środa, 20 października 2010

Nepal - trekking wokół Annapurny


Wczasy odchudzające, lekko modelujące sylwetkę

Motto: 

Why like this ? 

Maybe not the strongest, but the fittest and best prepared (“disable people”) in Himalaya


więcej zdjęć

Kursy walut (orientacyjnie)
1 USD = 70 NPR = 3,97 PLN
1 EUR = 99 NPR = 2,85 PLN










30-31 października 2010 (sobota-niedziela)

Przelot:
Warszawa (WAW)  - Moskwa (SVO)  godz. 16:00- 20:05 [30/10/2010]
Moskwa (SVO)  – Delhi (DEL) godz. 22:20 - 5:45
Delhi (DEL)Kathmandu (KTM) godz.: 13:30 - 15:25 [31/10/2010]

Podróżowanie. Z Monią lecimy z warszawy i wciąż główną zagwostką jest nadanie bagażu w Delhi. Na Okęciu spotykamy ekipę: Jacka i Jędrzeja z tatą, którzy nas namawiaj na nadanie bagażu jedynie do Delhi, a potem do Katmandu. Rzeczywiście po przylocie do Delhi (6 rano) w tranzycie bardzo zorganizowana pani każe nam czekać i następnie na podstawie świstka bagażowego przepisuje nasz bagaż do Katmandu (bagażu nie widzimyJ ) nie dostajemy żadnego kwitka, czyli wszystko oparte na zaufaniu…
Chłopcy z Polski okazują się mieć wspólnych znajomych z Monią (Jacek). Jędrzej jest z Zakopanego i ma park linowy koło ZOO w Warszawie.
W samolocie z Moskwy nie dość, że nie serwują alkoholu to nie wolno pić swojego (choć chłopaki po licealnemu piją z ukrytej butelki) Na lotnisku w Delhi czekamy 6-7h – są leżaki, można się przekimać. Mi się nie udaje, ale Moni nieźle idzie. Spotykamy Christiana, który nie nadał w ogóle bagażu – spryciarz. Zazdrościmy.
Czekając przy gejcie na lot do Katmandu spotykamy dziewczyny, które są po pełnym wrażeń dniu w Delhi – b. dużo udało im się zobaczyć.
Dolatujemy do Katmandu, a tam małe syfne lotnisko. Trzeba wypełnić formalności wizowe (40 USD, zdjęcie). Zdjęcie, jak ktoś nie ma, można zrobić na miejscu.
Po wyjściu z lotniska spotykamy znajomego Joli, który pomaga nam z aranżacją hotelu, co okazuje się katastrofą. Jedziemy na Themel.  Kolesie są niesłowni, nie udaje się z nimi nic uzgodnić, tracimy tylko czas na dyskusje. Jest trudno znaleźć miejsce w hotelu, wszędzie pełno lub drogo.
W końcu nocujemy w Rosebud Hotel, Thamel, Chhetrapati-17, www.rosebudhotel.com. Za naszą szóstkę płacimy 2000 NPR (ok. 29 USD). Jest ok. pokoje z łazienką, ale bez rewelacji.
Mamy problemy decyzyjne dot. naszych planów dalej. Dziewczyny chcą kupić sprzęt. Ja zakupuje czapkę (180 NPR – 2,6 USD) – drogo, ale u bardzo miłej pani J. Idziemy do knajpy (już jest późno), miejsce fajne, zjadłam pierożki momo, średnio smaczne. Rachunek za kolację dla 6 osób : 900 NPR (13 USD).
Ciągle dyskutujemy co jutro… W hotelu spotykamy faceta z agencji, który oferuje nam załatwienie TIMS, biletów wstępu, biletu na autobus i dojazd do autobusu. Nieźle z nas zdziera: 63 USD/os (29USD bilet, TIMS 20 USD – i tak kupił taki za 10, czyli TIMS niebieski a nie zielony).
Decydujemy się, bo zdajemy sobie sprawę, że sami nie załatwimy tego w jeden dzień, a tak to pojutrze już rozpoczniemy trekking. Nie zgadzamy się dać mu gotówki, więc ja z Monią decydujemy się spotkać z nim wcześnie rano w biurze.

1 listopada 2010 (poniedziałek)


Katmandu - Basishahar

Jesteśmy umówione z gościem w hotelu o 7.40. Jest na czas. Idziemy z Monią do jego biura. Reszta ma czas do 10.00. Biuro jest ok.: Himalayan Spirit Adventure, www.himalayanspiritadventure.com. Daje nam rachunek. My kumamy na czym polega jego biznes – sprzedaje nam TIMSy jako agencja (po 10 USD) a od nas bierze tak jakbyśmy zapłacili indywidualnie (20 USD), 10 od łebka jest dla niego, ale my nic nie tracimy.
Idę z Monią na śniadanie w jakiejś obskurnej malej knajpce. Dziewczyny zakupiły kurtki puchowe Nordface za 2200 NPR (31 USD)
O 10tej jest już zestresowany koleś, że nasz autobus odjeżdża… Daje nam wszystkie pozwolenia. Ale nie ma Christiana… W stresie nie wiemy co robić i podejmujemy decyzję, że jedziemy, a Christian będzie nas jakoś gonił – skoro go nie ma. Ruszamy spóźnieni w kierunku autobusu, który łapiemy już na wyjeździe z dworca. Jest pusty, władowujemy się i czekamy na Christiana. Na szczęście już jedzie. Nasz opiekun z biura jest w ciągłym kontakcie z hotelem.
Jedziemy do Besishahar. Podróż jest całkiem ok., nie ma jakiś chorych tłumów, no ale nie można tej podróży zaliczyć do komfortowych. Raz stajemy w korku godzinę, bo był wypadek.
Do Basishahar dojeżdżamy już po zmroku, ale od razu atakują nas hotelarze. Podobno standard niektórych to karaluchy i brak podłogi (haha, przynajmniej karaluchy wtedy nie biegają po podłodze… hihihi). My wybieramy bardzo przyjemny, za 80NPR/os z super restauracyjką, gdzie się żywimy (jedzenie jest stanowczo droższe, nie wszyscy jedzą, ale wydajemy 1400NPR na cały rachunek za obiad.
Asia nie zgadza się na wspólną kasę i rozliczanie, w związku z tym będzie liczyć kto co zjadł i ile zapłacił – nasza wyjazdowa księgowa! Szacun!
Rozkręca się impreza taneczna, ale ja nie idę – podobno dziewczyny uczą się tańców hinduskich.
Prysznic zimny, ale da radę. Ciepłej wody mimo zapewnień nie ma.

2 listopada 2010 (wtorek)


Basisahar [820 m] – Synge [1140m] (jeep)
Synge [1140m] – Jagat [1340m] (2h)

Po obfitym śniadaniu idziemy w poszukiwaniu jeepa, który dowiezie nas do Synge. Trzeba przejść całą wioskę – aż do check pointu (stemplują nam TIMSy) potem w dół. Tam jest budka w której sprzedają bilety (500NPR/os) i czekamy na zapełnienie jeepa (zapełnienie to ok. 14 osóbJ). Czekamy w sumie 2h – około 12tej ruszamy. Byłoby szybciej gdybyśmy przyszli wcześniej, jeepy jeżdżą głównie rano. Jest ok., droga nie jest jakaś fatalna, a kierowca dobry J W przepaść nie wpadamy! Spotykamy po drodze ludzi, którzy idą a nie jadą ten odcinek. Myślę, że gdybyśmy wyszli rano to doszlibyśmy to co ujechaliśmy.
Zatrzymujemy się przy wejściu do parku narodowego – zabierają nam bilety i je kasują. W budce jest informacja, gdzie można kupić wodę uzdatnioną (żeby nie kupować butelkowanej), warto spisać.
Jeep się potem kilkakrotnie psuje, raz naprawia go mały mechanik, chłopiec lat ok. 10ciu, czym zawstydza kierowców, jest dużo śmiechu. My już mamy trochę dość podróży, a ona się trochę wydłuża. Około 15:30 lądujemy pod Synge – około 5 minut trzeba dojść do wioski. My idziemy dalej. Chcemy dojść do wioski Jagat – wędrujemy ok. 2h. Droga jest ok., ale ledwo zdążamy przed ciemną nocą. Nocujemy w pierwszym Gesthausie. Cena noclegu 100NPR/os – pokoje 2-osobowe, niestety blisko toalety więc śmierdzi. Umowa jest też taka, że u nich się stołujemy – ceny dość wysokie, ale trzeba się przyzwyczajać, będą coraz wyższe J W sumie za 6 osób za nocleg, obiad i śniadanie płacimy 4800 NPR (ok. 68USD).
Już koło 20-21 jesteśmy mega śpiący, z resztą wszyscy naokoło idą spać. W nocy tłuczenie się nocą sąsiadów nie daje spać innym, a dziewczętom smród z toalety. Dla mnie jest git! J

3 listopada 2010 (środa)


Jagat [1340m] 8:30 -> Tal [1680m] 13:00 (4,5h)
Tal [1680m] 14:30 -> Dharapani [1905m] 18:00 (3,5h)

Idziemy wolno – 100 tys. zdjęć na minutę…. Jesteśmy sporo do tyłu z czasem. Dochodzimy do Chanche (spotykam panią z takim samym plecakiem jak mój, straszliwie nim zachwyconą J Za Chanche przechodzimy przez most i „wspinamy się” w upale. Jest mega gorąco. Widoki ekstra, choć jeszcze nie widać wysokich gór. Trochę różnimy się tempem, więc się rozdzielamy, ja idę pierwsza – umawiamy się w Talu na obiedzie.
Idę więc sama, mijam bazę wojskową, a potem przez rzekę aż do Talu. W talu jest stacja uzdatniania wody: 40NPR/litr. Knajpkę wybieram, po tym gdzie siedzą ludzie – knajpka Monalisa obok punktu z wodą z super przemiłą panią J jedzenie przepyszne. Wydaliśmy 2300NPR/6os – ale było warto.
Następnie idziemy wzdłuż rzeki zakosami i przechodzimy mostami. W wiosce Kherte robi się prawie ciemno, ale decydujemy się iść do Dharapani – i rozpoczynamy praktycznie bieg – w 30 min dobiegamy do celu. W międzyczasie Christian się zagubił (zaczyna to być tradycją J ) w Kherte, Monia na niego czeka, marznie, potem biegną wspólnie do nas. Powoli sobie chłopak grabi…
Lądujemy w hoteliku, który ma piekarnię, ale kibelek na zewnątrz i prysznic. Za pokoje nic nie płacimy (2 x trójka), ale ceny za jedzenie –horrendalne – za obiad i śniadanie płacimy 5500NPR/6os.
Spotykamy innych turystów, których potem wielokrotnie będziemy spotykać na szlaku.
Śniadanie umawiamy na 6:30 rano.

4 listopada 2010 (czwartek)


Dharapani [1905m] 7:40 -> Dhanagyu [2290m]10:00 (2h 20 min.)
Dhanagyu [2290m] 10:00 -> Thanchok 12:00 (2h)
Thanchok [2480m] 14:40 -> Chame [2680m] 17:00 (2h 20 min.)

Rano Asia ma biegunkę  (tu rozpocznie się neverendingstory) lecz decyduje się iść bez tragarza. Wyruszamy wcale nie ostatni!!! Długo stoimy na check pointcie. Jest już chłodno w cieniu, ale w słońcu wciąż ciepło. Jednak większość trasy jest w cieniu. Idziemy, ale widać rozbicie grupy. Z Monią idę na początku, reszta za nami.
W Dhanagyu przy młynkach czekamy, jednak bezskutecznie, a robi się zimno, więc idziemy. Droga prowadzi ostrym podejściem, które zwala nas z nóg. Na górze czekamy na resztę. Gdy już zamarzamy, widzimy Jolę i Arlettę. Okazuje się, że Asia idzie bardzo wolno, ale czuje się ok. i kazała dziewczynom iść.
My spotykamy kolejny raz znajomych ze szlaku – opowiadając nam o jakimś cudzie, który ultrafioletem oczyszcza wodę (SteriPEN).
Postanawiamy zaczekać na Christiana i Asię na lunchu. Idziemy już drogą dość łatwą, jednak zmęczenie wychodzi. Dochodzimy do wioski Thanchok (właściwie zaskoczone jesteśmy, że to już ta wioska). Na ogromnej polanie jest knajpka z tarasem z widokiem na Manaslu – BOMBA!
Siadamy z Monią i po 15 min dochodzi Arletta i Jola. Zamawiamy jedzenie, na które czekamy ponad godzinę, ale jest pyszne. Przechodzący ludzie przynoszą nam informacje o Asi i Christianie – Asia źle się poczuła na podejściu, nie może iść, mają sobie załatwić tragarza. Więc wciąż czekamy z straszliwie wypełnionymi brzuchami (trochę wstyd…).
Dochodzą, Asia ma swojego przyjaciela, który niesie jej plecak. Ruszamy w drogę, jest łatwo. Idę z Monią na początku – pojawia się Annapurna – niezły widok! Robi się już zimno – dochodzimy do Koto (wioska przed Chame). Tam atakują nas dzieciaki – mnie upatrzył sobie Specjalista Od Zamykania Plecaków J Wzbudzają ciekawość także krótkie spodenki (naszyte na nich kwiatki). Dochodzi reszta (Asia, Arletta, Jola i Christian). Zaliczamy check point, gdzie przez 10 min opieprza nas żołnierz, że nie zalogowaliśmy się od razu, tylko chcieliśmy przejść. Podobno wtedy na następnym check poincie mielibyśmy problemy.
Cały dzień zastanawiamy się jak rozwiązać problem różnego rozkładu sił w grupie… Dyskutujemy co dalej – trudno znaleźć rozwiązanie.
W Chame jest wiele GH, ale strasznie nas olewają, robią sobie żarty – dziwne… Wchodzimy do GH z przemiłą panią, która jedyna nas zaprasza. Jest złota kobita. Nie ma ciepłego prysznica, ale grzeje wodę. Zaprasza nas do kuchni (jest ciepło tam) – widzimy jak od zera przygotowują nam posiłek.
Mam zasięg (era) jako jedyna. Podobno jest też internet…

5 listopada 2010 (piątek)

Chame [2680m] 9:15 –> Bhratang [2900m] 11:45 (2,5h)
Bhratang[2900m] 13:00 –> Dhikur Pokhari [3180m] 15:00 (2h)
Dhikur Pokhari [3180m]  15:15 –> Lower Pisang [3200m] 16:30 (1h 15 min.)

Wstajemy rano na śniadanie. Asia czuje się wciąż nie ok., więc ma wziąć tragarza. W Chame są sklepiki, Monia zakupuje puchową kamizelkę (1900NPR).
Spotykamy Asię, która znalazła tragarza (800NPR/dzień), ale nie możemy się doczekać reszty. Decyzja, że ja idę z Asią, a Monia ogarnie pozostałych.
Idziemy do Bhratang – droga bardzo wygodna, nie męcząca, raczej płasko, choć zdarza się podejść. W Bhratangu (b. mała miejscowość) jemy obiad – zamawiamy dla wszystkich i akurat dochodzą jak stawiają przed nami ryż z warzywami – widoki i pogoda przepiękne. Następnie znów umawiamy się w kolejnej wiosce. Maszeruję przodem, znów idę sama. Droga jest szeroka, jeżdżą nawet rowerami i motorami. Widzimy Swargadwari Danda – niesamowita góra, jakby płasko pionowo wypolerowana. Idę lasem iglastym, spotykam kilka kramików po drodze.
Czekam w Dhikur Pokhari na całą resztę. Następnie już idziemy do Pisang Lower – dziwna miejscowość – ludzie jakby pijani….
Znajdujemy uroczy hotelik 50NPR/os. Potem jeszcze spacer – odwiedzamy pocztę, która właściwie pocztą nie jest J Mamy dzień irytacji na niemieckiego kolegę… W hoteliku spotykamy chłopaka ze Szczecina – jego dziewczyna już choruje wysokościowo. My decydujemy się na dwa warianty drogi do Manang na dzień następny – trudniejszy i łatwiejszy – nastąpi pewnie podział w grupie.
Po kolacji, jak należy , około godziny 20tej idziemy w kimę J W te wakacje można się wyspać! Nocleg + wyżywienie kosztuje nas 5200NPR/6 os.

6 listopada 2010 (sobota)


Lower Pisang [3200m] 8:00 ->Upper Pisang 8:15 (15 min.)
Upper Pisang [3300m] 8:15 -> młynki przed podejściem 9:30 (1h 15 min.)
młynki przed podejściem 9:30 - >Gyaru [3670m] 10:45 (1h 15 min.)
Gyaru [3670m] 10:45 -> Ngawal [3657m] 13:00 (2h 15 min.)
Ngawal [3657m] 15:00 -> Manang [3540m] 17:30 (2,5h)

Drużyna twardzieli to Monia, Jola i ja, reszta idzie dołem. Słyszymy, że ta trasa trwa 6-7h, czyli szykuje się długi dzień. Droga jest piękna. Jedyny trudny odcinek to ponad godzinne podejście do Gyaru – ok. 370m przewyższenia. Ale widok rekompensuje zmęczenie. Pogoda jest jak beton.
Potem trasa bardzo długo prowadzi już łagodnie w górę lub w dół, ale długo. Słońce i co chwila zapierające dech widoki na całą dolinę oraz Tilitsho Peak (7132m), Annapurna III (7555m), też Annapurna IV (7525m).
Spotykamy sporo ludzi, już znajomych na trasie. Każdy z nich ma inną rozpiskę tej trasy i inne czasy przejść. Idziemy b. długo. Z Jolą raz się gubimy, co jeszcze wydłuża naszą wędrówkę. Ostatnimi siłami dochodzimy do Manang … już nam przychodzą do głowy pomysły, żeby wesprzeć się konnym transportem J
W Manang byłyśmy umówione z drugą częścią brygady przy punkcie ACAP – ACAP jest zamknięty, ale zobaczyłyśmy ich na drodze.
Okazuje się, że w Manang przez 3 dni nie będzie prądu. Hotel ok.
Znów dyskusja co dalej – staje na wycieczce nad jezioro Tilicho – trudna i wysoko, ale widoki podobno niesamowite.

7 listopada 2010 (niedziela)


Manang [3540m]  12:00 ->Kyangshar [3750m] 15:00 (3h)

Leniwy dzień. Śpimy ile trzeba, potem znów dyskusja czy na pewno Tilicho – jest 3/3 (Asia, Arletta i ja za jeziorem; Monia, Christian, Jola za zostaniem w Manangu i robieniem wypadów jednodniowych aklimatyzacyjnych). W tej sytuacji decyzja, że jednak Tilicho. To znaczy, że musimy się ogarnąć z hotelu i maszerować do Kyangshar.
W Manangu jest telefon i Internet. ACAP nie działa, nie możemy zdobyć pieczątek.
W Manang jest pełno piekarni z obłędnymi ciastkami – serwuję sobie czekoladowe ciastko z kawą….rarytas.
W hotelu przed wyjściem spotykamy super sympatyczną parę, która wyruszyła w podróż po Azji „przed dzieckiem” J
Droga do Kyangshar spokojna, dochodzimy do hotelu z przemiłą obsługą, która musi nam wystarczyć, bo ani wody ani prądu nie ma J Idziemy jeszcze na spacer – ja z Monią dochodzimy do gompy Tahrap (zamknięta)[4000m]. Spotykamy ludzi idących z kierunku Tilicho – sprzeczne informacje dotyczące czasów przejścia. Para francuzów zrobiła w dzień (9h) Kyangshar – Tilicho – Kyangshar… wydaje się nierealne, choć jak na nich spojrzeć… to może J
Kolację zjadamy w kuchni u gospodyni, bo wszędzie jest zimno. Decyzję o planie jak idziemy podejmują dziewczęta (ja z Monią zdajemy się na nie), ponieważ im się idzie ciężej niż nam.
Hotel – nocleg za free, jedzenie 4500 NPR/6 os

8 listopada 2010 (poniedziałek)

Kyangshar [3750m] 7:30 -> Tilicho Peak Lounge [ok. 4100 m] 9:15 (1h 45 min.) w tym zwiedzanie gompy Tahrap
Tilicho Peak Lounge [ok. 4100 m] 10:30 -> Tilicho Base Camp [4300m] 13:45 (3h 15 min.)

Wyruszamy i od razu dzielimy się na dwie grupy. Idąc swoim tempem – ostatnio chodzę sama… Zwiedzamy gompe Tahrap – jest super, stara, klimatyczna, opiekun rozpala świeczki.
Dochodzimy do hotelu Tilicho Peak Lounge – hotelik w stylu alpejskim, się śmiejemy – widok do pozazdroszczenia. Rezerwujemy miejsca na następną noc (dwie trójki 100NPR/os) i zostawiamy część rzeczy, by iść na Tilicho trochę na lekko.
Ruszam przodem, by zatrzymać się przed rozejściem szlaków (dwie ścieżki) – jedna w dół, druga nie. Stoimy zgłupiali i pytamy przechodzących – każdy mówi co innego… w końcu ustalam jak jest: ścieżka dolna łączy się z średnią, ale średnia nie traci się na wysokości. W miejscu złączenia jest odejście do szlaku górnego (przez wysoką przełęcz). Szlak górny (upper) jest niebezpieczniejszy – podchodzi się wysoko do przełęczy (ok. 4800m), a potem schodzi ostro piargiem – widzimy później (z Tilicho B.C.), że wygląda niefajnie. Szlak niższy jest dłuższy i bezpieczniejszy – są do niego dwie drogi (od tego rozstaju koło hotelu) – wyższa to trasa średnia (medium), niższa to niższa (lower). Idziemy medium – na początku jest nietajny fragment, ale do ogarnięcia.
Droga jest b. przyjemna, świetnie się mi idzie, zostawiam grupę w tyle. Przechodzi się przez sypkie piargi, ale do ogarnięcia, potrafią tam konno jeździć, choć podobno od czasu do czasu ktoś spada. Trzeba uważać, ale poza tym ok., droga wyraźna. Monia widzi błękitne owce i kozice.
W schronisku Tilicho Base Camp jestem o 13.45 (Monia 25 min później, pozostali 1h później). To prawdziwe schronisko – są duże sale, bierzemy całą dla 6 osób (160NPR/os). B. drogie jedzenie, choć to nie dziwne.
Z Monią robię spacer aklimatyzacyjny w stronę jeziora. Już czuć wysokość. Wracamy na kolację. Rachunek na nocleg i jedzenie – 9000NPR/6 os.

9 listopada 2010 (wtorek)


Tilicho Base Camp [4300m] 7:45 -> Tilicho Lake [5100m] 10.45 (3h)
Tilicho Lake [5100m] 12:30 -> Tilicho Base Camp [4300m] 14:30 (2h)
Tilicho Base Camp [4300m] 15:15 -> Tilicho Peak Hotel[ok. 4100 m] 18:00 (2h 45 min.)

Wychodzimy ze schroniska po bardzo długiej nocy – dla Moni bezsennej, dla mnie super ciepłej J Jola chrapie jak stary dziad – hahaha J Ale wieczór była jednopiosenkowa impreza z reflektorami.
Marsz do jeziora idzie mi bardzo łatwo, nie mam żadnych problemów wysokościowych, a trzeba sporo podejść – przełęcz nad jeziorem to 5100 m.
Jezioro piękne… Ale już wybudowali budkę z herbatą i jedzeniem, choć toalety brak… na razie. Widoki obłędne – już wysokogórskie – lodowce, lawiny. Lodowiec schodzi do jeziora.
Monia dochodzi do mnie po pół godziny, czekamy sporo na naszą lazy team – docierają o 12:30 (1h45min po mnie). Jak przychodzą wyglądają śpiewająco J Mamy dość napięty plan na dziś, więc decyduję się już z Monią schodzić, żeby za dnia dotrzeć do hotelu. Rozdzielamy się.
Z Monia schodzę do Tilicho B.C. – tam szybki lunch i przepakowanie się. Jesteśmy wykończone, ale trzeba iść. Idziemy, powoli się już ściemnia…. Mnie się w drodze robi słabo, boli głowa – dlaczego przy schodzeniu?? Spotykamy znajomego Anglika i Izraelczyków – hehe, jestem już sławna jeśli chodzi o podejście na Tilicho – że weszłam świeża i czekałam 2h na resztę znajomych – ale teraz świeżo to nie wyglądam J
Pokoje w hotelu nowe, super. Czekamy na resztę, ale się nie doczekałyśmy – o 19.30 już byłyśmy w łóżkach.

10 listopada 2010 (środa)


Tilicho Peak Hotel [ok. 4100 m] 11:30 -> Yak Kharka [4150m] 17:30 (6h)

Czekamy z Monią na resztę grupy – przychodzą o godz. 10:00 – spali w Tilicho B.C. – w ogóle nie wyruszyli wczoraj, bo byli za późno, tylko dziś rano bardzo sprawnie.
Za to my z Monią miałyśmy bardzo relaksujący poranek – delektowałyśmy się śniadaniem, gadając z Belgami o trakach i wyciągając informacje potrzebne w dalszej części wyjazdu.
Idziemy do Yak Kharki  szlakiem nieopisanym w przewodniku Kurczaba – jest to droga sezonowa – strzałka przy drodze do hotelu Tilicho Peak z gompy. Dochodzimy do opustoszałej osady pasterskiej – obserwujemy tłumy orłów latających nad głowami. No i jaki są też J
Od osady droga nie jest opisana – trzeba iść w dół w prawo trawersem przez zbocze wzdłuż kamiennych murków. Wychodzi się wysoko, żeby następnie zejść ostro w dół po zimnej ocienionej stronie wzgórza. Jest zimno, ślisko, droga oblodzona.
Schodzimy do potoku (mijamy stragan z herbatą i gadżetami). Następnie ostro w górę i aż na samą górę (trochę w lewo bardziej), aż zobaczy się drogę z Manangu – teraz już prosto do Yak Kharki.
Idę z Jolą raczej bliżej końca grupy niż początku – Jola przejęła biegunkę Asi.
Lądujemy w hotelu Gangapurna, gdzie są już nasi znajomi z poprzedniego dnia. Super żarcie – obłędny yak-burger ratuje mi życie i spełnia marzenie o mięsie… Nigdy nie zapomnę tego smaku J Pierwsze mięso od początku trekkingu! W hotelu jest fajny klimat, wspólna sala, jedzenie jest fenomenalne, ale może też jesteśmy wygłodniali J. Zamawiamy ciepły kubeł wody i robimy sobie prysznic… pierwszy od kilku ładnych dni (nie będę pisać ilu, bo nie ma się czym chwalić ;)

11 listopada 2010 (czwartek)


Yak Kharka [4150m] 9:00 - > Churi Lattar [4250m] 10:00 (1h)
Churi Lattar [4250m] 11:30 -> Thorung Phedi B.C. [4550m] 14:00 (2,5h)

Zaczynamy od śniadania przy ciepłym stole (ogrzewanie pod stołem). Następnie maszerujemy – droga jest łatwa, lekko w górę – dochodzimy do zabudowań Lattar – tam zatrzymujemy się na kawę i ciastko. Christian się rozkręca i rozmawia z innymi – ON MÓWI!!!!
Dalsza droga to już trochę podejść i zejść. Nie należy kierować się przewodnikiem, bo droga idzie inaczej (przez osuwiska) – szczególne podejście po zejściu do rzeki i przejściu na drugą stronę rzeki. Na górze jest tea-hause – można się napić i kupić batony.
Stąd już niedaleko do Thorung Phedi Base Camp – hotel jest duży, sporo miejsc, toaleta na zewnątrz, zimna sala jadalna, ale przepyszna kuchnia.
Siedzimy, jemy i się relaksujemy. Odkrywamy talenty naszego rodzynka – ON GRA NA GITARZE!

12 listopada 2010 (piątek)


Thorung Phedi B.C. [4550m] 5:40 –> Thorung Phedi High Camp [4800m] 6:50  (1h 10 min.)
Thorung Phedi H.C. [4800m] 7:00 -> tea hause [5100m] 8:00 (1h)
tea hause [5100m] 8:00 -> Thorung La [5416m] 9:40 (1h 40 min.)
Thorung La [5416m] 10:40 -> Chabarbon [ok 4200m] 14:10 (3,5h)
Chabarbon [ok 4200m] 16:20 -> Muktinath [3800m] 17:20 (1h)

Wstajemy rano, żeby wyjść wcześnie (między 5-6tą). Okazało się, że zapomnieli o naszym śniadaniu. Nie jest zimno bardzo – bez przesady, da się żyć. Niektórzy wychodzą b. wcześnie, lecz podobno lekarz w Manangu nie zalecał wychodzenia przed 5tą.
Pierwsze podejście jest b. strome, mnie się idzie ciężko (kaszka ze śniadania jak kamień na żołądku + okres). Szybko robi się na tyle jasno, ze nie potrzeba już czołówek (wychodzimy jak jest zupełnie ciemno).
Od H.C. idzie mi się zdecydowanie lepiej, są ciągle podejścia, ale i też zejścia. Nie ma śniegu ani lodu – pogoda beton. Dość dużo ludzi na szlaku, ciągle się kogoś mija. Słońce jest bardzo ostre – nie do wytrzymania bez okularów. Spotykamy się w tea hausie – niektórym idzie słabo. Dziewczyny idą bez plecaków a i tak im ciężko. Monia zaciska zęby, ale plecak ciąży jej znacznie. Christian został tak w tyle, że go nie widziałam (nasz the fittest….).
Kolejny odcinek to niekończące się pagórki, za którymi ciągle się wydaje, że zaraz będzie przełęcz. Idzie mi się super, nie czuje wysokości ani plecaka. Dochodzę na przełęcz, pełno chorągiewek, bardzo dobra widoczność, choć widoki bez porównania z Tilicho.
Czekam na Arlettę – przychodzi po ok. 15-20 min., potem (40 min) przychodzi Monia, Asia i Jola – ledwo żywe, ale szczęśliwe, że się udało. Nie czekam na Christiana, bo umieram z zimna (przychodzi podobno po kolejnej godzinie)
Teraz zaczyna się najgorsza masakra –schodzenie… Przez ładnych kilka godzin ostro w dół. Schodzę sama, co chwila mijam się z różnymi znajomymi ze szlaku. Ciężko.
Dochodzę do restauracyjki w Chabarbon – nie tak długo czekam na resztę. Główne schodzenie za nami, po obiedzie idziemy do Muktinath. Tam w hotelu Bob Marley spotykamy wszystkich znajomych. Jak na nazwę hotelu przystało, wieczór kończy się imprezowo i b. wesoło – wreszcie prawdziwe wakacje. Wszyscy świętują udane przejście przez przełęcz.

13 listopada 2010 (sobota)

Muktinath [3800m] 11:30 -> Kagbeni [ok. 3000m] 14.30 (3h)
Kagbeni [ok. 3000m] 16:00 -> Jomson [2713m] (jeep)

Budzimy się i z Monią idę na śniadanie, gdzie spotykamy Christiana i ustalamy, że widzimy się w sanktuarium.
Zwiedzamy sanktuarium Muktinath, a Christian przebiega pod 108 źródłami lodowatej wody – musi być bardzo zdeterminowany, żeby mu się jakieś życzenie spełniło. My wchodzimy do świątyni i zostajemy pobłogosławione – mamy teraz czerwone kropki na czole i mnich daje nam jakąś wodę do picia (ciekawe czy sraczka będzie..?). Łazimy trochę po kompleksie, są świątynie i buddyjskie i hinduistyczne. Wszędzie pełno modlących się pielgrzymów.
Jesteśmy umówieni z dziewczętami, że o 11tej ruszamy do Jomson. Z Monią jesteśmy na czas po krótkich zakupach, a Christiana nie ma. Wraca spóźniony i nie jest jeszcze spakowany. W efekcie czekamy na niego pół godziny i czara się przelewa, następuje konfrontacja i awantura. Christian jest zawiedziony naszą grupą, że nie jesteśmy zgraną grupą, a przede wszystkim, że się NIM NIE OPIEKUJEMY! Dla nas szok. Wygarniamy sobie, ale chłopak nie kuma i tylko ma pretensje. Od tej chwili wszyscy czekamy, aż nasze drogi się rozejdą.
Idziemy drogą do Kagbeni, są liczne skróty, które czasem okazują się nie do przejścia. Docieramy do Kagbeni i nie możemy się tam ogarnąć co tam jest do zobaczenia. Jest już tak późno, ze decydujemy się dojechać do Jomson jeepem. Okazuje się, że ostatni odjeżdża o 16:00 (koszt chyba 300NPR). Umawiamy się na niego i idziemy zwiedzać.
Ale nie wiemy co jest do zwiedzania i w efekcie kręcimy się po mieście jak smród po gaciach, miasteczko jest rzeczywiście nie z tego świata. Nie udaje nam się znaleźć świątyni, a trzeba iść na jeepa. W sklepie kupujemy super ser z jaka (120NPR/100g) – bomba! Jeep jest punktualny – jedziemy często korytem rzeki. Nie dalibyśmy rady tego przejść dzisiaj.
Jomson okazuje się niezbyt przyjaznym miejscem, trudno nam znaleźć hotel, podobno wszystkie bilety w kierunku Pokhary zostały wykupione… Znajdujemy hotel 300NPR/pokój. Dowiadujemy się w hotelu, że z biletami Jomson -> Beni -> Pokhara nie będzie problemu. O 6 rano otwierają sprzedaż biletów, o 6:30 jest pierwszy bus. Christian dowiaduje się o loty Jomson – Pokhara (koszt 66USD), samolot dziś nie odleciał ze względu na pogodę, co będzie jutro niewiadomo. Bilety są wyprzedane, ale jak będziemy chcieli to odmówią Nepalczykom, bo oni mniej płacą – nie podoba nam się takie podejście… Nie chcemy być Białymi Z Dolarami. Decydujemy, ze jednak bus.
Wieczorem idziemy z izraelitami ;) na imprezę w lokalnym barze – mega klimat, sami Nepalczycy. Rozkręcamy imprezę – taneczny szał, wężyk między stolikami. Wracamy o 1 w nocy – już jest zamknięty hotel. Z rozpaczą ;) się żegnamy. Mnie (lidera, hehehe) przez cały wieczór chłopaki przekonują, abyśmy z nimi jechały do Tatopani. Królem wieczoru jest Jezus, a właściwie Super JezusJ

14 listopada 2010 (niedziela)


Jomson ->Ghasa (jeep, 3h) 600NPR/os
Ghasa -> Beni (bus, 4h) 700NPR/os
Beni -> Pokhara (bus, 4,5h) 200 NPR/os

Wstajemy rano na busa, ale okazuje się, że nie ma biletów… Ale się nie poddajemy i siedzimy pod budką z biletami. No i organizują nam jeepa do Ghasa. Potem mamy się przesiąść do Beni, a następnie do Pokhary. Wydaje się ryzykowne, ale wyszło bardzo sprawnie.
Droga jeepem dostarcza super widoków – klimat jest tropikalny, zjeżdżamy intensywnie w dół. Czasem jedziemy korytem rzeki Kali Gandaki. W Ghasie jest check-point. Bardzo sprawnie przesiadamy się do lokalnego busa (mega mało miejsca – niezły koszmar). Na postoju w Tatopani spotykamy naszych kolegów J jazda autobusem dostarcza niezłych emocji – centymetry dzielą nas od przepaści… Kompletnie brak widoków – jest bardzo mgliście.
Umęczeni podróżą lądujemy w Beni. Próbujemy znaleźć ekspres bus do Pokhary (żeby być choć trochę wcześniej) – niestety niby ekspres bus, ale jedzie tyle samo (ta sama cena) – siadamy z przodu, więc mamy trochę miejsca na nogi – uff.
Wjeżdżając do Pokhary każą nam dopłacić 100NPR/os za dowiezienie do lakeside (obszar turystyczny) – wkurzamy się… i….zostajemy wyrzuceni tylko my (inni turyści dopłacają). Jest ciemno i nie wiadomo gdzie iść. Na szczęście podjeżdża kolejny autobus, z którego wyrzucone zostają dwie dziewczyny – oczywiście z Polski! Mówią, że do lakeside jest  około 20 min pieszo. Pytamy ludzi i rzeczywiście dochodzimy w 15 min. choć nie jest przyjemnie, bo nie ma prądu w całym mieście i panują ciemności że hej.
Długo szukamy hotelu (brak miejsc). Znajdujemy w końcu całkiem sympatyczny, tylko niestety okaże się, że portier to zboczeniec. Cena za trzy pokoje (3,2,1-osobowe) to 2000NPR, po wyjeździe Christiana za 2 i 3-osobowy 1500NPR

15 listopada 2010 (poniedziałek)


Pokhara

Pokara to super miasto – spokojne, pełne sklepików – idziemy na shopping! Ma to być dzień relaksu.
Na śniadanie idziemy nad jezioro, a potem płyniemy łódeczką na wyspę zobaczyć świątynię Warahy (koszt małej łódki 300NPR – w obie strony) – wiosłuje pani, gdyż my jesteśmy wszystkie dziewczyny J (Christian już żyje własnym życiem). Na wyspie jesteśmy atrakcją dla szkolnych dzieci, które proszą nas o robienie sobie z nimi zdjęć. Z resztą nie tylko dzieci… Zwiedzanie nie trwa nawet pół godziny. Wszędzie gołębie obsrańce…
Wracamy na ląd i znów shopping – dwa tygodnie w górach daje o sobie znać J Ogarnia nas małe szaleństwo, dziewczęta kupują miliony spodni. I tak do wieczora.
Na wieczór jesteśmy umówione z chłopakami izraelitami do knajpy Busy Bee – w knajpie marna muzyka, ale pizza dobra! Nawet Christiana z nami przyszła i się upiła. Trochę tańczymy – spotykamy znajomych Hiszpanów z imprezy z Jomson. Ale o 22 impreza się kończy! Wychodzimy i okazuje się, że miasto wymarło o tej godzinie… Decyzja więc, że kupujemy piwo w budzie i idziemy do chłopaków, a dokładnie do Jesusa… Wychodzimy szybko, bo impreza jakoś się nie rozkręciła…

16 listopada 2010 (wtorek)

Pokhara

Ten dzień chcemy poświęcić w większym stopniu na zwiedzanie Pokhary – zaczynamy od wycieczki do pagody Pokoju. Mnie już się zaczynają przygody jelitowe – to początek sagi….
Płyniemy pod pagodę łódką (300NPR/łódź) i wchodzimy na górę około godziny. Pagoda została wybudowana jako jedna z wielu pagód w różnych krajach, które mają przypominać o pokoju jako wartości (pomysł zrodził się po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki). Na szczycie może być obłędny widok na góry, jednak wciąż nie dopisuje pogoda i jest mgliście, widoczność żadna. Następnie schodzimy do miasta bezpośrednio. Droga prowadzi przez dżunglowe klimaty, udaje nam się zobaczyć stado małp. Potem jeszcze długo idziemy przez miasto oglądając jego mniej turystyczną część jak i tą super turystyczną.
Ciągle zatrzymujemy się na kolejne zakupy (jak to baby). Christina już odłączyła (bez słowa pożegnania… smutek) i pojechała na wycieczkę do parku narodowego Chitwan.
Robimy zakupy w fair-tradedowym markecie, który jeszcze nie został otwarty J W ogóle w Pokharze jest sporo sklepików fair-tradedowych lub sprzedających produkty powstałe w wyniku jakiegoś programu rozwoju.
Dopiero wieczorem dochodzimy do hotelu. Idziemy do włoskiej knajpy MammaMia – ja myślę, że już po moim zatruciu – ale to dopiero początek… Monia rzyga w drodze do knajpy, potem całą noc kolejne dziewuchy wywracają żołądek na lewą stronę. Ja nad ranem.
Na następy dzień kupiłyśmy bilet do Katmandu (na placu autobusowym, ale można też w agencjach – koszt 450NPR/os. Wszystkie autobusy odjeżdżają rano (7:30).

17 listopada 2010 (środa)


Pokhara 7:30 -> Katmandu 15:00 (autobus)

Wszystkie z wyjątkiem Joli mamy wirusa (Jola -> kto pije i pali ten nie ma robali!) ledwo dojeżdżamy na autobus (trzeba być na 7:00). Wszystkie zielone.
Na szczęście autobus okazuje się super komfortowy w porównaniu z poprzednimi naszymi doświadczeniami. Są numerowane miejsca nawet i rozkładane siedzenia. W naszym autobusie nie ma żadnych turystów. W tym samym czasie odjeżdża kilkanaście, jak nie więcej autobusów do Katmandu.
Podróż jest małym koszmarem, ze względu na zatrucie i chorobę lokomocyjną – dla mnie. Ponadto nasz kierowca to prawdziwy rajdowiec, uwielbia swoją pracę, uwielbia prędkość i wyprzedzanie => nie wiem co ze sobą robić…
Podróż trwa do ok. 15:00, jest przerwa na lunch. W Katmandu wyrzuca nas w najbardziej dogodnym dla nas miejscu – prosimy o takie najbliżej dzielnicy Thamel. Potem znów poszukiwanie hotelu – nie jest łatwo z miejscami znów. W efekcie lądujemy ponownie w Rosebad Hotel (cena 1200NPR/ 5 os – w tym jedno miejsce na materacu na podłodze).
Przez cały dzień nic nie jem, na wieczór idziemy z Jolą i Monią do knajpy (w moim przypadku gotowany ryż). Zaliczam kolejne zakupy – puchówka (4000NPR).

18 listopada 2010 (czwartek)

Katmandu

Mamy w planie zwiedzanie Katmandu. Jedziemy do Bhaktapur (cena taxi 600NPR/5os, powrotem do Durbar Square 500NPR/5os, w agencji 750NPR/os(!) )
Bhaktapur zwiedzamy z przewodnikiem z ulicy (200NPR), jest ok. nie narzucający się. Bardzo fajna atmosfera – stare świątynie, budynki – wstęp 750NPR/os, dobrze się też robi zakupy, więc dalej szalejemy… Szale, figurki, obrazki…
Spędzamy tam ok. 2-3h, choć można mniej, ale to bardzo przyjemne miejsce.
Około 13:00 bierzemy taksówkę na Durbar Square (wstęp 300NPR/os). Tu mieszka Kumari – żywa bogini – dziewczynka, która do utraty pierwszej krwi jest czczona jako bogini. Oglądamy świątynie i już mamy dość zwiedzania. Wracamy na piechotę na Thamel, gdzie dobijamy kolejnych zakupów, mając poważne obawy jak to wszystko przywieziemy i zmieścimy się w 20 kg limitu bagażu. Kompletne szaleństwo – dobrze że już wyjeżdżamy – to nas powstrzyma J

19 listopada 2010 (piątek)


Powrót:
Kathmandu (KTM) -Delhi (DEL)  godz: 16:35 PM - 18:00 PM (19/11/2010)
Delhi (DEL) - Moskwa (SVO)  –godz. 2:15 - 6:15 [20/11/2010]
Moskwa (SVO) - Warszawa (WAW)  godz. 10:15- 10:25 [20/11/2010]

Dzień powrotu. Pakujemy się, idziemy na śniadanie. Dziewczęta robią ostatnie zakupy. Wydajemy ostatnie pieniądze. Spotykamy Christinę, ale znów się na nas wkurza. Tradycja.
Około 13tej bierzemy taxi na lotnisko (300NPR). Lądujemy na lotnisku (ogromna kolejka do wejścia, trzeba być wcześniej, bo overbooking jest standardem i można się nie zmieścić do samolotu). Zaczynamy naszą podróż back Home. Na lotnisku w Katmandu przechodzimy milion przeszukiwań, security check itp…



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz