

O 8:30 podjeżdża duży autobus z klimą na maxa, wszyscy się ubierają J Przesiadka ma być Kampong Cham. Tam podjeżdża zdezelowany busik, do którego musi się zmieścić 15 osób z bagażami. Inni pasażerowie robią awanturę i nie chcą wsiąść. Że nie na taki bus im sprzedano bilety. W końcu wsiadamy i jedziemy, jest ciasno. Wiadomo było, ze nic nie ugrają, zawsze jest gdzieś „boss”, który się nie zgadza, każdy kolejny swojego „bossa” ma i się boi, hehehehe.

Ludzie są wściekli, szczególnie 3 dziewczyny w koronach na głowie J Mają takie błyszczące korony, jak dla dziewczynek na głowie. Powoli robi się coraz później i już wiadomo, że nie da rady przekroczyć granicy z Laosem dziś – bo ta jest otwarta do 17tej. Cieszymy się, że nie kupiliśmy tego biletu do Laosu.

Awantura zaczyna się jak dojeżdżamy do Kratie. Tam chcą wyrzucić Królewny i dopiero następnego dnia dojadą tam gdzie mają dojechać (bo zostały źle zawiezione) One się wściekają i biorą nas jako „zakładników” – nie wypakowują swoich rzeczy póki nie zostanie dla nich zorganizowany transport, tak by mogły być dziś na miejscu. Koszt taksówki 100$ i tyle mają zapłacić w końcu. Muszą zdążyć na samolot, więc zależy im na czasie. Stoimy w Kratie 1,5h jak one się wykłócają . Nic nie wskórają, muszą zapłacić i tyle. My ruszamy w kierunku Stung Treng o 16:30. Około 19tej jesteśmy na miejscu.

W międzyczasie zatrzymujemy się na jedzenie, które jeszcze będę tego wieczoru pamiętać L

W Stung Treng nocujemy w gasthausie Lili – jesteśmy jedynymi gośćmi – cena 6$/2 os. Idziemy załatwić bilety na 4000 Wysp w Laosie do gasthausu polecanego przez Loney Planet (był pełny, dlatego tam nie śpimy). Bilet kosztuje 12$ - ale mamy nadzieję, że to nie tej samej firmy co do Stung Treng, hehehe. Reszta współpasażerów musiała przenocować tutaj i kontynuują podróż jutro.

Wojtek się przeziębił a ja rzygam – lądujemy w łóżku o  22.

8 listopada 2011 (wtorek)


Stung Treng – Si Phan Don  8:30  -19:00 (autobus, 13$/os)

Autobus ma być o 8:30. Idziemy do Riverside Gasthause na śniadanie – podobno (Wojtek) bardzo dobre jedzenie. Bus (Duży autobus) przyjeżdża około 9-9:30 i ruszamy. Jest komfortowy. Facet zabiera od nas po 43$ (!!!!) za wizę. Podobno kosztuje 40$ - potwierdzają to inni podróżujący. Nam się zdawało, ze mniej… ale i tak nie ma wyjścia płacić trzeba.

Na granicy czekamy z 30 minut (przejazd trwa chyba mniej niż 1h). Facet załatwia wszystko – nie widzimy żadnego celnika – wizy są.

Granicę przechodzimy pieszo i wsiadamy do autobusu po drugiej stronie (Laos!) tam spotykamy ekipę z wczoraj J Jedziemy chwilę i jesteśmy w Nakasang  i łódką na Don Det. Szukamy trochę gasthausu (bungalow) – chcemy od strony zachodniej. Znajdujemy naprawdę klimatyczny za 30tys kip/2 os (niecałe 5$). Hamaki, rzeka pod nami, widok super – ekstra relaks. Prysznic i toaleta na zewnątrz.

Wymieniamy pieniądze (nie chcą używać $) – kurs 7700 kip/1$ 9potem widzimy jedno miejsce 7800kip. Dobrego kursu tu nie znajdziemy.

Widać różnicę z Kambodżą – wszyscy nas olewają. Nikt nie zachęca, żeby wejść do jego restauracji/sklepiku. Łazimy po wyspie (robimy spacer wokół). Orientujemy się, że nie ma autobusu do Pakse popołudniu – jest tourist bus o 11am – na miejscu 14:00. W końcu ktoś coś wie o local bus rano…. Będziemy ustalać jutro, ale wiadomo, że dzień jutro cały mamy tu. Super. Pojawia się opcja kajaków (200 tys kip, ok. 26$). Myślimy cały dzień, ale w końcu wieczorem się decydujemy – mam nadzieję, że nie będziemy żałować. Brzmi dobrze: wodospady, delfiny… ok. 20km w kajaku.

Łażąc po wyspie można znaleźć super lokalne klimaty – trzeba tylko iść w głąb dalej od turystycznych bungalowów Klimat super i to wszechogarniające lenistwo… ech Si Phan Don…

9 listopada 2011 (środa)


Si Phan Don 

Dziś kajaki – zjawiamy się na 9tą – okazuje się , że niektórzy mają jeszcze śniadanie w cenie! Jest nas 8 osób. Bardzo zgrabna grupa. Dostajemy kaski, kamizelki, wiosła i wsadzają nas do dmuchanych kajaków. Pogoda – skwar, upał – idealna.

Płyniemy Mekongiem niecałą 1h, może 30 min i wysiadamy na wyspie Don Kohn – tam najpierw oglądamy lokomotywę, którą zostawili tu francuzi, bo budowali kolej na wyspach. Następnie idziemy do wodospadów Li Phi – podobno w nich uwięzione są złe duchy spływają w dół Mekongu. Wcześniej jeszcze oglądamy świątynie – nic nadzwyczajnego.

Po wodospadach idziemy na plażę – trochę trwa ten spacer, ale plaża super – lądujemy w wodzie. I tak kąpię się w Mekongu.

Potem kajakami płyniemy do granicy z Kambodżą – tam są delfiny – i racja są! Najlepiej widzę je z brzegu, gdzie jemy obiad. Bo jak nikt między nimi nie pływa to wyskakują i się wychylają. Jak już w kajakach na nie czatowaliśmy to już się tak chętnie nie chciały pokazywać. Spora ilość ludzi tu przyjeżdża. My na kajakach dalej w dół Mekongu – totalny relaks!

Grupa bardzo fajna, co chwila urządzamy bitwy wodne. Jest para z Belgii – w podróży dookoła świata, dwie Hiszpanki – 3-miesięczna podróż po Azji Południowo-Wschodniej, Holender oraz Szwedka i my.
Po jakimś czasie płynięcia – kończymy – załadowujemy kajaki i jedziemy do największych wodospadów Azji Południowo-Wschodniej – Khon Phapheng – niesamowita ilość wody się kotłuje.

A potem się okazuje, że to nie koniec kajakowania – trzeba pod prąd podpłynąć do naszej wysepki – dajemy radę, ale trochę puchniemy. Jest koło 17tej. Super wycieczka. Warta pieniędzy (okazało się, że zapłacilibyśmy mniej gdybyśmy kupili ją w agencji w centrum). W tej agencji kupujemy bilety do Pakse (60 tys.). Facet tłumaczy, że jest jedyny legalny, jeśli chodzi o kajaki. Twierdzi, że w Paksang nie można wynająć motocykla.

Bus lokalny jest w tej samej cenie (uwzględniając przejazd łódką), jedzie dłużej i w sumie na to samo wyjdzie (bus lokalny 7:00, bus turystyczny 11:00). Turystycznym wylądujemy w centrum Pakse, a nie poza granicami miasta, gdzie jest dworzec autobusowy – na to się więc decydujemy.

10 listopada 2011 (czwartek)


Si Phan Don  - Pakse 11:00 – 14:30 (autobus turystyczny, 60 tys. kip/os)

Pierwszy dzień naszego urlopu, kiedy leniuchujemy do południa (dokładnie do 11tej, o której mamy transport). Bujamy się w hamakach, relaksujemy – pogoda beton. O 11tej zabiera nas łódka. Wsiadamy do jednej, ale wyskakuje wąż J przerzucają w związku z tym wszystkich do innej. Wsiadamy do busa (duży) – widać, że są też minibusy (może te tańsze…). Nasz bus całkiem ok., tylko trzęsie, że hej. Wymięceni około 14:30 trafiamy do Pakse (jedziemy gdzieś od 12tej).

Idziemy do hotelu polecanego przez Loney Planet SABADY 2, www.sabaidy2tour.com – cena za pokój z łazienką 75 tys. kip/pokój). Nie można wypożyczyć motorów. Idziemy w miasto, jest kilka wypożyczalni – cena za dzień 60 tys.

Udajemy się do knajpy nad Mekongiem – wtranżalamy pyszną rybę przy zachodzie słońca – b. dobra miejscówka: Khem Khong Restaurant  przy ujściu dopływu do Mekongu.

Wracając kupujemy bilet do Luang Prabang – tak, zmiana planów. Rezygnujemy z jaskini. Sleeping bus do Vientiane (160 tys LAK), następnie bus do Luang Prabang (130 tys. LAK) Transport na dworce w cenie. I będziemy na północy Laosu

11 listopada 2011 (piątek)


Pakse – płaskowyż Bolaven (motor, 70 tys. kip/dzień)

Rano idziemy wynająć motor. Wcześniej się pakujemy, bo czeka nas podróż nocą w autobusie. Motor wypożyczamy w Lankham Hotel – bezproblemowo. Bierzemy taki za 70 tys. Chcemy wymienić pieniądze, ale kurs jest marny. Pojawia się Amerykanin, który jutro wraca i ma za dużo kipów, chce sprzedać. Robimy dobry Deal – kurs 8000 LAK za 1$.

Trasa którą planujemy jechać na płaskowyżu Bolaven jest raczej na 2 dni, niż na jeden dzień. Więc trzeba będzie zasuwać…..

Jedziemy… tankujemy do pełna (45 tys. kip) Jedziemy  nad wodospad Phaxuam Clif (koszt 5000/os + 3000/motor). Potem dalej drogą – do nieoznaczonego na mapie wodospadu Champi – 10 km od głównej drogi – droga wyboista, wodospad ten nie jest na trasie wycieczek. Jest bardzo ładny, siedzi tam pan, który sprzedaje bilet na 5000. Wojtek się kąpie nawet. Nie ma tam nikogo. Siedzimy tam chyba z godzinę.

Potem tylko wrócić do głównej drogi i dalej przed siebie. Pędzimy, że hej! W Laongam kończy nam się benzyna – znów ładujemy do pełna – 35 tys. kip. Nie zatrzymujemy się, mijamy pędem kolejne wioseczki, plantacje i górskie widoki.

Dojeżdżamy do kolejnych wodospadów – jeden ogromny – widok z góry (nie zapisałam nazwy), nie ma biletów. Robi wrażenie, można stanąć na samym skraju. Od dołu można podjechać i wtedy trzeba zapłacić – my z tego rezygnujemy.

Szukamy kolejnego wodospadu – Tad Lo. Niechcący wcześniej skręcamy do Tad Lo Lodge. Tam spotykamy słonie!!! Jest to niezła miejscówka, nie dla biedaków. Ale my na bezczelna oglądamy wodospad – znów bez opłat. Opłaty są gdzieś indziej. Wracając do głównej drogi czeka nas skrót, który tez okazuje się dobrą drogą. Pełną widokówkowych widoków.

Pędzimy do Thateng, a następnie do Paksongu. Wokół plantacje kawy. Za pak songiem, który okazał się straszną dziurą (jedyna restauracja nie działa), kupujemy kawę. Do jedzenia muszą nam starczyć zakupione na targu w Thateng banany.

Pojawiają się kolejne drogowskazy na wodospady. Zaczynamy od Tad Yueang – bardzo klasyczny, piękny, ale dużo turystów – sztuczne platformy. Warto zobaczyć, choć to komercja. Płatny 5000/os + 3000 motor.
Ostatni wodospad to Ted Fane – widać go tylko z daleka. Znów wstęp płatny. Bardzo wysoki wodospad, ale bardzo daleko, więc nie robi wrażenia.

Teraz tylko pędzimy do Pakse. Mijamy plantacje herbaty i kawy – patrzymy jak suszą kawę. W Pakse jesteśmy o 17:40. Oddajemy motor, zabieramy plecaki z hotelu i o 19:30 już czekamy na nasz nocny autobus VIP do Vientiane.

12 listopada 2011 (sobota)


Pakse – Vientiane 19:30 11/11/11 – 6:00 (autobus nocny, 160 tys. kip/os.)
Vientiane – Luang Prabang 9:00 – 23:00 (autobus, 130 tys. kip/os.)

Nocny bus jest średnio komfortowy, ale ja daje radę. Gorzej ma Wojtek, który jest za długi.

O 6tej rano zostajemy wyrzuceni na dworcu w Vientiane. Nie wiemy co dalej, bo kolejny bus odjeżdża z dworca po przeciwnej stronie miasta. Powinien ktoś po nas przyjechać. Jest koleś, chce 20 tys. za przewóz, myślimy, że zostaliśmy oszukani. Z nami jest jeszcze dwójka Hiszpanów. W końcu facet chce 30 tys. i okazuje się, że on jest nie z tej firmy. Wysiadamy i postanawiamy czekać na właściwego pana. Mamy do niego Tel, Wojtek przez informację na dworcu do niego dzwoni. Wszystko się zgadza. Mamy czekać do o 7:40 po nas przyjedzie.

Przyjeżdża  exclusive minibus – to się nazywa komfort. Zbiera w Vientiane jeszcze ludzi z hoteli. Jedziemy na bus o 9:00. Okazuje się to VIPowski bus. Dostajemy wodę, ciasteczko…

Ruszamy. Autobus nie jedzie szybciej niż 40km/h – stąd tak długi przejazd: 8-10h. Droga jest malownicza… Góry… Przejeżdżamy przez  Vang Vien – piękna okolica.

Około 16tej zatrzymujemy się w knajpce (miejscowość Kasi) i okazuje się, że w cenie biletu jest jeszcze lancz. Odrywamy kupon od biletu i dostajemy ryż z dodatkami.

W tym czasie kierowca i jego pomocnicy zaczynają dłubać przy autobusie. Poszła „poduszka w układzie zawiedzenia” (cytat z Wojtka, ja bym tego nie wymyśliła) – naprawiają 2h, a my czekamy i się przypatrujemy sącząc Beer lao. Ruszamy i teraz to dopiero wolno jedziemy! Droga to same dziury, robi się ciemno.

Do Luang Prabang docieramy o 23ciej… Czekają trzy tuk-tuki, które żądają 20 tys. kipów za podwózkę do miasta…. Chora cena, ale nie mamy wyjścia. Wysadza nas na pustej ulicy, twierdząc, że tu jest centrum. Jesteśmy sceptyczni (z nami dwie Holenderki), ale po sprawdzeniu okazuje się, że to rzeczywiście centrum, tylko po prostu jest tak późno.

Znalezienie miejsca na nocleg nie jest łatwe. Wszędzie są pełni… Za którymś razem lądujemy w gasthausie za 60 tys./2 os pokój z łazienką. Zostajemy.

13 listopada 2011 (niedziela)


Luang Prabang

Zaczynamy dzień od próby podjęcia decyzji „co dalej”. Okazuje się, że przebijanie się lądem to 2 dni na łodzi i 2 dni autobusem – tyle czasu nie mamy. Samym autobusem może się udać w 3 dni, ale po naszych doświadczeniach wiemy, ze to ryzykowne. Jest autobus do Hanoi 22h. I samolot. Pytamy też o samolot, koszt najtaniej 145$, ale jak już się decydujemy, że kupujemy to okazuje się, że biletów brak.

Koło naszego gasthausu jest agencja i koleś mówi, że za 160$ i będzie miał być może bilety – mamy przyjść o 15tej. Czyli uznajemy, że los zdecyduje – będą bilety – kupujemy, mimo, ze to nie jest tania opcja. Jak ich nie będzie – próbujemy lądem w poszukiwaniu przyrody.

Idziemy zobaczyć świątynie, których jest prawdziwe mnóstwo w Luang Prabang. Wchodzimy do Watmaysouvankaphouvam, płacimy za wstęp, ale w końcu przy kolejnych się buntujemy, bo ile można płacić.

Ładny kompleks to Wat Wisunavat – po drugiej stronie góry – ze stupą w kształcie arbuza.

Na łażeniu po świątyniach i linczowaniu mija czas do 15tej. Idziemy sprawdzić co z biletami. Otóż na jutro nie ma, ale na pojutrze są… Krótka dyskusja i się decydujemy. Za to jutro zrobimy sobie wycieczkę na słoniu! Płacimy – bilety do odebrania jutro.

W międzyczasie obejrzeliśmy z zewnątrz Pałac Królewski – był zamknięty do zwiedzania na sjestę, ale się wbiliśmy. Chodzimy po agencjach ze słoniami i w końcu znajdujemy fajną opcję za 43$ - pół dnia ze słoniami (przejażdżka, nauka kierowania, karmienie i mycie) drugie pół dnia to spływ kajakami. Okazuje się, ze na kajaki i słonie też zapisała się dwójka Polaków – Ewa i Marcin J

Po tym wszystkim, dniu decyzji, dyskusji i decydowania co dalej pędzimy na górę na zachód słońca – wzgórze Phou Si ze świątynią Wat Tham Phou Si oraz odciskiem stopy Buddy. Na górze spotykamy wielu Polaków – okazuje się, że jakieś wycieczki z Polski są w tym czasie w Luang Prabang.

Wieczorem idziemy na Wight market. Zjadamy za 10 tys. tyle ile si zmieści na talerzu – mnie to nie smakuje. Kupujemy pamiątki – Wojtek koszulkę (15 tys.). A ja tenisówki za 80 tys. Łapie mnie przeziębienie i wracamy wcześnie, padam o 21szej.

14 listopada 2011 (poniedziałek)


Luang Prabang

Dziś wycieczka na słonie! Wpierw śniadanie na markecie. Bagietka z kurczakiem 10tys. , shake 5 tys., kawa 7 tys. Wymieniamy pieniądze na poczcie – najlepszy kurs.

O 9tej jesteśmy pod biurem. Czekamy na kogoś, ale okazuje się, że ten ktoś jest, tylko się doliczyć nie mogli.

Jedziemy do wioski słoni, nasz przewodnik jest dość specyficzny, stara się być wesoły, żartobliwy, ale trochę działa na nerwy. Do wioski słoni trzeba przepłynąć łódką na drugi brzeg. Tam już czekają słonie! Wsiadamy! Każdy ma okazję poprowadzić (siedząc na szyi). Komenda „do przodu” to „Bai!”. Czasem działa. Słonie trochę leniwe są. Po przejażdżce można kupić banany za 5tys. kip – my karmimy swojego słonia free bananami z gesthausu, hehehehe. Ale największa frajda przed nami! Kąpiel ze słoniem. Widzimy pierwszych, którzy wchodzą – wszyscy pospadali! Słoń chowa głowę pod wodę i macha nią na boki. Jak już siedzimy, widzimy jak trudno się utrzymać. Cały słoń jest pod wodą! Trzeba się trzymać nogami i za uszy i idzie się pod wodę! Szał! Ale trochę strach. Warto było całą wycieczkę dla tej zabawy wykupić.

Po słoniach czekają nas kajaki. Nasz przewodnik nie umie pływać na kajaku! Rzeka jest prosta, leniuchujemy i powoli spływamy. Pod koniec jest trochę bystrzy, ale bez strachu. Płynęliśmy ze 3h. Najpierw zaraz po słoniach podpływamy do wodospadu Tad See – jest niesamowity, bajkowe kaskady – relaksujemy się tam przed dalszym kajakowaniem (te 3h o których wcześniej pisałam).

Po powrocie odebraliśmy bilety i poszliśmy na nocny targ na kolację. Ja uderzyłam w grillowaną rybę za 20tys. –bardzo smaczna. Nie zapchałam się, a najadłam. I tak kończymy dzień. Kupując jeszcze kolczyki z buddą za 25 tys. kip.

15 listopada 2011 (wtorek)


Luang Prabang (LPQ) – Hanoi (HAN) 16:45 – 18:15 samolot (opóźnienie 30 min.)

Rano Wojtek wstaje na mnichów, którzy o świcie zbierają jałmużnę – ja zostaję z moim przeziębieniem w łóżku (co mi się później opłaci). Wstajemy późno. Idziemy na bagietki po 10 tys. i wylosowujemy się z hotelu o 12tej. Pick up na lotnisko mamy o 14:30.

Zostawiamy bagaże w biurze od biletów i idziemy zobaczyć najcenniejszą świątynię na końcu półwyspu – pochodzi z XVI w. i nie została zniszczona – Wat Xienh Thong wstęp 20 tys. – wydajemy totalną resztkę kipów. Świątynie (bo to cały kompleks) robią wrażenie. Jest drzewo życia, wielki powóz na urny z siedmioma nagas, kilka stup – złote, tęczowa oraz dawne biblioteki.

Wracając stamtąd mijamy kolejne świątynie – niektórych nawet nie ma opisanych w przewodniku.

O 14:30 samochodem zostajemy zawiezieni na lotnisko. Samolot odlatuje wg rozpiski o 16:45, więc spędzimy tam trochę czasu – okazuje się ,że tym samym lotem leci wielka grupa polaków, hehehe, z jakiegoś biura podróży. Samolot ma opóźnienie pół godziny. W Hanoi jesteśmy o 18:15. Przelot ok., nawet kanapki dali.

W Hanoi próbujemy się dowiedzieć o transport na dworzec kolejowy – ale wszystkie „informacje turystyczne” to agencje próbujące nam sprzedać swoje usługi (na pewno nie powiedzą o publicznych autobusach).

Biorę z bankomatu 4 mln dongów (znów jesteśmy milionerami!) /20 tys. prowizja. Idziemy do busików – opłata do cetrum 2$ (40 tys.). Oczywiście za podwózkę do dworca kolejowego chcą dużo więcej (a ich przystanek w centrum to blisko, więc ich olewamy). Ale pyta się Wojtek Wietnamki, która z nami jedzie gdzie wysiąść i ona mówi kierowcy, że chcemy na dworzec. Oczywiście po wysiadce na dworcu facet chce od nas extra kasę. Robi się awantura krótka, bo wypakowujemy rzeczy i go olewamy – my z nim nie uzgadnialiśmy podwózki do dworca. W sumie płacimy 100 tys./2 os. , bo nie wydał nam reszty. Czas przejazdu 1h.

Idziemy na dworzec, a tam niezły cyrk. Panie w okienkach olewają na maksa klientów (np. idą się czesać J. Kasjerka twierdzi, że pozostały tylko miejsca w pociągu o najwyższej cenie i są to zwroty, więc nie ma ceny na bilecie. Ściema, bierze kasę do kieszeni. Tylko co my mamy zrobić… pociąg za 45 min…

Kupujemy za 420 tys./os z Klimą soft Steep do La Cai. Pociąg jest lekko obskurny, przedział też. Gdy ruszamy konduktor na lewo dokoptowuje nam dwójkę Wietnamczyków. Pociąg rzeczywiście pełny. Jest prąd i jak się bardzo postara to i wrzątek. Zawijamy się i idziemy spać, w La Cai mamy być o 6 rano, a potem Sa Pa. Wojtek się wysypia, a ja wcale L

16 listopada 2011 (środa)


Hanoi – La Cai  21:50 – 6:00 (pociąg, 420 tys/os)
La Cai – Sa Pa  6:30 – 7:15 (busik, 100tys./2os.)

Przyjeżdżamy punktualnie. Po wyjściu czeka tłum bursiarzy do Sa Py – najpierw chcą 100 tys. od osoby (!!!), ale szybko schodzą za 100 tys. za 2 osoby (choć cena to 40 tys./os.). Po 45 min jesteśmy. Lokujemy się w hotelu przed którym zaparkowaliśmy – cena za pokój 8$, duży taras z widokiem na góry, duży pokój, łazienka. Jest ok.

W tym samym hotelu można załatwić wycieczkę dwudniową na Fan Si Pan – koszt około 60-70 $ (bez tragarza) od osoby. Decydujemy się, że to jutro, dziś robimy spacer po wioskach.

Idziemy na śniadanie, pytamy w agencjach o ceny trekkingu. Nasza oferta w hotelu należy do tańszych, więc tak to załatwiamy. Nie chcemy wracać tą samą drogą, to trochę podnosi cenę – w sumie płacimy 67$. Dowiadujemy się też, że jest z Sa Pa bezpośredni autobus do Hanoi (nocny) koszt 300 tys. (15$)/os. Też się zdecydujemy.

Łazimy chwilę po Sa Pie, bardzo turystyczne miejsce. Wiele kobiet z okolicznych tradycyjnych społeczności poprzebieranych w tradycyjne stroje. Uczepiają się i chcą coś sprzedać. Wojtka zagaduje dziewczynka, że oprowadzi nas po wioskach, cena za dzień 10$ (200 tys.). To ok., będzie łatwiej trafić. Wstęp do wiosek 40 tys./os. Jest 11ta i ruszamy na wędrówkę.

Pierwsza wioska to Lao Chai – tłum turystów je lancz… Niezbyt przyjazne miejsce. Odwiedzamy szkołę. Trochę takie ludzkie zoo… Idziemy dalej do kolejnej wioski Ta Van. Potem dalej aż do głazów na których teoretycznie są starożytne rzeźbienia. Coś jest, ale nic o tym nie wiemy.

Schodzimy w dół doliny, aż do rzeki i z przyjemnością moczę nogi…J To zdecydowanie fajniejsze niż to całe zwiedzanie wiosek. Następnie nasza przewodniczka prowadzi nas wzdłuż rzeki do wioski Can May. Jest już gdzieś 16ta – oglądamy wodospad i decydujemy się wracać. Żegnamy naszą małą przewodniczkę Lee – to był bardzo dobry pomysł. Jest miła, nienarzucająca się, pokazała nam trochę dolinę bez dodatkowej cepeli, której już wystarczająco jest. Dostajemy od niej bransoletki zrobione przez dzieciaki.

Do Sa Py jest 10 km drogą… Pytamy o cenę za podwózkę motorem – 40 tys./os. Za dużo, idziemy piechotą. Droga jest dość przyjemna, ale jesteśmy zmęczeni. Wojtek po jakimś czasie macha na stopa i mamy darmową podwózkę do Sa Py jeepem. Super!

Głodni jak wilcy postanawiamy iść do lepszej restauracji – ale to wcale nie okazało się lepszym trafem. Ja zjadłam dwa obiady (sajgonki to dla mnie mało!). Idziemy jeszcze na spacer po Sa Pie, pytając o ceny biletów autobusowych i pociągowych w agencjach…. Okazuje się, że nasz bilet za 420tys. soft-sleep to i tak był niezły biznes – w agencji trzeba ok. 500 tys. zapłacić za hard-sleep!!!! Autobus wszędzie kosztuje 15$ czasem 16$.

W Sa Pie można zrobić zakupy sprzętu turystycznego a’la Katmandu.

Wracamy do hotelu, jest 20ta i lądujemy w łóżkach! Hehehe. Jutro pobudka na 8mą to się wyśpimy.
Wojtek cierpi niezmiennie, bo obtarł lub obił gdzieś sobie nogę i nie przemył – teraz spuchło i b. boli. To wreszcie przemył.

17 listopada 2011 (czwartek)


Sa Pa – trekking Fansipan (dzień I)
Przełęcz godz.9:00  – camp I [2200m]  godz. 10:40 (1h40min.)
camp I godz.11:40 – camp II (nocleg) [2800m] godz. 14:00  (2h20min.)

Rano zjadamy śniadanie  w hotelu i o 8ej jesteśmy gotowi na trekking. Kupujemy bilety na autobus do Hanoi. Część bagaży zostawiamy w hotelu, żeby nie iść z całością. Okazuje się, że na trekking idziemy tylko my + przewodnik + kucharz. Jedziemy busem do przełęczy – stąd już nie tak daleko.

Zastanawiamy się, czy istnieją rzeczywiście pozwolenia za które płaciliśmy – nikt nic nie sprawdza. Potem widzimy informacje parkowe, że takie pozwolenia trzeba mieć. Ale kto wie czy oni to załatwiają, jak nikt nie sprawdza.

Ruszamy o 9:00 i już o 10:40 jesteśmy na pierwszym campie na lancz… Trochę ściema z tymi dwoma dniami trekkingu… jest słonecznie. Zjadamy lancz i ruszamy dalej. Droga do drugiego campu jest dość uciążliwa. Cały czas (praktycznie) bardzo stromo w górę, ale tak jak po schodach (kamienie). Po pewnym czasie race siłę w nogach, nie daję rady się tak ciągle podciągać.

Idziemy naprawdę wolno. Jest trochę widoków, ale bez szału. Ciekawe, że idzie się rzeczywiście przez tropikalny las, wyżej las bambusowy.

Spotykamy bawoły i kupy bawołów. Bawoły są przez ludzi puszczane w góry, żeby się wyżywiły – zabierają je na zimę.

Czasem mijają nas ludzie schodzący z góry. Jedna grupa mówi, że spała na samym szczycie i to jest super opcja. Ale musieli sporo zapłacić, żeby przekonać do tego przewodnika.

Około 14tej jesteśmy już na drugim campie, gdzie mamy nocować…. Pogoda się psuje – szczyt jest cały w chmurach, więc nie ma sensu uderzać na szczyt (około 2h w górę, 1h w dół).

Jest zimno. Camp jest obrzydliwy – brudny zapyziały.

Gdy czekamy na obiad złażą się kolejni tragarze zapowiadając kolejne grupy… Jedna grupa tragarzy rozbija namioty – mimo, że namioty są w marnym stanie idzie im znacznie sprawniej niż niektórym Polakom… hehehehe

Obiad dostajemy supernowy! Przepyszny! Ziemniaki z czosnkiem – bomba! Naprawdę! Super choć może po dniu łażenia wszystko super smakuje. Ale naprawdę ekstra!

Do obozu zeszły się dwie duże grupy – Wietnamczyków i Francuzów. Robi się tłoczno.  O zmierzchu wszyscy powoli kładą się spać… Jeszcze się nie położyłam, a obok Francuz daje taki popis koncertowy chrapania – ciekawe co dalejJ W obozie jest toaleta i nawet prysznic – to chyba jedyny murowany budynek. My śpimy w blaszanej wiacie razem ze wszystkimi.

18 listopada 2011 (piątek)


Sa Pa – trekking Fansipan (dzień II)
camp II [2800m]7:00  – Fansipan [3143 m] 9:00 (2h)
Fansipan [3143 m] 9:15  - camp II [2800m] 10:30 (1h15min)
camp II [2800m] 12:00   - przełęcz 16:15 (4h 15 min.)

Nie była to najlepiej przespana noc, ale nie było zimno. Tylko wiatr duży.

Wstajemy o 6tej, na śniadanie dostajemy naleśniki. Około 7 rano uderzamy na szczyt. Bierzemy plecaki, żeby nie iść na lekko ;) pod górę idzie się około 2h. Na szczęście w nocy wiatr przewiał chmury. Prawie nieżywa, ale wychodzę na szczyt. Dochodzimy tam pierwsi! Szczyt zdobyty 3142 m n. p. m.! Fan Si Pan – widok obłędny na wszystkie strony.

Schodzimy powrotem do obozu w którym spaliśmy. Tam dostajemy lancz (czekamy na niego ponad godzinę). W tym czasie para Belgów, która zeszła po nas zdążyła zjeść i wyjść, a my wciąż czekamy. Po lanczu przewodnik nam mówi, że nie mamy dość czasu, żeby zejść inną drogą i jak chcemy zdążyć na autobus do Hanoi to musimy iść tą samą! Bezczelność! Mając na uwadze opóźnienie lanczu! Zostaliśmy zrobieni! No nic, nie chcemy ryzykować niezdążeniem na busa (jak się uprzemy, to tak nas poprowadzi, ze się spóźnimy).

Droga w dół jest ciężka, nie idzie wcale szybciej niż w górę. Mijamy dziesiątki Wietnamczyków idących pod górę… Dzisiejszej nocy na górze będzie naprawdę tłok! Może dlatego, ze weekend…

Na dole jesteśmy o 16:15. Ruszyliśmy z góry około 12tej, a ja jestem bardzo zmęczona. Nogi bolą nieźle po schodzeniu tymi „schodami”. Nie wiem co lepsze wchodzenie czy schodzenie. Z przełęczy busik zawozi nas do hotelu, gdzie bierzemy prysznic, przepakowujemy się i jemy kolację. Nie udaje nam się odzyskać dodatkowej opłaty za przejście tą samą drogą dół, a nie tak jak się umawialiśmy.

O 18tej jesteśmy już w sleeping busie do Hanoi. Bardzo komfortowy. Po takim dniu uderzam w kimę bardzo szybko.

19 listopada 2011 (sobota)


Sa Pa – Hanoi 18:00 18/11/11 – 5:00 (autobus nocny, 300 tys.VND)
Hanoi – Bai Chai 6:30 – 10:30 (autobus, 90 tys. VND)
Bai Chai – Halong City  5 km, motor 25 tys./os
Zatoka Ha Long – rejs (55$/os) 12:30 19/11/11 – 11:00 20/11/11

O 5 rano lądujemy w Hanoi na dworcu Long Bien. Chcemy jechać busem do Halong City, ale oferują nam tylko do Bai Chai… podobno to jest to samo… Z nami są jeszcze dwie dziewczyny – chyba Niemki. Bilet kosztuje 90 tys./os i podróż trwa 4h. Mamy startować o 6tej, ale w sumie wychodzi 6:30. O 10:30 zostajemy wyrzuceni na zjeździe z autostrady. Stąd 5 km do centrum Halong City. Oczywiście czekają motory. Chcą 50 tys./os. Stargujemy do 25tys.

W mieście obchodzimy agencje turystyczne. Ceny koszmarne za rejs 2dni/1noc. Trafiamy na kolesia z którym stargujemy do 55$/os. Robi się późno, bo łódki wyjeżdżają o 12:00-12:30. Szybkie zakupy w supermarkecie (piwo podobno jest drogie na statku). Facet twierdzi, że możemy wnieść własne….

Jedziemy do portu – tam  dość duże zamieszanie. Nic nie wiemy, mamy czekać, zabierają nam paszporty… W końcu udaje się! Idziemy na łódkę, paszporty oddali J

Łódka bardzo spoko. Nawet lekko ekskluzywna (porównując z trekkingiem, hehehe). Dostajemy lancz – głównie owoce morza – wypas.

Okazuje się, że nie można pić własnych napoi, Ew. trzeba dopłacić 10 tys. VND. Więc musimy się z naszym piwem ki trać, jak w liceum J

Osób jest 18, czyli niepełna łódka – kabinę mamy git z wielkim (jak na kabinę) oknem.

Nasz przewodnik-opiekun przedstawia plan dnia. Trochę płyniemy, potem zwiedzamy jaskinię, następnie kajaki. Zatoka Halong nie robi dobrego wrażenia. Jest zatrzęsienie łódek i ludzi – ogromne! Powietrze nie jest przejrzyste, więc widoki tez nie są rewelacyjne.

Jaskinia – też bez rewelacji. Jest taki tłum, dzikie kolejki – przytłaczające. Nasz przewodnik opowiada o zwierzątkach, które widzi w formacjach skalnych…. Jakby do dzieci mówił chyba….

Następnie kajaki – udało nam się trochę uciec od tłumu – przez chwile byliśmy sami!!!! Zatoka w takich warunkach mogłaby robić wrażenie. Wracamy na łódkę, tak kolacja, a potem impreza. Najpierw byliśmy zaparkowani okno w okno z inną łódką – masakra. Wojtek robi małą awanturę i łódki się rozpływają.
Wieczorem zaczyna się karaoke… nie trwa długo, bo przewodnik wypił za dużo piwa…heheheh

W nocy dopada Wojtasa sraczka – no i go nie żałuję, bo nie mył rąk J

20 listopada 2011 (niedziela)


Zatoka Ha Long – rejs (55$/os) 12:30 19/11/11 – 11:00 20/11/11
Zatoka Ha Long – Hanoi – bus, 3h

Po wielu pobudkach w nocy (kursy Wojtasa do toalety) wstajemy koło 7mej. Niektórzy już pływają w wodzie wokół statku – też próbuję, ale woda brudna i śmierdząca. Niektórzy skaczą do wody z okien kajut.
Ci, którzy wykupili wycieczkę 2noce/3 dni – muszą o 7:30 się wymeldować i po śniadaniu odjechać na inną łódkę… Ciekawe czy wcześniej wiedzieli, bo ja bym się zirytowała… Reszta ludzi ma się wymeldować z pokoi o 8:30

W tym czasie płyniemy, aż dopływamy do jaskiń, gdzie kręcono podobno znany film „Indochiny”. Ta wycieczka nie jest wliczona, trzeba ekstra zapłacić 100 tys./os i jesteśmy wiezieni łódeczką (na wiosła). Po zwiedzaniu Wojtek się dowiaduje, że za 100 tys. można wynająć kajak i to jest lepsza opcja – ale nam nikt o tym nie mówi. Miło tak popływać, ale bez rewelacji. Około 11tej dopływamy do portu. Tam mamy jeszcze lancz i wsadzają nas do malutkiego busa, który wiezie nas do Hanoi. Jedziemy chyba ponad 3h.

Wysiadamy w Hanoi w Old Quater i zaczynamy szukać hotelu. Ceny to głównie 20USD/2os. Ale po chwili znajdujemy za 15$/2os ze śniadaniem. Jest ok. Duży pokój, łazienka, wc. Po zameldowaniu idziemy na miasto.

Stara dzielnica jest bardzo turystyczna, ale też przyjazna. Lądujemy w bardzo fajnej knajpce z dobrym jedzeniem (pyszny Bun z wołowiną) i tanim piwem (14 tys. VND). Potem znajdujemy miejsce w którym można się napić lokalnego browaru (za 5 tys VND). Siedzi się na ulicy na plastikowych taboretach. Niezły klimat.

Gdy wracamy do hotelu – tam awantura. Para zapłaciła za 2 noce z góry i chce się wyprowadzić po jednej nocy, a babeczka nie chce im oddać kasy. Awantura, że hej! Babka jest naprawdę bezczelna. Jesteśmy ciekawi, czy nas też będzie chciała jakoś zrobić – zobaczymy. Potwierdza się nam, że jak Wietnamczycy już zobaczą pieniądze… szkoda gadać.

21 listopada 2011 (poniedziałek)

Śniadanie, mimo naszych podejrzeń, ze jest ściemą, dostaliśmy. Znów przyszła ta para się awanturować. My się pakujemy już na podróż, zostawiamy bagaże i idziemy zwiedzać.

Wpierw dowiadujemy się o minibusy na lotnisko. Ostatni podobno o 19tej. Koszt 40 tys. lub 2 $. Taksówka z hotelu 12$ (z postoju koło minibusów taksówka nawet na 10$). Wymieniamy pieniądze – nie jest łatwo – w jednym banku twierdzą, że dolary są stare… paranoja. Ale udaje się…

Idziemy na piechotę, najpierw do Świątyni Literatury  ( Quoc Tu Gian), tez pierwszego uniwersytetu w Wietnamie, wstęp 10 tys. VND. Warto zobaczyć, choć całość jest odbudowana i jest zdecydowanie bardziej chińska niż wietnamska. Tak się wydaje. Niektóre pozostałości powinny mieć 1000 lat (bęben), ale czy to prawda…. Są tez stele doktorów wykształconych na tym uniwersytecie.

Następnie idziemy szukać wraku bombowca B-52 – bez sukcesu. Łazimy tylko po syfiastych podwórkach i jeziorkach.

Docieramy do Muzeum Ho Chi Minha – nie wchodzimy. Oglądamy z zewnątrz Pagodę na Jednej Kolumnie – tez odbudowaną, replika oryginalnej. Potem oglądamy z zewnątrz Mauzoleum Ho Chi Minha (zamknięte, zwłoki są pewnie na przeglądzie (konserwacji) w Rosji). Nie można nawet blisko podejść. Wszędzie strażnicy. Następnie idąc w stronę jeziora Zachodniego mijamy jeszcze rezydencję Ho Chi Minha.

Jezioro Zachodnie jest ogromne. Szukamy pagody Tran Quoc – podobno najstarsza w Wietnamie. Niestety jest remont i nie ma wstępu. Drugiej pagody nad jeziorem – Quan Thanh nie znajdujemy – jest w tym miejscu wielka knajpa, gdzie wg mapy powinna być…. Tyle ze zwiedzania Hanoi – nie powala.

Wracamy na Old Quater, gdzie uderzamy w wielki lancz w tej samej knajpce, co dzień wcześniej. Biorę Bun z wieprzowiną – to nie ta sama jakość co z wołowiną niestety.

Potem ruszamy wydawać pieniądze J na pamiątki. Kupuję herbatę (40tys.), kubek do parzenia kawy (ok. 5$), wiszące czapeczki (20 tys.). Ogólnie wszędzie chińszczyzna. Wojtek kupuje bambusowe miseczki – ja w końcu się nie decyduję. Gdy się ściemnia, wypijamy piwko nad jeziorem Hoan Kiem (na środku oświetlona pagoda).O 18tej zbieramy się, idziemy do hotelu, zabieramy rzeczy i idziemy na postój minibusów. 

To była chyba dobra opcja pójść wcześniej. Bus odjeżdża o 18:40 i b. szybko nie ma miejsc, jesteśmy ściśnięci jak sardynki. Jakbyśmy przyszli na 19tą, to na pewno tego busa już by nie było, czy był w planie kolejny – nie wiemy.

Przed 20tą jesteśmy na lotnisku. Nasz samolot okazuje się wylatuje jeszcze później – 23:45. Przepakowujemy się, przebieramy. W tym czasie poznajemy parę z Polski: Rafała i Maję, którzy opowiadają o swoich doświadczeniach w podróżowaniu po Wietnamie. Dużo widzieli, niestety pogoda im nie dopisała.

Jak zaczyna się check in to jest to kompletna porażka organizacyjna. Stoimy chyba z godzinę w kolejce do check-inu, potem w kolejce do migration, potem do security control. A następnie do wejścia do samolotu. W efekcie ani przez chwilę nie ma luzu, żeby usiąść, a trwa to chyba dobrze ponad 2h.

22 listopada 2011 (wtorek)


Hanoi (HAN) -  Frankfurt (FRA)  godz. 23:05 [21/11/2011] -  6:00 [22/11/2011]
Frankfurt (FRA)  - Warszawa (WAW) godz. 9:15 - 11:00 [22/11/2011]



środa, 20 października 2010

Nepal - trekking wokół Annapurny


Wczasy odchudzające, lekko modelujące sylwetkę

Motto: 

Why like this ? 

Maybe not the strongest, but the fittest and best prepared (“disable people”) in Himalaya


więcej zdjęć

Kursy walut (orientacyjnie)
1 USD = 70 NPR = 3,97 PLN
1 EUR = 99 NPR = 2,85 PLN










30-31 października 2010 (sobota-niedziela)

Przelot:
Warszawa (WAW)  - Moskwa (SVO)  godz. 16:00- 20:05 [30/10/2010]
Moskwa (SVO)  – Delhi (DEL) godz. 22:20 - 5:45
Delhi (DEL)Kathmandu (KTM) godz.: 13:30 - 15:25 [31/10/2010]

Podróżowanie. Z Monią lecimy z warszawy i wciąż główną zagwostką jest nadanie bagażu w Delhi. Na Okęciu spotykamy ekipę: Jacka i Jędrzeja z tatą, którzy nas namawiaj na nadanie bagażu jedynie do Delhi, a potem do Katmandu. Rzeczywiście po przylocie do Delhi (6 rano) w tranzycie bardzo zorganizowana pani każe nam czekać i następnie na podstawie świstka bagażowego przepisuje nasz bagaż do Katmandu (bagażu nie widzimyJ ) nie dostajemy żadnego kwitka, czyli wszystko oparte na zaufaniu…
Chłopcy z Polski okazują się mieć wspólnych znajomych z Monią (Jacek). Jędrzej jest z Zakopanego i ma park linowy koło ZOO w Warszawie.
W samolocie z Moskwy nie dość, że nie serwują alkoholu to nie wolno pić swojego (choć chłopaki po licealnemu piją z ukrytej butelki) Na lotnisku w Delhi czekamy 6-7h – są leżaki, można się przekimać. Mi się nie udaje, ale Moni nieźle idzie. Spotykamy Christiana, który nie nadał w ogóle bagażu – spryciarz. Zazdrościmy.
Czekając przy gejcie na lot do Katmandu spotykamy dziewczyny, które są po pełnym wrażeń dniu w Delhi – b. dużo udało im się zobaczyć.
Dolatujemy do Katmandu, a tam małe syfne lotnisko. Trzeba wypełnić formalności wizowe (40 USD, zdjęcie). Zdjęcie, jak ktoś nie ma, można zrobić na miejscu.
Po wyjściu z lotniska spotykamy znajomego Joli, który pomaga nam z aranżacją hotelu, co okazuje się katastrofą. Jedziemy na Themel.  Kolesie są niesłowni, nie udaje się z nimi nic uzgodnić, tracimy tylko czas na dyskusje. Jest trudno znaleźć miejsce w hotelu, wszędzie pełno lub drogo.
W końcu nocujemy w Rosebud Hotel, Thamel, Chhetrapati-17, www.rosebudhotel.com. Za naszą szóstkę płacimy 2000 NPR (ok. 29 USD). Jest ok. pokoje z łazienką, ale bez rewelacji.
Mamy problemy decyzyjne dot. naszych planów dalej. Dziewczyny chcą kupić sprzęt. Ja zakupuje czapkę (180 NPR – 2,6 USD) – drogo, ale u bardzo miłej pani J. Idziemy do knajpy (już jest późno), miejsce fajne, zjadłam pierożki momo, średnio smaczne. Rachunek za kolację dla 6 osób : 900 NPR (13 USD).
Ciągle dyskutujemy co jutro… W hotelu spotykamy faceta z agencji, który oferuje nam załatwienie TIMS, biletów wstępu, biletu na autobus i dojazd do autobusu. Nieźle z nas zdziera: 63 USD/os (29USD bilet, TIMS 20 USD – i tak kupił taki za 10, czyli TIMS niebieski a nie zielony).
Decydujemy się, bo zdajemy sobie sprawę, że sami nie załatwimy tego w jeden dzień, a tak to pojutrze już rozpoczniemy trekking. Nie zgadzamy się dać mu gotówki, więc ja z Monią decydujemy się spotkać z nim wcześnie rano w biurze.

1 listopada 2010 (poniedziałek)


Katmandu - Basishahar

Jesteśmy umówione z gościem w hotelu o 7.40. Jest na czas. Idziemy z Monią do jego biura. Reszta ma czas do 10.00. Biuro jest ok.: Himalayan Spirit Adventure, www.himalayanspiritadventure.com. Daje nam rachunek. My kumamy na czym polega jego biznes – sprzedaje nam TIMSy jako agencja (po 10 USD) a od nas bierze tak jakbyśmy zapłacili indywidualnie (20 USD), 10 od łebka jest dla niego, ale my nic nie tracimy.
Idę z Monią na śniadanie w jakiejś obskurnej malej knajpce. Dziewczyny zakupiły kurtki puchowe Nordface za 2200 NPR (31 USD)
O 10tej jest już zestresowany koleś, że nasz autobus odjeżdża… Daje nam wszystkie pozwolenia. Ale nie ma Christiana… W stresie nie wiemy co robić i podejmujemy decyzję, że jedziemy, a Christian będzie nas jakoś gonił – skoro go nie ma. Ruszamy spóźnieni w kierunku autobusu, który łapiemy już na wyjeździe z dworca. Jest pusty, władowujemy się i czekamy na Christiana. Na szczęście już jedzie. Nasz opiekun z biura jest w ciągłym kontakcie z hotelem.
Jedziemy do Besishahar. Podróż jest całkiem ok., nie ma jakiś chorych tłumów, no ale nie można tej podróży zaliczyć do komfortowych. Raz stajemy w korku godzinę, bo był wypadek.
Do Basishahar dojeżdżamy już po zmroku, ale od razu atakują nas hotelarze. Podobno standard niektórych to karaluchy i brak podłogi (haha, przynajmniej karaluchy wtedy nie biegają po podłodze… hihihi). My wybieramy bardzo przyjemny, za 80NPR/os z super restauracyjką, gdzie się żywimy (jedzenie jest stanowczo droższe, nie wszyscy jedzą, ale wydajemy 1400NPR na cały rachunek za obiad.
Asia nie zgadza się na wspólną kasę i rozliczanie, w związku z tym będzie liczyć kto co zjadł i ile zapłacił – nasza wyjazdowa księgowa! Szacun!
Rozkręca się impreza taneczna, ale ja nie idę – podobno dziewczyny uczą się tańców hinduskich.
Prysznic zimny, ale da radę. Ciepłej wody mimo zapewnień nie ma.

2 listopada 2010 (wtorek)


Basisahar [820 m] – Synge [1140m] (jeep)
Synge [1140m] – Jagat [1340m] (2h)

Po obfitym śniadaniu idziemy w poszukiwaniu jeepa, który dowiezie nas do Synge. Trzeba przejść całą wioskę – aż do check pointu (stemplują nam TIMSy) potem w dół. Tam jest budka w której sprzedają bilety (500NPR/os) i czekamy na zapełnienie jeepa (zapełnienie to ok. 14 osóbJ). Czekamy w sumie 2h – około 12tej ruszamy. Byłoby szybciej gdybyśmy przyszli wcześniej, jeepy jeżdżą głównie rano. Jest ok., droga nie jest jakaś fatalna, a kierowca dobry J W przepaść nie wpadamy! Spotykamy po drodze ludzi, którzy idą a nie jadą ten odcinek. Myślę, że gdybyśmy wyszli rano to doszlibyśmy to co ujechaliśmy.
Zatrzymujemy się przy wejściu do parku narodowego – zabierają nam bilety i je kasują. W budce jest informacja, gdzie można kupić wodę uzdatnioną (żeby nie kupować butelkowanej), warto spisać.
Jeep się potem kilkakrotnie psuje, raz naprawia go mały mechanik, chłopiec lat ok. 10ciu, czym zawstydza kierowców, jest dużo śmiechu. My już mamy trochę dość podróży, a ona się trochę wydłuża. Około 15:30 lądujemy pod Synge – około 5 minut trzeba dojść do wioski. My idziemy dalej. Chcemy dojść do wioski Jagat – wędrujemy ok. 2h. Droga jest ok., ale ledwo zdążamy przed ciemną nocą. Nocujemy w pierwszym Gesthausie. Cena noclegu 100NPR/os – pokoje 2-osobowe, niestety blisko toalety więc śmierdzi. Umowa jest też taka, że u nich się stołujemy – ceny dość wysokie, ale trzeba się przyzwyczajać, będą coraz wyższe J W sumie za 6 osób za nocleg, obiad i śniadanie płacimy 4800 NPR (ok. 68USD).
Już koło 20-21 jesteśmy mega śpiący, z resztą wszyscy naokoło idą spać. W nocy tłuczenie się nocą sąsiadów nie daje spać innym, a dziewczętom smród z toalety. Dla mnie jest git! J

3 listopada 2010 (środa)


Jagat [1340m] 8:30 -> Tal [1680m] 13:00 (4,5h)
Tal [1680m] 14:30 -> Dharapani [1905m] 18:00 (3,5h)

Idziemy wolno – 100 tys. zdjęć na minutę…. Jesteśmy sporo do tyłu z czasem. Dochodzimy do Chanche (spotykam panią z takim samym plecakiem jak mój, straszliwie nim zachwyconą J Za Chanche przechodzimy przez most i „wspinamy się” w upale. Jest mega gorąco. Widoki ekstra, choć jeszcze nie widać wysokich gór. Trochę różnimy się tempem, więc się rozdzielamy, ja idę pierwsza – umawiamy się w Talu na obiedzie.
Idę więc sama, mijam bazę wojskową, a potem przez rzekę aż do Talu. W talu jest stacja uzdatniania wody: 40NPR/litr. Knajpkę wybieram, po tym gdzie siedzą ludzie – knajpka Monalisa obok punktu z wodą z super przemiłą panią J jedzenie przepyszne. Wydaliśmy 2300NPR/6os – ale było warto.
Następnie idziemy wzdłuż rzeki zakosami i przechodzimy mostami. W wiosce Kherte robi się prawie ciemno, ale decydujemy się iść do Dharapani – i rozpoczynamy praktycznie bieg – w 30 min dobiegamy do celu. W międzyczasie Christian się zagubił (zaczyna to być tradycją J ) w Kherte, Monia na niego czeka, marznie, potem biegną wspólnie do nas. Powoli sobie chłopak grabi…
Lądujemy w hoteliku, który ma piekarnię, ale kibelek na zewnątrz i prysznic. Za pokoje nic nie płacimy (2 x trójka), ale ceny za jedzenie –horrendalne – za obiad i śniadanie płacimy 5500NPR/6os.
Spotykamy innych turystów, których potem wielokrotnie będziemy spotykać na szlaku.
Śniadanie umawiamy na 6:30 rano.

4 listopada 2010 (czwartek)


Dharapani [1905m] 7:40 -> Dhanagyu [2290m]10:00 (2h 20 min.)
Dhanagyu [2290m] 10:00 -> Thanchok 12:00 (2h)
Thanchok [2480m] 14:40 -> Chame [2680m] 17:00 (2h 20 min.)

Rano Asia ma biegunkę  (tu rozpocznie się neverendingstory) lecz decyduje się iść bez tragarza. Wyruszamy wcale nie ostatni!!! Długo stoimy na check pointcie. Jest już chłodno w cieniu, ale w słońcu wciąż ciepło. Jednak większość trasy jest w cieniu. Idziemy, ale widać rozbicie grupy. Z Monią idę na początku, reszta za nami.
W Dhanagyu przy młynkach czekamy, jednak bezskutecznie, a robi się zimno, więc idziemy. Droga prowadzi ostrym podejściem, które zwala nas z nóg. Na górze czekamy na resztę. Gdy już zamarzamy, widzimy Jolę i Arlettę. Okazuje się, że Asia idzie bardzo wolno, ale czuje się ok. i kazała dziewczynom iść.
My spotykamy kolejny raz znajomych ze szlaku – opowiadając nam o jakimś cudzie, który ultrafioletem oczyszcza wodę (SteriPEN).
Postanawiamy zaczekać na Christiana i Asię na lunchu. Idziemy już drogą dość łatwą, jednak zmęczenie wychodzi. Dochodzimy do wioski Thanchok (właściwie zaskoczone jesteśmy, że to już ta wioska). Na ogromnej polanie jest knajpka z tarasem z widokiem na Manaslu – BOMBA!
Siadamy z Monią i po 15 min dochodzi Arletta i Jola. Zamawiamy jedzenie, na które czekamy ponad godzinę, ale jest pyszne. Przechodzący ludzie przynoszą nam informacje o Asi i Christianie – Asia źle się poczuła na podejściu, nie może iść, mają sobie załatwić tragarza. Więc wciąż czekamy z straszliwie wypełnionymi brzuchami (trochę wstyd…).
Dochodzą, Asia ma swojego przyjaciela, który niesie jej plecak. Ruszamy w drogę, jest łatwo. Idę z Monią na początku – pojawia się Annapurna – niezły widok! Robi się już zimno – dochodzimy do Koto (wioska przed Chame). Tam atakują nas dzieciaki – mnie upatrzył sobie Specjalista Od Zamykania Plecaków J Wzbudzają ciekawość także krótkie spodenki (naszyte na nich kwiatki). Dochodzi reszta (Asia, Arletta, Jola i Christian). Zaliczamy check point, gdzie przez 10 min opieprza nas żołnierz, że nie zalogowaliśmy się od razu, tylko chcieliśmy przejść. Podobno wtedy na następnym check poincie mielibyśmy problemy.
Cały dzień zastanawiamy się jak rozwiązać problem różnego rozkładu sił w grupie… Dyskutujemy co dalej – trudno znaleźć rozwiązanie.
W Chame jest wiele GH, ale strasznie nas olewają, robią sobie żarty – dziwne… Wchodzimy do GH z przemiłą panią, która jedyna nas zaprasza. Jest złota kobita. Nie ma ciepłego prysznica, ale grzeje wodę. Zaprasza nas do kuchni (jest ciepło tam) – widzimy jak od zera przygotowują nam posiłek.
Mam zasięg (era) jako jedyna. Podobno jest też internet…

5 listopada 2010 (piątek)

Chame [2680m] 9:15 –> Bhratang [2900m] 11:45 (2,5h)
Bhratang[2900m] 13:00 –> Dhikur Pokhari [3180m] 15:00 (2h)
Dhikur Pokhari [3180m]  15:15 –> Lower Pisang [3200m] 16:30 (1h 15 min.)

Wstajemy rano na śniadanie. Asia czuje się wciąż nie ok., więc ma wziąć tragarza. W Chame są sklepiki, Monia zakupuje puchową kamizelkę (1900NPR).
Spotykamy Asię, która znalazła tragarza (800NPR/dzień), ale nie możemy się doczekać reszty. Decyzja, że ja idę z Asią, a Monia ogarnie pozostałych.
Idziemy do Bhratang – droga bardzo wygodna, nie męcząca, raczej płasko, choć zdarza się podejść. W Bhratangu (b. mała miejscowość) jemy obiad – zamawiamy dla wszystkich i akurat dochodzą jak stawiają przed nami ryż z warzywami – widoki i pogoda przepiękne. Następnie znów umawiamy się w kolejnej wiosce. Maszeruję przodem, znów idę sama. Droga jest szeroka, jeżdżą nawet rowerami i motorami. Widzimy Swargadwari Danda – niesamowita góra, jakby płasko pionowo wypolerowana. Idę lasem iglastym, spotykam kilka kramików po drodze.
Czekam w Dhikur Pokhari na całą resztę. Następnie już idziemy do Pisang Lower – dziwna miejscowość – ludzie jakby pijani….
Znajdujemy uroczy hotelik 50NPR/os. Potem jeszcze spacer – odwiedzamy pocztę, która właściwie pocztą nie jest J Mamy dzień irytacji na niemieckiego kolegę… W hoteliku spotykamy chłopaka ze Szczecina – jego dziewczyna już choruje wysokościowo. My decydujemy się na dwa warianty drogi do Manang na dzień następny – trudniejszy i łatwiejszy – nastąpi pewnie podział w grupie.
Po kolacji, jak należy , około godziny 20tej idziemy w kimę J W te wakacje można się wyspać! Nocleg + wyżywienie kosztuje nas 5200NPR/6 os.

6 listopada 2010 (sobota)


Lower Pisang [3200m] 8:00 ->Upper Pisang 8:15 (15 min.)
Upper Pisang [3300m] 8:15 -> młynki przed podejściem 9:30 (1h 15 min.)
młynki przed podejściem 9:30 - >Gyaru [3670m] 10:45 (1h 15 min.)
Gyaru [3670m] 10:45 -> Ngawal [3657m] 13:00 (2h 15 min.)
Ngawal [3657m] 15:00 -> Manang [3540m] 17:30 (2,5h)

Drużyna twardzieli to Monia, Jola i ja, reszta idzie dołem. Słyszymy, że ta trasa trwa 6-7h, czyli szykuje się długi dzień. Droga jest piękna. Jedyny trudny odcinek to ponad godzinne podejście do Gyaru – ok. 370m przewyższenia. Ale widok rekompensuje zmęczenie. Pogoda jest jak beton.
Potem trasa bardzo długo prowadzi już łagodnie w górę lub w dół, ale długo. Słońce i co chwila zapierające dech widoki na całą dolinę oraz Tilitsho Peak (7132m), Annapurna III (7555m), też Annapurna IV (7525m).
Spotykamy sporo ludzi, już znajomych na trasie. Każdy z nich ma inną rozpiskę tej trasy i inne czasy przejść. Idziemy b. długo. Z Jolą raz się gubimy, co jeszcze wydłuża naszą wędrówkę. Ostatnimi siłami dochodzimy do Manang … już nam przychodzą do głowy pomysły, żeby wesprzeć się konnym transportem J
W Manang byłyśmy umówione z drugą częścią brygady przy punkcie ACAP – ACAP jest zamknięty, ale zobaczyłyśmy ich na drodze.
Okazuje się, że w Manang przez 3 dni nie będzie prądu. Hotel ok.
Znów dyskusja co dalej – staje na wycieczce nad jezioro Tilicho – trudna i wysoko, ale widoki podobno niesamowite.

7 listopada 2010 (niedziela)


Manang [3540m]  12:00 ->Kyangshar [3750m] 15:00 (3h)

Leniwy dzień. Śpimy ile trzeba, potem znów dyskusja czy na pewno Tilicho – jest 3/3 (Asia, Arletta i ja za jeziorem; Monia, Christian, Jola za zostaniem w Manangu i robieniem wypadów jednodniowych aklimatyzacyjnych). W tej sytuacji decyzja, że jednak Tilicho. To znaczy, że musimy się ogarnąć z hotelu i maszerować do Kyangshar.
W Manangu jest telefon i Internet. ACAP nie działa, nie możemy zdobyć pieczątek.
W Manang jest pełno piekarni z obłędnymi ciastkami – serwuję sobie czekoladowe ciastko z kawą….rarytas.
W hotelu przed wyjściem spotykamy super sympatyczną parę, która wyruszyła w podróż po Azji „przed dzieckiem” J
Droga do Kyangshar spokojna, dochodzimy do hotelu z przemiłą obsługą, która musi nam wystarczyć, bo ani wody ani prądu nie ma J Idziemy jeszcze na spacer – ja z Monią dochodzimy do gompy Tahrap (zamknięta)[4000m]. Spotykamy ludzi idących z kierunku Tilicho – sprzeczne informacje dotyczące czasów przejścia. Para francuzów zrobiła w dzień (9h) Kyangshar – Tilicho – Kyangshar… wydaje się nierealne, choć jak na nich spojrzeć… to może J
Kolację zjadamy w kuchni u gospodyni, bo wszędzie jest zimno. Decyzję o planie jak idziemy podejmują dziewczęta (ja z Monią zdajemy się na nie), ponieważ im się idzie ciężej niż nam.
Hotel – nocleg za free, jedzenie 4500 NPR/6 os

8 listopada 2010 (poniedziałek)

Kyangshar [3750m] 7:30 -> Tilicho Peak Lounge [ok. 4100 m] 9:15 (1h 45 min.) w tym zwiedzanie gompy Tahrap
Tilicho Peak Lounge [ok. 4100 m] 10:30 -> Tilicho Base Camp [4300m] 13:45 (3h 15 min.)

Wyruszamy i od razu dzielimy się na dwie grupy. Idąc swoim tempem – ostatnio chodzę sama… Zwiedzamy gompe Tahrap – jest super, stara, klimatyczna, opiekun rozpala świeczki.
Dochodzimy do hotelu Tilicho Peak Lounge – hotelik w stylu alpejskim, się śmiejemy – widok do pozazdroszczenia. Rezerwujemy miejsca na następną noc (dwie trójki 100NPR/os) i zostawiamy część rzeczy, by iść na Tilicho trochę na lekko.
Ruszam przodem, by zatrzymać się przed rozejściem szlaków (dwie ścieżki) – jedna w dół, druga nie. Stoimy zgłupiali i pytamy przechodzących – każdy mówi co innego… w końcu ustalam jak jest: ścieżka dolna łączy się z średnią, ale średnia nie traci się na wysokości. W miejscu złączenia jest odejście do szlaku górnego (przez wysoką przełęcz). Szlak górny (upper) jest niebezpieczniejszy – podchodzi się wysoko do przełęczy (ok. 4800m), a potem schodzi ostro piargiem – widzimy później (z Tilicho B.C.), że wygląda niefajnie. Szlak niższy jest dłuższy i bezpieczniejszy – są do niego dwie drogi (od tego rozstaju koło hotelu) – wyższa to trasa średnia (medium), niższa to niższa (lower). Idziemy medium – na początku jest nietajny fragment, ale do ogarnięcia.
Droga jest b. przyjemna, świetnie się mi idzie, zostawiam grupę w tyle. Przechodzi się przez sypkie piargi, ale do ogarnięcia, potrafią tam konno jeździć, choć podobno od czasu do czasu ktoś spada. Trzeba uważać, ale poza tym ok., droga wyraźna. Monia widzi błękitne owce i kozice.
W schronisku Tilicho Base Camp jestem o 13.45 (Monia 25 min później, pozostali 1h później). To prawdziwe schronisko – są duże sale, bierzemy całą dla 6 osób (160NPR/os). B. drogie jedzenie, choć to nie dziwne.
Z Monią robię spacer aklimatyzacyjny w stronę jeziora. Już czuć wysokość. Wracamy na kolację. Rachunek na nocleg i jedzenie – 9000NPR/6 os.

9 listopada 2010 (wtorek)


Tilicho Base Camp [4300m] 7:45 -> Tilicho Lake [5100m] 10.45 (3h)
Tilicho Lake [5100m] 12:30 -> Tilicho Base Camp [4300m] 14:30 (2h)
Tilicho Base Camp [4300m] 15:15 -> Tilicho Peak Hotel[ok. 4100 m] 18:00 (2h 45 min.)

Wychodzimy ze schroniska po bardzo długiej nocy – dla Moni bezsennej, dla mnie super ciepłej J Jola chrapie jak stary dziad – hahaha J Ale wieczór była jednopiosenkowa impreza z reflektorami.
Marsz do jeziora idzie mi bardzo łatwo, nie mam żadnych problemów wysokościowych, a trzeba sporo podejść – przełęcz nad jeziorem to 5100 m.
Jezioro piękne… Ale już wybudowali budkę z herbatą i jedzeniem, choć toalety brak… na razie. Widoki obłędne – już wysokogórskie – lodowce, lawiny. Lodowiec schodzi do jeziora.
Monia dochodzi do mnie po pół godziny, czekamy sporo na naszą lazy team – docierają o 12:30 (1h45min po mnie). Jak przychodzą wyglądają śpiewająco J Mamy dość napięty plan na dziś, więc decyduję się już z Monią schodzić, żeby za dnia dotrzeć do hotelu. Rozdzielamy się.
Z Monia schodzę do Tilicho B.C. – tam szybki lunch i przepakowanie się. Jesteśmy wykończone, ale trzeba iść. Idziemy, powoli się już ściemnia…. Mnie się w drodze robi słabo, boli głowa – dlaczego przy schodzeniu?? Spotykamy znajomego Anglika i Izraelczyków – hehe, jestem już sławna jeśli chodzi o podejście na Tilicho – że weszłam świeża i czekałam 2h na resztę znajomych – ale teraz świeżo to nie wyglądam J
Pokoje w hotelu nowe, super. Czekamy na resztę, ale się nie doczekałyśmy – o 19.30 już byłyśmy w łóżkach.

10 listopada 2010 (środa)


Tilicho Peak Hotel [ok. 4100 m] 11:30 -> Yak Kharka [4150m] 17:30 (6h)

Czekamy z Monią na resztę grupy – przychodzą o godz. 10:00 – spali w Tilicho B.C. – w ogóle nie wyruszyli wczoraj, bo byli za późno, tylko dziś rano bardzo sprawnie.
Za to my z Monią miałyśmy bardzo relaksujący poranek – delektowałyśmy się śniadaniem, gadając z Belgami o trakach i wyciągając informacje potrzebne w dalszej części wyjazdu.
Idziemy do Yak Kharki  szlakiem nieopisanym w przewodniku Kurczaba – jest to droga sezonowa – strzałka przy drodze do hotelu Tilicho Peak z gompy. Dochodzimy do opustoszałej osady pasterskiej – obserwujemy tłumy orłów latających nad głowami. No i jaki są też J
Od osady droga nie jest opisana – trzeba iść w dół w prawo trawersem przez zbocze wzdłuż kamiennych murków. Wychodzi się wysoko, żeby następnie zejść ostro w dół po zimnej ocienionej stronie wzgórza. Jest zimno, ślisko, droga oblodzona.
Schodzimy do potoku (mijamy stragan z herbatą i gadżetami). Następnie ostro w górę i aż na samą górę (trochę w lewo bardziej), aż zobaczy się drogę z Manangu – teraz już prosto do Yak Kharki.
Idę z Jolą raczej bliżej końca grupy niż początku – Jola przejęła biegunkę Asi.
Lądujemy w hotelu Gangapurna, gdzie są już nasi znajomi z poprzedniego dnia. Super żarcie – obłędny yak-burger ratuje mi życie i spełnia marzenie o mięsie… Nigdy nie zapomnę tego smaku J Pierwsze mięso od początku trekkingu! W hotelu jest fajny klimat, wspólna sala, jedzenie jest fenomenalne, ale może też jesteśmy wygłodniali J. Zamawiamy ciepły kubeł wody i robimy sobie prysznic… pierwszy od kilku ładnych dni (nie będę pisać ilu, bo nie ma się czym chwalić ;)

11 listopada 2010 (czwartek)


Yak Kharka [4150m] 9:00 - > Churi Lattar [4250m] 10:00 (1h)
Churi Lattar [4250m] 11:30 -> Thorung Phedi B.C. [4550m] 14:00 (2,5h)

Zaczynamy od śniadania przy ciepłym stole (ogrzewanie pod stołem). Następnie maszerujemy – droga jest łatwa, lekko w górę – dochodzimy do zabudowań Lattar – tam zatrzymujemy się na kawę i ciastko. Christian się rozkręca i rozmawia z innymi – ON MÓWI!!!!
Dalsza droga to już trochę podejść i zejść. Nie należy kierować się przewodnikiem, bo droga idzie inaczej (przez osuwiska) – szczególne podejście po zejściu do rzeki i przejściu na drugą stronę rzeki. Na górze jest tea-hause – można się napić i kupić batony.
Stąd już niedaleko do Thorung Phedi Base Camp – hotel jest duży, sporo miejsc, toaleta na zewnątrz, zimna sala jadalna, ale przepyszna kuchnia.
Siedzimy, jemy i się relaksujemy. Odkrywamy talenty naszego rodzynka – ON GRA NA GITARZE!

12 listopada 2010 (piątek)


Thorung Phedi B.C. [4550m] 5:40 –> Thorung Phedi High Camp [4800m] 6:50  (1h 10 min.)
Thorung Phedi H.C. [4800m] 7:00 -> tea hause [5100m] 8:00 (1h)
tea hause [5100m] 8:00 -> Thorung La [5416m] 9:40 (1h 40 min.)
Thorung La [5416m] 10:40 -> Chabarbon [ok 4200m] 14:10 (3,5h)
Chabarbon [ok 4200m] 16:20 -> Muktinath [3800m] 17:20 (1h)

Wstajemy rano, żeby wyjść wcześnie (między 5-6tą). Okazało się, że zapomnieli o naszym śniadaniu. Nie jest zimno bardzo – bez przesady, da się żyć. Niektórzy wychodzą b. wcześnie, lecz podobno lekarz w Manangu nie zalecał wychodzenia przed 5tą.
Pierwsze podejście jest b. strome, mnie się idzie ciężko (kaszka ze śniadania jak kamień na żołądku + okres). Szybko robi się na tyle jasno, ze nie potrzeba już czołówek (wychodzimy jak jest zupełnie ciemno).
Od H.C. idzie mi się zdecydowanie lepiej, są ciągle podejścia, ale i też zejścia. Nie ma śniegu ani lodu – pogoda beton. Dość dużo ludzi na szlaku, ciągle się kogoś mija. Słońce jest bardzo ostre – nie do wytrzymania bez okularów. Spotykamy się w tea hausie – niektórym idzie słabo. Dziewczyny idą bez plecaków a i tak im ciężko. Monia zaciska zęby, ale plecak ciąży jej znacznie. Christian został tak w tyle, że go nie widziałam (nasz the fittest….).
Kolejny odcinek to niekończące się pagórki, za którymi ciągle się wydaje, że zaraz będzie przełęcz. Idzie mi się super, nie czuje wysokości ani plecaka. Dochodzę na przełęcz, pełno chorągiewek, bardzo dobra widoczność, choć widoki bez porównania z Tilicho.
Czekam na Arlettę – przychodzi po ok. 15-20 min., potem (40 min) przychodzi Monia, Asia i Jola – ledwo żywe, ale szczęśliwe, że się udało. Nie czekam na Christiana, bo umieram z zimna (przychodzi podobno po kolejnej godzinie)
Teraz zaczyna się najgorsza masakra –schodzenie… Przez ładnych kilka godzin ostro w dół. Schodzę sama, co chwila mijam się z różnymi znajomymi ze szlaku. Ciężko.
Dochodzę do restauracyjki w Chabarbon – nie tak długo czekam na resztę. Główne schodzenie za nami, po obiedzie idziemy do Muktinath. Tam w hotelu Bob Marley spotykamy wszystkich znajomych. Jak na nazwę hotelu przystało, wieczór kończy się imprezowo i b. wesoło – wreszcie prawdziwe wakacje. Wszyscy świętują udane przejście przez przełęcz.

13 listopada 2010 (sobota)

Muktinath [3800m] 11:30 -> Kagbeni [ok. 3000m] 14.30 (3h)
Kagbeni [ok. 3000m] 16:00 -> Jomson [2713m] (jeep)

Budzimy się i z Monią idę na śniadanie, gdzie spotykamy Christiana i ustalamy, że widzimy się w sanktuarium.
Zwiedzamy sanktuarium Muktinath, a Christian przebiega pod 108 źródłami lodowatej wody – musi być bardzo zdeterminowany, żeby mu się jakieś życzenie spełniło. My wchodzimy do świątyni i zostajemy pobłogosławione – mamy teraz czerwone kropki na czole i mnich daje nam jakąś wodę do picia (ciekawe czy sraczka będzie..?). Łazimy trochę po kompleksie, są świątynie i buddyjskie i hinduistyczne. Wszędzie pełno modlących się pielgrzymów.
Jesteśmy umówieni z dziewczętami, że o 11tej ruszamy do Jomson. Z Monią jesteśmy na czas po krótkich zakupach, a Christiana nie ma. Wraca spóźniony i nie jest jeszcze spakowany. W efekcie czekamy na niego pół godziny i czara się przelewa, następuje konfrontacja i awantura. Christian jest zawiedziony naszą grupą, że nie jesteśmy zgraną grupą, a przede wszystkim, że się NIM NIE OPIEKUJEMY! Dla nas szok. Wygarniamy sobie, ale chłopak nie kuma i tylko ma pretensje. Od tej chwili wszyscy czekamy, aż nasze drogi się rozejdą.
Idziemy drogą do Kagbeni, są liczne skróty, które czasem okazują się nie do przejścia. Docieramy do Kagbeni i nie możemy się tam ogarnąć co tam jest do zobaczenia. Jest już tak późno, ze decydujemy się dojechać do Jomson jeepem. Okazuje się, że ostatni odjeżdża o 16:00 (koszt chyba 300NPR). Umawiamy się na niego i idziemy zwiedzać.
Ale nie wiemy co jest do zwiedzania i w efekcie kręcimy się po mieście jak smród po gaciach, miasteczko jest rzeczywiście nie z tego świata. Nie udaje nam się znaleźć świątyni, a trzeba iść na jeepa. W sklepie kupujemy super ser z jaka (120NPR/100g) – bomba! Jeep jest punktualny – jedziemy często korytem rzeki. Nie dalibyśmy rady tego przejść dzisiaj.
Jomson okazuje się niezbyt przyjaznym miejscem, trudno nam znaleźć hotel, podobno wszystkie bilety w kierunku Pokhary zostały wykupione… Znajdujemy hotel 300NPR/pokój. Dowiadujemy się w hotelu, że z biletami Jomson -> Beni -> Pokhara nie będzie problemu. O 6 rano otwierają sprzedaż biletów, o 6:30 jest pierwszy bus. Christian dowiaduje się o loty Jomson – Pokhara (koszt 66USD), samolot dziś nie odleciał ze względu na pogodę, co będzie jutro niewiadomo. Bilety są wyprzedane, ale jak będziemy chcieli to odmówią Nepalczykom, bo oni mniej płacą – nie podoba nam się takie podejście… Nie chcemy być Białymi Z Dolarami. Decydujemy, ze jednak bus.
Wieczorem idziemy z izraelitami ;) na imprezę w lokalnym barze – mega klimat, sami Nepalczycy. Rozkręcamy imprezę – taneczny szał, wężyk między stolikami. Wracamy o 1 w nocy – już jest zamknięty hotel. Z rozpaczą ;) się żegnamy. Mnie (lidera, hehehe) przez cały wieczór chłopaki przekonują, abyśmy z nimi jechały do Tatopani. Królem wieczoru jest Jezus, a właściwie Super JezusJ

14 listopada 2010 (niedziela)


Jomson ->Ghasa (jeep, 3h) 600NPR/os
Ghasa -> Beni (bus, 4h) 700NPR/os
Beni -> Pokhara (bus, 4,5h) 200 NPR/os

Wstajemy rano na busa, ale okazuje się, że nie ma biletów… Ale się nie poddajemy i siedzimy pod budką z biletami. No i organizują nam jeepa do Ghasa. Potem mamy się przesiąść do Beni, a następnie do Pokhary. Wydaje się ryzykowne, ale wyszło bardzo sprawnie.
Droga jeepem dostarcza super widoków – klimat jest tropikalny, zjeżdżamy intensywnie w dół. Czasem jedziemy korytem rzeki Kali Gandaki. W Ghasie jest check-point. Bardzo sprawnie przesiadamy się do lokalnego busa (mega mało miejsca – niezły koszmar). Na postoju w Tatopani spotykamy naszych kolegów J jazda autobusem dostarcza niezłych emocji – centymetry dzielą nas od przepaści… Kompletnie brak widoków – jest bardzo mgliście.
Umęczeni podróżą lądujemy w Beni. Próbujemy znaleźć ekspres bus do Pokhary (żeby być choć trochę wcześniej) – niestety niby ekspres bus, ale jedzie tyle samo (ta sama cena) – siadamy z przodu, więc mamy trochę miejsca na nogi – uff.
Wjeżdżając do Pokhary każą nam dopłacić 100NPR/os za dowiezienie do lakeside (obszar turystyczny) – wkurzamy się… i….zostajemy wyrzuceni tylko my (inni turyści dopłacają). Jest ciemno i nie wiadomo gdzie iść. Na szczęście podjeżdża kolejny autobus, z którego wyrzucone zostają dwie dziewczyny – oczywiście z Polski! Mówią, że do lakeside jest  około 20 min pieszo. Pytamy ludzi i rzeczywiście dochodzimy w 15 min. choć nie jest przyjemnie, bo nie ma prądu w całym mieście i panują ciemności że hej.
Długo szukamy hotelu (brak miejsc). Znajdujemy w końcu całkiem sympatyczny, tylko niestety okaże się, że portier to zboczeniec. Cena za trzy pokoje (3,2,1-osobowe) to 2000NPR, po wyjeździe Christiana za 2 i 3-osobowy 1500NPR

15 listopada 2010 (poniedziałek)


Pokhara

Pokara to super miasto – spokojne, pełne sklepików – idziemy na shopping! Ma to być dzień relaksu.
Na śniadanie idziemy nad jezioro, a potem płyniemy łódeczką na wyspę zobaczyć świątynię Warahy (koszt małej łódki 300NPR – w obie strony) – wiosłuje pani, gdyż my jesteśmy wszystkie dziewczyny J (Christian już żyje własnym życiem). Na wyspie jesteśmy atrakcją dla szkolnych dzieci, które proszą nas o robienie sobie z nimi zdjęć. Z resztą nie tylko dzieci… Zwiedzanie nie trwa nawet pół godziny. Wszędzie gołębie obsrańce…
Wracamy na ląd i znów shopping – dwa tygodnie w górach daje o sobie znać J Ogarnia nas małe szaleństwo, dziewczęta kupują miliony spodni. I tak do wieczora.
Na wieczór jesteśmy umówione z chłopakami izraelitami do knajpy Busy Bee – w knajpie marna muzyka, ale pizza dobra! Nawet Christiana z nami przyszła i się upiła. Trochę tańczymy – spotykamy znajomych Hiszpanów z imprezy z Jomson. Ale o 22 impreza się kończy! Wychodzimy i okazuje się, że miasto wymarło o tej godzinie… Decyzja więc, że kupujemy piwo w budzie i idziemy do chłopaków, a dokładnie do Jesusa… Wychodzimy szybko, bo impreza jakoś się nie rozkręciła…

16 listopada 2010 (wtorek)

Pokhara

Ten dzień chcemy poświęcić w większym stopniu na zwiedzanie Pokhary – zaczynamy od wycieczki do pagody Pokoju. Mnie już się zaczynają przygody jelitowe – to początek sagi….
Płyniemy pod pagodę łódką (300NPR/łódź) i wchodzimy na górę około godziny. Pagoda została wybudowana jako jedna z wielu pagód w różnych krajach, które mają przypominać o pokoju jako wartości (pomysł zrodził się po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki). Na szczycie może być obłędny widok na góry, jednak wciąż nie dopisuje pogoda i jest mgliście, widoczność żadna. Następnie schodzimy do miasta bezpośrednio. Droga prowadzi przez dżunglowe klimaty, udaje nam się zobaczyć stado małp. Potem jeszcze długo idziemy przez miasto oglądając jego mniej turystyczną część jak i tą super turystyczną.
Ciągle zatrzymujemy się na kolejne zakupy (jak to baby). Christina już odłączyła (bez słowa pożegnania… smutek) i pojechała na wycieczkę do parku narodowego Chitwan.
Robimy zakupy w fair-tradedowym markecie, który jeszcze nie został otwarty J W ogóle w Pokharze jest sporo sklepików fair-tradedowych lub sprzedających produkty powstałe w wyniku jakiegoś programu rozwoju.
Dopiero wieczorem dochodzimy do hotelu. Idziemy do włoskiej knajpy MammaMia – ja myślę, że już po moim zatruciu – ale to dopiero początek… Monia rzyga w drodze do knajpy, potem całą noc kolejne dziewuchy wywracają żołądek na lewą stronę. Ja nad ranem.
Na następy dzień kupiłyśmy bilet do Katmandu (na placu autobusowym, ale można też w agencjach – koszt 450NPR/os. Wszystkie autobusy odjeżdżają rano (7:30).

17 listopada 2010 (środa)


Pokhara 7:30 -> Katmandu 15:00 (autobus)

Wszystkie z wyjątkiem Joli mamy wirusa (Jola -> kto pije i pali ten nie ma robali!) ledwo dojeżdżamy na autobus (trzeba być na 7:00). Wszystkie zielone.
Na szczęście autobus okazuje się super komfortowy w porównaniu z poprzednimi naszymi doświadczeniami. Są numerowane miejsca nawet i rozkładane siedzenia. W naszym autobusie nie ma żadnych turystów. W tym samym czasie odjeżdża kilkanaście, jak nie więcej autobusów do Katmandu.
Podróż jest małym koszmarem, ze względu na zatrucie i chorobę lokomocyjną – dla mnie. Ponadto nasz kierowca to prawdziwy rajdowiec, uwielbia swoją pracę, uwielbia prędkość i wyprzedzanie => nie wiem co ze sobą robić…
Podróż trwa do ok. 15:00, jest przerwa na lunch. W Katmandu wyrzuca nas w najbardziej dogodnym dla nas miejscu – prosimy o takie najbliżej dzielnicy Thamel. Potem znów poszukiwanie hotelu – nie jest łatwo z miejscami znów. W efekcie lądujemy ponownie w Rosebad Hotel (cena 1200NPR/ 5 os – w tym jedno miejsce na materacu na podłodze).
Przez cały dzień nic nie jem, na wieczór idziemy z Jolą i Monią do knajpy (w moim przypadku gotowany ryż). Zaliczam kolejne zakupy – puchówka (4000NPR).

18 listopada 2010 (czwartek)

Katmandu

Mamy w planie zwiedzanie Katmandu. Jedziemy do Bhaktapur (cena taxi 600NPR/5os, powrotem do Durbar Square 500NPR/5os, w agencji 750NPR/os(!) )
Bhaktapur zwiedzamy z przewodnikiem z ulicy (200NPR), jest ok. nie narzucający się. Bardzo fajna atmosfera – stare świątynie, budynki – wstęp 750NPR/os, dobrze się też robi zakupy, więc dalej szalejemy… Szale, figurki, obrazki…
Spędzamy tam ok. 2-3h, choć można mniej, ale to bardzo przyjemne miejsce.
Około 13:00 bierzemy taksówkę na Durbar Square (wstęp 300NPR/os). Tu mieszka Kumari – żywa bogini – dziewczynka, która do utraty pierwszej krwi jest czczona jako bogini. Oglądamy świątynie i już mamy dość zwiedzania. Wracamy na piechotę na Thamel, gdzie dobijamy kolejnych zakupów, mając poważne obawy jak to wszystko przywieziemy i zmieścimy się w 20 kg limitu bagażu. Kompletne szaleństwo – dobrze że już wyjeżdżamy – to nas powstrzyma J

19 listopada 2010 (piątek)


Powrót:
Kathmandu (KTM) -Delhi (DEL)  godz: 16:35 PM - 18:00 PM (19/11/2010)
Delhi (DEL) - Moskwa (SVO)  –godz. 2:15 - 6:15 [20/11/2010]
Moskwa (SVO) - Warszawa (WAW)  godz. 10:15- 10:25 [20/11/2010]

Dzień powrotu. Pakujemy się, idziemy na śniadanie. Dziewczęta robią ostatnie zakupy. Wydajemy ostatnie pieniądze. Spotykamy Christinę, ale znów się na nas wkurza. Tradycja.
Około 13tej bierzemy taxi na lotnisko (300NPR). Lądujemy na lotnisku (ogromna kolejka do wejścia, trzeba być wcześniej, bo overbooking jest standardem i można się nie zmieścić do samolotu). Zaczynamy naszą podróż back Home. Na lotnisku w Katmandu przechodzimy milion przeszukiwań, security check itp…