poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Maroko


Jedno oko na maroko a drugie na kaukaz


Motto:Trzy Gazele w ciągłym poszukiwaniu biegunki: 

„Biegunka dogania tych którzy przed nią uciekają, a ucieka tym którzy ją gonią!”


Herb wyjazdu to gazela.

Kursy walut (orientacyjnie)
1 EUR = 11,20 Dh = 3,89 PLN
1 PLN = 2,87 Dh

27 marca 2010 (sobota)


Przelot:
Warszawa (WAW)  - Paryż (CDG)  godz. 7:05- 9:30
Paryż (CDG)    – Casablanca (CMN) godz. 15:25 - 17:25

Nauka dnia: Podnoszone zagłówki w siedzeniach w samolocie oraz cieliste rajstopy dla Murzynek

Przelot błysk mimo 5h oczekiwania w Paryżu. Casablanca – pogoda urocza 21st. Powitał nas miauczący Kot, który przekroczył granicę bez paszportu.
Celnik przepytał mnie ze znajomości stolicy Maroka – oblałam. Ale on nie znał stolicy Polski, więc jesteśmy kwita.

Specjalizujemy się językowo: Gosia – arabski, Monia – francuski, Winnie – język ciała J Jesteśmy więc mistrz drużyna.

Wypłacamy z Monią pieniądze w bankomacie – po 2000Dh.
Przemiły pan daje nam pełne info jak dojechać na dworzec autobusowy CTM (Marokańskie przedsiębiorstwo transportowe CTM - la Compagnie de Transport et de Tourisme du Maroc). Pociągiem Aeroport 40 min. -> Casa AIN SBEAA -> zmieniamy pociąg -> Casa Port (10 min.) Stamtąd ma być 200 m do dworca CTM. Koszt biletu 40Dh/os. Kupujemy bilet. Na lotnisku pustki, chyba mało kto korzysta z pociągu a nie taksówki.

Mamy wrażenie, ze Marokańczycy cały czas się z nas śmieją. Jakbyśmy strasznie zabawne były.

W oczekiwaniu na pociąg poznajemy Koreankę z Kanady, która podaje nam adres jakiegoś hotelu (bo my nie mamy żadnego). Spotykamy też Senegalczyka z Francji, który przyjechał na konferencję o AIDS i HIV.
Na dworcu CTM do którego trafiłyśmy po licznych wskazówkach bardzo uczynnych Marokańczyków okazało się, że biletów na dziś nie ma. To wymagało zmiany planów – trochę pomotałyśmy się między dworcem kolejowym (dojazd do Agadiru z przesiadką w Marakeszu 185Dh/os) a CTM.

Decydujemy się na spędzenie dnia w Casablance i kupujemy bilet na CTM na następną noc (190Dh, odjazd 23.15).

Jedziemy petit taxi do hotelu, gdzie nie ma miejsc, ale polecają nam hotel gdzie są J - hotel Victorie Koszt noclegu 60Dh/os. Łazienka i prysznic na zewnątrz.

Spalamy grzałkę i z tego powodu mam w nocy koszmary J


28 marca 2010 (niedziela)


Casablanca

Bladym świtem budzi nas śpiewający muezzin – czyli jesteśmy na wakacjach! Od rana słychać liczne głosy i smarkania nosa – łatwo się nie śpi, hehe

Ogarniamy się bardzo powoli, plecaki zostawiamy u miłego pana właściciela i ruszamy na medynę. Tam targ, sklepiki, ale zero nachalności – jesteśmy zauroczone, ale to dopiero początek…

Chcemy kupić grzałkę… jeden chłopiec każe nam 15 min poczekać to poszuka i zabiera naszą starą. Po 15 min. wraca z IDENTYCZNĄ! Jesteśmy urzeczone! Koszt 20Dh (jeden wcześniej oferował nam za 240Dh grzałkę gigant). Ogólnie na targu jest wszystko do dostania…

Siadamy na kawę i herbatę obserwując męska modę na ulicy (bo co nas obchodzi damska…).

Ruszamy piechotą do meczetu Hasana II, który robi niesamowite wrażenie, a oprowadza nas przeurocza Marokanka (meczet można zwiedzać tylko w grupie z przewodnikiem). Na zwiedzanie wchodzimy jako studentki ;) 60Dh/os. Prawie cały meczet zrobiony jest z marokańskich surowców. Otwierany dach też może robić niesamowite wrażenie. Wszędzie pełna elektronika, tytanowe drzwi i przepych na maxa. Ale warto było. Gdyby nasza Świątynia Opatrzności Bożej tak wyglądała…hehehe. W ogóle wizyta w meczecie natchnęła nas, że chcemy Licheń obejrzeć…hihi

Na ogromnym placu przed meczetem kwitnie życie towarzyskie – całe rodziny przesiadują, bawią się.

Następnie spacer po targu w drodze do informacji turystycznej, która nie działa. Zero zaczepiania, czujemy się mega swobodnie, co wciąż niezmiernie nas zadziwia. Po spacerze lądujemy w mocno europejskiej knajpie, ale wciąż wizja sraczki w CTM odstrasza nas od poużywania sobie żywieniowo…J Podobno ona każdego zawsze w Maroku dopada… więc obiecujemy sobie, że od jutra (skoro i tak nie można jej uniknąć, hehe)

W centrum telefonicznym zostajemy oświecone o tajemniczych prefiksach, dzięki którym można dzwonić J Trzeba dodać prefiks „05” do numerów stacjonarnych, a „06” do komórkowych. Mając tą tajemną wiedzę, Monia, nasza mistrzyni, dzwoni i rezerwuje hotel w Agadirze, hotel Canaria, cena 160Dh/3os.

Wieczór spędzamy siedząc na ławeczce, która już stała się „nasza” oraz w knajpie gdzie oczywiście brak jest innych kobiet, a faceci oglądają mecz. Zapoznajemy dziewczynkę, którą strasznie śmieszy nasz pobyt tam. A facet kelner jest mega zakłopotany jak chce do WC – wpuszcza mnie do służbowej, wcześniej sprawdzając czy jest ok. J

Odbieramy bagaż z hotelu i lecimy na dworzec CTM. Tam trochę wszyscy nieprzytomni – mało kto co wie, jaki autobus, kiedy i gdzie. Poznajemy Berberyjkę, która strasznie nas zaczepia. Pochodzi z Agadiru. Najpierw okazuje się, ze ma bilet na inny bus niż my (z resztą chyba nie umie czytać), ale ostatecznie ląduje w tym samym – kto to wie… bagaż trzeba nadać jak na lotnisku, koszt 5Dh/szt. W autobusie znów zawierucha z numerami siedzeń, ale znajduje się samozwańczy organizator, który wszystkich usadza.

Ja siedzę z takim panem lekko starszym, dziewczęta razem. Gosia ma spięcie z panią z tyłu, która nie pozwala jej, z niewiadomych przyczyn, rozłożyć siedzenia. Nie wiadomo jak – pani znika w ciągu godziny….

Po raz kolejny doświadczamy uprzejmości Marokańczyków, a to Monia się zgubi, a to coś którejś spadnie. Turystów innych totalnie brak.


29 marca 2010 (poniedziałek)


Agadir

Odkrycie dnia: Zakutane panie kryją pod kolorowymi szmatami człowieka np. w garsonce.

Mamy w nocy jeden postój, a następny to już na miejscu. Jest 7:30 my kompletnie nieprzytomne. Jesteśmy na dworcu w Agadirze. Bierzemy petit taxi do hotelu, który okazuje się b. przyjemny i tani (jednak 140Dh/3os). Logujemy się, niektórzy się kąpią, inni pozostają mniej wykąpani i idziemy na śniadanie.

Wychodzi słońce, pan w knajpce uroczy, śniadanie jest ogromne (15Dh), co nas wprowadza w osłupienie.

Idziemy szukać informacji turystycznej – i to jest prawdziwa wyprawa! Każdy gdzieś nas kieruje, ale nie wie gdzie J Łazimy, łazimy, aż nastroje w grupie skierowały się w kierunku głębokiego zwątpienia w sukces naszej wyprawy… Ale udało się! W IT dostajemy jakieś info, może niezbyt pełne, ale daje możliwość zaplanowania kolejnych dni.

Trafiamy na plażę, gdzie pełno nie tylko białych , ale też Marokańczyków, zarówno zakutanych jak i rozebranych, a wszystkiemu towarzyszą koparki, które układają piasek, żeby ładnie leżał… Ogólnie koszmar – zastanawiamy się, jak się żyje w Agadirze „All inclusive”… i maszerujemy. Słońce jest niemiłosierne. W oddali widzimy plażę, która wygląda, że śmieci na niej brak. To daje nam siłę i energię by do niej dojść i spełnić urlopowe marzenie o plażowaniu. Docieramy z obolałymi na maxa nogami, a tam strażnik i wejść nie pozwala! Otóż mamy iście królewski gust – plaża jest własnością króla i wchodzić nie wolno. Ale po krótkiej pogawędce strażnicy wpuszczają nas byśmy sobie zdjęcia porobiły.

Wracamy na plażę tych, którzy królami nie są i zasypiamy momentalnie. Budzimy się kompletnie nieprzytomne, zmęczone, umordowane słońcem, trochę podpalone. Teraz już wiemy, ze „All inclusive” to mega męczący urlop - co za twardziele się decydują!?

Wracamy plażą, a przy wyjściu zaczepiają nas półnadzy przystojniacy oferując wycieczkę po okolicy! Oh yeah! Już się martwiłyśmy, tyle się mówi o sex-biznesie w kurortach arabskich, że starsze panie mają wzięcie, a tu nikt na nas nie zwraca uwagi – że taki marny z nas sort…. Zadowalamy się samą propozycja, nie korzystamy J

Umordowane, w upale szukamy muzeum. Nie jest łatwo, znajdujemy drugą IT z przemiłą panią, a i muzeum w końcu. W muzeum jazda na maxa, dostajemy głupawki na widok berberyjskich naszyjników, kolczyków i klamr do pasków. Odjazd na maxa… hehehehe jesteśmy jedynymi z Polski turystami od 2 lat – za nami wchodzą jacyś turyście – chyba naganiamy klientów J Koszt biletu 20Dh

Już ledwo żyjemy, ale jeszcze supermarket, bo wodę trzeba kupić. Gosia woli dostać udaru niż kupić małą wodę za 10Dh (dużą 15Dh) w przydrożny6m kiosku. W supermarkecie Uniprix – woda 1,5l – 3,5Dh! Obkupujemy się trochę też prezentowo olejowo – ceny stałe, więc odchodzi uciążliwość targowania sięJ
Byłyśmy jeszcze w ptasim zoo, i kozy i lamy jeszcze były – masakra, żal się zwierząt robi zamkniętych w małych klatkach. Choć Gosia, która się na zwierzętach zna jak nikt, twierdzi, ze są tam szczęśliwe.

Jesteśmy żywymi trupami, nogi - stopy moje – zakwasy na maxa, ledwo łażę. Idziemy na expres prysznic i obiad na placyku obok hotelu. Uroczy kelner i mega dobre jedzenie. Ja biorę sałatkę marokańską (pomidor, ogórek, cebula , pomarańcza). Dziewczęta zupę – harira. Na drugie każda bierze tadżina: Gosia z jagnięciną, Monia z ryba ja z kebabem. Obłęd, pyszne, a może my takie głodne J - bardziej niż koty na placyku, żebraki… Ale to nie jest koniec dnia…

Ponieważ za mało żeśmy dzisiaj wędrowały, ruszamy jeszcze na spacer w poszukiwaniu przystanku autobusu na jutro oraz plaża nocą. Nocna plaża to plaża oświecona reflektorami… Zero klimatu, uciekamy szybko. Ludzi raczej mało jest, spodziewałyśmy się więcej.

Wracamy obok banku, gdzie z bankomatu brałyśmy pieniądze (ja 1300Dh, Monia 1200Dh), a tam alarm na maxa! Wracamy zdechłe tak, że czujemy, że to urlop…


30 marca 2010 (wtorek)


Agadir – Park Narodowy Sus Massa

Dzisiejszy plan to park Narodowy Sus Massa, podobno raj dla ornitologów. My postanawiamy tam dotrzeć lokalnymi autobusami. I jest to nie lada wyzwanie, bo nie ma ani rozkładów , ani tras. Wiemy tyle, że busem numer 25,28,45 z Agadiru jedziemy do Inezgane. Tam przesiadamy się do numeru 17 firmy GAB. Udaje nam się to dzięki licznej pomocy lokalsów. W autobusach nie podróżują żadni turyści. Babeczki są zakutane na maxa. Dzieciaczki się nam przyglądają. Ale wszyscy bardzo uprzejmi. Pan konduktor również. System jest taki, że po wejściu podchodzi pan i sprzedaje bilet. A w trakcie jazdy wsiadają kontrolerzy kontrolera i sprawdzają czy wszyscy mają bilety.

Koszt Agadir – Inezgane 4Dh/os, Inezgane – Messa 10Dh/os. Co w porównaniu z grand taxi za 500Dh jest ceną obłędną. Czasowo wyszło około 3h do Messa. Ciężko się połapać, ale da radę. Lądujemy na końcu trasy 17tki w Massa i teraz ruszamy asfaltem piechotą do parku. Oczywiście wszyscy chcą nam zorganizować taxe.

Maszerujemy 1,5 km i natrafiamy na skautów pod drzewem, którzy twierdzą, że wynajęcie przewodnika jest obowiązkowe – koszt 150 Dh. Idziemy z dowcipnym acz o ciętym języku chłopcem. Dość gadatliwym. Spacer z nim trwa ok. 1h. Okazuje się, że w parku nie ma ptaków (!), bo ze względu na opady i powódź została przerwana laguna przy ujściu rzeki i morze wdarło się i powstała mega duża cofka. Więc zamiast słodkiej wody jest słona i dupa, ptaki poleciały…. Ale widoki cudne, szczególnie ujście rzeki. Pozbywamy się przewodnika i maszerujemy brzegiem i wydmami, drżąc z przerażenia na widok licznych śladów żmij na piasku (hehehehe).

Siadamy na urwistym brzegu, dokładnie na granicy morze/rzeka. Ja idę w kimę. Jest upał nieziemski. Budzę się, a tu dziewczęta już są adorowane przez jakiegoś śniadego przystojniaka. Okazuje się, że ma na imię Lohsen i wcale nie adoruje obu dziewcząt – to Gosia staje się jego wybranką. Będzie noszona na rękach i obsypywana kwiatami. Zaprasza nas do siebie na herbatę. Zajmuje się wynajmowaniem pokoi. Ja go nie polubiłam , więc więcej nie napisze.

Dostajemy kontakt do jakiejś kwatery w Tafraoute. Domek jest mocno na modłę europejską – plastikowe meble ogrodowe, ale i zagroda z kozami i osłem. Robi się późno, więc ruszamy powrotem. Podziwiamy widoki – obłędne. Podobno Niemcy wykupują tu ziemię i stawiają dacze na lato.
Wracamy i spotykamy panów na osiołkach. Chłopiec jeden straszliwie się popisuje, a osiołek biega jak modelka na wybiegu J

Gdy dochodzimy do wsi, widzimy autobus – cudem udaje nam się go zatrzymać, żeby Gosia doszła. Powrót trwa 2 razy krócej, bo kierowca jest rajdowcem. W Inezgane próbujemy się dowiedzieć o autobusy do Tafraoute – CTM jest z Agadiru ok. 15.45 – trochę późno. Idziemy na dworzec prywatnych autobusów – tam info, ze odchodzą o 6,7 rano oraz 23. Pozostaje nam opcja 7 rano….. wakacje….

Wracamy do Agadiru, zmęczone, ze olewamy dalsze planowanie podróży i decydujemy się na próbę dostanie się do Inezgane na 7 rano.

Lądujemy w naszej uroczej knajpce, tej co wczoraj, z tym samym uroczym kelnerem. Zjadamy wielbłąda J Nie jest zły, ale bez rewelacji. Ja dobijam się czekoladowym musem.

Pan nam tłumaczy, że dojazd grand taxi nie musi być tak horrendalnie drogi. Jeśli pójdziemy na dworzec, to zamiast 300Dh, powinnyśmy zapłacić 5 Dh/os. Na to się decydujemy – jutro czeka nas przygoda z dużą taksówką – biały mercedes J

W pokoju po raz kolejny przekonuję się , że jestem dzieckiem szczęścia. Znajduje w plecaku szwajcarski scyzoryk i kłódkę do plecaka – ktoś mi przez pomyłkę wrzucił, a ja właśnie marzyłam o scyzoryku J Gdzie , kiedy i jak to się stało pozostanie na zawsze tajemnicą…

Aaa! Zapomniałam dodać, że cały dzień chodziłam z zarostem na twarzy, hehehe (piasek). Motto Moni – kompletnie goła siedzi a wokół mężczyźni łażą. Naga nie była, ale się czuła w krótkich spodenkach.

Gosia: Kiepsko było z tymi endemitami dzisiaj… Trzeba sprawdzić łyżko dziobowego ptaka, który jest bardzo znany i wstyd go nie znać. A ciekawe czy nasz przewodnik zapamiętał nazwę ptaków: łyska (whisky) oraz żuraw (żiraf).

Koszt noclegu 140Dh/3os.

31 marca 2010 (środa)


Agadir–> Inezgane 6:00 - 6:30 (grand taxi)
Inezgane ->Tafraoute 7:30  - 12:00 (bus)

Myśl dnia:  „Cały autobus rzygających Marokańczyków i my twarde laski z Polski”


Plan wcześnie-ranny całkiem nam wyszedł. Wstałyśmy jak porządny muzułmanin – tuż przed muezzinem – 5 rano. Przed 6 łapiemy pepitka i jedziemy do dworca grand taxi. Tam doznajemy olśnienia jak działa system grand taxi – „collectiva” – płacimy 6Dh za dojazd do Inezgane. Tylko jeden facet jest z nami (po 4 Dh byłoby, gdybyśmy czekały na jeszcze 3 osoby więcej).

Na dworcu w Inezgane kupujemy bilet za 50 DH – autobus ma być o 7:00 (jest 6:30). Życie na dworcu autobusowym to dopiero jazda. Były i bójki i policja, i nawoływanie, i handlowanie, jeden wielki gwar. My siedzimy i czekamy. Cytat z Gosi „Na takim targu w ciągu godziny dzieje się więcej niż na nie jednej polskiej wiosce przez rok”.

Koło 7:30 podjeżdża autobus. Jest niezłe zamieszanie, ale my ogarnięte rezerwujemy sobie miejsca siedzące. Facet za bagaż chce od nas 20 DH, nie mamy siły się kłócić, tym bardziej, że on jest przekonany, że mamy 2 plecaki. Czasem trzeba się poddać dla świętego spokoju.

Wsiadamy i wciąż trwa handel – banany, płyty, kasety (z możliwością odsłuchania), historie życia, żebracy – wszyscy przechodzą przez nasz autobus. Ruszamy koło 8 rano, czyli tylko godzinne opóźnienie.

Jedziemy często stając na całkiem długo. Zasada jest taka, że każdego zabierają, nawet jak miejsca nie ma, część osób stoi.

W końcu wjeżdżamy w góry – wtedy pan konduktor chodzi i rozdaje woreczki na rzyganie. Widoki niesamowite, serpentyny… A koleś obok nas zielony z workiem przy ustach. Jest jazda. My twarde, niewzruszone, wspominamy taką jedną koleżankę… J

Lądujemy w gwarnym Tafraoute, jest 12ta. Szukamy hotelu, oczywiście te wymienione w Loney Planet są w pełni zablokowane. Oglądamy dwa gdzie są miejsca. Jeden luksusowy, nowy, za 200Dh/3os Drugi mega obskurny na 120DH/3os, ale z przemiłym panem, który przyniósł nam stół do pokoju. Urzekał nas. Bierzemy ten cudnie obskurny, bo jest uroczy i klimatyczny. Monia została przegłosowana (chciała luksusu), dlatego dostała podwójne łóżko – niech sobie dziewczyna kogoś sprowadzi na noc, ma warunki J hehehehe

Dziewczęta umierają z głodu, bo tylko ja wtranżoliłam kaszkę ranoJ Idziemy do polecanej w przewodniku knajpy, licząc, ze historia z Agadiru się powtórzy i będzie to strzał w dziesiątkę. Niestety tragedia – czekamy ponad godzinę na jedzenie, które jest niedobre. Ja dostaję zamiast soku koktajl bananowy z mlekiem, wiec oczekuję sraczki.

Idziemy zebrać info o autobusach – nie ma bezpośredniego do Warzazat, musimy jechać przez Agadir.
Ruszamy na spacer dolina w poszukiwaniu gazeli (namalowanych rytów naskalnych prehistorycznych chyba). Przepiękna okolica, wszystko intensywnie zielone w dolinie a wokół góry – jak usypane kamienie. Łazimy sobie tu i ówdzie.

A mnie sraczka nie dopada, za to puszczam bąka nie jak pensjonarka, to był bąk pewnej siebie silnej kobiety, heheheh, ale mamy Brecht.

Docieramy do wioski, a tam nagabuje nas pan, który chce nam pokazać ta namalowaną gazele. Jednak upiera się przy przeciwnym kierunku niż to opisane w naszym przewodniku, więc go olewamy. Szukamy na własną rękę, włazimy w wąskie klimatyczne uliczki wioski. Jednakże nie znajdujemy gazeli, tylko dwie pary starszych Niemców, którzy proponują, żebyśmy zapłaciły dzieciakom to nam gazele pokażą. My odmawiamy, co ich dość irytuje.

Ubolewamy trochę z dwoma lokalnymi chłopcami  nad losem małego pieska, którego mama nie chce karmić. Schodzimy szukać gazel tam gdzie wskazał nam pan wcześniej, oraz para francuzów (szok – ona w samym staniku i szortach… w muzułmańskiej wiosce!).

Słuchamy muezzinów, bo oni jakby ze sobą gadali, bo jest ich dwóch. Zastanawiamy się o czym rozmawiają i co teraz robią – znów pojawia się temat biegunki na którą tak czekamy.

Znajdujemy ścieżkę, która być może wiedzie do gazeli. Ale jest tak pięknie, że siadamy na kamieniach i podziwiamy widoki, a ja pisze co tu pisze, Monia kartki, a  Gosia sobie zdjęcia żuczkowi i niebu.

Gazela odnaleziona! Yeah! Tylko jeśli chodzi o prehistorię to chyba w Maroku była 30 lat temu max. Mimo zapewnień w obu przewodnikach, trudno nam uwierzyć w wiek tych rytów. Ale spotykamy psa na dole, i choć nie jest prehistoryczny to warto było tu przyjeść , hehe. Widzimy, że można się wdrapać na samą górę tych kamieni (na których jest gazela), ale robi się późno i zimno.

Maszerujemy ścieżynką do miasteczka mijając zakutane panie – tu wszystkie są na czarno i zarzucają chusty sobie na twarz jak nas widzą. Ciekawe dlaczego? Może myślą że jesteśmy facetami – i tu licytacja czy wszystkie? Skąd mogą wiedzieć, że jestem leniem…? Hehehe

Lądujemy w kolejnej knajpie – lecz niestety znów porażka. Stare frytki obrzydliwe. Znów obiecujemy sobie, że nigdy więcej tu nie przyjdziemy J

Zaczepia nas pan od rowerów, ale nic nie wiem, bo to dziewuchy z nim gadały. Wracamy do domu. Ja zostaje, a dziewczęta wynajdują kiosk CTM, więc będziemy mogły zaplanować swoją podróż dalszą. Wielki Brat czuwa – to hasło dla dziewuch – chodzi o ksero, które miały zrobić, a szybciej nasz pan gospodarz zrobił …. czyli mówisz masz.

1 kwietnia 2010 (czwartek)


Tafraoute – trekking na Jebel El Kest

Myśl dnia: Trzeba mieć cel, nawet jak się okaże, że ten cel to nie ten cel!:)

Wstajemy o 8, a muezzina w ogóle nie słyszałyśmy. Gosia miała psie koszmary, ale jej psu nie wypadły zęby i jest ok. Idziemy na śniadanie berberyjskie – omlety z pomidorowym sosem – ekstra. Idziemy sprawdzić CTM, ale biuro zamknięte. Spotkałyśmy Japończyka, który robi spóźniony (?) wolontariat w Maroku.

Próbujemy znaleźć taxi, by zawiozła nas w góry, ale się nie udaje… Idziemy więc łapać stopa… no i po jakimś czasie niedługim łapiemy. Kolesie wiozą nas obłędnymi serpentynami do samej wioski wysoko w górach. Potem chcą 150Dh. Stargujemy do 100Dh. Ale odległość ogromna, więc cieszymy się z podwózki, chcemy wyjść na Jebel El Kest (2359m). We wsi Anergui spotykamy bardzo konkretnego pana, który tłumaczy nam drogę, tak przejrzyście, że pewne siebie ruszamy w górę.
Źródło: Climbing in the Moroccan Anti-Atlas: Tafroute and Jebel El Kest, Claude Davies 

Podchodzimy na przełęcz, w pocie czoła i skwaru. Po 45 min. dochodzimy. Gosia postanawia zostać, a ja z Monią ruszamy dalej. Za ok. 2h powinnyśmy być na szczycie. Niestety nie mamy dobrej mapy. Jest pusto, pięknie, powietrze przejrzyste, cicho, widoki obłędne. Ale też jest maksymalny skwar.

Spotykamy grupę Francuzów, oni nic nie wiedzą, gdzie byli i gdzie idą, bo są prowadzeni przez Berbera. Wiedzą tylko , że już idą 5h. My wciąż wypatrujemy kopczyków i punktów opisanych przez pana ze wsi… Dochodzimy do polany/przełęczy ze studnią. Moni wg mapy wydaje się, że trzeba iść w prawo, włazić, ale ścieżka i kopczyki wskazują lewy szczyt. Decydujemy się na lewo i wbiegamy na górę. Już wiemy, ze nie zdążymy zejść do Gosi na 16tą, jak się umówiłyśmy. Ale szczyt jest tak blisko. Włazimy, jest cudnie, widoki obłędne – widać aż Atlas!

Trzeba się zbierać w dół. Ale nie tak łatwo znaleźć ścieżkę w dół. Trochę się gubimy, ale w końcu dajemy radę. Biegniemy do Gosi i już z nią na dół.

Czeka nas jeszcze marsz drogą, bo nikt nas nie odwiezie, a stopa można złapać tylko na dole… idzie się mi super. W wiosce spotykamy naszego pana, który nam tłumaczył trasę. Okazuje się, że jednak nie weszłyśmy na Jebel El Kest…. Niestety….

Idziemy drogą serpentynami w dół. Gosi idzie się bardzo marnie. Po 2 godzinach robi się kompletnie ciemno, idziemy razem. Nie widać żadnych samochodów, więc marne szanse na stopa…. Wtem nagle wyłaniają się światła!!!! Trochę strach machać, ale nie mamy wyjścia… Machamy. A tam trzech Arabów, czystych, pachnących, ubranych na biało w mercu w skórze,,, Ładujemy się, z nadzieją, ze to nie są marokańscy gwałciciele J jedziemy w ciemną noc.

Chłopaki okazują się bardzo sympatyczni, pochodzą z Casablanki i przyjechali na urlop świąteczny. Zostaje nagrany film z nami w roli głównej (brudne, śmierdzące Polki z gór z czystymi pachnącymi chłopakami w mercu J podwożą nas pod hotel, nie chcą od nas żadnej kasy. To się nazywa szczęście J

Idziemy na kolację i określamy się co kto ma: ja – dysgrafię, Gosia – lateralizację skrzyżowaną, Monia – lateralizację rzepek.

Zrobimy drużynę i Monia będzie naszym hersztem

2 kwietnia 2010 (piątek)


Tafraoute – wycieczka rowerowa

Plan na dziś to rowery! W nocy jednak Monia przeżywa atak Krwiożerczych Komarów (KK), które nie dają jej spać.

Z rańca znów pędzimy do CTMu, który na szczęście jest otwarty – właśnie odjeżdża bus do Agadiru. Dowiadujemy się o połączenia. Mamy o 8:00 połączenie do Inezgane. Mamy też połączenie Tinghir – Marakesz o 8:45, ale to dalsze plany.

Po krótkiej dyskusji decydujemy, że zostajemy tu do jutra i kupujemy bilet na jutro. Zjadamy śniadanie i jest już koło 11:00, kiedy wypożyczamy rowery. Bo wcześniej wchodzimy do sklepu z pamiątkami i oczywiście robimy zakupy – ja dwie pary kolczyków i spełniam swoje marzenie z dzieciństwa kupując nóż do papieru.
Rowery są git, bez amortyzacji po 50Dh/dzień, z amortyzacją 80Dh/dzień.

Ruszamy więc, chcemy objechać dolinę Ameln. Jedziemy, jest gorąco, ale super, piękne widoki, ale skumałyśmy się, że źle pojechałyśmy, i jedziemy trochę polną drogą. Są super formacje skalne, ta droga to wyzwanie! Dojeżdżamy do niebieskich skał - głazy w roku 1984 zostały pomalowane na niebiesko przez pochodzącego z Belgii artystę Jean’a Verame’a. Kompletny kicz – koszmar jakiś, ale fotografujemy, może nie jesteśmy dość wrażliwe na sztukę…

Dalej ruszamy dróżką, część drogi prowadząc rowery, bo jest za stromo. Jest wiele kierunkowskazów, no i oczywiście mylimy drogę i lądujemy powrotem na drodze, gdzie już byłyśmy J.

To już wracamy do Tafraoute idziemy na sok i jeszcze raz rozpoczynamy wycieczkę. Jest trochę górek po przejechaniu których walimy się na zieloną trawkę i podziwiamy skowronki.

Mamy plan dojechać do Tahala i wrócić powrotem (ok. 14 km). Droga potem to jeden wielki obłędny zjazd w dół! A widoki! Szok – bardzo zielono, intensywnie na tle gołych suchych gór. Zachwycone, decydujemy się w wiosce Tahala nie wracać tylko zrobić pętle doliną Ameln (ok. 26 km). Jest sporo ostrych podjazdów, ale i zjazdów w dół, przecinamy też potoki.

Jesteśmy już zmęczone, goni nas czas, jeśli chcemy wrócić przed zmrokiem, ale widoki rekompensują to wszystko. Z czasem teren się wyrównuje, a nam i tak coraz trudniej pedałować.

Mijamy wioski i mamy już naprawdę dość pedałowania. Strach nas ogarnia nieprzenikniony, że ostatnie 4 km do Tafraoute będzie pod górę – na szczęście to pomyłka! Dajemy rade przed zmrokiem – 19:00.  W sumie jedziemy te 26 km ok. 2,5h.

Tyłek to bym sobie najchętniej amputowała – niezły ukrop! Ledwo  idziemy, ale zachodzimy do sklepu z arganowymi gadżetami i się obkupujemy – ja mydełka. Po ekspresowym prysznicu – nieprzytomne, głodne, zmęczone, czyli jak to na urlopie – lądujemy w knajpie, gdzie rzucamy się na suchy chleb. Kelner przynosi nam jedzenie i my się tym jedzeniem kompletnie nokautujemy.

3 kwietnia 2010 (sobota)


Tafraoute -> Inezgane 8:00 -12:30 (bus, 50Dh/os)
Inezgane -> Warzazat 16:00 - 22:00 (bus, 100Dh/os)

Dziś czeka nas cały dzień w podróży. Mamy plan przemieścić się z Tafraoute do Warzazat. Bilet na poranny CTM do Inezgane mamy już, godz. 8:00, cena 50Dh.

Rano śniadanie i jedziemy! Autobus jest pusty dość, ale nam się trafia rzygające dziecko przed (które jak się okaże zarzyga mi plecak…)

Jedziemy nad przepaściami, ale Gosia mnie przekonuje, że jak spadniemy autokarem w przepaść to mamy zerowe szanse na przeżycie – uff nie będę kaleką… A na tych serpentynach roboty drogowe i ciężki sprzęt J

Lądujemy w Inezgane ok. 12:30. Dziewczęta szukają połączeń do Warzazat. Okazuje się, że albo 15:30 i dojazd na 23:00 albo 16:00 i o 21:00 jesteśmy. Cena różni się o 10 Dh. Kupujemy wersję późniejszą, ale szybszą i droższą – 100 Dh/os.

Łazimy chwilę po suku (targu), dziewczęta kupują ładowarkę do noki, którą Gosia dzień wcześniej umiejętnie połamała (jak widać wszystko jest do kupienia od ręki). Mamy dużo czasu, więc idziemy usiąść gdzieś na soku, równocześnie rozważając rozluźniające efekty picia soku – ile go trzeba wypić, żeby poczuć. Wciąż gonimy biegunkę bez sukcesu….

W knajpce zaczepia nas pan, który twierdzi, że nie ma szans dojechać w 5h do Warzazat… Ale też twierdzi, ze jest fanem Manchester United, po czym Gosia przepytuje go o bramkarza i ten polega nie mając pojęcia, ze to Polak.

Siedzimy i prowadzimy też dyskusje o walorach urody Marokańczyków, ale żaden nie proponuje nam małżeństwa – to nas trochę niepokoi… wg przewodnika powinnyśmy się  „stykać z nagłymi propozycjami zamążpójścia”. Jedynie pocieszające wytłumaczenie to, ze biorą nas za studentki, bo propozycje (zgodnie z przewodnikiem) składają jedynie kobietom po 25tym roku życia (starym pannom). Tym się musimy pocieszać … ech….

Jedziemy na dworzec autobusowy szukać miejsca gdzie można zjeść harrire – w końcu znajdujemy. Już wszyscy na placu wiedzą, że jedziemy do Warzazat o 16:00. J

Autobus jest wcześnie podstawiony, wygląda ekstra, w przeciwieństwie do tego tańszego o 15:30 – tamten masakryczny rzęch – byłoby przeżycie!

A nasz luksus, pan niemiły, ale konkretny, kasuje nas 10Dh od bagażu. Ruszamy punktualnie i grzejemy ostro. Jest kilka przystanków, w tym jeden na wieczorną modlitwę. W autobusie towarzyszy nam Pan Chrapacz, który chrapie pełnym gardłem J Na miejscu jesteśmy o 22:00.

Idziemy na dworzec spisać autobusy w różnych kierunkach, a tam dopada nas chłopiec  i proponuje hotel. Jest dziwny, ale się decydujemy zobaczyć. Uznaje, że jestem szefem grupy i pewnie znam arabski lub berberyjski – wszystko przez moją etiopską chustę na głowie. Zaprowadza nas do hotelu, który ma być po 150Dh/3os, pokój jest super. Upewniamy się o ceny i chłopiec nam potwierdza, wtedy przychodzi właściciel hotelu i mówi, że cena to 200Dh/3os – wkurzamy się i wychodzimy!

Idziemy do hotelu z loney planet. Po drodze widzimy rowerzystów – pewno tez jadą do tego samego hotelu, ale my jesteśmy pierwsze. Dostajemy ostatni pokój z wc i łazienką za 235Dh/3os + śniadanie.

Koleś zagaduje Manię i wycieczki organizowane. Na 3 dni na Merzugę, Dades, Todra i cały inny full wypas to 100 Euro. Po dyskusji postanawiamy się zdecydować.

Druga część naszego urlopu szykuje się bardzo na luzie czasowo i bez stresu organizacyjnego. Ale to się jeszcze okaże….

4 kwietnia 2010 (niedziela)

Warzazat - Ajt Bin Haddu

Wielkanocna niedziela rozpoczęła się bardzo rano – nasz pokój jest na rogu dwóch ulic – mam poczucie jakbym leżała na ulicy, a ciężarówki nade mną przejeżdżały. Masakra.

Ale okazuje się, że jest możliwość zmiany pokoju, co tez czynimy. Gadamy też o wycieczce 3-dniowej, wygląda ok., choć jeśli chodzi o cenę to robią nas na pewno.

Idziemy na grand taxi i pod dłuższym targowaniu facet schodzi z ceny 150Dh na 90Dh za kurs do Ajt Bin Haddu. Jedziemy przez pustynię, mijamy studia filmowe (tu kręcili Gladiatora, Kleopatrę, Asterixa…).

Dojeżdżamy do kazby – fortyfikacji z gliny z VIII-XI w. Aby do niej się dostać trza przejść boso przez rzekę J Jest sporo turystów, ale mieszkańców brak, miasteczko jest praktycznie wyludnione – można chodzić po pustych domach. Wstęp kosztuje 10 Dh.

Jest trochę Pustyny klimat, szczególnie jak się wylezie na samą górę. Siedzimy tam z Monią obserwując jakieś Piaskowe Gryzonie. Widać niesamowicie kontrast zielonej doliny rzecznej z okolicznymi suchymi wzgórzami. Była tu niedawno powódź – wciąż widać ślady.

Obserwujemy też jak tworzą „cegły” z tej gliny do budowy – twierdza musi być bardzo często reperowana, bo materiał nie jest trwały.

W trakcie naszego spaceru Gosia zaprzyjaźnia się z lokalsami, ponieważ 9 rodzin wciąż żyje w tej twierdzy i zarabiają na turystach (przyjeżdża ich ok. 150-200 dziennie w szczycie sezonu).  Lądujemy na lunchu i delektujemy się widokami.

Potem wyzwanie – trzeba znaleźć transport powrotny. Cena jest 150Dh – my nie chcemy więcej niż 90Dh. Stajemy więc na stopie, bo taksiarze nie godzą się na taką cenę. Zatrzymują się dwaj Arabowie – a podobno trudno złapać stopa i odradza się samotnym kobietom. My oferujemy 90Dh i mamy transport pod hotel. Choć trochę wyglądali na zdezorientowanych naszym odważnym wtargnięciem do samochodu.

Odpoczywamy chwilę w hotelu, po czym oczywiście nie robimy zbyt dużego relaksu tylko ruszamy na spacer (bierzemy czołówki jak zawsze J ). Dochodzimy do placu, gdzie cudowny pan, za grosze, sprzedaje nam przyprawy. Jesteśmy urzeczone jego uczciwością , że nas nie naciąga. Kupujemy miętę, kumin oraz cynamon i małe ceramiczne  tadżinki (ceny przypraw za 100g – 10Dh, mięta 20Dh, tadżin 12Dh).

Na spacer idziemy dalej, do twierdzy, a potem lądujemy w super knajpie, gdzie za 70Dh (!cena normalna posiłku to ok. 30-40Dh) – Pastilla – tak się nazywa potrawa, ale nie jest z gołębia tylko z kurczaka – pyszna.

A dnia dzisiejszego kupiłam też sobie kolejny świecznik, bo się zauroczyłam – 25Dh.

Ważnie! Wymyśliłyśmy logo Polski: brzuchaty pan z wąsem w podciągniętych białych skarpetkach, w sandałach i w swetrze w serek J

5 kwietnia 2010 (poniedziałek)


Warzazat – Skoura – Dolina Róż – wąwóz Dades

Dziś startujemy z wycieczką. Na śniadanie obstawiamy, która to para z nami jedzie. Ja jedną obstawiam, ale dziewczyny twierdzą, że nie wyglądają na Holendrów (a mają być Holendrzy). Potem okazuje się, że wszystkie miałyśmy racje – oni z nami jadą, ale są to Niemcy J Laura i Sebastian.

Busik jest bardzo komfortowy, mamy mega dużo miejsca. W hotelu zostawiłyśmy ceramiczne zakupy.

Jedziemy przez chwilę i następnie zostajemy wysadzeni w miejscowości Skoura – tam krótki spacer i oglądami kazbę po drugiej stronie rzeki. Cały spacer trwał 25 minut….

Jedziemy dalej i znów kierowca wyrzuca nas przy jakiś kamieniach, dając chwilę tylko żeby wejść i zobaczyć z góry Dolinę Róż w której jesteśmy. Dolina słynie z hodowli róż i festiwalu, który jest w maju.

Powinniśmy mieć spacer w Dolinie Róż około 1 h. Już jesteśmy lekko zirytowane, gdy okazuje się, że jest przewodnik i będzie spacer (Monia pyta kierowcę czy przewodnik jest w ramach wycieczki – kierowca potwierdza). Idziemy, a nasz przewodnik mówiący jedynie po francusku pokazuje nam krzaczki róż , na których są pączki. Wmawia nam też, że głóg to też róża, więc potem nabijamy się, żę jest figowa róża, porzeczkowa róża i inne (donkey rose – lucerna).

Odwiedzamy jedno gospodarstwo, w którym na pytanie ilu ludzi w nim mieszkanie jest odpowiedź – 3! U nas konsternacja… Okazuje się, że liczą tylko dorosłych mężczyzn….

Monia nawiązuje płomienny romans z kilkuletnim arabskim chłopcem. ;) Gospodarstwo jest ogromne i wszędzie są ołtarzyki obecnego i poprzedniego króla. Serwują nam herbatę, orzechy i daktyle oraz największe wyzwanie – kwaśne mleko (może wreszcie czas na biegunkę…?). Najdzielniej wyzwaniu stawiła czoła Gosia, ja za nią, a Monia wymiękła  - będzie nas do kibla prowadzić … hehehe. Ale biegunkę trzeba gonić, żeby nam uciekła. Ach ta biegunka, jak miłość.

Nic nie płacimy za poczęstunek – miło, że nie chcą nas robić. Pokazują nam krowy, bo Laura się pytała, hehe. A Monia poszła za swoją miłością i się zgubiła.

Wracamy do busika, a tam kierowca twierdzi, że powinniśmy za wycieczkę zapłacić (!!!?). Ale nasz przewodnika jakby nie nalega, dajemy mu 50Dh od grupy.

Potem wysadzeni zostajemy na lunch. Nasi towarzysze okazują się bardzo sympatyczni. W ogóle wycieczka to niezły odpoczynek – zero myślenia organizacyjnego.

Wjeżdżamy w wąwóz Dades – robi niesamowite wrażenie – skały plastyczne, wyglądają jak flaki. Robimy jakieś zdjęcia, ale pewnie nie oddadzą tych wysokości i przestrzeni. Dojeżdżamy do końca wąwozu i wracamy. Zatrzymujemy się w hoteliku, w którym będziemy nocować, w środku wąwozu. Bardzo przyjemy i klimatyczny, nazywa się La Vallee des Figues. Mamy pokój z balkonem, widokiem, prysznic, wc.

Dostajemy pół godziny przed dwugodzinnym spacerem z przewodnikiem po wąwozie.

Przewodnik to miły młody chłopiec, ale znów mówi tylko po francusku. Opowiada o zniszczeniach spowodowanych przez powódź, która tez tu była miesiąc temu. Rzeka jest bardzo wartka – dziewczęta marzą o spływie – byłby pierwsze, bo tu nikt tego nie robi.

Wchodzimy w wąwóz i zaczyna być ciekawie. Czasem idziemy wodą, czasem trzeba się wspinać. Ja biję rekord wspinaczki stosując styl robaczkowy, co wszystkich doprowadza do łez. Dziewczyny mają buty trekkingowi – jest im łatwiej. Ja tylko sandały. Laura i Sebo też bez treków. Jest naprawdę fajnie, wybieramy coraz trudniejsze trasy (gdy pyta nas przewodnik). Nasi niemieccy towarzysze okazują się naprawdę super z dużym poczuciem humoru – mamy ciągły brecht.

Łazimy około 2h, potem jeszcze powrót, razem chyba ponad 2,5 h. Super wycieczka, na pewno nie do zorganizowania samemu – trzeba znać trasę i pogubić się łatwo. Dziwne, że żaden przewodnik (książkowy) nie poleca tego typu rozrywki… Widoki obłędne. Bajeczne.

Gosia dostaje smsy i z Monią strasznie jej zazdrościmy! Planuje ślub na przyszły rok, hehe? Bo oświadczyny dostała. Musi jednak przeanalizować grafik, czy ma jakieś wolne soboty , hihihi J

Czekając na obiad czytamy o targu małżeńskim – to jest dla nas szansa (!) Może ktoś da jakąś znośną cenę ….hehehe

Aaaa! Jako etatowa szczęściara znalazłam w różanej dolinie przynoszącą szczęście podkowę osła. I będę ją targać do Polski.

6 kwietnia 2010 (wtorek)


wąwóz Todra – Merzuga (wielbłądy, nocleg w berberyjskiej osadzie)

Cały dzień to właściwie podróż do Sahary na wielbłądy. Budzimy się w naszym uroczym hoteliku – wczoraj padłyśmy jak zawsze wcześnie, po skonsumowaniu kolacji, na którą oprócz kuskusa dali nam, jak twierdzi Gosia, brukiew – kto wie? Nikt wcześniej brukwi nie jadł.

Na śniadaniu rozbawiamy naszych Niemców opowiadając im o kawie ince – straszliwie ich bawi opcja kawy z cykorii J

Ruszamy dalej i kolejny postój mamy w wąwozie Todra. Znów decydujemy się na dłuższą trasę, jedynie Gosia zostaje. Mamy iść wzdłuż rzeki, jak twierdzi nasz kierowca, co okazuje się nie takie proste. Często gubimy ścieżkę i musimy przekraczać potok. Ale to jest super, że nie starają się nas za rękę prowadzić i dają dużo swobody – mimo zorganizowanej wycieczki.

Pod koniec droga w wąwozie wiedzie ulicą. Ściany wąwozu robią wrażenie, szczególnie, że gdzieś wysoko widać wspinaczy. Podobno jest tu 150 tras wspinaczkowych. Robi naprawdę wrażenie.

Idziemy do końca wąwozu – można z niego wyjść – wszędzie pełno straganów z chustami.

Znów musimy wsiąść do busika i jechać dalej. Co jakiś czas jesteśmy wysadzani na zdjęcia, ale tak to cały czas jedziemy i jak nie śpimy to oglądamy pustynię z za okna.

Lądujemy w małej knajpce przydrożnej na lunch. Tam zaprzyjaźniam się z małym kotkiem. Włazi mi na kolana i swoją porcję głaskania odbiera. Więc gdy zostaje przyniesione jedzenie idzie prosić gdzieś indziej. J
Koło 17:00 dojeżdżamy do pustynnych  wydm Merzugi – robią wrażenie – ogromne góry piasku. Jest masa jeepów, ludzi i wielbłądów. Nie będziemy na pewno sami. Wsiadamy na wielbłądy i ruszamy. Jest to frajda, trochę podobne do koni, jednak trochę tracie klimat przez ilość ludzi, a także jeżdżące po wydmach motory – beznadzieja.

Ja mam przemiłego wielbłąda. Za mną jest Laura, a jej wielbłąd ciągle mojego skubie i podchodzi super blisko – poza tym cały czas beka, co nas nieźle rozbawia.

Do osady dojeżdżamy już po zmroku. Czekają na nas gotowe stoły ze świeczkami – jest klimatycznie. Mimo, że ludzi sporo, jakoś tak to organizują, że bardzo się tego nie czuje.

A! zapomniałam dodać, że zatrzymaliśmy się w toalecie nomadów – w trakcie podróży do Merzugi. Tam było pełno białych kopców.

W nocy ja z Gosią to dajemy radę, ale Monia ma przygody z Berberem, który nie daje jej spać, ani w spokoju wysikać. W końcu rezygnuje z noclegu na zewnątrz i idzie do laury i Sebastiana.

7 kwietnia 2010 (środa)


Merzuga – rzeka Draa - Warzazat

Budzimy się o 5:30, żeby iść na wschód słońca na wydmy. Nikt nas nie budzi, same z Monią wstajemy, ogarniamy się i idziemy na ogromną piaskową górę, która jest za obozem. Ledwo daje się wejść.

Niestety jest pochmurno, powietrze nie jest przejrzyste, więc marnie ten wschód słońca wychodzi. Ale widoki z góry – obłędne! Tylko nie ma się gdzie wysikać, hehehe W końcu znajdujemy jakąś marną kępkę traw.

Zbiegamy z góry na śniadanie, które do dobrych nie należy. Ja zaprzyjaźniłam się z kolejnym kotem. Nasi koledzy z obozu to grupa Francuzów oraz włoska akrobatyczna rodzina.

Ogarniamy się i na wielbłądy! Jest klimat, robi się powoli gorąco, wszystkim humory dopisują, akrobatyczne dzieciaki robią cuda na wielbłądach. Jesteśmy jedną wielką karawaną. Łapiemy jaszczurkę, którą każdy dostaje do ręki – niezła trauma dla niej.

Dojeżdżamy do miejsca startu – wszyscy jak jeden mąż rezygnujemy z prysznica, wsiadamy do busa, gdzie równo odpływamy. Jest gorąco, a my totalnie wykończeni – totalna zwała. Jedziemy tak prawie cały dzień.
Na lunch wypuszcza nas nasz kierowca w jakimś koszmarnym miejscu – restauracja obok rzeźnika – tysiące much, jedzenie nie dość że trzeba było na nie długo czekać to jeszcze jest obrzydliwe. Gosia nakręca , że stare i śmierdzące i że to prawdziwe wyzwanie dla biegunki pościgu J I jeszcze te obłażące muchy… Siedzimy tam przez godzinę i jest koszmar.

Potem ruszamy dalej i dalej w kimę. Jedziemy nie tą samą drogą, tylko przez pustynię, bardziej na południe w kierunku Zagory. Wciąż zwała – wszyscy nieprzytomni w nagrzanym busiku.

Zatrzymujemy się na spacer obok rzeki Draa –najdłuższą w Maroku. Idziemy przez jakieś poletka, w końcu trafiając na miejsce gdzie można zejść do rzeki. Moczę chustę i z mokrą głową powoli wracam do rzeczywistości…

Nagle pojawiają się obłędne widoki ogromnego wąwozu (możliwe, że rzeki Draa, ale rzeki nie widać). Wyglądają jakby ktoś naniósł na nie poziomice – góry/brzegi wąwozu. Obłęd. Zatrzymujemy się na zdjęcia.
W końcu nie wiem po nie wiem ilu godzinach w busiku w  upale wracamy do hotelu w Warzazat. Na szybko kupujemy bilet do Marakeszu na jutro na 8:30 rano (80Dh/os) i ładujemy się w upragniony prysznic.

Dzień kończymy na crepach u śmiesznej pani serwującej je na ulicy – ma to w sobie  dużo uroku. Choć jeśli chodzi o smak to zdania są różne – mnie smakuje średnio.

8 kwietnia 2010 (czwartek)


Warzazat – Marakesz 8:30 – 13:00 (80Dh/os)

Rano odjazd CTMu o 8:30. Na dworcu bardzo dziwna procedura zdawania bagażu. Chodzimy od jednego okienka do drugiego. Cena też dziwna – bagaże ważą 41 kg, cena to 5Dh za każde 40kg – płacimy 9 Dh (?)

Na dworcu spotykamy pierwszych Polaków: Sławek i Basia z Białki tatrzańskiej. Też jadą do Marakeszu, ale potem od razu Atlas Wysoki. Sprawiają wrażenie trochę mało ogarniętych. Zgubili przewodnik, pożyczają od nas by coś sobie poczytać.

W autobusie jak zawsze zabawa z numerami miejsc. W końcu po kilku przesiadkach siedzimy razem – dalej nie kumamy czemu przy kupnie biletu zawsze każą nam wybierać miejsca, kiedy potem nic się nie zgadza.
Jedziemy busem przez góry, droga rzeczywiście kręta, widoki super, ale dużą część przespałam.  Po przejechaniu przełęczy mamy postój, gdzie strasznie wesoły i kontaktowy koleś sprzedaje nam sok z pomarańczy – a wyciska go bez obierania pomarańczy (!).

Do Marakeszu dojeżdżamy około 13:00. Autobus pełen jest białych – pierwszy raz w trakcie naszej podróży. Dworzec CTM w Marakeszu jest bardzo blisko dworca kolejowego. Na piechotę idziemy kupić bilety do Casablanki na sobotę. Dworzec jest bardzo nowoczesny, idziemy wpierw do informacji. Bilet na pociąg jest na dzień, jeżeli jest bez miejscówki – ostanie połączenie mamy o 17tej, na 20:30 jesteśmy w Casablance. Połączenia na lotnisko mamy o 21 i 22:07. Cena biletu to 90Dh +40Dh – już w kasie w Casablance musimy kupić – na dojazd na lotnisko.

Jedziemy petitkiem do hotelu – niestety Niemcy się nie targowali i cena to 30Dh :/. Hotel Central Palace jest zajęty, a pokój który nam proponują jest za mały. Hoteli jest jednak mnóstwo, obchodzimy kilka i wybieramy najlepszą opcję – Hotel El Paix, za trójkę po targowaniu płacimy 170Dh/noc.

Ostatnia zbiórka pieniędzy, mamy ich dość mało. Idziemy wymienić kasę, ja wymieniam 50USD.

Ruszamy zwiedzać Marakesz. Zaczynamy od podobno najpiękniejszego minaretu meczetu Kutubja. Nabijamy się z historii o niewinnej Fatimie, która była tak niewinna, że zamieniła się nocą w gołębicę. Jest mega skwar i trudno się połapać gdzie trzeba iść. Ale mamy Monię. I ona daje radę! Doprowadza nas do kasby przez bramę Bab Agnaout. Tam w ostatniej chwili wchodzimy do grobowców Sadytów. Koleś wpuszcza nas chyba na czarno, bez biletów (ale za 10Dh), ale najważniejsze, że wchodzimy. Jest miło i chłodno. Grobowce to wykafelkowane na ziemi, jedynie tak zaznaczone. Podobno teren był bardzo długo zamurowany i pozostawiony bez opieki. I nikt nie wiedział oficjalnie, że jest. Robi wrażenie. Ale też mrówka gigant, którą wypatruje Gosia. Jest monstrualna.

Potem chcemy znaleźć Pałac El Badi – niestety zamknięty – otwarty do 16:45. Pijemy sok pomarańczowy obserwując bociany i następnie postanawiamy iść do dzielnicy dawnej żydowskiej. Prowadzi nas jakiś dziwny koleś. Dzielnica robi wrażenie, trochę mamy stracha, bo jak jakieś slumsy wygląda. Uciekamy stamtąd i kierujemy się przez stragany do hotelu.

Gosia wytargowuje chustę za 40Dh, a Monia! Monia doświadcza OŚWIADCZYN! Oh yeah! Nareszcie! Choć chłopiec po chwili twierdzi, że jest dla Moni za młody na męża – ZONK….

Po przyjściu z hotelu spotykamy się z Niemcami i idziemy coś razem zjeść. Na głównym placu są dziesiątki stoisk z jedzeniem. Gdzie można na szybko, tanio zjeść. Jest się nieźle naganianym. Siedzimy i jemy. Potem ten sam rytuał jeśli chodzi o soki. Jest ogromny gwar i setki ludzi. Żegnamy się z Laurą i Sebastianem, oni jutro rano jadą do Fez.

9 kwietnia 2010 (piątek)


Marakesz

Już wiemy, że są dwa rodzaje Jedno-kołdrowców i dwu-kołdrowców: względne i bezwzględne. Ja jestem jedno-kordłowcem względnym – przytulam się tylko do co poniektórych, a nie do wszystkich (doszła do tego Gosia po nocy spędzonej w jednym łóżku). Gosia jest dwu-kordłowcem względnym, jak i Monia – mogą się w pewnych warunkach nagiąć. W naszym towarzystwie nie ma dwu-kordłowca bezwzględnego – MUSI spać oddzielnie, bezdotykowo, bez względu z kim. Oraz brak też jedno-kordłowca bezwzględnego – musi się przytulać bez względu do kogo.

Nasz cel dziś to zwiedzanie. Ruszamy przez suk do najcenniejszych zabytków Marrakeszu na placu Ben Youssef. Bilet do trzech głównych zabytków udostępnionych do zwiedzania wynosi 60Dh. Jest mega tłum turystów. Wpierw oglądamy Medresę (szkołę koraniczną) robi wrażenie, głównie zwiedza się cele/pokoje uczniów. Maleńkie często bez okien. Wszystko jest dość zaniedbane, zupełnie niezabezpieczone, często pozostawiony jakiś syf po kątach. Przy tej ilości turystów długo nie będzie trzeba czekać, aż się rozwalą pozostałe niedrewniane części (drzwi, okiennice). Medresa jest z XVI wieku.

Potem oglądamy Kubbę z XII wieku odkrytą w latach 50tych. Widać różnicę poziomu gruntu, jak się zmienił przez te 900 lat. Oprócz kubby, która służyła najpewniej do ablucji, są jeszcze latryny i cysterna (zbiornik na wodę). Kubba ma ślicznie rzeźbioną wewnętrzną część kopuły. Znów powtarzają się merlony – ja staram się zapamiętać tą nazwę, żeby wygrać milion w milionerach.

Ostatnim zabytkiem jest muzeum Marrakeszu mieszczące się w pałacu z XIX w. Całkiem ładne wnętrza, odrestaurowane w 1995 r. Ale w muzeum to dużo nie ma, ekspozycja jest bardzo uboga, już dużo więcej można było zobaczyć muzeum w Agadirze. Wrażenie robi żyrandol na głównym dziedzińcu. Ma się wrażenie, że wszystko co jest tu prezentowane można kupić – kopię zdjęć, muzykę która idzie w tle – wszędzie informacja, ze jest do kupienia. Wystawa fotografii jest w hammanie pałacu. Tam to już w ogóle jest syf, kurz i brud. Ogromne żyrandole tak brudne, że światło nie przechodzi.

I tak kończymy naszą część kulturalną na dzień dzisiejszy. Wracając zaliczamy pierwsze błądzenie po medynie, trudno znaleźć drogę, a i trudno się pytać, bo często chcą „robić” i prowadzić do swojego sklepu. Pytamy się policjantów lub sprzedawców w siedzących w sklepikach. I się udaje. Jest godzina 13-14 i większość sklepików jest zamkniętych, jest piątek, więc widzimy, że w mijanych przez nas meczetach, jest dziki tłum modlących.

Na głównym placu taki tłum, ze nie możemy znaleźć miejsca na jedzenie. W końcu udaje się, siadamy w jakimś obskurnym, tanim miejscu na samym placu. Jedzenie średnie, ale dajemy radę. Tylko Moni i Gosi pęka cierpliwość i następuje małe spięcie w zespole.

Idziemy szukać supermarketu, co okazuje się nie takie proste. Nawiązujemy wiele kontaktów na ulicy, i w końcu dochodzimy. Okazuje się to totalną pomyłką, w supermarkecie mało co jest, wybór niewielki. Mimo tego oczywiście robię zakupy…. stawiając pod znakiem zapytania zmieszczenie się w limicie bagażu…

Wracamy taksówką do hotelu. Każemy mu włączyć licznik i wychodzi… 12Dh (!).

Teraz pozostają tylko zakupy na suku – to jest totalna masakra. Kupujemy i targujemy się, czasem mam wątpliwość czy coś rzeczywiście będzie mi potrzebne. Ale jak sprzedawca jest miły…. Kupuję buty czarne baletki skórzane (120Dh), kapcie po 60Dh – dwie pary, pasek skórzany po 120Dh oraz najważniejsze – wełnianą czapkę za 60Dh. Z czapką jest niezła jazda, dopadają nas dwie zakutane babeczki, wciskają czapki, chcą 150Dh za jedną, targujemy się, szepcą nam ceny do uszu. My z Gosią jesteśmy tak ubawione, a one schodzą do naszej ceny 60Dh i trzeba zapłacić…. To się nazywa talent! Sprzedać w upale wełnianą czapkę! Podobno z wielbłąda… hehehe. Wracamy do domu wypić piwo w czapce….hehehehe

Zjadamy jeszcze kolację na tym targu jedzeniowym – nieźle nas okantowują jeśli chodzi o rachunek. Nie ma lekko. Chociaż napiwku nie zostawiamy.

W hotelu patrzę z przerażeniem na stosy toreb z zakupowymi gadżetami i Brecht mnie ogarnia – a najlepsza z tego wszystkiego jest wełniana czapka od Berberyjki. Jak założę na jesieni  przypomnę sobie historię z Maroka i znów się brechtam na całego…. hehehehe… kupić wełniane czapki w Maroku!

10 kwietnia 2010 (sobota)


Marakesz – Casablanca 17:00 – 20:30 (90Dh/os)
Casablanca – lotnisko  21:07 – 22:00 (40Dh/os)

Budzi nas sms od siostry Gosi, że samolot spadł i prezydent i cała świta nie żyje. No to wstajemy…

Na dziś plan drobnych zakupów, na które wyruszamy, kupujemy słodycze i orzeszki, a dziewczęta wracają do pana od butów, który jest na tyle uroczy, że kupują kolejne pary (papcie po 50Dh, baletki 100Dh). Chcą mnie stargować i zostawić, ale koleś się upiera, ze jestem zamężna – nie kumam dlaczego.

Potem tylko zabijamy czas do pociągu o 17:00. Spędzamy czas w kawiarni, w której jest miły starszy pan i jak Gosia zostawia tam aparat (lustrzankę), to aparat jest do odbioru!

Na chwilę idziemy tez do cyber-parku – parku gdzie są stanowiska komputerowe i można za darmo korzystać z netu. Chcemy coś poczytać o tym rozbiciu samolotu, ale net działa słabo i robi się późno.

Ładujemy się na obiad do knajpki obok tej co wczoraj nas kelner zbeształ za brak napiwku. Mamy już resztki pieniędzy. Ja jestem zadłużona… Wymieniłam ostatnie dolary. Zaczyna być późno, więc już trochę w pośpiechu lecimy na pociąg. Chcemy wziąć taksę na taksometr, ale kilku taksówkarzy zdecydowanie odmawia, chcą nawet 60Dh za kurs. W końcu łapiemy taksiarza, który się zgadza na opłatę zgodnie z taksometrem. I wychodzi 10Dh.

Jesteśmy na czas na dworcu, ładujemy się do pociągu i w drogę. Pociąg ok., nawet pani powie przez mikrofon jaka stacja. Jest klimatyzacja, mało osób, jesteśmy same w przedziale.

Wysiadamy na dworcu Casablanca Voyagers i kupujemy bilet na lotnisko (40Dh/os). Na lotnisku jesteśmy o 22giej – nie jest to ostatni pociąg. Znajdujemy na lotnisku bardzo ustronny kącik i rozkładamy się z karimatami i śpiworami. Trochę się co poniektórzy przyglądają, ale luz, nawet sprzątający nas nie przesuwają. Jest głośno i może trudno się wyspać, ale przekimać da radę.

11 kwietnia 2010 (niedziela)


Casablanca (CMN) - Paryż (CDG)  godz. 6:50 – 11:50
Paryż (CDG)    – Warszawa (WAW)  godz. 12:40- 14:55

Wstajemy o 5 rano – mamy godzinę do zalogowania się. Toaleta i przepakowanie zajmuje nam sporo czasu. Logujemy się nie wiele przed checkin-timem – ja mam bagaż dokładnie 20 kg – uff, nie trzeba się przepakowywać J

Idziemy na kawę wydać resztkę dirhemów. A tam propozycja małżeństwa!!!! I nawet kawałek ciastka nam fundnął. Ale my już zaczekinowane – nie wiem czy można te oświadczyny zaliczyć do naszych marokańskich wczasów…

Już mamy mega mało czasu, gdy stawiamy się na odprawę. A tam trafiamy na nadgorliwego celnika – strasznie długo nas trzyma – ja pierwsza lecę, już czekają na nas. Ja mówię, że dziwczyny jeszcze na odprawie. Wpadamy i startujemy, ledwo zdążyłyśmy usiąść. Gosia trafia na bardzo rozmownego towarzysza podróży, a ja z Monią głównie przesypiamy.

Lądujemy w Paryżu praktycznie o czasie, ale każą nam się zgłosić do obsługi. Jesteśmy przeprowadzone expressowo, żeby zdążyć na samolot do warszawy. Ale ja jeszcze zdążam polecieć do bezcłowego J Niestety nie ma moich cieni do powiek – pani jest jakoś dziwnie niemiła – ja zapominam, ze wyglądam jak lump… Wbiegam w ostatniej chwili na boarding. Dziewczyny mówią, że lądujemy razem z Lechem Kaczyńskim (znaczy jego trumną). No to może być trochę bałaganu, ale zobaczymy…

Jesteśmy dokładnie tuż przed, wiec zdołałyśmy się wydostać lotniska przed zamknięciem ulic… uff.



sobota, 7 marca 2009

Etiopia


W kraju pięknych ludzi gdzie tylko zebry nie zostały zjedzone


Kurs walut (orientacyjnie):
1 USD =  11 ETB (birr) = 3,60 PLN

13 lutego 2009 (piątek)

Przelot:
Warszawa (WAW)  - Istambuł (IST)  godz. 13:20 - 16:45
Istambuł (IST)  - Addis Ababa (ADD) godz. 21:15 -  3:30 [14/02/2009]


Lecim do Afryki! Zgodnie z wskazówkami z rad porad internetowych zawijamy kocyk turkish airlines J W ogóle to będą nasze ulubione linie lotnicze J Klasa. W Stambule trochę czekamy na lotnisku, poznajemy ludzi, którzy też do Addis lecą.

14 lutego 2009 (sobota)


Addis Ababa - Arba Minch

Wczesnym świtem, właściwie jeszcze nocą lądujemy w Addis. Trza załatwić wizę, już się robi wesoło, kolejka, panie wypisują dzielnie, i nagle jesteśmy w 2001 roku J (kalendarz juliański, 7 lat przesunięcia do naszego gregoriańskiego - i w dodatku mają tu 13 miesięcy!).
Wymieniamy pieniądze w kantorze na lotnisku, na początku nikogo nie widać w budce, ale jak się dobrze walnęło w szybę to się obudził J))) pieniądze wymienione.

Z drżeniem serca czekamy, czy ktoś po nas wyjedzie i zawiezie do yemane, z którym jesteśmy już umówione na jeepa. Udaje się!

Z yemane okazuje się rozmowa trudna, nie chce się zgodzić na płatność tylko części z góry (cena za jeep 125USD/dzień). Widać, że kombinuje jak może, ech… Poznajemy naszego kierowcę – Selgaya – jeszcze da nam się we znaki. W cenę jeepa jest kierowca, który trochę po angielsku mówi, gadżety do kempingu, benzyna). Mordujemy się z dyskusją, w końcu udaje się wyruszyć. Nie chcemy by decydowali co chcemy robić i co zobaczyć, i być wożone jak bezmózgowi biali. Chyba dało się to ustalić.

Ruszamy w kierunku Arba Minch, jest tu praktycznie jedna droga na południe, jak się okaże tylko do pewnego czasu asfaltowa. Innych samochodów na drodze brak, tylko ludzie idący pieszo niosący wodę i inne rzeczy – ten widok będzie nam towarzyszył przez całą część jeepowi naszej podróży.

Zatrzymujemy się na chwilę i widzimy kozę która wtranżala kamienie – to jest dopiero desperacja! Zaskoczenie budzi u nas również ogromna wylewność, która darzą się mężczyźni – przytulają, chodzą za rękę, obejmują. Dochodzi do nas jak jesteśmy spaczone przez naszą kulturę.

Dojeżdżamy do Arba Minch i już starcie z naszym kierowcą – wiezie nas do już ustalonego z góry hotelu, a nie tam gdzie chcemy. Upieramy się, podobno nigdzie nie ma miejsc, bo jakaś konferencja jest. W innym podpytujemy się czy są miejsca i najpierw są, ale potem wchodzi Selgay i coś mówi po amharsku i już zażenowany pan mówi, że miejsc nie ma… Kłamiąc w oczy. Ściema na maxa, ale do ściem na maxa będziemy się musiały przyzwyczaić… Ale i Selgay nie wie jeszcze, że nie trafił na całkiem durne białaski
Moskitiery są, ale komarów brak zupełnie. Wieczorem idziemy na spacer, poznajemy chłopaków studentów, którzy zaskakują nas znajomością historii Polski… rozbiory itp. Aż nam było głupio, bo my z historii marne…

Jak robi się ciemno, to robi się totalnie ciemno, bo oświetlenia raczej nie ma. I pierwszy raz to widzę, tak jest, ciemnym ludziom widać tylko gałki oczne…

15 lutego 2009 (niedziela)


Arba Minch - PN Nechisar

Rano zjadamy śniadanie przy hotelu i jedziemy do parku narodowego Nechisar, czyli białe trawy. Jedziemy trochę jeepem, ale my chcemy się przejść. Robimy rundkę z strażnikiem parku – strażnik parku to standard, zawsze z bronią, choć podobno rzadko z nabojami J

Dochodzimy do jeziora Chamo, tam spotykamy jakiś miejscowych chłopaków. Znów trochę śmiechu, jesteśmy atrakcją. Zwierząt w parku praktycznie brak, widzimy perlice dzikie i oczywiście zebry. Zebry się ostały, bo ich mięso nie jest smaczne… taka prawda.

W drodze do gorących źródeł widzimy stada małp – to ich widać tez nie zjedli ;) Gorące źródła to okropna betonowa sadzawka, nie takiego. Ale, że była niedziela, załapałyśmy się na mszę, która była na drodze dla kilkunastu ludzi siedzących na trawie. Super klimat!

Wracając z parku, popsuł nam się samochód! Niezła przygoda na początek… mamy stracha, bo przecież w końcu frajerki zapłaciłyśmy z góry. Jedziemy do strażników parku i tam Selgay próbuje naprawiać, a my siedzimy pod „namiotem” ze strażnikami, którzy w karty grają. Na ścianach glinianych domków suszą się chyba ryby z jeziora.

Samochód udaje się naprawić jakoś i wracamy do Arba Minch. Idziemy do knajpki na jedzenie, a tam na dachu tluką się małpy – właściwie nie tłuką się, tylko się bzykaja, ale dach jest blaszany J

Kawa etiopska to marzenie… nawet Gosia pije… ja bez mleka też, zupełnie nie gorzka… ech, tego będzie mi brakować.

16 lutego 2009 (poniedziałek)


Arba Minch - Dorze - Konso

Wpierw jedziemy do wioski Dorze około 35 km od Arba Minch. Słynie z tego, że ich domy budowane z bananowca wyglądają jak głowy słoni. Po wiosce oprowadza nas wesoły chłopak – drugi syn wodza. Oglądamy chaty wewnątrz, mieszkają razem ze zwierzętami. Ale sprzęt rtv i agd ;) tez jest. Mamy okazję też prząść oraz przerabiać liście bananowca, z których robią tu mnóstwo rzeczy od sznurków po chleb. Chodzimy „uliczkami” między chatami, jest bardzo serdecznie, brak jest innych turystów. I dość autentycznie, nie silą się na folklor, chodzą w adidasach i puszczają nam dvd, choć wciąż mieszkają w tych chatach, tkają i przerabiają bananowca. Tkają tylko mężczyźni – to męski zawód.

Przymierzamy chusty przez nich robione, z tym tez jest masa śmiechu. Drugi syn wodza robi mi bransoletkę z włókien bananowca i zawiązuje na ręce – będę ja nosić jeszcze długo, długo J

W wiosce jest możliwości noclegu – wygląda bardzo przyjaźnie i fajnie, żałujemy, że nie znałyśmy tej opcji. Na koniec dostajemy do spróbowania chleb z liści bananowca (obrzydliwy) oraz jakiś lokalny trunek wysoko alkoholowy, hehe. A czeka nas jeszcze zwiedzanie targu. Też tam idziemy z drugim synem wodza.

Na targu zostaje wyśmiana – hehehe – wszystko przez moje krótkie zielone spodenki i półprzeźroczystą chustę, którą mam jako spódnicę – do końca nie wiadomo z co ludzi tak bawi, ale uśmieją się równo. Niezłe przeżycie!

Widzimy też tuf – endemiczne zboże z którego robią injere – smak injery jeszcze przed nami.

W Konso zatrzymujemy się w knajpie, a w knajpie koza śpi J cudnie. A robali ogromnych karaluchów jest mnóstwo. Luzik.

W hotelu zatrzymujemy się na kilka nocy, to będzie nasza baza wypadowa. Hotel jest obskurny i nie pozwalają nam się razem zalogować do pokoi (wiemy, ze nie należy nalegać, bo można zostać uznanym za homoseksualistę a za to jest więzienie…, więc się nie upieramy). Ogólnie płacenie za hotele jest zabawne, bo płaci się za łóżko, więc para mieszana płaci tyle samo co jedna osoba tej samej płci. Oczywiście mając na uwadze to co wyżej jest napisane, teoretycznie nie ma opcji spania w jednym łóżku dwóch osób tej samej płci. Teoretycznie, bo czasem śpimy, ale płacimy jak za dwa łóżka, żeby się zgadzało…

Pokoje są b. głośne – od rana jeżdżą ciężarówki pod oknem, a z kibla śmierdzi. Nie ma wody, dostajemy litr w dzbanku, żeby się umyć. Jest pora sucha, więc nie ma co się dziwić. Mycie w litrze wody jest jak najbardziej możliwe J Opanowałam.

17 lutego 2009 (wtorek)


Konso - Yabelo - Konso

Na śniadaniu spotykamy ekipę z loney planet, którzy piszą aktualizację przewodnika… wiele nam to wyjaśnia dlaczego przewodniki LP są takie nierzetelne nieraz… ale co tu będę pisać.

Najpierw czeka nas wyjazd do parku narodowego Yabelo, który jest zaraz obok miasta o tej samej nazwie. Bierzemy z Konso autostopowiczów, co powoduje niezłe spięcie z Selgayem, który chce od nich pieniądze. Ech…  W parku narodowym znów nie za wiele zwierząt, głównie niesmaczne zebry, ale Gosia poszukuje abisyniaka (bush crow) i udaje się! Ponadto podziwiamy ogromne kopce termitów – oczywiście pykam sobie zdjęcie, bo jak tu zdjęcia nie mieć takiego z buszu, hehe. Nasz strażnik (w każdym parku trzeba iść ze strażnikiem) ciągle gada przez telefon. Dziwne, bo my w ogóle zasięgu nie mamy. A i jeszcze zdjęcie pod akacją – oczywistość!

Po zwiedzaniu parku idziemy na jedzenie – i wreszcie injera! Nauka jedzenia to wyzwanie!  I jeszcze ten zwyczaj, że ludzie się karmią rękami – niezłe wyzwanie, ale dajemy rade jak nam pokazują.

Idziemy na krótki spacer po miasteczku, ale trafiamy na jakiegoś idiotę, który za nami krzyczy, że chodzimy oglądać biedę jego kraju…

Widzimy siano kładzione na drzewach i nie wiemy o co chodzi, w końcu ktoś nam wyjaśnia – siano kładzie się na koronach drzew, żeby zwierzęta nie zjadły. A my się zastanawiałyśmy o co chodzi…

Wracamy do Konso i postanawiamy stawić czoła smrodowi z kibla. Wpadam na genialny pomysł. Mamy KMnO4 do odkażania, robię stężony dość roztwór w menażce i wlewam do odpływu prysznica (stamtąd smród) i …. nie śmierdzi aż do rana!

18 lutego 2009 (środa)


wioski Mechekie, Busso, Gesergio

Dziś będziemy oglądać wioski na południu, wokół Konso. Bierzemy jakiegoś bardziej oficjalnego przewodnika, będącego członkiem jednego plemienia, chyba tez rodzina wodza. Wiadomo, taka praca z turystami, to najlepszy kąsek. Chłopaczek upiera się, że ma 18 lat, ale ja bym mu dała 14… Ale ma nas oprowadzić, poopowiadać, i jest naprawdę sympatyczny, choć czasem trochę koloryzuje (opowiadając jak walczył z tygrysem… hihihi)

Zaczynamy od wioski Gesergio, zwanej inaczej Nowym Jorkiem, ze względu na formacje skalne, które komuś NY przypominały. Jest to miejsce, gdzie mega są mieszkańcy nastawieni na łojenie turystów. Awantura by robić im zdjęcia za pieniądze – my nie chcemy, robimy tylko skałom. Następnie schodzimy w dół wąwozu z tłumem dzieciaków. W ogóle opracowałam sposób na prośby dzieciaków o pieniądze, jak one proszą o „one birr” to ja je proszę o „two birrs” – i kończy się wielkim śmiechem, że biały prosi je o pieniądze. Spacer po wąwozie to dobra opcja, nie jest się narażonym na nagabywanie dorosłych, a dzieciaki są takie jak wszystkie dzieciaki na świecie, raczej w głowie im zabawa.

Do kolejnej wioski idziemy piechotą, przez „pola”, jest okazja zobaczenia jak żyją i żyją bez cywilizacji żadnej, nawet pługi mają z kawałka konaru. Wszystko drewniane ręcznie robione, śladu nie ma po rzeczach fabrycznie robionych. Teraz rozumiemy dlaczego z takim zaangażowaniem proszą o puste plastikowe butelki po wodzie – to dla nich super naczynie, na które ich nie stać.

Mijamy tez grób, kogoś zasłużonego, bo ma figurki (mniej zasłużonym grobów podobno się nie robi) – mężczyzna wygląda mało jak człowiek, ale co do jego męskości nie ma wątpliwości, hehe.

Dochodzimy do wioski Mechekie, to wioska naszego przewodnika, więc zaglądamy do jego rodziny. Wioska jest dość rozbudowana, wszędzie alejki, każde gospodarstwo ogrodzone. Na głównym placu stoją wysokie drągi, podobno w ten sposób odliczają czas. Poznajemy całą rodzinę naszego przewodnika i dostajemy do rozwiązania zadania matematyczne (równania z modułami) – wzbudzamy szacunek, bo rozwiązujemy – podobno inni odwiedzający nie dali rady ;)))) Chyba trochę chcą się pochwalić, że są wykształceni….

Mijamy tez wioskę Busso i powoli wracamy do samochodu. Po drodze mamy przygodę, bo dzieciaki zaczepiają nas (rzucają kamienie, szczypią), nasz przewodnik coś im mówi i nawiązuje się bójka (z rodzicami dzieciaków), bo on jest nie z tego plemienia, z którego dzieciaki. My uciekamy do samochodu, agresja ludzi jest w sumie spora. Przewodnik (trza pamiętać , że to dzieciak) wraca trochę pobity. Wtedy wkracza jakiś tamtejszy „szeryf”, zabiera dzieciaki, które zaczęły i daje publicznie w dupę. Jest dużo nerwów, hałasu, ogólnie awantura…

Wracamy do Konso, ponieważ dzisiejszej nocy nie mają dla nas pokoi, dają nam do dyspozycji dach i rozkładamy tam namioty J To jest klimat.

19 lutego 2009 (czwartek)


Konso -  Key Afar - Arba Minch

Juz odbijamy się , bardziej na południe nie pojedziemy, dziś mamy dojechać do znanego i polecanego w przewodnikach targu Key Afar. Droga już dawno przestała być asfaltowa, jedzie się wolno, często droga jest zastawiona kamieniami – to takie zagrodzenia, jak u nas się stawia drewniane.

Na targ schodzą się plemiona pohandlować, ale tez pokazać – za zdjęcia trzeba płacić. Nie robię zdjęć, bo jest w tym mało autentyczności, trochę takiego cyrku. Ale pokupujemy, mnie najbardziej się podoba malutkie krzesełko, które kupuję i uczę się na nim siedzieć. Rzeczywiście jak się umiejętnie siądzie to jest wygodne, a zmieści się w większej torebce ;) Kupujemy też tykwy, koraliki itp.

Głownie są plemiona Hamer i Banna.

Potem już droga na południe, dojeżdżamy do Arba Minch – dość męcząca , długa droga. W drodze kupuje od dzieciaków zrobiony z kamienia/skały/ ziemi   samochód – niesamowite, jakie zabawki tworzą.

Wieczorem – injera – powoli się przekonujemy, to co przeczytałyśmy, ze smakuje jak stara szmata… naprawdę można polubić.

20 lutego 2009 (piątek)


Arba Minch - Wondo Genet - Shashemene

Jedziemy do Wondo Genet – w hotelu Bekele Mola, przed który stajemy na parkingu zasuwa niezłej wielkości żółw J

My idziemy na spacer, w poszukiwaniu źródeł. Znajdujemy, ale nie robi to wrażenia – ludzie się kąpią. Ogólnie wciąż towarzyszą nam dzieciaki. W drodze powrotnej jeszcze zauważamy kościółek koptyjski oczywiście. Widzimy drewniane konstrukcje na drzewach – to ule J

Następnie w samochód i do Shashemene już na nocleg. Nie widzimy śladu ruchu rastafarian ,ale może mamy pecha. Kupujemy bardzo okazyjnie worki na ziemniaki na nasze plecaki – przydadzą się w dalszej podróży. Wypijamy boski sok z mango (tego smaku się nie zapomina), nie wiem co lepiej będę wspominać sok z mango czy kawę… ech…

A i jeszcze widok na „Siitii Senter” J Niestety zamknięte.

Pokoje teoretycznie maja mieć wyższy komfort, no wiec … może trochę J robimy sobie imprezkę przy owocach, których nazw nie znamy.

21 lutego 2009 (sobota)


Shashemene - PN Abiata Shala - Addis Ababa

Dziś już mamy być w Addis. Chcemy zobaczyć park narodowy Abiata-Shala i udaje się J Widzimy guźce, strusie i gazele Granta. Spacer po parku to super opcja, oglądamy jezioro z góry, idziemy do gorących źródeł. Wypływa woda o temperaturze 95st. Robi wrażenie, mocno wulkaniczny klimat JPodchodzimy tez do jeziora i podziwiamy flamingi w dużej ilości. Bardzo sympatycznie, choć gorąco J

Następnie chcemy jeszcze coś zobaczyć, ale jest ostre spięcie z naszym kierowcą, który twierdzi, że wtedy nie zdążymy do Addis i będziemy musiały zapłacić za jeden dzień więcej. Niestety zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy zdane na niego, zawsze może powiedzieć, że coś się stało, jechać na  około czy cokolwiek i nie zdążymy. Wściekłe, ale się godzimy jechać do Addis. A wtedy on zatrzymuje się, bo musi coś zjeść! Jesteśmy wkurzone do imetu, chcemy tylko się z nim rozstać. Do Addis wjeżdżamy dość wcześnie, ale Selgay jeździ w kółko (myśląc może, że się nie skumamy), żeby dodatkowa godzina minęła i być na popołudnie późne przy hotelu… No masakra.

W hotelu umawiamy sobie na następne rano (4 rano) bus do Bahir Dar. Maja nas obudzić i bus przyjeżdża pod hotel. Jest to bus turystyczny, a transport publiczny się nie decydujemy, nie mamy tyle czasu.


22 lutego 2009 (niedziela)


Addis Ababa - Bahir Dar

O 3 rano przychodzi do nas cieć, więc powoli wstajemy, mamy jeszcze godzinę… A tu wtopa, bus jest już i czeka na nas! Czy my się nie dogadałyśmy, czy oni ze swoim poczuciem czasu nie ogarnęli. W każdym razie minibus, pełen Etiopczyków czeka na nas. Nikogo to nie dziwi, ani nie denerwuje… czyżbyśmy nie skumały ich czasu (czas etiopski jest liczony od godziny 6 rano, kiedy to wschodzi słońce. I tak nasza 7 jest 1 rano, 8 to 2 itd. )...

Podróż jest przeżyciem, głównie zapachowym… nie mówiąc o specyficznym zapachu Etiopczyków, to jeszcze jest rodzina z dziećmi, dzieci nie maja pieluch tylko robią pod siebie. Dodatkowo ktoś czasem się porzyga…

W drodze łapiemy gumę, ale to chyba u nich standard, szybko następuje zmiana koła (szkoda , ze szybko bo można było chwilę posiedzieć na zewnątrz J

Dojeżdżamy do Bahir Dar, znajdujemy hotel (nie jest to łatwe), który nie jest ekskluzywny i idziemy zwiedzać trochę. Tu już bardziej widać cywilizację. Miasteczko, jak miasteczko. Zaraz pojawia się jakiś przewodnik, który pokazuje nam tankwy (tradycyjne łodzie z papirusa), ale nie odważamy się płynąć nimi, wydaje się, że zaraz będzie się w wodzie.


23 lutego 2009 (poniedziałek)


Bahir Dar (Jezioro Tana)

Wybieramy się na rejs po klasztorach na jeziorze Tana. Ja tego dnia cierpię przewodowo pokarmowo, czyli mam sraczke – marna wizja na rejs stateczkiem bez toalety. Ale daje radę, bo często jednak się wysiada.
Zaczynamy od klasztoru Entos Eyesu – zadziwiają nas malunki – niby kicz, niby jakby dziecko malowało, podobno oryginalne… Do kolejnego klasztoru mogą wejść tylko mężczyźni (Kebran Gabriel), więc my oczekujemy, aż męska część naszej załogi zobaczy co trzeba.

Kolejny to klasztor Ura Kidane Mehret, tam odbywa się jakieś koptyjskie święto. Od brzegu do klasztoru towarzyszą nam handlujące dzieci – jeden mały biznesmen jest tak uroczy, że dobijamy targu i zakupujemy małe tankowy.

Ja ze względu na swoją dolegliwość mam okazję odwiedzić najgorszy kibel w moim życiu…. Nie będę wchodzić w szczegóły, ale dołu nie było tylko górka, a w ściany ludzie ręce wycierali….. ale jak sraczka to się nie wybiera….

W kościele chcą nam sprzedać bilety, ale my uznajemy, że to ściema i sposób na wyciągnięcie pieniędzy, ponieważ są z nami turyści Etiopczycy, którzy potwierdzają, ze nie ma opłat. Koleś chodzi za nami z biletami a my uparte wysyłamy go na drzewo. Potem okazuje się, że rzeczywiście opłata jest dla zagraniczniaków, ale to jak wracamy to się dowiadujemy. Kościół jest pełen modlących się – niesamowite, wszyscy na biało pod kolorowymi parasolami na zewnątrz.

Do kościołów wchodzi się boso, wszędzie są dywany, na razie pcheł nie uświadczyłyśmy … na razie J
W ostatnim klasztorze (chyba Debre Mariam) mnich wyciągnął dla nas stare księgi (starodruki ) do pooglądania – żadnych gablot, niczego. Po prostu można oglądać…

Mam nadzieję, że nie pomieszałam nazw tych klasztorów…

24 lutego 2009 (wtorek)


Bahir Dar - Gonder

Zamawiamy minibusa do Gondar – czekamy świtem z pięknie zapakowanymi plecakami w worki od ziemniaków. Trochę wystraszone ostatnim doświadczeniem jesteśmy wcześnie przed hotelem i tym razem… czekamy całkiem długo aż przyjedzie….

Bus zawozi nas bezpośrednio do hotelu, podróż idzie całkiem sprawnie, wiec idziemy dzis jeszcze zwiedzać zamek Fasil Ghebbi – zamek z XVI w. , mieszanka stylów portugalskiego, indyjskiego oraz arabskiego. Robi wrażenie, bierzemy przewodnika, który okazuje się nieźle zakręconym typem  Ponadto zwierza nam się, że jest okropnie znudzony życiem, bo ma strasznie nudną pracę – chodzi w kółko to samo ludziom opowiada. Z litości nad naszym znudzonym przewodnikiem, celem urozmaicenia mu życia, kazałyśmy mu udawać lwa w klatce lwów:))))))

Zamek niby wielki zabytek UNESCO, ale wszędzie nazwany przez nas „african style”, czyli bałagan, nieład, żadnego zadęcia i odpicowania. Można sporo połazić po zamku, budynkach z tego okresu (stajnie, biblioteka, kościoły i inne).

Z zamku bierzemy tuk tuka i jedziemy do kościoła Debre Berhan Selassie, do którego jak w każdym koptyjskim kościele - wchodzi się na bosaka i łapie pchły :))))))) Tu się z sukcesem J Kolejny koptyjski kościół. Sufit kościała zdobią duże ilości twarzy.

Teraz pozostaje nam zorganizować transport na trekking w góry Simien, musimy dojechać do Debarku i tam się już wszystko załatwia. Jest trochę ludzi w naszym hotelu, którzy też chcą jechać (białasów), więc rozdzielamy się i idziemy targować. Niestety tylko my jesteśmy uparte w targach, inni olewają. Uzgadniamy zarówno transport tam, jak i spowrotem. Jak się później okaże, nasze targowanie wyjdzie nam na dobre, bo zostaniemy potraktowane serio J Ale to za kilka dni.

Wyjazd mamy jutro rannym świtem. Jadą z nami inni, natomiast powrót organizujemy sobie same.

25 lutego 2009 (środa)


Gonder - Debark 
trekking góry Simien
dzień I: Debark - Sankaber

Rannym świtem pod hotel przyjeżdża minibus i wsiadamy i jedziemy do piekarni, gdzie dziewczyny z ziemi zbierają bułki J mają być na trekking. Koło południa jesteśmy w Debark. Tam rozpoczyna się organizacja trekkingu, my bierzemy wersję mini czyli skaut, muły, kuchenka, no i pozwolenia. Nasz skaut jest super miły i bardzo słabo, ale jednak mówi po angielsku.

Pozostali biorą wersję full – przewodnika, kucharkę – chwilę razem jedziemy samochodem – jaja, że hej, paręnaście ludzi i stosy bagaży, gadżetów (kucharka robi zakupy na targu!)J

Mamy tez przygodę z kupowaniem benzyny do kuchenki. Pytamy ile trzeba nam tej benzyny – słyszymy, ze 4 litry. Wiec idę kupić 4 litry, to co mi pokazują zdecydowanie nie jest tą ilością. Upierają się, do tego stopnia, że są gotowi przelewać do 1l butelek żeby mi udowodnić. Ja się upieram i jak najbardziej chcę sprawdzenia. Grają do końca. Litrów jest oczywiście 3. Muszą lecieć po następny litr. Chyba to stała zagrywka, żeby wyciągnąć kasę. Myślę, że trochę ich zaskoczyłam, że się białaska nie dała zrobić. Ale my już drugi tydzień w Etiopii… J

Wybieranie namiotu, też trwa, wszystko pomieszane i w stanie mocno zużytym. Potem jedziemy minibusem. Przejeżdżamy obok wyczesanego hotelu „Simien Lodge”, ekskluzywny – korzystamy z toalety – pierwszy raz od 2 tyg. europejskie warunki – SZOK!).

Rozbijamy się w Sankaber i jutro mają tu do nas przyjść muły i poganiacze. Rozbijamy namiot, wokół wielkie wrony jakieś ichniejsze (kruk grubodzioby) – ogromne, robią sporo hałasu.

Idziemy tez na krótki spacer, jest nieźle zimno – przynajmniej w porównaniu z tym co było na dole J


26 lutego 2009 (czwartek)

trekking góry Simien
dzień II: Sankaber [3230 m] – Gich [3580 m]

Dziś wreszcie będziemy maszerować! Pogoda super J

Ale najpierw muły. Przychodzą w wielkiej ilości J I jeszcze większa ilość poganiaczy mułów J Odbywa się ważenie bagaży, każdy muł może chyba 30 kg wziąć. Jest waga. My mamy dwa muły. Muły nie idą z nami, Ida oddzielnie do naszego następnego noclegu.

W końcu idziemy! Dziś jest nie jest tak wiele do przejścia. Droga jest wyraźna  czasem ścieżka, czasem nawet szersza. Można spotkać tubylców, którzy próbują coś sprzedać – udaje im się, kupujemy kubki z rogów bawolich. Na trasie podziwiam roślinność, której ilość kolców w każdym miejscu jest niesamowita.

Po drodze spotykamy tez świeżo urodzoną owieczkę – bezczelni chcą pieniędzy za jej zdjęcie, ale ich olewam.

Dochodzimy do wodospadów (3232 m), których…. praktycznie nie ma, tak jest mało wody. Widać, że coś ciurka z ogromnej wysokości, ale dla tych co maja dobry wzrok ;)

Widzimy z daleka dżelady, ale jeszcze wszystko przed nami… Jest gorąco, więc jak na naszej trasie napotykamy strumień (chyba jedyny na trekkingu) to szaleństwo! Włożyć bose stopy do zimnej wody…. orgazm!

Przechodzimy przez jakieś tereny gołe, bez trawy, czysta ziemia – aż wypada stado ogromne dżelad! Zbierają korzonki, są tak zaabsorbowane, że nie zwracają na nas uwagi. Można się dokładnie przyjrzeć i podejść całkiem blisko – są i malutkie i młodzież i wielki samiec alfa :D

Oprócz nas dochodzą inni turyści i wszyscy z aparatami czekają na najlepsze ujęcia J hehe A samiec rozpłodowy nie jest wstydliwy ;) hi hi

Po długiej sesji z małpami idziemy do wioski na ceremonię parzenia kawy. Namawiamy naszego skauta, żeby znalazł kogoś w wiosce, kto nam zrobi tradycyjnie kawę. Chciałyśmy, żeby to było. I było. Idziemy do chatki tradycyjnej, pokrytej słomą, w środku zwierzęta razem z ludźmi. Kawę robi nam dziewczyna, która ma już dwójkę dzieci (jedno super malutkie, śpi jej na plecach), a wygląda na nastolatkę. Parzy kawę i robi popcorn, bo tak tradycyjnie go jedzą. Kawa jest pyszna, klimat w chacie też niesamowity. Cudna przygoda.

Idziemy na miejsce noclegu. Po drodze spotykamy dzieciaki, które próbują wyciągnąć od nas jakieś leki (jakiekolwiek). Nie dajemy się namówić. Dopiero jak przyprowadzają babeczkę z pokiereszowaną dłonią, oczyszczam jej antybakteryjnym cudem, które mam do przemywania ran. Przynajmniej wiem, że nie zje J

Okazuje się, że opcja kucharki nie jest wcale najlepsza, hehe. My przychodzimy i robimy sobie na naszej kuchence jedzenie (suchości z Polski), a grupa, która ma kucharkę: przychodzi i czeka 1-2h aż ona ugotuje posiłek umierając z głodu i wpatrując się w nasze zupki chińskie wilczym wzrokiem J


27 lutego 2009 (piątek)




trekking góry Simien
dzień III: Gich [3580 m]- Imet Gogo [3926 m] – Inatye [4070 m] - Chennek

Idziemy na najbardziej widokowo spektakularne miejsce na trasie naszego trekkingu – Imet Gogo. Wyrywam się do przodu zahaczając jeszcze o widokowe miejsce Saha, gdzie spotykam sympatycznych Australijczyków. Po drodze mija się sporo charakterystycznych dla krajobrazu gór Simien lobelii olbrzymich.

Imet Gogo to niesamowite miejsce! Jesteśmy na wysokości około 4000m i przed nami przepaść pewno koło 1 km i rozciągają się góry… Jak dobrze zrozumiałam, jesteśmy na granicy, ta część gór została wyniesiona tektonicznie, a pozostałe zostały trochę niżej… Trudno opisać, trzeba stanąć na krawędzi J następnie trasa wiedzie wzdłuż tej krawędzi, więc widoki jeszcze się ciągną J Zdecydowanie nie dla tych z lękiem wysokości J

Potem wchodzimy na szczyt Inatye (4070 m n. p. m.). Po drodze spotykamy dzieciaki siedzące wzdłuż szlaku i próbujące sprzedać jakieś gadżety.

Dochodzimy do Chennek, tu spędzimy dwie noce. Obok nas rozbija się większa grupa, która z nami zaczynała, oni już jutro wyjeżdżają z gór i jadą do Axum bezpośrednio podobno. Jeep ma przyjechać do nich rano, a że umawiali w tym samym biurze, zobaczymy jak to wygląda i czy jeep przyjedzie i o której…

Zostawiam na chwilę mydło przy studni… szybko znika, trudno, lokalnej ludności może rzeczywiście się bardziej przyda J

28 lutego 2009 (sobota)


trekking góry Simien
dzień IV: Chennek - Bwahit (4430 m n.p.m.)

A dziś zdobywamy drugi co do wielkości szczyt gór Simien – Bwahit, z wysokością prawie 4,5 tys m J. Niestety na najwyższy szczyt nie mamy czasu dotrzeć…

Nim rano wyjdziemy widzimy naszych towarzyszy zbierających się i pakujących, jeep bardzo rano to nie przyjechał, bo go nie widać. Przeżywamy dziki atak małp, dżelady zasypują wręcz biwak, włażą wszędzie… Prawdziwa inwazja…

My idziemy na szczyt, trochę czuć wysokość i pogoda nie jest super. Na szczycie zimno. Po drodze widzimy koziorożce abisyńskie , całkiem niedaleko J. Po zdobyciu szczytu wracamy do Chennek i tam, ku naszemu zaskoczeniu widzimy wciąż czekających na jeepa towarzyszy! No ładnie! Trochę nas to nie dziwi, bo jak jeep mógł tu przyjechać na rano…, mieli w sobie dość naiwności, że w to uwierzyli… A Etiopczycy obiecają wszystko… Zaczynamy razem z nimi mieć wątpliwość czy w ogóle przyjadą… A o dojechaniu do Axum to nie może być mowy w żadnym razie dziś…

My jutro będziemy przezywać to samo, nie upierałyśmy się, więc mają koło południa być i zawieść nas najpierw do Gondar, potem do Lalibelii. Zobaczymy.

Zajmujemy się tez odpchleniem śpiworów, bo pchły trochę dają się we znaki – ugryzienia są bolesne. Stosujemy głownie preparaty z Polski przeznaczone dla psów i kotów… J

1 marca 2009 (niedziela)


Chennek – Gonder

Nasz jeep niby przyjeżdża całkiem punktualnie, tylko…. Nie jest jeepem! Umawiałyśmy się na samochód z napędem 4x4 i ten minibus podobno ma… Jesteśmy zirytowane, ale to standard, o to się nie podpytałyśmy, jakoś 4x4 wydawało nam się jednoznaczne. Potem dowiemy się, że nie trafiłyśmy najgorzej – wczorajszy jeep, który pojechali, nie miał hamulców i podróż była prawdziwym wyzwaniem na pograniczu życia i śmierci…

Mamy cały minibus dla siebie, zjeżdżamy do Debarku, a następnie do Gondar, do tego samego hotelu. Jutro rano pojedziemy do Lalibeli.

Wniosek – nie ma co się upierać, nie przejadą trasy szybciej, a obiecają wszystko co chcemy…

2 marca 2009 (poniedziałek)


Gonder – Lalibela

Cały dzień spędzamy w samochodzie jadąc do Lalibelii, widoki są różne, wsie i miasteczka etiopskie i wszechogarniający „african style”.

Zatrzymujemy się po drodze przy jakimś moście zbudowanym przez Chińczyków i dalej jedziemy. Docieramy do Lalibeli, nie jest łatwo znaleźć tani hotel. Tu są też pokoje dla „europejskich turystów”, którzy są tu przywożeni. Ale wrażenie Lalibelia robi totalnej dziury, myślałyśmy, że to będzie jakieś miasteczko większe. Nic tu nie ma J hehehe Urocze…

Znajdujemy hotel, który ma stróża, który śpi w blaszanej budzie (człowieka!) Jesteśmy w szoku. Pokoje mają dziwną konstrukcję do ogrzewania wody pod prysznicem – trochę mrożącą krew w żyłach. Mamy problem z wodą, robimy awantury, czasem trochę wody jest, czasem jej nie ma.

W knajpce poznajemy Polaka, który jest w Etiopii któryś tydzień, tak się zachwycił J A podróżuje z północy Afryki na południe.

Sprawdzamy jak wygląda zwiedzanie kościołów i przeznaczamy na to jutrzejszy dzień. Decydujemy się też lecieć samolotem z Lalibelii do Addis, więc kupujemy bilety na pojutrze – to będzie przygoda!

3 marca 2009 (wtorek)

Lalibela

Dziś kościoły! Oprowadza nas mówiący po angielsku koptyjski ksiądz/zakonnik. Kościoły są NIESAMOWITE! Wyryte w ziemi „od góry” w XII - XIII wieku. Niesamowite wrażenie, oczywiście to nie są tylko zabytki, normalnie odbywają się tam nabożeństwa, oraz ludzie przychodzą się modlić – dodaje to klimatu.

Obok jednego kościoła jest studnia płodności, ale nie mamy odwagi się zanurzyć …. hehehe

Odwiedzamy 11 kościołów, w każdym jest inny oryginalny krzyż (tzw. krzyże Lalibeli), który nam kapłan pokazuje. Bogate zdobienia mają swoją symbolikę, żaden element nie jest tylko ozdobą. Czasem chodzi się wąskimi korytarzami, wchodzi gdzieś pod ziemię, a kościoły są niesamowite, jak się jeszcze weźmie pod uwagę jak były robione (ręcznie dłutkami pewnie) – Etiopczycy wierzą, że zrobiły je anioły, bo człowiek nie dałby rady J (podobno powstały w 20 lat).

Nasz przewodnik jest bardzo komunikatywny i przybliża nam zasady kościoła koptyjskiego.

Przechodzimy tez tunelem podziemnym, którym jak się przejdzie bez problemu (trzeba trzymać się prawej ręki) to będzie się zbawionym – nam się udało – zbawienie zapewnione! Hahahaha

Rozbawiają nas tez dzwonki, bo są to tyko duże kamienie zawieszone, w które uderza się mniejszym – ale działa, można sprawdzić.

Najpiękniejszy kościół oglądamy na końcu – kościół Bete Giyorgis – niesamowity (choć widzę że się powtarzam, wszystko „niesamowite”), ale jest naprawdę obłędny. W kształcie krzyża, sufit jest dokładnie na poziomie ziemi.

Obok kościoła są tez mumie pielgrzymów, leżą sobie luzem – „african style”. Jest też skrzynia na narzędzia króla Lalibeli

Mijamy jeszcze szkołę i jest naprawdę jak stereotypowa afrykańska szkoła…

Wieczór spędzamy w knajpie „Unique” , gdzie można zjeść unique pizza, właścicielka jest cudowna, sympatyczna i gościnna. Czujemy się jakbyśmy byli u niej w domu w gościnie (bo tak trochę jestJ)


4 marca 2009 (środa)


Lalibela - Addis Ababa (samolot)

Lecimy do Addis! Przygoda, że hej. Po pierwsze wewnętrznymi lotami w Etiopii latają najbogatsi, a w tym my po prawie 3 tyg podróży, ciągle niedomyte, okurzone i brudne z bagażami zapakowanymi w worki po ziemniakach! Hahahaha

Lotnisko robi wrażenie, jest prześwietlany bagaż, choć pan w ogóle nie umie czytać z tego monitorka, musze go przekonywać, ze to co tam widzi to jest właśnie to w moim plecaku J

Tablica odlotów i przylotów jest rzeczywiście TABLICĄ – czarną, z napisanymi kredą numerami lotów i godzinami.

Do samolociku idzie się piechotą na płytę, punktualny bardzo nie był, ale tu inaczej czas płynie J
I poleciałyśmy do Addis.

Tu już wiemy jak dojechać do centrum (taksi) i do znanego nam już hotelu. Mamy teraz ostatnie chwile naszej podróży.

5 marca 2009 (czwartek)


Addis Ababa

Zwiedzamy Addis. Chodzimy piechotą, żeby więcej miasta zobaczyć, choć jest to dość nużące.

Zaczynamy od katedry św. Jerzego – kolejny kościół, ciekawy, ale już sporo wcześniej widziałyśmy. Do muzeum narodowego idziemy w celu zobaczenia szczątków słynnej „Lucy”, naszej praprzodkini, która żyła 3,2 mln lat temu. Etiopczycy nazywają ją „Dinknesh”. Ale to muzeum to nie tylko Dinkesh – wrażenie robią  obrazy na ścianach – chyba w celach edukacyjnych, ale trudno się domyśli coc na nich jest – dają nam dużo radości! J Są tez inne eksponaty, ogólnie warto się przejść i zobaczyć (np. tron Haile Selassie). W muzeum jest mnóstwo szkolnych wycieczek – jesteśmy zauroczone, jak te dzieciaki są grzeczne i przejęte i zainteresowane! SZOK!

Ruszamy na Uniwersytet, bo tam się mieści Muzeum Etnograficzne. Możemy zobaczyć kolekcję dotyczącą plemion i ich zwyczajów żyjących w Etiopii, ale też zobaczyć wnętrza w których żył Haile Selassie (na nielegalu robimy zdjęcia w jego łazience…hehehe). Bo jak rozumiem muzeum jest w budynku byłego pałacu króla (Guenete Leul). W sklepiku upatruję sobie kolczyki, niestety jest pora modlitwy i pani sprzedająca zajęta jest biciem pokłonów – musze poczekać J. Chwilę odpoczywamy w ogrodach przed pałacem – relaks!

Jeszcze jedna katedra - Holy Trinity Cathedral - w Addis, tu jest grób Haile Selassiego i jego żony.

Pozostaje nam tylko pójść na największy targ w Afryce, na którym podobno można wszystko kupić – Mercato. Rzeczywiście ogromny! Trochę łazimy, trochę kupujemy (chusty, obrusy, obrazki) – ogólnie jest poszukiwanie pamiątek, ale nie idzie nam to łatwo, trudno coś fajnego znaleźć.

W hotelu ostatnie przepakowywanie, spotykamy Zośkę i Krzyska, spotkałyśmy ich również na początku naszej podróży J Kółko się zamyka. My szykujemy się na lotnisko, bo wylot mamy tak rano, że nie opłaca się brać noclegu – pośpimy na lotnisku.

6 marca 2009 (piątek)


Addis Ababa (ADD) - Istambuł (IST)  godz. 4:30 - 9:00
Istambuł (IST)  - Warszawa (WAW)  godz. 10:50 -  12:25

Na lotnisku mamy przygodę z wymianą pieniędzy powrotem na dolary, trzeba to zrobić, bo birami poza Etiopią można jedynie ściany tapetować. Upieram się, że chcę wymienić, a kantor jest tylko w strefie bezcłowej, po odprawie. My nie możemy jeszcze się odprawić, bo odprawa zacznie się w środku nocy – a wtedy kantor może być zamknięty. Robię więc akcję wśród celników i …. Wpuszczają mnie na nielegalu w strefę bezcłową, żebym sobie wymieniła! Przechodzę po prostu bramki przejściami służbowymi – hehehe, cudowny „african style” J. Ale niestety pieniędzy nie wymienię, bo potrzebuję boarding pass… tego już się chyba nie da zrobić na nielegalu , hehehe. Ale dowiaduję się, że o 2 w nocy kantor będzie otwarty, żebym przyszła.

Po odprawie idę do kantoru a tam znów nikogo. Ale ja uparta, dobijam się, wreszcie dobudzam kasjera i wymieniam birry na dolary. Najlepsze jest to, że ogólnie jest informacja, że pieniędzy nie można wymienić, trzeba być upartym na maxa to się jedna da.

W samolocie spotykamy polaków, którzy zostali z tysiącami birrów, bo uwierzyli, że się nie da wymienić. Mina kolesi, kiedy mówię że wymieniłam – bezcenna. Znaczy nie pojęli w swoje podróży, nie zrozumieli do końca co to jest „african style” ;) hehe

Wracamy do domu, a wrażeń nie zapomnimy jeszcze długo, jeżeli w ogóle kiedyś…