sobota, 15 czerwca 2013

Mazurskie Tropy

Pomrowy na Rączym Tropie na Mazurach pomrowiące 57km na tropach lampionów









mapa naszej Pomrowiej trasy






Poniżej wspomnienie wspólnie przebytej trasy pieszej 50km na Mazurskich Tropach autorstwa Adriana Rączego Pomrowa.
A ze względu na nieobecność (jak na razie!) Adriana w blogosferze, mam zaszczyt zamieścić jego relację u siebie. 
Co jak co, ja też na tych wczasach byłam :) I potwierdzam, że wszystko poniżej, to prawda, cała prawda i tylko prawda... hehehhe - no może tylko Adriano nie wspomniał, ze następnego dnia mieliśmy ochotę na powtórkę ;))
                                                                                                           Winnie Rączy Pomrów


Pomrowie Wędrówki… czyli o dwójce takich, którzy nie jedną drogą błądzili

Mazurskie Tropy – już sama nazwa powoduje dreszczyk emocji… kiedy Winnie po jednym z naszych biegów rzuciła mimochodem, że znajomi organizują na granicy Warmii i Mazur maraton na orientację i czy może mam ochotę się wybrać, wiedziałem, że to nie może się dobrze skończyć. Jednakże bycie Rączym Pomrowem zobowiązuje do pokonywania największych trudności i wytyczania sobie coraz bardziej ekstremalnych celów biegowych. Ślimacze tempo nie istnieje, znamy to z autopsji, wiedzieliśmy, że dla nas nie będzie to nawet „bieg na jednej nodze”, parafrazując Riddicka „Na tropach będzie tylko jedna prędkość,… Nasza, Jeśli nie umiecie jej utrzymać nawet nie wychodźcie”.

Piątek 14 czerwca 2013r. dzień naszego wyjazdu do miejscowości Barczewo, bazy noclegowej dla zatwardziałych biegaczy i rowerzystów, którzy dla swoich pasji są gotowi wiele poświęcić. Dzień w robocie ciągnął się niemiłosiernie, zwłaszcza wobec perspektywy południowego wyjazdu z Warszawy, zimnego wieczornego piwka relaksacyjnego przed sobotnim startem i wizyty w Olsztynku, obowiązkowy punkt na trasie Warszawa – Olsztyn, gdzie czekają na nas świeżutkie i chrupiące, ociekające fantastycznym jagodowym nadzieniem, tętniące życiem pociski mądrości – Olsztyneckie Jagodzianki, najlepsze węglowodany dla naszych zmęczonych mózgów i doskonały podkład na jutrzejszy start. Szybki telefon, rezerwacja i pomimo, że wpadamy do Olsztynka po 19 i cukiernia jest już zamknięta, to właściciel specjalnie podjeżdża i spełnia nasze jagodowe pragnienia. Rzadka cecha, dobrze, że są jeszcze „Tacy” sprzedawcy, piękna sprawa zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

Piątek wieczór, Barczewo, piechurzy i rowerzyści powoli się zjeżdżają. Baza w Gimnazjum to dla nas coś nowego, w końcu jesteśmy z pokolenia, które nigdy nie uczęszczało do gimnazjum. Rejestracja trwa w najlepsze, podpisy, oświadczenia, pakiety startowe, atmosfera iście piknikowa, pomimo, że jutro będą zawody i każdego z nas czeka niemały wysiłek nie ma spięcia. Znajome twarze organizatorów i uczestników, uśmiechnięci „fanatycy pieszych i rowerowych eskapad na dezorientację” wymieniają się uwagami, mówią o swoich ostatnich startach i cieszą się z samego udziału w świetnej imprezie. Niezwykle motywujący jest fakt, że sukcesywnie zwiększa się grono ludzi, których, mimo iż przyjdzie im rywalizować, łączą wspólne pasje.

Sobota 15 czerwca, godzina 8:10 Odprawa „maratonu pieszego TP50” spakowane plecaki, napoje, przekąski, wszystko co na trasie może się przydać. Jesteśmy gotowi na świetną przygodę i nie możemy doczekać się, żeby odkryć nową kartę warmińskiej tajemnicy – mapę z zaznaczonymi punktami kontrolnymi. 3 minuty do startu, każdy z nas dostaje wyczekiwaną z utęsknieniem mapę… szybkie spojrzenie na kolorowy arkusz, czas leci… i się zaczęło, w bezdrożach mojego mózgu pojawia się myśl, gdzie ja miałem rozum, że się na to porywam.

Tropiciele – Gladiatorzy XXI wieku, których areną jest nieznany teren, którym towarzyszy niewiadoma co kryje się za następnym kilometrem lasu, wyruszyli na trasę. Lecimy z Winnie swoim niespiesznym rączym tempem, jest nas w grupie około 10 osób, pierwsze 3 kilometry i wpadamy na asfaltówkę, trochę się grupa rozciąga, szkoda nadkładać trasy, więc skuśka przez pola, spotykamy się po kilku minutach drogi, lecimy na pierwszy punkt, przez łąkę, w międzyczasie elektryczny pastuch dobrze, że wciągnąłem rano „antygwałty” pod spodenki to przylegają do ciała, więc skok przez elektrycznego można wykonać bez ryzyka. Wpadamy do lasu, chwila marszu, chaszczujemy i jest punkcik z lampionem, karta w łapki, szast prast pierwszy punkt skasowany „Stage 1 Completed”. 45 minut - pierwsze 5km za nami więc nie jest źle, obieramy azymut na kolejny punkt nad brzegiem jeziora, wjazd głębiej w las, byle do ścieżki i już będzie szybciej.

 Przed nami łąki i pola, poranna rosa przeziera przez skarpety i buty, tego można było być pewnym, ale 50 km w kaloszach to prawie że jak na szpilkach, więc co do zasady odpada, no chyba że wpadniemy na kolejny pomysł udanej autopromocji i następnym razem Winnie poleci w szpilach a ja w kaloszach, albo odwrotnie – tego nie możemy wykluczyć.

Krzaczory i pokrzywy i wpadamy do przejścia przez kanałek, wąskie to przejście trochę i takie mało stabilne, głupio byłoby się na starcie skąpać przez nieuwagę, i cholera nie wiemy jak tam głęboko i czy jaki aligator gdzieś nie czyha na zagubionego piechura. Udało się przebić przez wodę „suchym butem”, no oczywiście wobec wczesnej rosy nie do końca suchym, ale bez pływania. Jesteśmy coraz bliżej, wbijamy w kolejne chaszcze, pokrzywy i różne inne zielone pnącza oplatające nasze nogi. Jest brzeg jeziora ścieżka trochę wydeptana… „Nasi tu byli”, czyli kierunek właściwy i szlak przetarty. Przedzieranie wzdłuż brzegu i jest punkt kontrolny, mamy już 2 podbite, początek imponujący może nie ekspresowy, ale wynik jest i sława idzie w świat, a wiadomo, że paparazzich po drodze nie brakuje. Wpadamy na leśną ścieżkę i stało się… nasze radosne oblicza uwiecznia Kuba, chwila dla reporterów, zamiast marszu bieg, żeby nie było że my tam tylko turystycznie i rekreacyjnie, prawdziwym Pomrowom to nie przystoi – teraz jest dowód w postaci zdjęć niezależnego eksperta i miłośnika fotografii, że byliśmy na tropach, cenne osiągnięcie.

Zostawiamy grupę i lecimy w las, na szczęście Winnie spostrzegła, że zgubiłem numer startowy, więc teraz jest przywiązany i wisi dumnie na sznurku zawieszonym na szyi. Droga która ciężko zauważyć, prowadzi nas prosto do asfaltowej jezdni przecinającej kompleks leśny, słuszny kierunek. Teraz już tylko bieg, a my miłośnicy 10km betonowych warszawskich tras takiej okazji nie przepuścimy. Z asfaltu w las i kolejna niespodzianka, mój numer ponownie zrobił psikus i zniknął podczas biegu, więc zrzucam plecak i powrót po trasie, namierzam kolorowy sznureczek ,50 metrów dalej numer leży na drodze, nawrót i w las, dziwne dejavu, jakbym tą trasą już dziś biegł, moja nieuwaga to strata naszych cennych minut, a limit na pokonanie trasy wynosi raptem 13 godzin, więc trzeba się uwijać.

Lecimy na 3 punkt, znajome twarze po trasie, słychać głosy jesteśmy blisko, szybki marsz wzdłuż ciurlejki, pokrzywy, muchy, komary i inny nisko latające zwierzyniec umila nam to czerwcowe sobotnie przedpołudnie. Jeszcze tylko szybka wspinaczka pod górę, stroma skarpa i jesteśmy przy lampionie nr 3. Jak dotąd nie jest źle i wiemy gdzie jesteśmy , a to już połowa sukcesu dla dobrze zorientowanych Tropicieli. Teraz plan jest prosty powrót do przejścia przez smródkę odbijamy na wschód wzdłuż jeziorka później na południe leśna drogą, nie ma opcji, żeby nie trafić, zwłaszcza, że po trasie ma być góreczka, a to dla nas wybornych podróżników, amatorów kompasu i dezorientacji przydatna wskazówka.

Powoli odczuwamy znużenie trasą, znajome i nieodzowne na każdym kroku bzyczenie wokół głowy świadczy, że kilkadziesiąt bardzo przyjaźnie nastawionych owadów zdecydowało się towarzyszyć nam w wędrówce, co jakiś czas starając się dla odciążenia upuścić z nas kilka kropel krwi, jakże przyjaźnie nastawiona jest do nas przyroda, nie ma co. Nadszedł czas podładować baterie, zatem wyjście z tej sytuacji może być tylko jedno, z naszych plecaków wprost do głębi umysłu przeziera jedna myśl – Olsztynecka Jagodzianka najlepszym lekarstwem na wszystkie niedogodności – świeże węgle dla mózgu, doskonała porcja żywieniowa na ekspresowe uzupełnienie braków glikogenu. Łapka do plecaka i jest, może już nie tak kusząca jak w cukierni, lekko styrana podróżą, ale jakże ociekająca jagodowym nadzieniem, które oblepia usta i podniebienie. Tego było nam trzeba, zmysłowego ukojenia leśnymi owocami, których resztki zdobią kąciki naszych ust przy każdym uśmiechu.

Tniemy przez las, niby wszystko OK, tylko coś długo nam się ta droga ciągnie i jakoś dziwnie nie biegnie wzdłuż jeziora, kurde chyba mapa trochę szwankuje, no bo nie ma opcji, żebyśmy pomylili trasę. Lecimy lekko na zachód w lasek i naszym oczom ukazuje się… polana, Winni szybkim krokiem kieruje się na północ, drobny kanałek, co jest grane, what the f.. – chyba nie trafiliśmy, chwilka skupienia, co teraz nie jest łatwe bo słońce praży po całości, wymiana spojrzeń i jeden skrót przychodzi nam na myślGPS – Gdzie Pomyliliśmy Szlak, zatem szybki rekonesans palcem po mapie promień kilometra i szukamy gdzie jesteśmy, lekko na zachód i  jest polanka z kanałkiem, kilka drzew i piękna ściana lasu, czyli… kilometr na zachód, lekko północny zachód od celu, szybko przedzieramy się przez las jest droga, teraz już tylko kierunek wschodni, tam musi być jakaś cywilizacja, niestety bociuś nad nami nie krąży, może to i dobrze.

Charakterystyczne rozwidlenie dróg czyli jeszcze 300 metrów i będziemy, po trasie kilku piechurów z charakterystycznymi numerkami z tropów, teraz już wiemy, że jesteśmy blisko celu, skuśka w las i są 2 piękne nagrobki nadgryzione zębem czasu i pokryte patyną niepamięci – punkt kontrolny „Mogiła” zaliczony, nazwa jak dla nas trafiona, prawdziwa mogiła mogła być z tym punktem, ale Rącze się nie poddają.

Spokojnie rozważamy jak lecieć dalej, gdyż do PK 3 czyli piątego na naszej drodze jakieś 5 km, zatem po raz trzeci tą samą zagubioną drogą na zachód i odbijamy na północ wzdłuż ściany lasu, szkoda się przedzierać przez las, więc wybieramy drogę przez otwartą przestrzeń, trochę bagniście, woda stoi w wielu zagłębieniach terenu, kierujemy się na linię energetyczną to słuszny ruch, łatwy punkt orientacyjny. Na naszej drodze kolejny kanałek, nie pozostaje nam nic innego jak skok przez wodę, szybko znajdujemy dogodne miejsce do przeprawy… hyc hyc i jesteśmy po drugiej stronie prawie że suchą stopą, but może lekko wilgotny i ubłocony, ale to esperanto  życia tropiciela.

Trafiamy w piękną polna drogę, która wije się wzdłuż linii energetycznej. Decydujemy się na przebieżkę, wiemy, że wypadniemy prosto na drogę asfaltową biegnąca w kierunku rozwidlenia przy miejscowości Podlazy, a dalej już tylko oznaczony na mapie dukt na granicy ściany lasu i pól, tym razem nie ma opcji pomylenia trasy,  zatem decydujemy się na 2,5 km przebieżkę, po trasie mijamy kolejnych tropicieli, którzy z uśmiechem maszerują w stronę PK3. 20 minut i jesteśmy w punkcie, przecinamy jakąś smródkę, czyli musimy być blisko, w lesie słychać ruch w oddali głosy naszych kolegów, zatem ścinamy w las, PK3 to górka, okazuje się że w tym miejscu jest ich sporo, zatem kilkanaście podbiegów trochę krążenia i w końcu trafiamy na punkt na szczycie górki, niby łatwy ale przysporzył nam lekkich trudności, może przezornie liczyliśmy, że będzie tylko jedna góreczka, ale to byłoby za łatwe, w końcu to maraton na orientację.

Przed nami PK10 – granica kultur, oboje z Winnie jako wybitni absolwenci nauk przyrodniczych z inżynierskim wkładem od razu wyknuliśmy, że czeka nas przeprawa przez młodnik, zatem już na starcie wiemy czego szukać. Droga przez las jakieś 3 km ścieżki, więc nie ma problemu możemy spokojnie maszerować i troszkę potruchtać, czyli scenariusz dla nas prawie że idealny, punkt orientacyjny, gdzie należy wzmóc czujność to ciurlejka przecinająca naszą drogę. Mija lekko wydłużone pól godzinki czyli można rzec 3 kwadranse pieszej wędrówki i jest nasza wijąca się wybitnie wąskim korytem stróżka, w której z trudem można byłoby zamoczyć stopy, a jeśli już udałoby się, to niewątpliwie byłoby to nie lada wyczynem.

Lecimy na wschód, jest młodnik, czyli to musi być gdzieś tu, sporo ludzi się kręci szukając punktu, część biegiem leci w przeciwnym kierunku, można przyjąć że już skasowali PK10, zatem szukamy, kręcimy się, mijają kolejne minuty, czeszemy ten cholerny młodnik z jednej i drugiej strony, w końcu decydujemy się rozdzielić. Winnie szuka bardziej na zachód, ja w części wschodniej, z mapy wynika, że będzie szczyt więc nie pozostaje nic innego jak wbić się klinem w ten przyjazny teren. Jest jakaś wydepta dróżka, która leci pod górę, myk i jestem, cisnę dobry kawałek przez te cholerne iglaki, docieram do szczytu i… nic, zatem w dół jeszcze bardziej na wschód czeszemy czeszemy, w końcu wbijam gdzieś na ślepo nie ma opcji, żeby ten punkt odpuścić, mimo że strąciliśmy długi kwadrans, w końcu dzikim fartem coś pomarańczowego ukazuje się na drzewie, jest ten wyczekiwany obiekt pożądania – lampion punktu kontrolnego. Kilka okrzyków radości lecę na dół odnajduję Winni kasujemy punkcik.

Chwila na oddech i czytanie mapy. PK2 to będzie dobra jazda, niby odległy raptem 1,5-2 km od naszego obecnego miejsca podróży, ale jednak droga prowadzi przez las i mokradła, i mamy po trasie punkt, którego nie przebijemy, czyli krzyżówka drogi i strumienia, ale poniżej wzdłuż jeziora jest kolejna ścieżyna… ta spokojnie przecina kanał, zgodnie z mapą da się tam tędy czmychnąć, zatem szybka kalkulacja lecimy na południe przez młodnik, do drogi, trochę się przeciskamy, suche gałęzie drapią po odkrytych nogach, rękami torujemy sobie drogę przez gęste skupiska młodych drzew, w trwa to dłużej niż zakładaliśmy. W końcu udaje nam się dotrzeć do drogi teraz  już w miarę prosto, przynajmniej tak się wydaje, nagle zakręcik więc dajemy jeszcze bardziej na południe, ale po 50 metrach terenu, który robi się coraz mniej przyjazny i bardziej wilgotny rezygnujemy z tej trasy i wracamy.

Dobrze, że szybko zmieniliśmy zdanie, spoglądamy w mapę i lecimy prosto. Doskonała decyzja, widzimy brzeg jeziora, jesteśmy niedaleko. Kolejny rzut oka na mapę, punkt jest w zatoczce jeziora, przyjmujemy to za dobra monetę, będzie wcięty w teren, a to już jest niewielka nadzieja, że nie będziemy przedzierać się przez kolejne bagniste tereny przy brzegu i nieodkryte trzcinowiska, gdzie dna próżno szukać suchą stopą. Teraz już spokojnie szukamy, pod naszymi nogami iście perski dywan z jaskrawo zielonych, tętniących żywymi relaksującymi kolorami mchów, które uginają się przy każdym kroku, a po zabraniu stopy wracają do poprzedniego ułożenia. Wrażenia fantastyczne, jakby ktoś rozłożył pod nogami odkształcająca się pajęczą sieć, silną na tyle, żeby utrzymać ciało dorosłego człowiek i na tyle delikatną, żeby subtelnie otulić cała stopę.

Odrobina wilgoci dociera do naszych butów przy każdym kroku woda, kropelka po kropelce wlewa się do ich wnętrza, chłodno otulając zmęczone marszem i biegiem stopy. Przynosi przyjemne ukojenie dla spracowanych kończyn, które czeka jeszcze spory wysiłek, albowiem za nami dopiero połowa trasy. Naszym oczom ukazuje się zatoczka, na drzewie zawieszony pomarańczowo-biały lampion, przy brzegu zwalone drzewo, na którym można chwilę odpocząć. W pierwszej chwili myślimy o tym, żeby podbić kartę i zaliczyć punkt kontrolny, ale nagle wszystko się zmienia. To miejsce jest magiczne, nie da się nie być zauroczonym tą okolicą, kompozycja iście bajkowa, konglomerat barw, uczta dla zmysłów, nawet tych zmęczonych, to najpiękniejszy punkt kontrolny na trasie, brakuje tylko pomostu, albo kawałka plaży i podejrzewam, że większości Tropicieli przez głowę przemknąłby kwant myśli i chęci zanurzenia się w wodach przyległego jeziora. Urok tego miejsca sprawił, ze postanowiliśmy się tam zatrzymać na dłużej, zrobiliśmy kilka zdjęć, odciążyliśmy plecaki z zapasów bananów i wody, rozmarzyliśmy się na chwilę.

Jednakże było warto i każda spędzona tam minuta, która powodowała, że nasz czas w trasie się wydłużał, nie miała znaczenia. To miejsce miało swój niepowtarzalny klimat, a my chcieliśmy choć na chwile stać się częścią tego magicznego zakątka lasu. Wyrwał nas z zadumy kolejny piechur, który przybył z przeciwnej strony, to oznaczało jedno, byli tacy, którzy zdecydowali się przyjąć inny kierunek zwiedzania, zatem ruszamy dalej, przed nami już tylko punkt żywieniowy, będzie szansa się wzmocnić i uzupełnić zapasy płynów. Żeby nie błądzić po mokradłach przyjęliśmy azymut na groblę pomiędzy dwoma kanałkami, czyli na skuśkę przez las na zachód.

Niestety okazało się, że czeka nas mała niespodzianka – teren niemożliwy do przebycia suchą stopa, czyli bagnista ciur lejka o kruczoczarnej barwie wody. Patrzymy jest prowizoryczny mostek z gałęzi, czyli ktoś tędy darł, ale może da się gdzieś węższą przeprawę znaleźć, chwile krążymy, w końcu decydujemy się na wytropiony na początku lekko zakryty wodą pomost z gałęzi. W butach i tak mamy mokro więc co nam szkodzi, kilka spokojnych kroczków i jesteśmy po drugiej stronie wodnej przeszkody, dalej lecimy po mechatych leśnych dywanach, na których pstrzą się białe i żółte kwiaty wyciągające swoje podłużne kielichy w kierunku słońca, urokliwe miejsce. Dopadamy do grobli, przebijamy się przez jeden kanałek jesteśmy na grobli, ale oto przed nami piękne zasieki z jeżyn, nie ma co, daliśmy czadu, mapa w ruch, zaraz zaraz… jesteśmy 100 metrów od granicy lasu, dalej jakieś pole, dwa jeziorka polna droga i asfalt, tu się odkujemy z czasem, szybka zmiana planów, szukamy wąskiej przeprawy przez drugą smródkę przy grobli, jest, dwa susy, buty lekko zmoczone ale my już nie jesteśmy w jeżynowym chruśniaku.

 Tniemy na skos przez las i jest przed nami łąka, na szczęście już po sianokosach, czyli nie musimy się dodatkowo męczyć, dalej są dwa jeziorka, w oddali majaczy człowiek na rowerze, a zatem do drogi już blisko. Lecimy na skos, kilka domków w okolicy jeden nawet nad jeziorkiem , to jest dopiero klimat. Gdy tamtędy przechodzimy na tarasie siedzi rodzinka i się opala, miłe sobotnie popołudnie, eeee tam , co oni mogą wiedzieć o miłym sobotnim popołudniu, niech spojrzą na nasze to  jest dopiero prawdziwe sobotnie popołudnie.  Oblatujemy jakieś chałupki, pole kukurydzy i jesteśmy na polnej drodze, w oddali słychać ruch samochodów, zatem szpula najkrótszą drogą do asfaltu.

Kierunek Pajtuny i „Pajtuński Młyn”eldorado kalorii i świeżych płynów, teraz to browarek przydałby się na szybkie ukojenie przed posiłkiem i dalszą trasą. Decydujemy się na przebieżkę, trasa nam pasuje, asfalcik pod górkę, odbijamy na młyn w polną lekko kamienistą drogę, słońce piecze niemiłosiernie, jeszcze kawałek i będziemy na miejscu, czas się dłuży, a młyna nie ma. W końcu jest, widzimy tam już nasze schronisko, przystań i miejsce odpoczynku, chwilowego, ale zawsze to coś, zwłaszcza dla psychiki, bo ciału jest już wszystko jedno.

Samochód na naszych warszawskich blachach i jest Afryczka na punkcie żywieniowym. Zastanawialiśmy się kogo spotkamy, gdyż siostra Winnie także miała do obsługi punkt żywieniowy. Kilka zdjęć zmęczonych piechurów, do picia woda z sokiem, to są te cukry, które szybko uzupełnią braki energii, a jeśli nie, to zdaje się nam że tak właśnie jest. Czasem dobrze oszukać własny umysł, albo dać mu zwodniczą nadzieję, żeby miał jeszcze siłę współpracować i wysilił się na kolejne 3 punkty kontrolne. Uzupełniliśmy płyny, podjechał Kwito – organizator trasy pieszej, chwilkę pogadaliśmy i czas ruszać dalej.

Czuję, że moje stopy są już lekko otarte, zwłaszcza prawa, to efekt wilgotnej skarpety, wyjście jest tylko jedno, bo o przerwaniu nie ma mowy.  Samoprzylegający bandaż elastyczny, który tworzy szczelną skorupę wokół stopy, nie uciska i co ważne, szczególnie w tych warunkach, nawet gdy jest wilgotny nie zmienia swojego ułożenia ląduje na mojej spracowanej kończynie. Uzupełniamy zapasy płynów, chwytamy po „Chrupsie” i po bananie i w dalszą trasę.

Za młynem ścinka w lewo, 100 metrów marszu i wracamy, yyy – nie ten kierunek,. Szybkim krokiem w polną drogę i dalej do lasu i wzdłuż jego granicy na zachód, nasz cel to dwa łukowate odcinki drogi zbiegające się w jednym punkcie, stamtąd droga będzie już łatwiejsza.

 Pomrowy maszerują spokojnie, nie chcą przegapić tego punktu, na szczęście nie było takiej opcji, szybko namierzyliśmy nasz cel i dalej tniemy już dróżką w kierunku zachodnim i lekko na północ. Szukamy strumienia na przecięciu z drogą, jest czyli już prawie prawie w punkcie. Winnie wpada w las, ja lecę dalej drogą jakieś 50 metrów.  Z drogi doskonale widać lampion, szybki sygnał do Winnie i ona już kieruje się na punkt , ja wjeżdżam w las i „Brzeg bagna” – PK 9 zaliczony.

Idzie świetnie start z młyna nam nie wyszedł, ale po chwili już wchodzimy na właściwe obroty. Dalej mkniemy dróżką na przecinkę leśnych szlaków i kolejny raz udaje nam się bezbłędnie namierzyć leśne estakady, którymi kierujemy się prościuteńko na północ. Wypadamy z lasu, polna ścieżyna prowadzi nas prosto do miejscowości Silce, a tam już nie ma opcji się pogubić, mijamy Jezioro Silickie, rozstaj dróg i akwedukt, a raczej przeprawa przez kanałek. Przed nami górka, żwawy marsz przez pole i w skupisku drzew wypatrujemy ambonę. Kolejny punkt namierzony bez zbędnego krążenia.

Pomrowy zdecydowanie łapią wiatr w żagle. Szybka kalkulacja zostaje ostatni punkt i lecimy do bazy – czyli już widzimy metę oczyma wyobraźni. To jest moment żeby podziękować za wspólną trasę ostatniej Olsztyneckiej Jagodziance, złapać odrobinę energii i odciążyć maksymalnie plecaki. W naszych głowach już prawie rodzi się myśl „Home sweet Home… Barczewo”.  Trafiamy pięknie w dwa mostki na Kanale Wiktorii, dalej ogarniamy azymut na linię energetyczną, wszystko niby proste, bo to już nie las tylko… pole rzepaku. Niestety nie tego kwitnącego żółtym kwiatkami, o nie nie, za ten wiele byśmy wówczas oddali, ale już wyrośniętego zielonego twardego rzepaku, który stanowi zbitą, szczelną barierę na naszej drodze do „Paśnika”.

Jest kilka wydreptanych dróżek w tych połaciach zielonego szaleństwa, to motywuje nas do dalszej walki… lecimy. Nogi bolą ze zmęczenia, poparzone przez pokrzywy, pogryzione przez insekty i cholera wie przez co jeszcze, a na koniec to rzepakowe pole rośnie wokół nas, to rzepakowe pole, w którym jak  strachy na piechurów tkwimy. Ciężko jest, ale lecimy mimo zmęczenia i przeciwności losu, kierunek – linia energetyczna, dalej wzdłuż linii wschód. Niestety nie wyszło tak jak chcieliśmy, błądziliśmy okrutnie.

W końcu Winnie decyduje się na przecinkę przez jakieś chaszcze, pokrzywy wysokie jak my, trzcinowisko i oset. Po kilku bardzo wolnych krokach decyduję się zmienić Winnie na prowadzeniu i wbijam na żywioł w to pokrzywisko. Co tam iskrzące nogi, już tak przyjemnie elektryzują podskórnym mrowieniem, chwilo trwaj, nie mamy nic do stracenia poza czasem, zatem dopieszczę swoje kopytka niech mają prawdziwe „pokrzywiony masaż”. Niosą mnie już tyle kilometrów, choć tak się mogę odwdzięczyć. Przebiliśmy się przez te cudne chaszcze i lecimy pod górkę.

 Winnie kilka kroków przede mną, bo już słaby zaczynam się robić, patrzę coś podnosi z ziemi, i znowu, i znowu… pod naszymi nogami poziomki. Nooo pięknie, niespieszne przykucnięcie i już te drobne czerwone owoce lądują w mojej dłoni, by po chwili ich słodycz i przyjemny smak, takie wspomnienie dzieciństwa, rozchodzą się po ustach powodując, że choć na chwilę nie myślę o tym żeby iść dalej.  Zbieramy się po chwili i lecimy prosto na gospodarstwo, jest dróżka czyli kierunek wschodni i wypadamy na jezioro. Droga pięknie je okala, idealnie zdjęta z mapy, no to już tylko na północ i jesteśmy prawie na ostatnim punkcie kontrolnym.

Wokoło kilka letniskowych domków, słychać śmiech i rozmowy, woń grillowanego mięsa unosi się w okolicy, ale nie za to oddalibyśmy w tej chwili wiele, patrzymy na siebie z Winnie i zastawiamy się głośno co oddalibyśmy za mała szklaneczkę zimnego piwka, nie ma jednak takiej opcji, nie możemy sobie teraz pozwolić na odprężenie, jeszcze kilometr przez las i jesteśmy na miejscu. Skręcamy w leśną drogę na północny-wschód i po 400 metrach naszym oczom ukazuje się Święty Graal Mazurskich Tropicieli” – Pasńik – PK 5 – „the last but not the least”. Przybijamy piąteczkę, podbijamy piąteczkę na karcie, pamiątkowa fotka do antyramy i finałowe czyszczenie plecaków, ostatni banan kilka łyków picia i lecimy.

Drogę mamy już obcykaną, zbieg ze skarpy, dalej przez pola na Wrocikowo i jesteśmy w domu. Zatem szpula na skarpę patrzymy i jest… chyba to cholerne jezioro, które zgubiliśmy po trasie przy poszukiwaniu PK 7, jesteśmy w totalnym szoku, szybka decyzja i szukamy przejścia, może gdzieś jest jakaś wąska przeprawa, latamy wzdłuż skarpy przy jeziorze przy kanale, nigdzie nic, patrzymy są drzewa spuszczone przez bobry. Emocjonalna myśl „Przebijamy się na drugą stronę zalewiska, przebijamy się po drzewach, ryzykujemy przeprawę”, nie wiemy jak jest głęboko, ale co zrobić już jesteśmy gotowi do działania, nagle chwila otrzeźwienia, zdrowy rozsadek wraca wyciszając emocje – co będzie jeśli dalej są bagna, przeprawimy się i trzeba będzie wrócić, tracimy czas i energię, a jest już 19:30 czyli 2 godziny do „deadline”.

Ryzykujemy lecimy wzdłuż skarpy, może cos lepszego wypatrzymy. Błądzimy w poszukiwaniu miejsca do przeprawy, w końcu stop, ilość przekleństw, którą po trasie wyrzucamy z siebie wspominając słowa Afryczki na punkcie żywieniowym, że ostatni PK jest LEKKO BAGNISTY, osiąga apogeum. 

 „Jak tak można - wykasowali jezioro z mapy”układamy spiskową teorie tropów, to wcale nie jest śmieszne, nasze głowy buzują, a emocje są coraz silniejsze. Wszystko mieliśmy już zaplanowane, a tu taka niespodziewajka.

Zatem wracamy na trasę i szpula, trzeba to obiec. Z niedowierzaniem spoglądamy w mapę, to dodatkowe 4-5 km trasy, a mamy już w nogach prawie 50. Co nam pozostaje, w końcu „Rącze Pomrowy to nie mięczaki”, a Wściekłe Rącze Pomrowy to już na pewno nie mięczaki. Nowy plan zakłada możliwie szybki marsz przez las na Kaplityny.

Winnie zasuwa tak, jakbyśmy dopiero wyruszali z Barczewa, aż strach się odezwać, widać że jest okrutnie wkurzona, a ja okrutnie zmęczony, ciągnę te nogi jak kłody, co chwile podbiegając, bo Jej marszowe tempo jest na prawdę imponujące. Emocje i zmęczenie jeszcze bardziej nakręcają nas do większego wysiłku.

Docieramy do Kaplityn, teraz kierunek Bark i już będziemy niedaleko, idziemy przez lasek, ścięliśmy w inną drogę drogę, ale to nie miało znaczenia, bo i tak wyprowadziła nas w miarę dobrze. Teraz już kierunek na oczyszczalnię przy DK 16 odbijamy na wschód i jesteśmy prawie w domu. Tniemy na skuśke przez pole, jesteśmy już dobrze podmęczeni. Dochodzimy do jakiejś polnej drogi, która prowadzi nas prosto w majacząca w oddali zabudowę
.
Decydujemy się na ostatni „Zryw Pomrowów” – biegniemy, może tempo nie jest zabójcze, ale poważnie… BIEGNIEMY!!! Mamy w nogach jakieś 55km i przed nami dobre 3km trasy, to jest nasz prawdziwy sprawdzian, to jest nasza Golgota… time is coming, na busoli nie ma jeszcze 21 czyli jest nieźle. Lecimy polną drogą, wpadamy na płyty betonowe, po obu stronach zabudowa, a w oddali na linii horyzontu maluje się jakaś biała wstęga – coś przypominającego bramę i ogrodzenie. Zbliżamy się, nasze najgorsze przewidywania się sprawdzają, jest brama i w dodatku zamknięta, ale może choć furtka będzie otwarta. Podbiegamy z niedowierzaniem pociągamy z a kraty i … jesteśmy wolni. Zamykamy za sobą furtkę i już z nową wiarą pędzimy betonówką w kierunku DK16. Przy boisku dwóch chłopaków pyta, ile jeszcze, a my że jakieś 2-2,5 km, na co pada śmieszne stwierdzenie „Tylko tyle”? W odpowiedzi beznamiętnie rzucamy w powietrze, że w nogach mamy już jakieś 55 km… dziwnie zamilkli.

Dopadamy do drogi krajowej nr 16, trasa dobrze nam znana, wczoraj tędy lecieliśmy do Barczewa, czyli asfalt na koniec. Warto robić te nasze warszawskie betonowe trasy, już czujemy woń schabowego, który na nas czeka. Jeszcze 1,5 km – finisz musi być z klasą, wpadamy na metę jak olimpijscy sprinterzy, tyle, że nasze twarze zdobią uśmiechy szczęścia nie grymas zmęczenia. Co więcej może nasze ciała były zmęczone, ale umysły ostre niczym brzytwa, kto pomyślałby, żeby po 12 godzinach i 44 minutach przyjdzie nam do głowy odpowiedzieć Kwitowi, że zrobiliśmy 2 pętle po tej pięknej trasie…. Jak widać po naszej relacji, pomimo zmęczenia nie strąciliśmy z oczu tego po co przyjechaliśmy, fantastycznej zabawy i pięknej przygody.


Na mecie czekało na nas zimne piwko, idealne uwieńczenie całodniowego sportowego  święta. Satysfakcja z pokonania trasy, brawa na mecie, ciepłe słowa i uśmiech Tropicieli Piechurów i Rowerzystów były nagrodą dla której warto było iść, biec, maszerować, przeprawiać się przez bagna i mokradła, gubić się i odnajdywać drogę, dać się pogryźć wszelkiemu leśnemu robactwu i zwiedzić wiele wyjątkowych warmijskich zakątków i ostoi. Piotrek ułożyłeś świetną trasę, której przejście jest fantastycznym wydarzeniem i niezapomnianym wyzwaniem. Chustki i czapki z rączych pomrowich głów dla Wszystkich Tropicieli i Organizatorów, ludzi którzy mają chęci poświecić swój czas, żeby aktywnie realizować swoje pasje. Do następnego rajdu, już nie możemy się doczekać! 

niedziela, 2 czerwca 2013

Spływ Marózką i Łyną

Stare 3,14 w kajakowych odmętach przy stężeniu testosteronu 0%


30 maja 2013 (czwartek)


Warszawa – Olsztynek  godz. 7:15 – 10:00
Olsztynek – ośrodek Mierki godz. 10:15 – 10.30
Ośrodek Mierki - Kurki– 12:00 – 12:15 , samochód
Kurki – Mielno 12:30 – 13:15, samochód z kajakami
Mielno – elektrownia Waplewo 13:45 – 17:30 kajakiem (ok. 13km)

Rano zbieramy się u Moni, która jest posiadaczką samochodu o bagażniku 200 litrów – i tak wszystko się nie mieści :) jedzenie na cztery dni, gary no i nasze bagaże :) Z Warszawy jedziemy w piątkę: Monia, Gosia P., Karol, Jola i Winnie, z Władysławowa nadciąga Gosia M. Szybko lądujemy w Olsztynku na najlepszych jagodziankach olsztyneckich – kto nie zna, ten życie traci. hehehe. Pani od jagodzianek serwuje nam inne smakołyki, niesamowite, kupujemy jeszcze bułki z jeżynami… poezja. Do Olsztynka dojeżdża także Gosia M. i już jesteśmy połączone naszą drużyną :) Wtranżalamy jagodzianki i chcemy kawy, a tu w całym Olsztynku o tej porze nie ma gdzie się kawy napić… chyba że na stacji benzynowej… To jedziemy dalej, gdzieś się zatrzymamy na kawę :)

Widzimy skręt do jakiejś kawiarni w ośrodku, skręcamy w las i …. Jedziemy, jedziemy, jedziemy… Mija nas autokar pełen młodzieńców… chwila wahania, chcemy zawracać za nim, ale ta kawa… trudno, może jeszcze jacyś młodzieńcy się znajdą, hehehe. Dojeżdżamy do ośrodka wypoczynkowego Mierki nad jeziorem Pluszne Wielkie – ładujemy się na leżaki i sączymy cafe latte… to my nigdzie nie jedziemy dalej :) Poznajemy Komandor Płaczliwą, która obsypuje nas dmuchawcami. Okazuje się, że pan Wątły (od kajaków), nie może teraz nas przewieźć i musimy czekać…. O jaka szkoda… kontynuujemy relaks nad jeziorem w leżaczkach…

W końcu ruszamy i po chwili dojeżdżamy do Kurek, bierzemy kajaki z wypożyczalni Wypożyczalnia Sprzętu Wodnego Rafał Wątły  (pan Wątły i jego brat Wątły wcale nie takie wątły… hehehe, o tym się jeszcze nie raz przekonamy). Koszt wynajęcia kajaka 40zł/kajak/dzień, transport w zależności od trasy. Super bonusem jest to, że panowie podjeżdżają na przenoski i przewożą kajaki, więc spływając nie trzeba się o to martwić. My startujemy w Mielnie, jedziemy tam z kajakami z godzinę. Samochody zostawiłyśmy u panów Wątłych na łące.

Jest już całkiem późno jak się wodujemy, zaczynamy na jeziorze Mielno, a biorąc pod uwagę upał, szybko chcemy być na środku i zrelaksować się jakimś napojem. W liście zakupów napoje orzeźwiające zostały uwzględnione :) Słabo nam idzie wiosłowanie, i jeszcze wiatr wieje, a wiosła nie są skręcone… Tym jeziorem płyniemy chyba z 9km. Nim wpływamy w rzekę zatrzymujemy się na pomoście, miał być plan kąpieli, ale jakoś nie wyszło – zimna woda…

Wpływamy na rzekę Marózka jest urocza, płytka (nawet bardzo, dobrze, że jest ciepło, bo wyskakiwanie z kajaka nie stanowi problemu:) Do mostu w ciągu drogi (ok. 1,5km) rzeka jest w miarę czysta, syf zaczyna się, jak wpływamy do Waplewa. Jakaś masakra – mieszkańcy tej wsi wrzucają do tej rzeki chyba wszystkie śmiecie… aż się smutno robi, bo przed chwilą była to super czysta rzeka… trzeba uważać przy wychodzeniu, bo jest mnóstwo szkła i gruzu… no koszmar…

Dopływamy do elektrowni Waplewo, jest już całkiem późno (po 17tej), przepłynęłyśmy około 13 km. Pan w elektrowni jest tak miły, że postanawiamy zostać tam na nocleg, bo kolejna możliwość noclegu jest podobno za naprawdę kilka godzin płynięcia… A my mamy nocleg luksus – na skoszonej trawce, dostęp do toalety, miejsce na ognisko i drewno… Towarzystwo kotów i psów i wnuczki pana z elektrowni… Pan nas straszy, że za elektrownią są bystrza i ktoś wczoraj zrobił dziurę na nich w polietylenowym kajaku (!!!!!!)… no to ładnie. Ale za to ktoś inny zostawił wiosło, więc szczęśliwy pan z elektrowni dumnie z nim chodził, zadowolony, że zawsze go okradają a teraz coś mu się trafiło!

Robimy wyżerkę na ognisku – spaghetti carbonara – w wyniku kompromisu – bez śmietany ale z czosnkiem :)


31 maja 2013 (piątek)


Elektrownia Waplewo – Jezioro Maróz godz. 11:00 – 15:00

Wstajemy z rana prawie, śniadaniujemy przy ognisku. Okazuje się, że nasz gospodarz nie chce ani złotówki za nocleg… trochę głupio, zostawiamy mu wino. W ogóle głupio nam, bo się tego nie spodziewałyśmy, tak nas ugościł…

Ruszamy koło 11tej, podobno ma być jakiś deszcz, więc chcemy już mieć złożone namioty. Zaczyna się psuć pogoda jak tylko ruszamy. Rzeczywiście rzeka (którą ktoś chwilę wcześniej spuścił ścieki – no comment…) jest bystra, pełno kamieni i można nieźle walnąć kajakiem. Spływamy ekspresowo, jak kończą się bystrza, zaczyna się psuć pogoda na maksa. Szczerze, to zaczyna się niezła burza i leje się ściana wody. We dwa kajaki (Monia z Gosią P. popłynęły dalej) stajemy pod drzewami i czekamy aż przejdzie. Leje równo, chowamy się pod foliowymi workami, Karol zakłada niebieską foliową burkę – dostaję ataku śmiechu… hehehe. Pioruny walą, woda się leje, a ja zajmuję się usuwaniem jeziorek na worku foliowym, które tworzą się w zagłębieniach – żeby jeziorka nie wpłynęły do kajaka tylko na zewnątrz :) Nie wiem ile tak stoimy, mija na jedna grupa, bardzo wesoła – płyną mimo deszczu. Gdy wydaje się, że burza przeszła, ruszamy i my. Za chwilę , może dłuższą chwile jest jezioro, trafiło nam się, że burza nas nie złapała na jeziorze – to już nie byłoby nawet zabawne. Mijamy w między czasie ujście rzeki Witramówka – jest oznaczone, że nie należy nim spływać, więc jak ktoś czujny to się nie pomyli.

Całe mokre dopływamy do ośrodka na jeziorze Maróz, są miejsca w ośrodku Syrenka (50zł/os) – nie mamy dobrej pozycji negocjacyjnej jeśli chodzi o cenę… kajaki zostają w hangarach a my lądujemy w domku o wdzięcznej nazwie Bocian :) Wypogadza się, rozwieszamy pranie w domku, pan nam rozpala grilla pod dachem, gdzie sobie fundujemy kiełby z ogniska, ziemniaki i jeszcze sałatkę z tuńczyka. Jest też sklep! Bo konsumpcji jedzenia i napojów postanawiamy wybrać się na spacer.

Dochodzimy do jakiejś wsi, całkiem ładnej, ze 3km od ośrodka i zawracamy. Jolka z Gosią P. dzielnie biegną, tka biegną , że aż się gubią w drodze powrotnej. A my nawet nie zauważamy, bo w końcu jest już ciemno. Karol ćwiczy noszenie otwartej butelki z nalewką na głowie – dobrze jej idzie, nie ma to jak porządna motywacja:)

1 czerwca 2013 (sobota)


Jezioro Maróz –Szwaderki godz. 12:30 – 14:00 (ok. 8,5km)
Szwaderki – Kurki  (7km) godz.  14:30 – 18:00

Rano wreszcie jest słońce i rozpoczynamy akcje suszenia na świeżym powietrzu – znów zapowiadają deszcz, ale nie będziemy się przejmować prognozami :) ładujemy się do kajaków i płyniemy.

Najpierw przez jezioro, aż do samego końca, ciągle oczekujemy deszczu, ale jak na razie skwar :) Po przepłynięciu jest przenoska w Szwaderkach. Dzwonimy po panów Wątłych, a oni wcale jak nie wątli, wrzucają nasze załadowane bagażami kajaki na przyczepkę i przewożą. Jest tutaj smażalnia ryb – będziemy pamiętać o tym jutro :) A teraz zrzutka kajaków do jeziora Swaderki Małe i trzymając się prawego brzegu zaraz wpływamy do rzeki Marózki. Jest to najbardziej urodziwy fragment rzeki – jest przepięknie, spokojnie, świetlisty las… Bajka… Trwa to około 5 km. Dopływamy do jeziora Święte – tam na jeziorze okazuje się, że w mijanej grupie jest kolega Gosi P. – czyli wszędzie znajomi. Kolega wypił już sporo napojów orzeźwiających i sprawdza wodoodporność swojego telefonu – czy jest jak w reklamie – skutki nieznane.

Oni się zatrzymują nad jeziorem, a my płyniemy dalej do kolejnej przenoski w Kurkach (ok. 1 km). Znów przyjeżdżają panowie Wątli. Proponują nam nocleg u siebie na łące, ale my chcemy głuszy :) W końcu na razie ciągle nocujemy w cywilizacji… Dlatego po przenosce wypływamy na jezioro Kiernoz Wielki, koniec z Marózką , teraz Łyna :) Robię sesję zdjęciową perkozowi na gnieździe.  Płyniemy chwilę, za wyspę, żeby się rozbić. Na lewym brzegu, miejsce biwakowe, niestety wcale nie tak daleko od wsi (mamy towarzystwo w pewnej odległości), ale dalej już miejsc dogodnych biwakowo nie widać.

Rozbijamy się, gotujemy przepyszne czerwone ścierwo, zajadamy się że hej! Mamy też odwiedziny z wody bardzo młodych mężczyzn (choć to ostatnie słowo może lekko na wyrost, hehehe), dostarczają nam kupę śmiechu, ale też zostajemy starymi 3,14… takie życie ;)

Przychodzi też para, pan wielce uradowany, że same dziewczyny biwakują, ale sprowadzamy go na ziemię, że wszystkie jesteśmy wojującymi feministkami – hahaha, zadziałało! Poszedł precz!!! hihihi

Po zmroku zaczyna wiać, więc chowamy wszystko bo może będzie padać. Jak tylko układamy się w namiotach zaczyna się burza. Idealnie

2 czerwca 2013 (niedziela)


Do źródeł Łyny godz.: 12:00 – 15:30
Jezioro Kiernoz Wielki – Jezioro Kiernoz Mały – Jezioro Morze – Jezioro Duże Brzeźno
Jezioro Duże Brzeźno - Jezioro Morze – Jezioro Kiernoz Mały – Jezioro Kiernoz Wielki  - Kurki
Kurki – Olsztynek godz.: 16:45 – godz.: 17:15
Olsztynek – Warszawa godz. 18:30 – 22:00


Rano budzą nas panowie rybacy, którzy podjechali samochodem pod nasze namioty i rozbili się z wędkami na naszym (!) brzegu! W ogóle zluzowani – my również, na pewno nie będziemy się cicho zachowywać, żeby im ryb nie płoszyć – byłyśmy pierwsze!

Pogoda jest beton, skwar, śniadaniujemy, a potem plan jest płynąć w górę Łyny w kierunku źródeł. Niby pod prąd, ale nurt jest wolny i spokojny – daje radę. Bardzo relaksacyjnie, słuchając szalonych żab i kwitnących lilii wodnych (grzybienie białe). W miejscowości Brzeźno Łyńskie robimy przerwę z nadzieją, że jest sklep i będą lody… niestety, najbliższy sklep w …. Kurkach…

Gosia M. i Karol odłączają się od nas, nie chce mi się dalej pod prąd wiosłować – poczekają na nas w Kurkach (pewno je wizja lodów zachęciła…)

A my dalej do przodu – do morza ;) – jezioro Morze jest hmm… dość morzem niewielkim :) Potem dalej na jezioro Duże Brzeźno – i dalej jezioro Małe Brzeźno. Niestety dalej już się nie przebijamy, trzcin jest pełno, więc Krzyża nie zaliczymy – zawracamy. Jola jeszcze zahacza o pomost dla rybaków na środku wody, a po co… wiadomo, czasem trzeba …. ;)

Wracamy tą samą drogą, nie wiele czuć , że teraz jest z prądem… mijamy trochę ludzisków, a tu zaczyna kropić deszcz…. Czyżby znów burza? Dopływamy do Kurek i panów Wątłych, zostawiamy kajaki, pakujemy się i płacimy za całość tej kajakowej przyjemności. Wyszło za 6 osób 680 zł (480 zl wynajem kajaków , 200 zł trasport/przenoski).

Teraz czas zjeść jakąś rybę, zajeżdżamy do Szwaderek, gdzie jest smażalnia, a tam… już wszystkie ryby zjedzone :( zakupujemy wędzone leszcze, zawsze coś, ale się nie poddamy, jedziemy szukać ryb dalej.  Zajeżdżamy do pola biwakowego w Szwaderkach , pan nas przekonuje, że będzie ryba… hmmm… jak przynosi jedzenie, to się okazuje, że ryba może była, ale jedna lub dwie, a nas jest sześć – i pan się chyba poczuł Jezusem i dokonał cudownego rozmnożenia! Targujemy się przy płaceniu, i tym bardziej jesteśmy przekonane, że oszustwo było, bo szybko znacznie opuszcza z ceny. Tyle naszego…

Teraz czas na kawę i jagodzianki w Olsztynku – to jedziemy! Do Olsztynka zajeżdżamy po 17tej, a jagodzianki do 17tej – smutek :( Ale można zadzwonić i podjadą – tylko niestety jagodzianek już nie ma :( Telefon spisujemy – jeszcze się przyda nie raz!!! :)


Pozostaje tylko kierować się do Warszawy… korki chyba największe omijamy i wjeżdżamy przed 22gą do Wawy… 

niedziela, 5 maja 2013

Ukraińskie Bieszczady

Chaszczuju, pikuju i znowu chaszczuju,
czyli Szkarłatna Litera, Ukryte Źródełko i Maczeta na Połoniny stawiające czoła Hucułom






Kursy walut (orientacyjnie)
1 UAH = ok. 0,40 PLN





27 kwietnia 2013 (sobota)


Warszawa – Przemyśl godz. 5:15 – 11:15 , samochód
Przemyśl – Medyka godz. 11.45 – 12:00, bus, 2 zł/os
Przejście graniczne Medyka – Szegini  godz. 12.00 – 13(12):30
Szegini – Sambir godz. 14:50 – 16.15 , marszrutka, 15 hr/os.
Sambir – Sianki godz. 20:15 – 22:30, elektriczka, 11hr/os.

Ruszamy rannym świtem samochodem do Przemyśla, Arletta wybitny kierowca, dowozi nas na czas i bezpiecznie – na drodze pusto, to świetny pomysł wyjechać tak rano i nie stać w żadnych korkach. W Przemyślu znajdujemy parking strzeżony (wcześniej obczajony) i zostawiamy samochód na 9 dni za 75zł (ul. Mickiewicza). Ostatnie przepakowanie, garby na plecy (o matko!!!) i człapiemy na busa.

Bus złapany w biegu, wsiadamy na „dopchnięcie” i jedziem do granicy (próbujemy targować cenę 2zl (hahahahah), ale się nie udaje… oczywiście brecht. Granicę przechodzimy bez zatrzymania, super sprawnie, tylko kwestia pokonania jej pieszo. Niestety czas się nam przesuwa o 1h, ale wciąż optymistycznie wierzymy, ze dziś dojedziemy do Sianek :).

Na marszrutke do Sambiru musimy czekać ponad godzinę, ale warto było! Poznajemy w drodze Saszę-Miszę, który zaśmiewa się, że jedziemy do Sianek, bo co jest w Siankach… tylko siano. Potwierdzamy, że jedziemy po siano do Sianek, bo u nas siana nie ma. Jedziemy bez chłopaków, bo chłopcy nie chcieli jechać po siano do Sianek, oni siano już widzieli. Kolega obiecuje nam Dziki Zachód, Dysneyland America … Jola nie docenia i zasypia, więc słabo trzęsie na tych drogach dziurawych. Jest też starsza pani siedząca na schodach, która do Polski pojechała po kilogram ziemniaków J Ogólnie jest zabawnie. Poczuciem humoru Ukraińców jesteśmy zachwycone!

W Sambirze przechwytuje nas pan, który chce się dla nas wszystkiego dowiedzieć, jak do tych Sianek mamy dojechać. Niestety innej opcji nie ma niż pociąg o 20:15… szkoda, bo musimy czekać 4h… To idziemy zwiedzić Sambir. Bagaże zostawiamy u kasjerek (21hr/3os). Maszerujemy w team’ie maratońskim, obejrzawszy dwie cerkwie, w tym jedną naprawdę mega niebieską, decydujemy się przylumpić trochę z piwkiem na ławce. Kupić zimnego piwa się nie da, piwo z lodówki owszem jest, ale lodówka nie działa J pani w sklepie nas uświadamia, że zimne piwo jest niezdrowe dla gardła, dlatego wyłączone… ;) i że możemy sobie wypić piwko pod ratuszem, bo jesteśmy dziewczynami, jakbyśmy były chłopakami to mogli by nas pogonić – hehehe. Na razie nie widzimy niekorzyści, że w naszej grupie stężenie testosteronu jest praktycznie zerowe ;)

Wokół Zycie się toczy bardzo rodzinnie, naszą faworytką jest babuszka z żółtą kaczuszką chodząca w dzieciaczkiem wokół ratusza! Jest też chłopaczek, który chyba szedł na randkę (czerwona róża), ale po drodze spotkał kolegów i został z nimi na pifku… hi hi

Na dworcu, czekając na pociąg zapoznaję jeszcze Romkę, która koniecznie każe nam jechać na Zakarpacie – że w Siankach niczego nie ma ;) Biletu nie kupujemy – ogarniemy sprawę u konduktora. Nie ma też problemu który pociąg itp., wszyscy nas kierują, hahahaha. W pociągu spotykamy dwóch chłopaków z Polski (Bartek i Mariusz) – też jadą do Sianek. Im podróż nie poszła sprawnie, cieszą się że wreszcie są w pociągu.

Późnym wieczorem lądujemy w Siankach – siana nie widać, ale w ogóle mało widać;) rozbijamy się koło torów przy strumieniu, jeszcze jakieś gotowanie herbaty itp. W śpiworach jesteśmy ok. 1.00.

28 kwietnia 2013 (niedziela)


Sianki – Perejba (żółty szlak)  godz. 12:15 – 14:15 
Perejba    – przed Kruhlą (czerwony szlak) godz. 14.45 – 16:00
przed Kruhlą – Kincik (czerwony szlak)  godz. 16.00 – 17:15
Kincik – Drohobyckyj Kamin – Starostyna (czerwony szlak) godz. 17:30 – 19:00

„Czego mogłam wziąć mniej – biodra mówią WSZYSTKIEGO!”

Rano budzi nas deszcz – więc nie wstajemy! Co za zmiana pogody, wczoraj upał…. Chłopcy idą, my wciąż śpimy w nadziei na rozpogodzenie. Wstajemy o 10tej. Śniadaniujemy i wykorzystujemy przerwę w deszczu by złożyć namioty. Nie widać szans na poprawę pogody… Ruszamy o 12:15.

Przechodzimy przez wieś Dwiczna i za nią spotykamy pana „z ochrony”, który pokazuje nam żmije…:) Obiecuje, że jutro będzie pogoda! Szlak jest dość nieużywany, ale oznaczony (żółty). Na przełęczy przed podejściem na Perejbę (gdzie dochodzi szlak czerwony) spotykamy Czechów, którzy podstępem częstują mnie wódką. Imprezowa wielopokoleniowa rodzina.

Dalej idziemy czerwonym szlakiem – strasznie pod górę, ale to nic, jeszcze straszniej się schodzi… (trochę przebieg szlaku nie zgadza się z mapą…). Jola traci jedno życie, zostaje jej tylko jedno na level 2 – udaje się, ale strach w oczach – błoto, ślisko, stromo….

Teraz już dość wygodnie dalej i łagodnie, widoki cudne, ale niestety deszcz siąpi, jest zachmurzenie – mogłoby być obłędnie.

Już zmęczone rozważamy co zrobić, żeby mniej bolało – paski, szelki, pasy biodrowe na tysiąc sposobów…
Podłazimy pod Kincik – nie jest trudno, ale jesteśmy zmęczone i ledwo idziemy. Pogoda zaczyna się psuć na poważnie i przebiegamy przez Drohobyckyj Kamin – pod Starostynę. Groźnie się robi – leje deszcz, walą pioruny, a my na połoninie (skupiamy się na liczeniu sekund między błyskiem a grzmotem… różnica coraz mniejsza…). Lecimy przez grzbiet do pierwszego momentu, gdzie można zejść na dół na polanę. Leje równo. W ostatniej chwili zbiegamy w dół i lądujemy dokładnie tam gdzie chciałyśmy być. Jola znajduje źródełko, nie zaznaczone na mapie :) Burza przechodzi, deszcz się kończy – idealnie – rozbijamy namioty – niestety mgła i zimno, więc nie wiadomo, jak będzie z suszeniem.

Każda ma coś: Winnie pęcherze na biodrach od pasa biodrowego (dlatego tak mnie bolało!), Jolka ma krwiaka pod kolanem od opaski, a Arletta ma takie bolące plecy, że nie umie chodzić bez plecaka.
Widzimy salamandrę, która spała zwinięta jak kotek pod plecakiem Arletty :)

Zajadamy się i padamy spać.

29 kwietnia 2013 (poniedziałek)


Starostyna –Wieki Wierch  - Pikuj  godz. 10:45 – 18:00
Pikuj – „droga” do wsi Szczerbowiec (biwak) godz. 18:00 – 20:00

Budzimy się o 7mej, co by wcześnie wyjść. Jest słońce, więc rozpoczynamy akcję suszarka i solarium. Wszystko super mokre z wczoraj. W efekcie wychodzimy o 10:45 …. Wdrapujemy się na Starostynę, żeby podziwiać widoki – jest ekstra. Tylko wieje. A wieje przez nas (Winnie i Arlette), bo wczoraj taką zażyczyłyśmy sobie pogodę – Jola była w stanie zgodzić się na drobny deszcz, byleby nie wiało. A my, że niech wieje, byleby nie padało… No i mamy co chciałyśmy…

Ruszamy i walczymy z wiatrem – jest tak silny, że nas przesuwa, a maszerujemy cały czas połoninami, grzbietem… Czasem lekki strach się pojawia.

Wciąż nie wiemy gdzie jesteśmy – ostrych wierchów naliczyłyśmy kilka ;) taka nasza orientacja w terenie, hehehe Trasa cudnie widokowa, tylko aparat z ręki wyrywa. Na Pikuj dochodzimy na 18tą. Zmordowane, ale osiągnęłyśmy nasz cel wyjazdu– teraz możemy pić! Pikowanie zaliczone, ale po pikuju, pikuju, czas na chaszczuju, chaszczuju…

Ledwo idziemy, a teraz w dół ścieżką – szybko gubimy szlak i się… Łazimy po chaszczach, przechodzimy przez kolejne potoki, a ani widu ani słychu drogi do wsi. W końcu trafiamy na jakąś drogę, która staje się potokiem, ale się nie poddajemy i nią idziemy.

Nagle dochodzimy do cudnego miejsca biwakowego, z miejscem na ognisko nad potokiem! Zostajemy!!! Jest cudnie!!! Robimy sobie spa w potoku – nie ma to jak biegać nago po lesie – hehehe. Czyste rozpalamy ognisko. Najadamy się, ale kiełbaski zostawiamy na śniadanie :)

30 kwietnia 2013 (wtorek)


biwak – wieś Szczerbowiec  godz. 11:00 – 12:00
Szczerbowiec – Paszkowcy – Preluka godz. 13:20 – 19:00

Motto: „Nie ważne jak bardzo chcemy zgubić szlak – on i tak nas znajdzie!”

Wstajemy z trudem około 7mej i delektujemy się naszym biwakiem do 11tej. Pieczemy kiełbaski na ognisku na śniadanie – wypas! Ruszamy w końcu w dół i po około 1h schodzimy do wsi. Co się okazuje?! – byłyśmy na szlaku! Schodzimy do Szczerbowca – piękna wieś, domki drewniane jak z obrazka. Zachwycamy się.

Znajdujemy mini sklep naprzeciw cerkwi. Domowa atmosfera, znów mega serdeczność i kupa śmiechu. Chcemy kupić cebule, pani w sklepie nie ma, to inna pani idzie do ogródka i nam przynosi:). Panowie w sklepie przeżywają, że tak bez chłopa chodzimy, hehe. Pijemy kwas, podziwiamy widok na Pikuj i mija godzina.

W końcu o 13:20 ruszamy drogą, którą wskazują nam miejscowi – i szok! Znów jest szlak! (żółty) Schodzimy do wsi Paszkowcy i ruszamy w górę zgodnie ze szlakiem. Szlak się kończy nagle, a my kombinujemy z mapą. Niezła przygoda! Łazimy po chaszczach kombinujemy gdzie iść. Przebijamy same siebie jak idziemy w górę strumieniem… przez dobrą godzinę… i żadna się nie skumała, że powinnyśmy iść w dół rzeki! Jesteśmy mistrzynie orientacji!! Hehehe

O 16:30 wyłazimy na drogę – ja wreszcie zakumałam,  że źle idziemy… Siedzimy na drodze i dumamy. Nie mamy pojęcia gdzie jesteśmy, gdzie w ogóle możemy być… Cóż postanawiamy iść drogą, bo duża… gdzieś nas zaprowadzi… Ruszamy o 17tej i mija 10 min i ….. okazuje się, że JESTEŚMY NA SZLAKU!!!!!!!! Czyli jakbyśmy się nie zgapiły, gdzie byśmy nie poszły, szlak nas odnajdzie!!!

Teraz staramy się trzymać szlaku – nie jest to łatwe, już jesteśmy skatowane. Gubimy szlak kilka razy, ale teraz z upartością go szukamy – nie ma co kusić losu, że on sam nas znów znajdzie ;) Na to schodzi kupa czasu.

Idziemy i idziemy i końca nie widać. O 19tej dochodzimy do polany ogromnej – Preluka. Tu się rozbijamy, znajdujemy super miejscówkę, ale wszędzie znaki, że to teren prywatny i nie wolno. Przychodzi do nas koleś i chce 20hr/os za biwakowanie! Zdzierstwo na maxa, ale już machamy ręką, dajemy mu 50hr i trudno. Nie będziemy się kłócić, choć mam podejrzenie, że to jakiś lewy biznes.

Rezygnujemy z wejścia na Połoninę Równą – nie damy rady. Jutro i tak będzie ostro – Ostra hora przed nami!

Jest ognisko, piwko i padamy – słabo nam idzie z gadaniem po nocy. A niebo rozgwieżdżone.

1 maja 2013 (środa)


Preluka -  Ostra Hora  godz. 9:40 – 11:45
Ostra Hora – siodło Nizky  godz. 13:20 – 16:20
siodło Nizky – wieś Tichyj godz. 17:00 – 19:00


Plan jest taki, żeby rano wyjść i nie marudzić. I daje radę. Bo przecież dziś idziemy bez szlaku, więc pewno będziemy się mega gubić. Startujemy o 9:40 – nie straszne nam jolki leżące na drodze. Jest łatwo dojrzeć drogę, żadnych zmyłek. W skwarze podchodzimy na Ostrą i na szczycie jesteśmy o 11:45!!!! Cudowne widoki – obłęd!

Robimy przerwę lanczową na szczycie do 13:00 – w końcu tak sprawnie wlazłyśmy :) Zakochujemy się w ukraińskich Bieszczadach właśnie tam. Pewnie przyczynia się do tego pogoda, bo inaczej stałoby się to wcześniej :)

Droga w dół do siodła Nizky jest widoczna z góry. Choć Arletta, chcąc dobrze po nocy spać wchodzi na szczyt Muncil (my obchodzimy), a drogi w dół nie ma. W kosówce gubi kijek – i wróci tu z maczetą, wykarczuje kosówkę i będzie miała swoją połoninę… hehehe

Do siadła Nizky dochodzimy na 16:20. Rozkminiamy drogę do 17tej. W ogóle dzień mija nam na długich postojach – jak dobrze rano wstać! Chcemy zejść do wsi Tychyj i taką ścieżkę kombinujemy. Czasem na ścieżce jest za dużo jolek leżących, ale dajemy radę. Droga dość dobrze widoczna. Do wsi dochodzimy koło 19tej.

Trudno znaleźć dobre miejsce do rozbicia namiotów. Znajdujemy przy strumieniu. Po jakimś czasie przychodzi dziwna kobieta z dziećmi i siada i patrzy na nas… Jolka ją zagaduje, ale nic nie rozumie, tak sobie pogadają. Co kobita chce – nie wiadomo. W końcu idzie sobie.

Z trudem wierzymy w to, co trzeba powiedzieć po tym dniu: ANI RAZU SIĘ NIE ZGUBIŁYŚMY!!!      Jolka przeczyta książkę Bear’a Grylls’a „amerykańskiego mistrza survivalu” i nauczy się używać kompasu … nawet zepsutego!

Na obiad Szef Kuchni Jola serwuje chińszczyznę z parówkami – rarytas! Pierwszy raz zjadamy na widoku (przed zmrokiem).

2 maja 2013 (czwartek)


wieś Tychyj -  godz. 10:00 – 11:30
wieś Tychyj – Kicarka godz. 11:30 – 12:30
Kicarka – Drohobyckyj Kamin godz. 12:30 – 15:00
Drohobyckyj Kamin – wieś Husnyj godz.16:00-17:00
wieś Husnyj – wieś Użok  godz.17:00 – 18:00

Rano nachodza nas krowy, a namioty są mega mokre od rosy – trza suszyć! Jak już się zebrałyśmy to przychodzi babuszka, bo to jej łąka. Przegadamy chwilę i idziemy do wsi Tichyj. We wsi znajdujemy sklep i odbywa się zakupowe szaleństwo (idziemy w ciasta, opijamy się kwasem i zjadamy lody – oczywiście wszystko przeterminowane). W końcu koło 11:30 ruszamy w kierunku niebieskiego szlaku – jest dobrze oznaczony.

Około 12:30 wyłazimy na Kiczarkę (pod szczytem). Potem zejście do doliny i chcemy iść szlakiem na Drohobyckyj Kamin – ale szlak jest, tylko prowadzi inaczej. Rezygnujemy ze szlaku i rozpoczynamy chaszczowanie (w tym jesteśmy dobre!) – na pałę po lesie – na szczęście jeżyny się jeszcze nie rozrosły. Wychodzimy pod Starostyną, wracamy połoninami do Drohobyckyjnego Kamina gdzie jesteśmy o 15:00. Na odcinku Starotyna – Drohobyckyj Kamin spotykamy więcej ludzi niż przez 5 dni łażenia, uwzględniając ludzi we wsi. Są grupy Polaków i Czechów. Naprawdę stada…

Śmiejemy się, że coś w tych górach się szykuje, bo wszyscy Ida w tym samym kierunku, a my w przeciwnym :). Robimy godzinny postój i linczowanie (ciasta!) i schodzimy niebieskim szlakiem, który schodzi wcześniej niż na mapie. Schodzimy ok. 1h i znów spotykamy grupę Polaków, a potem jeszcze grupę szaleńców w samochodzie, którzy będą w nocy Pikuj zdobywać :)

Znów okazuje się, że szlak nas oszukał – chodzenia szlakiem jest zwodnicze – trzeba być czujnym jak pies podwójny! Okazało się, ze zeszłyśmy do wsi Husnyj. Teraz już drogą do Użoka. Gdzie jesteśmy około 18tej. Spotykamy wyśnionego przez Jolę Pana Profesora – Walery W. Zachwala hotelową restaurację w Wolosiance. My tam chcemy tez hotel sprawdzić. Zagadujemy kolejnego pana – mówi nam o schronisku sezonowym – dziewczyny sprawdzają – jest zamknięte. W hotelu pokój z łazienką po 100hr/os (bez śniadania).

Lecimy jeszcze zobaczyć zabytkową cerkiew (cerkiew bojkowska), a po drodze sprawdzić, kiedy będzie elektriczka jutro do Sianek. Niestety rozkładu jazdy brak, nikt nic nie wie. Ratuje nas sms do Michała, który przesyła godziny mniej więcej… uff.

W cerkwi jest nabożeństwo z okazji Wielkiego Czwartku. Cerkiewka urocza, środka ze względu na tłum, nie dało się dobrze obejrzeć.

Restauracja do 22, więc pędzimy powrotem – nie ma za dużo do zjedzenia. Zjadamy gulasz (25hr) – marna porcja w porównaniu z naszymi biwakowymi posiłkami. Dopychamy się w pokoju… hehehe.
Woda ciepła jest przez chwilę, da radę się umyć. Wreszcie umyte włosy!!!!

3 maja 2013 (piątek)


Użok - Sianki godz. 11:00 – 11:30, elektriczka
Sianki– Lwów  godz. 11:46 – 16:13, elektriczka, 12hr/os

Rozkład jazdy elektriczki: http://railway.lviv.ua
Wyspanie na maxa – wstaję po 9tej. Dziewczyny wcześniej, żeby się załapać na gorącą wodę. Z nami w hoteliku śpi jeszcze drużyna motocyklowa z Polski i dwie Niemki.

Czekamy aż przywiozą chleb, żeby iść na stację. Śmiesznie widać, że samochód z chlebem się zbliża, bo nim go widzimy ludzie wyłażą na drogę  i  idą.

Śniadaniujemy na stacji, w ekspresowym tempie. O 11tej podjeżdża elektriczka – widoki super, mijamy przełęcz Użocką. Bilety nam pani konduktor daruje. Po ok. 30 min. dojeżdżamy do Sianek i przesiadamy się do pociągu do Lwowa – połączenie jest w pełni skoordynowane.

W podróży jest upał, a Ukraińcy mają fobię przed otwartymi oknami, nawet dostajemy opieprz nie wiedząc o co chodzi. Chyba się boją, że ich zawieje… więc się gotujemy do 16tej. Fajne klimaty przedświąteczne – tłumy jada na targ.

We Lwowie jesteśmy punktualnie i ruszamy do naszego hotelu, w którym mamy rezerwację na nocleg jutro - Compass Inn Hostel (nocleg 70hr/os ze śniadaniem)Z rozbrajającym uśmiechem mówimy, że niby mamy rezerwację na jutro, ale jesteśmy dziś :) – mina pana – bezbłędna. Bo wszystko zabukowane w całym Lwowie, być może zwolnią się dwa miejsca wieczorem, ale to nam powie o 20tej. Zostawiamy bagaże i idziemy w miasto. Trudno, jak nie będzie noclegu, trzeba będzie rozbić się w parku.

Lwów zawalony ludźmi, rzeczywiście wszystkie hostele pełne, w końcu znajdujemy też dwa miejsca, ale jakieś strasznie drogie, tylko ze przy samym rynku. Więc luz. Nasze wyluzowanie jest śmiesznym kontrastem z przerażeniem w oczach ludzi w hostelach (turystów i obsługi), że nie mamy miejsca zabukowanego. hehe

Jak już mamy perspektywę noclegu pod dachem idziemy szukać jedzenia – wszędzie jakieś turystyczne knajpy, nic nie można znaleźć klimatycznego. Aż nagle wchodzimy do rodzinnego baru, gdzie babuszka lepi nam pierogi! Cudnie! Klimat jest jak w barze mlecznym, ale są chyba ze dwa stoliki, a babuszka zza kuchni sama do nas wychodzi obgadać obyśmy zjadły :)

Darujemy sobie dziś zwiedzanie, idziemy na zakupy w świątecznych straganach – ja oczywiście kolczyki, ale i tez matrioszki :).

Idziemy na piwko, ale wszystko zamyka się o 22-23… Wypijamy i idziemy do hostelu  - zaczyna się burza!
Miejsce w hotelu się zwalnia, więc śpimy w tym samym miejscu co jutro. W tym hotelu w ogóle nie ma obcokrajowców, sami Ukraińcy. Może dlatego cena taka obłędna. Dziewczęta mają niezłe piżamki, szlafroczki satynowe – a my w legginsach ….

4 maja 2013 (sobota)

Lwów

Od rana pada! Co za załamanie pogody! Może nie leje, ale mży – nie ma słońca nic! A my mamy ambitny plan zwiedzania! Rano jeszcze śniadanie – pan nam robi naleśniki :) i idziemy.

Zaczynamy oczywiście od pomnika Mickiewicza, przy którym Jola staje się Wieszczem, a Arletta Geniuszem :) Następnie idziemy do  Katedry Łacińskej i kaplicy Boimów, kościoły pełne, bo dziś przecież Wielka Sobota. Jest na tyle rano, ze jeszcze nie ma tłumu turystów.

Potem uderzamy na Rynek, gdzie jest Informacja turystyczna – dostajemy mapke i opis co zobaczyć, bo trochę się motamy – mamy przewodnik, ale nie wiemy co widzimy :) W przewodniku są opisane chyba wszystkie kamienice na rynku, my jednak ograniczamy się do kilku. Czarną Kamienice oglądamy z zewnątrz, w środku muzeum historyczne, które sobie darujemy. Za to wchodzimy zwiedzić Kamienicę Królewską, bo tam panuje ospa :)  Warto wejść do środka, dużo radości dają nam też kapcie muzealne – jak za starych dobrych czasów, można się poślizgać na parkietach królewskich … Niektórzy królowie całkiem przystojni byli, albo mieli odpowiednich portrecistów. Wstęp do muzeum to koszt 12 hr/os.

Zaglądamy do Kryjiwki, może o tej porze nie będzie tam ogromnej kolejki – i racja udaje nam się wejść, oczywiście znamy hasło! :) Jedzeniem może się nie najadamy, ale smaczne. Podkradam ze stolika obok pozostawione przez kogoś grzanki  i okazuje się że super smaczna przekąska do piwa! Takie chlebowe „chipasy” z czosnkiem i musztardą :) (Сухарики з чорного хліба  з гірчичним соусом). Bierzemy. Oprócz tego zupę „Зупа квасолева з ковбасою  “ від  бабці  Юзика “(26hr). Na drugie ja uderzam w kulisz(26hr) „Куліш “Пантелемонлова сокира” ( пшоно, шкварки, бринза )- kasza, skwarki i ser – pyszne! Podobno typowy posiłek partyzantów :) Dziewczyny tradycyjnie w pierogi „Вареники  з картоплею смажені” (28hr). Do tego piwo „Зеник” za 20hr (!!!). Po konsumpcji rozpoczyna się szaleństwo zdjęciowe po całej knajpie – a jest co robić! Od zdjęć z bronią, w hełmach, przez radiostacje i jakieś działo na dachu, a na koniec stróżówka i zdjęcie w Putinem i Miedwiediewem – jaja na całego. Więcej frajdy niż to całe jedzenie!

Kolejny etap to lwowska Opera i Prospekt Swobody oraz kolejne kościoły, w których odbywa się święcenie święconek :) Widzimy Kościół Bożego Ciała i klasztor Dominikanów – tam jakąś bitwa o kobitę była – takie czasy, że przed zamążpójściem się do klasztoru uciekało :)  i Kościół św. Piotra i Pawła oraz klasztor Jezuitów. Lukamy tez na Arsenał. Mamy już lekko dość zwiedzania, ale jeszcze pykamy ostatnią perełkę – Cerkiew Wołoską.

Teraz w ramach relaksu, uderzamy na Wysoki Zamek – plan był, żeby się tam zrelaksować, ale pogoda raczej średnia na relaks – mimo to zasuwamy, w końcu jesteśmy na wyjeździe w góry i trzeba dzisiejszego dnia jakąś górę zaliczyć :) Dochodzimy tam bez większego problemu, jest rzeczywiście sporo ludzi, którzy przyszli wypić wino z widokiem na Lwów – my mamy tylko herbatę – jaka wtopa! Ale zdjęcia z widokiem na stare miasto do wrzucenia na pejsa są, choć trzeba było chwilę odstać na swoją kolejkę do widoku. Teraz pozostaje tylko zejście i powrót na stare miasto … ale dzień nie byłby dniem naszego wyjazdu gdybyśmy się nie zgubiły :) W końcu weszłyśmy na jakąś górę – to teraz czas na chaszczowanie… hehehe A i uwaga! Jak się chce wysikać na wzgórzu – warto spojrzeć w góre a nie tylko w dół czy kogoś nie ma – coś my się na oglądały! Hahahahha

Gubimy się kompletnie, schodzimy gdzie nie trzeba, ale potem oczywiście na czuja idziemy dalej i … nagle się odnajdujemy! Czyli standardowo!

Uderzamy jeszcze na dworzec główny nie tylko celem zobaczenia go (no piękny!), ale tez dowiedzenia się co z marszrutkami w niedzielę Wielkanocną (jutro) rano. Dostajemy wydruk odjazdów, ale pan z rozbrajającym uśmiechem mówi, że nie wiadomo, która z nich przyjedzie, bo to zależy który kierowca będzie w stanie rano jechać… czyli nic nie wiemy, tyle wiemy, że trzeba być wcześnie i czekać i liczyć na szczęście…

Jest już późne popołudnie, chcemy uderzyć do jakiejś knajpy, a tu większość knajp zamknięta… bo święta. Trafiamy do jakiejś ostatniej, ale kelner odmawia nam jedzenia! Możemy się tylko piwa napić… Czyżby we Lwowie będziemy głodować bardziej niż w górach?!?!? Innym chyba ten kelner daje jedzenie, nas chyba oszukał, czy wyglądamy na takie co nie dadzą napiwku? Hmmm w tej sytuacji rzeczywiście nie damy!

Najadamy się na rynku wielgaśnym hamburgerem – czegoś takiego nie jadłam od lat! Ogólne wrażenie knajp we Lwowie bardzo słabe – drogo, mało jedzenia, obsługa zblazowana i w ogóle to mają Cię gdzieś… jedzenie lepsze miałyśmy na biwakach w górach :)

5 maja 2013 (niedziela)


Lwów – Szegini 7:30 – 8:40, marszrutka 23hr/os
Szegini – Medyka 8:40 – 8:00 (zmiana czasu)
Medyka – Przemyśl  8:30 – 9:00, bus 2zł/os
Przemyśl – Sandomierz 10:00 – 13:00
Sandomierz – Warszawa 15:30 – 19:30

Wstajemy świtem i wychodzimy na marszrutkę. Na postoju marsz rutek niezły sajgon! Ludzi więcej niż w ogóle jest szansa pomieści się w marszrutce… ale zaraz pojawiają się chętni zbic interes Ukraińcy i oferują busa, jak się zbierze ilość osób odpowiednia. Następuje uszczuplenie kolejki, bo przecież nie wiadomo czy marszrutka w ogóle przyjedzie… A cena za busa rośnie co chwila. My stawiamy na cierpliwość :) i się opłaca, przyjeżdża marszrutka z zadowolonym panem kierowcą, że nie pił wczoraj ani dziś i robi niezły interes. Bo busik przepełniony, a facet gna jak oszalały, bo chce jeszcze raz obrócić – hahaha. Jak powiedział, że za godzinę będziemy, nikt nie wierzył… ale tyle trwała jazda…

Granica wygląda jak po ataku jądrowym – nikogo, niczego pusto, tylko Polacy plecakowcy maszerują do celników. Nici z wydania ostatnich hrywien… :( nici z piwa, wódki, papierosów … hehehe Idziemy na czysto do celników i aż wstyd się przyznać, że my nic nie przemycamy…. I chyba niedziela wielkanocna to jedyny dzień w roku, kiedy kolejka dla „obywateli UE” jest dłuższa niż dla innych. Zero Ukraińca na granicy… kto w to uwierzy! Jednak okazało się, że jest wśród nas przemytniczka… zapomniała o papierosie w kieszeni… już po nią jechali celnicy, zasłaniamy ją ciałem by jej nie dojrzeli, bo przecież na jej twarzy widać, że prawo właśnie złamała ….

W Medyce znów cyrk z busami, za mało, czekamy, na szczęście wieść się niesie i kolejni przyjeżdżają (Witek dzwoni do Zbyszka itd.). Jesteśmy mega wcześnie w Przemyślu! Bo jeszcze przecież zmiana czasu :) miał być obiad w Przemyślu, ale chyba raczej śniadanie… pakujemy się do auta, które dzielnie na nas czekało.

To w takim razie jedziemy do Sandomierza na obiad – pogoda przecież piękna, a nam się nie śpieszy! W Sandomierzu żadna z nas jeszcze nie była. Po 3h jesteśmy, tłumy dzikie, a my jesteśmy chętne zwiedzania. Trafiamy na przesympatyczną panią w dzwonnicy, która najpierw wszystko nam objaśnia , gdzie mamy iść, potem pyta czy chcemy dzwonnice zwiedzać, bo jak nie to ona zamyka na chwile i idzie się napić herbaty – takie klimaty lubię!

Zaczynamy od katedry – a tam super opcja, oprowadzanie idzie z głośników, więc można posłuchać co wokół widać. Ja szukam swojej świętej, ale mi się nie udaje. Oprowadzanie długo trwa (podobno z 30 min) to sobie darujemy. My chcemy podziemną trasę turystyczną.

Wszędzie w Sandomierzu tekturowi księża… tak to jest jak się nie ma telewizji, podobno jest jakiś ksiądz Mateusz na rowerze…  Na Rynku jest meta jakiegoś wyścigu MTB … no to jest co pooglądać…. hehehe Jeśli chodzi o zwiedzanie pod ziemią piwnic pod Sandomierzem to udaje nam się idealnie trafić, bo właśnie się zebrała grupa, koszt biletu 10zł/os (nie wyglądamy już na studentki…chlip chlip). Schodzimy w dół z przewodnikiem, który chyba ma głos ćwiczony… ach ta  historia Heleny Dzielna ta Helena była, ale zapach swój w piwnicach pozostawiła. Czuć Heleną co i rusz ;) Zwiedzanie trwa z 45min, warto na pewno, dużo śmiechu.

Po wyjściu na powierzchnię trzeba uderzyć w zakup krzemienia pasiastego – podobno przynosi optymizm, może tego nie brakuje nam, ale to nie znaczy, że nie można kupić pierścionków i kolczyków… hihihi. Pani ze straganu radzi nam jakiś bar, co by zjeść tanio i dobrze, tuż za murami starego miasta, bo inaczej to tylko pizza… wszędzie pizza… Przechodzimy przez Bramę Opatowską. Bar jest jak mleczny, za 14zł zjadamy dwudaniowy obiad…

Teraz już naprawdę czas wracać… Nawet nie łapiemy dużych korków, płynnie wjeżdżamy do Warszawy… Czyżby to już koniec chaszczowania? … do następnego razu … :)